Na barykadach walka trwa

Zastanawiam się, kiedy zaczniemy startować do siebie z nożami.

Jadę w dół Dolną. Korek jak zwykle aż do Sobieskiego, dmucham więc sobie z wiatrem we włosach i świstem w uszach, wyprzedzam ostrożnie samochody, regularnie, lewą stroną. Ci z naprzeciwka zachowują się jak ludzie, odbijają lekko w prawo, żebym się zmieścił, ogólnie relaks, uśmiech, i ogólne zrozumienie. Ponieważ znam ten kawałek na pamięć, to wiem, że stojący w korku wypuszczają skręcających z bocznych uliczek. Dlatego zjeżdżam na półhamulcach, obserwuję prawą stronę, czujnie badam, czy nikt się nie wbija.

Jest, jedzie z Piaseczyńskiej kurier UPS, stanąłem na pedałach, widzę, że będzie skręcał w lewo. Hamuję, żeby go przepuścić, staję, zatrzymuję się prawie równo ze zderzakiem osobówki, która też go przepuszcza.

Typ ścina skręt tak, że muszę lekko skręcić koło, żeby mi go nie zwalcował. Robię lekko zawiedzioną minę, gość patrzy się na mnie przez szybkę, i słyszę ‚nauczyć cię kurwa jeździć?’. Minę mam dzieciątka Jezus, bo nie kumam o chuj się kmiot ciśnie, zsiadam z roweru, patrzę czy nikt nie dmucha w górę, ścieżka pusta, stopka, i krzyczę wkurwiony ‚pierdol się’.

Kurier hamuje, czuję to jego wahanie, czy wysiadać, czy może raczej nie narażać się na szarpaninę, i spóźnienie, decyzja.

Odjeżdża.

Do tej pory nie wiem o co mu chodziło.

Jestem wielkim zdziwieniem Radka.

Jadę dalej, z delikatnego wkurwu zaczyna mnie ćmić potylica za prawym uchem. Czerska. Tam standardem jest wymuszanie pierwszeństwa na rowerzystach (po obu stronach poparkowane są samochody, i jest ciasno), więc nawet brew mi nie pyka, przytulam się do zderzaków, skręcam w Gagarina, i przy Nehru wbijam na DDR. Dojeżdżam do Bartyckiej, zwalniam, bo wiem, że tam kierowcy mają zwyczaj wjeżdżania na dróżkę, żeby przepuścić pieszych. Taki zwyczaj. Nie inaczej jest tym razem. Pani skręciła, ale zostawiła mi miejsce. Przyglądam się jej uważnie, zwalniam do 10 km/h, bo widzę, że rozgląda się we wszystkie strony, tylko nie w te, z których mogą nadejść piesi, i nadjechać rowerzyści. Wjeżdżam na przejazd, tnę praktycznie przejściem, bo czuję podskórnie, że będzie akcja.

Jestem na wysokości jej zderzaka, gdy postanawia ruszyć.

Nożesz kurwa w dupę zajebana mać, wybaczcie mój język, jeżeli jesteście ludźmi wierzącymi.

Lekko przyspieszam i bardzo ostro skręcam. Pani hamuje mi 30 cm od nogi. Zsiadam z roweru, patrzę na nią, lekko tylko wkurwiony, i grzecznie się pytam ‚no i co pani robi?’. Pani wpada w panikę, bo widzi przed szybą lekko tylko wkurwionego łysego ziomka w dresie, i zaczyna gestami dawać sygnał, że no po prostu nie bardzo wie, co chciała zrobić, gdyż jest w kompulsji, bo nie wiedziała, czy jej przypadkiem z zachodniej nitki Czerniakowskiej ktoś nie wjedzie w dupę, albowiem ona biedna nie wie, czy jak ona ma prawoskręt, to czy tamci, lecący w stronę Wilanowa, nie mają przypadkiem też taktu dla siebie, takiego w lewo, bo nic to, że wszystkie wschodnie pasy prują ile fabryka dała, ci z zachodniego mogą być może przetunelować, bo kto jej zagwarantuje, że nie.

Nachylam się, lekko tylko wkurwiony, nad szybą, kieruję znak wiktorii w kierunku swoich oczu, potem w kierunku jej, i już wiem, że ona to rozumie źle, że może ja jej chce oczy wyłupić, a nie taki był mój zamysł, bo mogę być lekko tylko wkurwiony, ale nie jest przecież moją intencją straszenie kobiet za kierownicą, bo przecież nie jestem taki, a to, że mam dres, ale nie mam włosów, nie oznacza, że automatycznie jestem zbójem.

Postanawiam więc sprostować, nachylam się jeszcze bardziej nad szybą, lekko tylko wkurwiony, łysy, i w tym dresie, zaczynam mówić spokojnym głosem ‚proszę się następnym razem rozejrzeć’, i widzę, że ona się za tą kierownicą kurczy, i już nie jestem lekko wkurwiony na nią, tylko ostro wkurwiony na siebie, że stoję tutaj, jak ten chuj na weselu, straszę ją, chociaż przecież nie jest to moją intencją, bycie łysym, w dresie, i strasznym, obracam głowę w prawo, spluwam gęstą śliną, bo zaschło mi od tych wrażeń, i przeprowadzam rower przez DDR. Z prawej strony nie ma chętnych na prawoskręt po moim rowerze, i po mnie, łysym, w dresie, i ciężko już wkurwionym na siebie, i może to i dobrze, bo pewnie byłyby rękoczyny, a ja przecież jadę na Pragę, żeby zrobić dobrą rzecz.

