Dwadzieścia w jedno

Pamiętam jak dziś. To był piątek. Zacząłem bez przesadnego entuzjazmu czytać powieść wyciętą z Fantastyki. Bez entuzjazmu, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiałem. Na dodatek wakacje dokoła były, a ja, jak ten głupek, siedzę nad książką, w której nie wiem o co chodzi, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiem.

Fot. Internet
Taka niepozorna okładka (F 8/89). Fot. Internet

Widzicie, dawno temu w Fantastyce były powieści, które można sobie było wyjąć ze środka, zszyć i oprawić w okładki, kupowane oddzielnie. Nie mam teraz pod ręką kartonu żeby się pochwalić licznymi egzemplarzami, bo po przeprowadzce mam bardzo niewiele kartonów pod ręką, ale sam w ten sposób pozyskałem i przeczytałem całe mnóstwo dobrej prozy. Gdybym miał zrobić jakiś ranking powieści, które pokazały mi, że fantastykę można pisać w inny sposób niż znany mi do tej pory, to pierwsza piątka wyglądałaby pewnie jakoś tak (kolejność losowa, to nie plebiscyt tylko lista).

  1. Bill, bohater Galaktyki, Harry Harrison
  2. Mechaniczna Pomarańcza, Anthony Burgess
  3. Kolor Magii, Terry Pratchett
  4. Formy Chaosu, Colin Kapp
  5. Gra Endera, Orson Scott Card

Dwa śmieszki, dwie space opery, jeden gwóźdź w głowę. Ale jak pisałem, ten gwóźdź nie tak od razu, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiałem.

Fot. empik.com
Mechaniczna, czyli wersja R. Fot. empik.com

Po pierwszym razie szybko przyszła ochota na drugi, bo ni grzyba z niej nie zrozumiałem, a fajnie byłoby skumać czym ekscytuje się cały świat. Po dwóch razach ze słowniczkiem, miałem już niejakie pojęcie o co chodzi z tym Alexem i jego bojkami, po kolejnych dwudziestu skumałem wszystko, następne trzydzieści razy było już dla przyjemności czytania i wygrzebywania smaczków. Gdybym miał lepszą pamięć, znałbym ją na pamięć. Mam słabą pamięć, przez co ledwo pamiętam kultowe cytaty.

Zaczynałem z wersją R, no wiadomo, tylko taka była. Potem przyjechałem na studia do Warszawy i kupiłem sobie Mechaniczną Pomarańczę w oryginale, dzięki czemu odniosłem grejt sakses wygłaszając na angielskim referat o Burgessie, ze szczególnym uwzględnieniem językowej warstwy powieści. Pani lektor przyznała mi się, nieco zawstydzona, że nie dała jej rady.

Potem przyszła wersja A, która nie zachwyciła tak jak R, ale nieźle przewidziała kierunek, w którym będzie ewoluował język młodzieżowy.

Fot. empik.com
Nakręcana, czyli wersja A. Fot. empik.com

Był też film, za który oberwało się Kubrickowi, bo jak on mógł zekranizować powieść, pozbawiając ją ostatniego rozdziału, a tym samym wulgaryzując i spłycając jej wymowę. Taka szalona myśl. A może on bazował na wydaniu amerykańskim, w którym tego rozdziału nie było w ogóle? I nie miał pojęcia o jego istnieniu? Albo usłyszał, jak miał już scenariusz w realizacji? Ale to tylko taka szalona myśl.

Fot. Warner Bros.
To co teraz, ha? Fot. Warner Bros.

Nie wiem kiedy zorientowałem się, że to nie Burgess jest autorem Mechanicznej Pomarańczy, tylko jej polski tłumacz Robert Stiller. To było chyba wtedy, w którym powiedział, że zrobił wersje A i R, a teraz pracuje nad wersją N, czyli zniemczoną Sprężynową Pomarańczą. Szkoda, że się jej nie doczekamy.

Wszyscy wiemy, że 2016 to chujowy rok, który kosi wielkich i znanych jak zboża łan. Skosił też Roberta Stillera, który zmarł po cichu i bez rozgłosu 10 grudnia, nie doczekawszy się należnych mu fanfar i hołdów. Tak, wiem. Podobno był nieznośnym, męczącym, zadufanym w sobie, zarozumiałym na maksa, przemądrzałym typem, który przechwalał się znajomością 30 języków, i wytykał Burgessowi błędy i niechlujstwo w tworzeniu nadsatu (slang z MP). Niektórzy nie darują mu Lolity (nie czytałem, nie wiem co tam zrobił), inni Alicji w Krainie Czarów (Słomczyński, kurwa, a nie jakiś Stiller), a jeszcze inni domniemanej współpracy z bezpieką (ponoć Kryspin, dowodów nie widziałem).

Olewam to. Dla mnie zawsze będzie gościem, który napisał Mechaniczną Pomarańczę po polsku.