Behawiorysta – Remigiusz Mróz – audio

audiobook

Remigiusz Mróz trochę mnie uwiódł, a następnie bardzo, ale to bardzo oszukał.

fot. Audioteka
fot. Audioteka

Zaczęło się od audiobooka Kasacja, po którym uznałem Gosztyłę za najlepszego polskiego interpretatora, a Mroza za nadzieję na to, że jest w Polsce ktoś, kto potrafi wyprodukować solidne czytadło. Takie bez pretensji do bycia literaturą wysoką, tylko porządną książką gatunkową. W Kasacji mieliśmy dynamiczny duet Chyłka-Zordon, ich enigmatycznego pomagiera Kormaka (a może Cormaca, bo to od autora Drogi wziął swoją ksywę), dziwnego oskarżonego, odpowiednio brutalnego cyngla, bardzo zabawnych partnerów imiennych kancelarii Żelazny i McVay, którzy nawzajem by sobie gardła poderżnęli. Fajna materia ludzka, dynamiczna akcja, tempo takie, że czasami oddechu brakowało. Oprócz kryminału dostajemy też dramat prawniczy. I chociaż słyszałem głosy uznanej Pani Sędzi, że ten Mróz to się zna na procedurze jak ktoś, kto się nie zna, i że coś nawymyślał, a nie pisał jak jest, to ja mogłem sobie nad tymi zagadnieniami przejść śmiało do porządku dziennego, bo o procedurze sądowej to wiem tyle, że krzyczy się obdżekszyn, a potem sędzia mówi owerruld. No i że jest 12 gniewnych ludzi. Nawet jeżeli Mróz nawypisywał głupot, to nie miałem możliwości weryfikacji, więc nie weryfikowałem, bo to kryminał a nie przedmiot mojej pracy licencjackiej.

Aczkolwiek w zastrzeżenia bardziej doświadczonych ode mnie wierzę bez zastrzeżeń.

Po Kasacji, w której na koniec Mróz zrobił what a twist, przyszło Zaginięcie. I trochę zgrzytnęło, bo zabrakło mi świeżości z pierwszej części. Ale wysłuchałem z równie dużą frajdą, bo ciepło było wtedy na zewnątrz, człowiek bardziej optymistycznie do świata nastawiony, i drobne wpadki nie przeszkadzały mi się dobrze bawić. Co prawda w niektórych momentach fabuła chwieje się od braku logiki, ale przestało mnie to dziwić w momencie, w którym zajrzałem do wersji papierowej, na końcu której ujrzałem następujący tekst:

Remigiusz Mróz
Opole, 8 stycznia – 9 lutego 2015 roku

I trochę mnie zmroziło, bo wyobraziłem sobie najpierw proces twórczy (pisanie praktycznie ciągiem, bez poprawiania), a potem redakcyjny (poprawianie po tym, jak pisarz pisał ciągiem, wiadro kawy, wór szlugów, flakon gołdy codziennie, w efekcie pęknięta wątroba). No ale może Mróz faktycznie tak potrafi.

Przy trzeciej części głównie kląłem, bo o ile kawałek sensacyjno-prawniczy dawał radę, to czytając subwątek alkoholowego uzależnienia Chyłki, głównie płakałem ze śmiechu. No nie, to nawet w literaturze tak nie wygląda, nie mówiąc o świecie rzeczywistym. Naiwność tej wizji psuła mi komfort czytania, ale dociągnąłem. Przy czym wydaje mi się, że gdybym musiał to skończyć na papierze a nie w audiobooku, to odłożyłbym ją na półkę jakieś 100 stron przed końcem. Absolutnie mnie już nie interesowało kto, co i w jakim celu, i czy głównemu bohaterowi wypłacą hajs z tej polisy, czy nie. W zasadzie tylko dobrze obrobiony motyw romski mi się podobał, ale z drugiej strony, jeżeli Mróz motyw romski zrobił tak, jak choćby procedurę prawniczą, to może dałem się oszukać?

Uznałem, że to może być zadyszka, trzeci tom, oprócz niego w 2015 powstały dwie inne rzeczy (Kasacja i Ekspozycja, ta druga z innego cyklu), szychta taka, że nie ma kiedy taczek załadować, trzy książki w roku! No może mu trochę odpuszczę.

