W księżycową jasną noc

Srać mi się chciało.

Jako stary harcerz, załatwiłem temat liściem łopianu, ale cały wieczór, noc, i poranek bez papieru były zbyt straszną perspektywą, by traktować ją poważnie. Szybka rozkmina, i Rossmann na ratunek.

Zrobiliśmy zakupy, noc młoda i piękna, zróbmy, rzekła, koło, gdyż spacer jest dobry na wszystko. Uszliśmy wszystkiego ze sto metrów. No słownie 100, więcej nie było, gdy na drodze stanął nam barczysty antykwariat Gryf, którego nigdy wcześniej nie widziałem, bo najdalej na Dąbrowskiego, to ja dochodziłem do sklepu z kocim żwirem.

-Ty, patrz jakie dobre i piękne książki. Kurde, obczaj, Ceramy, mam kilka w domu. O, takie samo wydanie Paragrafu 22, tylko moje już rozwalone, to bym sobie kupił, ciekawe ile kosztuje, ale chyba drogo, bo jakiś wielki ten antykwariat, patrz jak się długo ciągnie. Pewnie więc niezbyt będzie tanio, nie?
-O, a tutaj Dali z Arkad. Ładnie wydają te albumy w Arkadach.
-Znam kogoś z Arkad.
-Spoko, nie ma zmartwienia, mam kartę zniżkową na ich książki, ale tutaj chyba nie będzie obowiązywać, nie?
-A jak patrzyłeś u mnie, to widziałeś, czy ja mam to Narrenturm całe, czy nie?
-Nie wiem, ja nawet nie wiem, czy ja u siebie mam wszystkie, czy tylko pierwszy, a potem to już tylko pożyczałem.
-O, a to, i jeszcze to, oraz tamto. Ewentualnie też mogłabym mieć owamto.

Ochom i achom nie było końca, bo faktycznie, na witrynie samo grube, ślady wyrysowane naszymi nosami na szybach zaczęły przypominać symulacje komputerowe wyników zderzenia cząstek w LHC, o jak bardzo muszę tutaj przyjść jutro, i zobaczyć co się wewnątrz kotłuje, o jak bardzo…

-O, widzę, że Państwo, podobnie jak ja, lubią się przyglądać dobrym książkom. I co? Ten sam problem co u mnie? Kiedyś pieniądze miałem, ale kupić cokolwiek było trudno. Teraz wszystko w zasięgu ręki, ale pieniędzy na wszystko brakuje.

Ki chuj, pomyślałem, przyzwyczajony do tego, że jak ktoś do mnie zagaduje u mnie na dzielni, to albo chce blachę na browara, bo go suszy, czasem sępi fajka, pyta się, czy mam jakiś problem, ewentualnie, ale to już bardzo rzadko, proponuje mi odrobinkę zapomnienia słowami ‚chono kutasiarzu, to ci najebe’. A tutaj niespodzianka, sympatyczny, szpakowaty pan, żaden tam nur, fajeczka z ładnie pachnącym tytoniem, spoko ubrany, bez ostentacji, tak akurat na wieczorny spacer w połowie rozchwianego pogodowo lutego, no inteligent przed emeryturą, taki z lekko wyższej cenowo półki.

Otwarcie miał solidne, więc nastąpiło krótkie rozpoznanie bojem, a potem już normalnie, jak to u moli książkowych, zaczęło się prężenie erudycyjnych muskułów. To znam, to czytałem, to widziałem, a to mam nawet w domu, pozdro dla kumatych. Na szczęście krótko, bo gość okazał się być człowiekiem wysokiej kultury osobistej, do tego faktycznie inteligentny, wszystkie słowa na swoich miejscach. Pianista, ale jak sam stwierdził, z felerem, bo technika dobra, ale pamięciowo nie wyrabia. Wielki miłośnik Chopina, i wszystkiego co z nim związane.
Gdy doszło do rozmowy o strojeniu pianina, którego wytwórcy nie potrafiliśmy sobie przypomnieć, chociaż stoi w salonie, pan Krzysztof wymienił chyba z osiem nazw, i żadna z nich nie była Calisią ani Steinwayem, więc on chyba faktycznie kojarzy. Oraz okazało się, że zna chyba wszystkich stroicieli w mieście. Zna również ojca M. No i na dokładkę jest autorem dwóch książek.

Autentyczny erudyta. Ale taki, że z zazdrości aż się wkurwiłem, bo od imponowania M. to ja tu jestem, a nie jakiś szpakowaty cwaniaczek, literat, cholerny artysta metaloplastyk.

Na szczęście, jak to czasami bywa z ludźmi, na których wpadam na ulicy, był również złodziejem.

Ale wiecie, taki inteligencki złodziej, więc w życiu zajumał dwie książki, których mu bardzo brakowało do kolekcji, i jeszcze w stanie wojennym podpieprzył 300 litrów paliwa, tylko że z tym paliwem było tak, że on chciał zapłacić, ale ziomek zamiast przyjąć pieniądz, najpierw kazał mu spierdalać, następnie oddał na niego mocz, a na koniec kazał mu spierdalać, albo go zajebie. W tej sytuacji przy płaceniu upierałby się wyłącznie święty męczennik.

Jako nieufni i wrodzy sobie nawzajem Polacy, pogadaliśmy krótko, niecałą godzinę, M. wręczyła mu wizytówkę, i pożegnaliśmy się, obiecując sobie ponowne spotkanie, które mam nadzieję, że dojdzie do skutku, bo mądrego to naprawdę miło posłuchać. Zresztą, jak znam życie, to pewnie lada chwila wpadniemy na siebie w tym antykwariacie. W końcu muszę się za Sprężynową Pomarańczą rozejrzeć, pozdro dla kumatych.

Powiem wam, że ten Mokotów, w porównaniu z Pragą Północ to jednak dzicz i barbaria.