Upust swoim emocjom daję 10 metrów dalej, mówiąc może trochę za głośno ‚nożesz kurwa, ja pierdolę’, i ten człowiek, co się zbliżał do DDR-u, żeby przejść na przystanek, odskakuje od dróżki, a ja się czuję jeszcze podlej, bo najpierw wystraszyłem kobietę, tym dresem, tą łysością, tymi gestami wykłuwania oczu, a teraz jakiegoś nobliwego pana, bez sensu przyprawiam o stres.

Pedałuję bez skojarzeń, i widzę, że znowu się za chwilę wkurwię, bo ten Janusz, co wyjeżdża z bocznej ulicy przy sądzie, tam gdzie są księgi wieczyste, Czerniakowska 100 albo 100a, udaje, że mnie nie widzi, i bankowo zajedzie mi drogę, co oczywiście robi, cały czas udając, że mnie nie widzi, w tym dresie, łysego, i wkurwionego. Hamuję, omijam go z tyłu, bo on oczywiście mógł się zatrzymać przed przejściem i przejazdem, ale woli przejechać szybko, bo chociaż i tak się nie włączy do ruchu, bo jadą, to pokazuje mi tym samym, że ma na mnie wyjebane, właśnie mnie tonową puszką blachy zdominował, a poza tym, on przecież cały czas udaje, że mnie nie widział, więc nie wiem, czy to o dominację chodziło, czy po prostu on udawał, bo mu się spieszyło tak bardzo.

Mijam go, i zastanawiam się, czy jak jestem już tak bardzo wkurwiony, to powinienem walnąć mu z płaskiego w dach, czy też może sobie odpuścić, ale odpuszczam, bo jestem w tym dresie, cały łysy, tak wkurwiony, że pewnie bym mu ten dach przebił na wylot, i pociął sobie rękę.

Odpuszczam, a on dalej udając, że nie ma sprawy, włącza się do ruchu. I odjeżdża, a ja się zastanawiam, czy dzisiaj jest ten dzień, że jak akurat postanowiłem zrobić bez sensu coś dobrego, to ktoś mnie porani albo zabije, co pewnie będzie dość szydercze i ironiczne.

Ból za uchem z ciągłego zamienił się w pulsujący, jadę więc, z tymi synkopami napierdalającymi mi w głowę, słońce świeci, jest pięknie, Wisła dołem się toczy, tylko ja, taki wkurwiony, łysy, w tym dresie, nierozumiejący, o co chodzi tym ludziom, i czy to ja daję dupy, czy oni są nieogarnięci.

Przyjeżdżam do domu, siadam na kanapie, i jeszcze bardziej nie wiem, o co chodzi. I może to ja jestem dziwny, że się pcham na rower, zamiast sobie, jak przystało na klasę średnią, kupić paska w gazie, i ciąć po ulicach jak człowiek, a nie po DDR-ach, jak jakiś pedał, weganin, i cyklista.

Następnie przyjeżdża moja przyjaciółka, pakuję cztery wory ubrań, i wieziemy je do noclegowni MONAR-u, na Skaryszewską 19, gdzie dwaj panowie z obsługi są mi bardzo wdzięczni, i dziękują mi tak, że aż czuję się tym zażenowany, bo to są przecież znoszone ubrania. Solidne, ale znoszone, i nagle się zastanawiam, czy ja im przypadkiem jakichś szmat nie daję.

Zaczynam tłumaczyć, że te trzy worki, to są spoko rzeczy, może trochę znoszone, ale spoko, spodnie, dresy, koszulki, bluzy, kurtka, ale w tym dużym, to jest śpiwór, dwie pary butów, może trochę znoszone, ale spoko, oraz bojówki i kurtka M-65, trochę podarte, ale niewiele, do zszycia, ja ich nosić już nie będę, ale solidny materiał, drelich, kurtkę 6 lat nosiłem, nada się jeszcze dla kogoś, tylko pocerować.

I jest mi tak, kurwa, głupio, że sam nie wiem.

W drodze powrotnej mało nie urywamy miski olejowej, bo noclegownię wypchnięto na takie zadupie, żebyśmy nie musieli tych ludzi oglądać. A w uszach ciągle brzmią mi słowa tych dwóch facetów z obsługi, że oni potrzebują każdej rzeczy, i mi dziękują. I jest mi jeszcze głupiej, bo może trzeba to było wyjebać do śmieci, a nie się wstydzić przed samym sobą.

Więc mam taką propozycję, że jak macie jakieś rzeczy, których już nie nosicie, i nie są podarte, jak ta moja emsześćdziesiątka piątka, i te bojówki, to weźcie im to zawieźcie, na tą Skaryszewską 19.

Bo oni tam mają 300 miejsc, i naprawdę, każda pomoc im się przyda. A najbardziej, to tym tam nocującym.