W ramach odpuszczania postanowiłem poczekać z wysłuchaniem czwartej części przygód adwokatów, i zwróciłem swe oko na nową książkę Mroza, spoza cyklu.

fot. Audioteka
fot. Audioteka

Behawiorysta zaczyna się konkretnym pierdolnięciem. Zamaskowany napastnik bierze w przedszkolu dzieci i opiekunki za zakładników, odpala stronę internetową, na której można głosować kogo spośród dwóch wybranych pechowców odstrzeli, daje nam dokładny kontekst dotyczący każdej z tych osób, dobiera swoich graczy tak, żeby zawsze wybór był trudny (żeby nie spojlować walnę swój przykład: wybierzecie mordercę, którego nie złapano i uniknął kary, ale teraz pokutuje w klasztorze, czy pedofila, który poddał się dobrowolnie chemicznej kastracji, ale ma na koncie nieudowodniony gwałt na dziecku).

Bo widzicie, on nam pozwala wybrać, kogo ocalić, a kogo zabić. Zaś całą imprezę nazywa Koncertem Krwi. Pozdrawiam wszystkich, którzy oglądali trzeci sezon Black Mirror, podobny patent przypominam sobie z trzeciego sezonu Luthera, ogólnie pomysł jak z cyrku rzymskiego, a i wcześniej pewnie sobie takie zabawy ktoś urządzał.

Na miejsce przyjeżdża tytułowy behawiorysta Gerard. I zaczyna robić to, co potrafi najlepiej, czyli kinezykę, czyli mowę ciała, którą przekazujemy podobno 60-70% informacji. Taki polski doktor Cal Lightman z Lie to Me. No i pewnie dla kogoś, kto nigdy nie interesował się tematem, nie zgłębiał go, i urodził się po roku 1995, postać Gerarda będzie wow, taka odkrywcza i fajna. Zresztą spotkałem się z takimi opiniami w sieci, że Gerard jest nietuzinkowy i taki wow, odkrywczy i fajny, aczkolwiek jak tego fajansiarza można nazwać fajnym, to nie wiem.

Gerard nie jest fajny, to zwykły dęty pacan, który im dalej w książkę, tym bardziej daje się robić Kompozytorowi bez mydła.

Po dobrym początku i interesującej rozgrywce psychologicznej, Mróz wpadł w pętlę narracyjną i zaczął się powtarzać, sztucznie spowalniać akcję (chyba po to, żeby napompować objętość), i robić jakieś cuda na kiju.

Wstyd się przyznać, ale nie wiem jak się książka skończyła. Nie dlatego, że jej nie skończyłem słuchać. Skończyłem. Tylko że kończyłem ją w drodze powrotnej z imprezy. Nie byłem nawet jakoś bardzo naprany. Ale byłem nietrzeźwy i zmęczony do tego stopnia, że nie chciało mi się sięgnąć ręką do kieszeni, żeby się przełączyć na Spotify, jednocześnie straciłem całe zainteresowanie fabułą, więc nie koncentrowałem się na treści. W zasadzie i tak długo wytrwałem, bo gdybym miał Behawiorystę na kindlu, przestałbym go czytać najdalej po osiągnięciu 23%. Takie to było daremne.

Gerard, główny bohater, jest nieznośny w swoim perfekcyjnym opanowaniu. Dlatego jak mu szczwany plan wypalił w twarz, to najpierw się nawkurzałem, że tylko dziecko nie dostrzegłoby, że jest durny, a potem zacząłem się śmiać, bo gość jest typowym przedstawicielem tego gatunku, co to zgłupiał od mądrości swojej, i przez to dał dupy w trzeciej rundzie. Zresztą Gerard ogólnie wkurwia.

Zły Kompozytor Koncertu Krwi pałęta się po scenie i recytuje długie manifesty programowe dotyczące jego metody sprowadzania terroru i bojaźni bożej na głowy biednych owieczek. Do tego opowiada o dylemacie balkonika, ale to chyba coś źle usłyszałem, bo to chyba o wagonik chodziło. I leci Mróz przykładami wprost z podręczników do etyki, logiki, filozofii i psychologii, zamiast wybrać na jednym torze Hitlera, który za rok wynajdzie lekarstwo na wszystkie odmiany raka, a na drugim Matkę Teresę z Kalkuty, która okaże się tym, kim była w rzeczywistości. O, to byłby dylemat, a nie pierdolenie o tym, że zaniechanie też może być reakcją.

