Biały rower i pedały dwa

Gdy organizowałem swoje ostatnie urodziny, poprosiłem ludzi, żeby nie kupowali mi prezentów (nie mam miejsca na nowe książki), tylko wrzucili do słoja hajsy, które chcieli przeznaczyć na prezent dla mnie (naprawdę nie mam już miejsca na nowe książki).

Zbiórka była na rower. Biały.

White Rower

Pewnie wszyscy stracili nadzieję, że go kupię, tak jak niektórzy stracili nadzieję na to, że będę się wywiązywał ze zobowiazań patronajtowych. Patrząc na moje poczynania i brak kontaktu z bazą, wcale się tej nieufności nie dziwię, ale robię co mogę.

W przypadku roweru było tak, że bardzo nie chciałem pozbywać się leciwego Wheelera, ale miałem świadomość tego, że w tej formie nie pojeżdżę już długo. Pozycja, w której ciężar spoczywa na rękach, z powodu wady lewego łokcia nie wchodziła w rachubę w dłuższej perspektywie. Mówiąc kolokwialnie, po 10 kilometrach lewa ręka napierdalała mnie tak, że musiałem powstrzymywać się, żeby się z bólu nie zesrać.

Przyznacie, że to sytuacja mało komfortowa, taka jazda na ogonie.

Pomyślałem, że może by mu tak urwać widelec i wstawić amory. Pomysł wydawał mi się sensowny, nawet jeszcze w ubiegłym miesiącu rozmawiałem z literatem Kosikiem na temat jego składaka miejskiego (zajebisty ma rower, o jak bardzo zajebiście madmaxowy on jest), o ewentualnych kosztach, gdzie szukać przechodzonych ale niezajechanych elementów, z kim rozmawiać, no wszystko było na dobrej drodze. Niestety.

Mokotów, kurwa

No właśnie, Mokotów. Ta dzielnica jest radioaktywna i promieniuje hipsteryzmem bardzo mocno. Najpierw kupiłem sobie pierwsze od dekady dżinsy. Następnie białe buty sportowe. Potem sweter. Ja, kurwa, i sweter. Na studiach swetry nosiłem. Jakoś przy ubiegłych wakacjach zacząłem chodzić na fancy bazar na Olkuskiej, pozdro dla kumatych.

Kolejnym etapem staczania się w otchłań moralnej degrengolady było wzięcie psa. Co tam jeszcze? A, już wiem. Na winklu stały ziomeczki handlujące zieleniną. Nie jakoś przesadnie tanią, ale jakościowo niezłą, to po co mam łazić na bazarek albo do Biedry, jak mogę sobie kupić na rogu za ziko drożej. Kupowałem, bo sprzedawiec wyglądał jak z Pragi Północ, to mi swojsko było.

Po zimie skład się zmienił i na winklu stoją panie, matka z córką, sympatyczne bardzo. I ja zacząłem z nimi rozmawiać. Jak w jakimś Paryżu. Znaczy na Pradze też rozmawiałem z praktycznie wszystkimi sprzedawcami i sprzedawczyniami w pobliskich małych sklepikach, ale to nie o to chodzi. Tam rozmawiałem tak bardziej życiowo, po prasku. A tutaj rozmiękle, po mokotowsku.

Zacząłem kupować oliwki faszerowane papryką i piec fokaczię. Kupiłem sobie czerwone Conversy. Takie szmaciane trampki, znacie. No czy można upaść niżej?

Otóż owszem, można.

Kupujesz sobie nowy rower będąc martwym w środku

Bo miały być nowe amory a nie nowy rower. I miałem się nauczyć czegoś nowego, bo plan był taki, że zacznę te amory montować, piłować, tłuc dłutem, potem wrzucę tę ruinę do torby Ikei i pojadę do warsztatu, wszyscy zadowoleni. Zamiast tego, kupiłem sobie rower. I to nie jakiś taki do ścigania się.

Rower miejski do jazdy po mieście sobie kupiłem. Kojarzycie? Miejski.

Rower i Filip, który jak zwykle nie wie o co mi chodzi (fot. R.Teklak)

Promocja była na mieście

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to był weri gud bargan, maj frend, gardło sobie podrzynam, okazja taka, że grzech nie skorzystać.

Po drugiej jeździe na nim, nie wyobrażam sobie powrotu na Wheelera, wybacz stary druhu, z tobą to już tylko szybkie przeloty w odległe miejsca, po mieście tylko Vanmoof. Już tłumaczę dlaczego.

Pomimo bycia rowerem miejskim, ergo gorszym sortem rowerowym, ten rower wygląda jak pierdolony twardziel. Wyobraźcie sobie czerwiec 1941. Hitler wpada na głupi pomysł i dojeżdża ZSRR. Nadchodzi zima, niemieckie sprzęty jeżdżące coraz częściej odmawiają posłuszeństwa, bo mróz ścisnął jak sam skurwesyn. Zdesperowani żołnierze rozbierają niesprawne bądź zniszczone transportery i czołgi, i z tych elementów spawają ramy do rowerów. Potem tylko wstawiają koła i spierdalają spod Moskwy do Berlina.

Tak właśnie wygląda Vanmoof. Jak rower pospawany z odpadów frontowych. Totalny badass. Grube, widoczne i wyraźnie zarysowane spawy, rury o jakichś absurdalnych średnicach, toporny, grubo ciosany prostak. Zupełnie jak ja. Do tego ten zajebisty prostokątny kształtownik łączący przód i górę ramy, do którego…

Legenda niżej (fot. R.Teklak)

Jak sobie powiększycie, to zobaczycie numerki, których będę używał w dalszej części moich zachwytów.

Właśnie, słowo o udogodnieniach. Wygodne siodło. Kierownica umożliwiająca jazdę w pozycji wyprostowanej, dzięki czemu przestałem cierpieć. Siedem biegów schowanych gdzieś w tylnej kasecie. Hamulce tarczowe. Łańcuch w osłonie(6). Wydajne, oświetlające szeroki kąt lampki na DYNAMO(1 i 2). Normalnie naciskasz guzik (2, śmieję się, że zapłonu) i lampki zaczynają świecić gdy pedałujesz. Zatrzymujesz się – gasną. I rzecz najważniejsza. Łańcuch do przypinania chowany we wspomnianym kształtowniku prostokątnym(4). Nie ma opcji, żeby go zapomnieć, bo jest zintegrowany z ramą. Wyciąga się go, opasuje stojak i wpina z powrotem w miejsce z boku ramy. Potem wkłada się kluczyk z drugiej strony ramy(3), przekręca i zamknięte.

Przy odrobinie chęci do śmieszkowania, mógłbym ściemniać, że mam rower elektryczny na stacyjkę.

I co najważniejsze, ten rower jest takim brzydactwem, że nikt nie przechodzi obok niego obojętnie. Zaliczył zresztą pierwszą sesję zdjęciową, ja siedziałem w lokalu na posiłku regeneracyjnym, jakiś ziomek go obfotografował. Jasne, pewnie po to, żeby pokazać kumplom, na jakich brzydkich i na pewno czterokrotnie przepłaconych rowerach jeździ hipster z Moko, ale mimo wszystko.

W związku ze wszystkim powyższym mam pytanie – da się mnie jeszcze odratować?

13 myśli na temat “Biały rower i pedały dwa”

  1. Po czerwonych Conversach? Nie ma szans, za daleko zaszedłeś na drodze z której się nie wraca. Ale skoro ci z tym dobrze, so be it Teklak.

  2. O kurde, też bym fotografowała, wygląda nieźle. Aczkolwiek nadal daleko mu do rowerów, które mój pradziadek i dziadek produkowali na własny użytek na wysypiskach (ach te szlachetne wiejskie tradycje). Ale to dla ciebie miejski? Mogło być gorzej. Chociaż jeszcze nie masz koszyka przy kierownicy. W zasadzie myślę, że jeździ się jak na mojej damce, które też w zasadzie jest biała, ale służy jako rower terenowo-szosowo-podróżniczy i wcale nie narzeka 😀
    No i nie musisz już nigdy wozić ze sobą ekierki, bo w zasadzie to jeździsz na ekierce…

  3. Bardzo latwo da sie odratowac, wystarczy obnizyc sobie dochod odpowiednio nisko. Gentryfikacja miast i ludzi jest procesem odwracalnym.

  4. Nie podobają mi się w nim 2 rzeczy.

    1. Brak bagażnika. Co to za rower miejski bez bagażnika? Rower miejski się kupuje (tzn. ja kupiłem) m.in. właśnie po to, żeby zakupy wozić na bagażniku a nie na plerach.

    2. Umiejscowienie świateł. Przednie świeci wprost, nawet jeśli skręcasz kierownicą. Znajduję to cokolwiek głupim, aczkolwiek może szeroki kąt jakoś to równoważy. Tylne — jak założysz bagażnik (patrz #1) to będzie zasłonięte.

    1. 1. Nabijasz się ze mnie. Ja robię takie zakupy, że musiałbym sobie przytroczyć kosz na śmieci. Rower miejski służy mi do poruszania się w pozycji wyprostowanej, bez obciążania nadgarstków. Nie do jazdy po zakupy.
      2. Kąt równoważy z naddatkiem, to jest jakiś opatentowany patent Philipsa, dzięki któremu kąt świecenia to jakieś 120 stopni, czy coś takiego. No przed kołami mam nie wąską ścieżkę światła a szeroki dywan.
      3. Waży ze 20 kg, albo lepiej.

      1. Skoro tylko o pozycję chodziło, to wystarczyło zmienić geometrię w góralu — widelec z dłuższą przednią rurą, gięta kierownica, wygodniejsze siodełko i masz wyprostowaną pozycję, a za różnicę w cenie 2 tygodnie urlopu w Bieszczadach.

        Przyznaj się, że chciałeś mieć hipsterski rower i tyle.

        Dla mnie rower miejski bez bagażnika to oksymoron.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *