Seks, kłamstwa, kalambury, i filmy porno, czyli tarta cytrynowa

Antyimpreza walentynkowa z kalamburami (Penis Rozrabiaka), na których pokazywaliśmy tytuły filmów porno (Wymię Róży), była wielkim wygrywem (Robin Wzwód), i to dosłownym, bo nasza drużyna wygrała (Wakacje z Dupami). W międzyczasie gospodarze postanowili podnieść skalę zajebistości imprezy (Edward Penisoręki), wnieśli tartę, i była taka dobra, że straciłem czucie w nogach (Zaporożec w tunelu).

Korzystając z okazji, że odwiedził nas gość, odbyło się wielkie rodzinne gotowanie, i postanowiłem spróbować odtworzyć ten smak, oczywiście na podstawie przepisu, bo to jeszcze nie ten etap, żeby coś robić na fristajlo.

Najpierw zaczyniłem ciasto, przy czym zrobiłem inne niż w oryginale, niech mi autorka wybaczy. Do bardzo dobrego, kruchego, słodkiego ciasta potrzebujemy następujących składników:

200 g mąki tortowej
50 g cukru
140 g zimnego masła
1 jajko
szczypta soli

Wrzucacie do miski mąkę, cukier, szczyptę soli, i pokrojone na kawałki, zimne masło. Jeden rabin powie, żeby to wyrobić robotem kuchennym, inny powie, jebać robota, jestem człowiekiem, soylent green to inni, i wymiętoli ciasto ręką odzianą w rękawiczkę. Jak ja. W trakcie wyrabiania ręką, dodajemy białko. Masło staramy się rozcierać i łączyć z proszkiem, jak zacznie się wiązać w większe frakcje, dodajemy żółtko. Gnieciemy do momentu, gdy otrzymamy miękkie, plastyczne ciasto. Nie takie farfocle, tylko wiecie, zwarta, plastyczna bryła.

Owijamy to w folię aluminiową, i na pół godziny do lodówki.

Jako, że ciasto jest plastyczne, i ma konsystencję plastelinowatą… Kurwa, czy ja przypadkiem nie zrobiłem plastiku?

No więc z powodu konsystencji, nie trzeba go wałkować, tylko wystarczy rozgnieść ręką, i wylepić nim całą formę do tarty. Wystarcza na formę trzydziestocentymetrową (słownie: 30 cm). Przed wylepieniem formy, wysmarowałem ją lekko masłem, ale powiem wam, zrobiłem to z rozpędu, i nie mam pojęcia, czy było to do czegokolwiek potrzebne, ciasto i tak było trudno odspawać od ścianek formy.

Wylepiamy równo, pamiętając że przy ściankach ciasto ma tendencję do spiętrzania się, więc trzeba je poupychać i podociskać, żeby nie było bez sensu za grubo. W górę ciasto zarzucacie na całą wysokość ścianki.

Spojrzałem na swoje dzieło, stwierdziłem że jest mądre, dobre, i piękne, po czym podziurkowałem dno raz przy razie widelcem. Powoduję to, że podczas pieczenia ciasto się nie odkształca. Niektórzy mówią, że po takim traktamencie, trzeba formę wstawić na pół godziny do lodówki, ale to wypróbuję dopiero następnym razem.

Podziurkowane ciasto wrzuciłem do piekarnika, na 200 stopni (słownie: dwieście stopni), na jakieś 10-12 minut. Raczej dziesięć, bo chodzi o to, żeby lekko stwardniało. Masa do tarty wylana na ciasto niezapieczone mogłaby je rozmiękczyć, i zrobiłby się jakiś daremny zakalec.

W czasie, gdy kruchy, pyszny spód się piecze, robimy ciasto, które nie jest ciastem, tylko takim trochę nie wiadomo czym. Mnie zmyliło. Bo patrzcie, co się dzieje:

skórka starta z 3 cytryn
150 ml
soku z cytryn, trzeba wycisnąć jakieś 3-4 sztuki
100 g cukru
150 ml śmietanki kremówki
3 duże jajka
3 duże żółtka (3 białka zostają na potem, można spróbować zrobić bezy)

Słowo o tarciu skórki z cytryn. Co się naszarpałem poprzednim razem, to tylko ja sam wiem. Przede wszystkim cytryny przed tarciem skórki trzeba wyszorować w gorącej wodzie. Szczoteczką raczej, niż gąbką, którą myjemy naczynia. Następnie cytryny dokładnie osuszamy. Bierzemy tarkę o drobnych oczkach. I bardzo delikatnie pocieramy, nie dopuszczając do:

a) starcia białego, bo jest gorzkie jak sam skurwesyn
b) przebicia osłabionej tarciem skórki, bo jak pójdzie sok, to tarka zaczyna nam się ślizgać po skórce, i zamiast tartej cytryny, będzie półpłynne, farfoclowate gówno.

Starliśmy. Wrzucamy to do miski, dolewamy sok z cytryny, sypiemy cukier, i bełczemy trzepaczką, aż się ten cukier rozpuści. Dodajemy stopniowo śmietankę, bełczemy. Dodajemy pierwsze jajko, bełczemy dokładnie. Drugie, bełczemy dokładnie. Trzecie, bełczemy dokładnie. Pierwsze żółtko, bełczemy dokładnie. Drugie żółtko, bełczemy dokładnie. Trzecie żółtko, bełczemy dokładnie.

Zauważyliście, że po tylu powtórzeniach, słowo bełczemy traci swój sens, i przestaje znaczyć cokolwiek? Jest to zjawisko nazywane satiacją semantyczną. To tak, w ramach bawiąc, uczy.

Po dokładnym wybełtaniu tej masy, wpadamy w naszej kuchni confusion w ciężką rozkminę, no bo przecież to powinno być bardziej ciasto, niż ciecz.

Tak musi być. Nie przejmując się, wlewamy to wszystko na nasze kruche ciasto, i wstawiamy na 30 minut do piekarnika ustawionego na 190 stopni. Koleżanka, od której dostałem ten przepis mówi, że można piec krócej, i od piętnastej minuty zacząć kontrolować. Masa powinna być już ścięta, może się lekko trząść, nie ma problemu, dotężeje w lodówce.

Ja zapodałem pełny program, 35 minut, trochę się mi spiekło na górze, ale raczej posmakowało, bo dowiedziałem się, że mogę się wprowadzić, a ktoś się chciał tej tarcie oświadczać. No ogólnie miało miejsce niebo w gębie, i wielkie kulinarne zwycięstwo.

To czarne na powierzchni nie powinno być czarne, ale smakowało zupełnie tak samo, jak żółte. Czarne na obwodzie to góra ciasta kruchego ze spodu, nie powinna być tak czarna, za długo je wypiekałem, no bo weźcie 12 minut samo, a potem 35 zalane masą, to razem będzie jakieś…
No mniejsza, prawie godzina będzie. Każdy by ściemniał po godzinie w piecu chlebowym.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Aha, zaraz po wyjęciu z piekarnika, możecie posypać tartę cukrem pudrem, ale nie jest to konieczne, bo ona ma tak pięknie zachowany bilans między słodkim a kwaśnym, że według mnie nie trzeba niczego poprawiać.

Smacznego.

Oraz im dłużej nad tym myślę, tym bardziej stwierdzam, że ta zeberka fajnie wygląda.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Przepis na ciasto kruche wziąłem z tego bloga. Ogólnie polecam lekturę, bo www.pieceofcake.pl ma taką przyjemną właściwość, że można tam znaleźć wszystko. Minimalistyczna forma oferuje maksymalistyczną ofertę.

Z kolei przepis na tartę pochodzi z bloga rozkosze-stolu.blogspot.com. Również polecam.