Do tego Kompozytor jest taki omnipotentny, że pewnie by Gerardowi z lodówki wylazł w końcu. Wszystko wie, na wszystko jest przygotowany, wszystko przewidział. Taki perfekcjonizm jest zwyczajnie niewiarygodny z punktu widzenia czytelnika, któremu zdarza się własnej dupy zapomnieć, nie mówiąc o głowie. A tu jakiś ziom zaplanował sobie, że stanie się to i to, o tej i o tej godzinie. Jasne, kurwa. Świetnie mi się takie podejście sprawdzało w życiu, zwłaszcza jak pracowałem w logistyce. Wszystko szło zgodnie z planem. ZAWSZE.

PS. Potwierdzone info.

Główny zły wkurwia nawet bardziej niż Gerard. Wyjaśnienie jego złości na świat pozostawiło mnie w niemym zachwycie. Molestowanie seksualne. Wow, to takie odkrywcze, jak kinezyka i dylemat flakonika.

Jedyną niewkurwiającą bohaterką jest Beata, no ale jej akurat było trochę za mało. Ale jak już była, to widzieliśmy twardą, konkretną, rzeczową i inteligentną kobietę, która ma jakiś cel (złapać Kompozytora), a nie pierdolić od rzeczy o mowie ciała. Niestety, jak tylko zaczyna być jej więcej, to przychodzi Gerard i zaczyna pierdolić o mowie ciała, albo spod łóżka wychodzi kompozytor, i zaczyna pierdolić o dyletancie balonika, a jak nie jeden albo drugi, to jej nudny chłopak się wbija ni w pięć, ni w dziewięć. Właśnie, gdzie są inne kobiety? A zresztą, wszystko mi jedno.

Więc nie, nie podzielam zachwytów dotyczących tej książki. Dosłuchałem jej do końca wyłącznie dlatego, że Gosztyła. Więc moja ocena mogłaby wyglądać następująco:

fabuła – 50 za pomysł, 10 za jego realizację, razem 35, bo to nie średnia
realizacja – 90, bo nie ma ewidentnych wpadek
lektor – 100, klasa mistrzowska, wiadomo
cena – 80, nie odstaje w żadną stronę od średniej ceny na audiotece
uczucia towarzyszące – można je nazwać wyłącznie plugawym słowem

Co razem daje uczciwe trzy na szynach, znaczy maks 50. Jak ktoś lubi Mroza, to łyknie i Behawiorystę. Ja podziękuję. A Immunitet, czyli czwarta część przygód Chyłki i Zordona, będzie prawdopodobnie ostatnią książką Mroza, jaką przeczytam/wysłucham. Wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują, że jednak nie da się pisać trzech książek rocznie, i robić tego dobrze.

4 myśli na temat “Behawiorysta – Remigiusz Mróz – audio”

  1. Mimo wszystko dzięki za opinię! A jeśli chodzi o ten przedział czasowy, dotyczył tylko pisania – redakcja to u mnie zazwyczaj kolejny miesiąc.

    PS. „Behawiorystę” czyta Jacek Rozenek, nie Krzysztof Gosztyła. 😉

    1. O, jak miło.
      Z Behawiorystą mam taki problem, że nie miałbym z nim żadnego problemu, gdyby tekst pociągnąć po kantach i nierównych powierzchniach strugiem, a potem dać pięć minut z papierem ściernym o ziarnistości P300. Wtedy byłoby git.
      No choćby ten dylemat wagonika. Godzina więcej, i można wymyślić przykłady spoza żelaznego kanonu, ku uciesze ludzi już znających temat.
      W razie potrzeby, piszę się na betatestera, propozycja jest na 100% poważna.
      Co do pomylenia Rozenka z Gosztyłą, to nie wiem co powiedzieć. Dzięki za zwrócenie uwagi, wstyd jak szlag.

  2. IMHO „Immunitet” jest lepszy niż dwie poprzednie książki. Aczkolwiek scena z togą jest lekkim przegięciem 😉

    1. Zasadniczo i tak wiadome było, że kolejną część przygód Chyłki przesłucham, bo nawet jeżeli trójka była lekko rozczarowująca i miałem wątpliwości, to jednak się trochę w tę serię wkręciłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *