Dej mie ten hamborgir

Tak, tytuł zerżnąłem z fejsowego fąpaża. Lubię brzmienie słowa hamborgir.

Mój ostatni poważniejszy kontakt z kuchnią miał miejsce na studiach. Przez pierwsze dwa lata jadłem obiady na stołówce, potem trzeba było zacząć kucharzyć. I nawet wtedy dobrze mi szło. Pełen wykwint, parówki (nie gotujemy, zalewamy wrzątkiem), odsmażane pierogi (tego się nie da spieprzyć), leczo ze słoika od Matki Czesławy (do wygodnego podgrzania na patelni), czy zupa ogonowa z torebki (nie było jeszcze gorących kubków ani vifonów). W pierwszej pracy jeszcze walczyłem, najczęściej był to kurczak smażony z warzywami z mieszanki hortexowej plus ryż, od października 1998 roku, wziąłem całkowity rozbrat z gotowaniem. Pojedyncze epizody w roku 2002, 2004 i 2006 nie powinny być traktowane poważnie, bo potrawy z reguły opierałem na sosach na winie, przez co pod koniec gotowania byłem prawie zawsze pijany.

Balistyczna kuchnia confusion to dobra nazwa na to, co do tej pory robię przy garach.

Nie mam zamiaru prowadzić bloga kulinarnego, bo ich jak okiem sięgnąć wszędzie pełno. Poopowiadam wam jak się dobrze w kuchni bawić. Słowami zrozumiałymi dla ludzi mi podobnych, którzy przy blacie nie czują się zbyt pewnie. Jak coś będzie za skomplikowane, opierdalajcie mnie w komentarzach. Profesjonaliści (czyli ci, którzy potrafią na przykład samodzielnie ugotować zupę z kości) niech się nie śmieją, ja się uczę.

Przyznam się wam ze wstydem, że frunąc na skrzydłach zmiany, wykorzystałem urodzinowy wołczer na zajęcia kulinarne, i nieironicznie poszedłem na wołowinę dla początkujących. Dlatego dzisiaj będzie hamborgir.

Robienie hamborgira zaczynamy od upieczenia bułek, bo te kupne z Kerfa mi nie smakowały, a kajzerka się niezbyt nadaje, co przetestowałem kilkukrotnie, bo przecież nie wierzyłem.

Do upieczenia bułek potrzebujemy przede wszystkim wagi. Jeżeli potraficie odważyć bez wagi 245 gramów, to spoko, a jak nie, to potrzebujemy wagi. Waga kuchenna kosztuje w Kerfie dwajścia ziko. Do tego sitko, ale nie takie do herbaty (wiem co piszę, próbowałem), tylko większe, na przykład takie do cedzenia makaronu nitki. Piekarnik, blacha i papier do wyłożenia tej blachy. Przyda się pędzelek do posmarowania bułek jajkiem. Jak nie mamy pędzla, możemy zrobić to palcem. Gdy zbierzemy drużynę, możemy zacząć szarpać questy.

Czas przygotowania bułek to 2 godziny, z czego godzinę czterdzieści będziecie się przyglądać, jak ciasto wyrasta. Składniki na 12 bułek, jak tyle nie potrzebujecie, to sobie podzielcie. Ale możecie zrobić 12, bo one się nadają nie tylko do hambuksów, można je szamać na śniadanie, znajomi świadkami. Wytrzymują do 4 dni, szybko czerstwieją, ale wystarczy skropić je lekko wodą i wstawić na 3 minuty do piekarnika (150 stopni), żeby były takie, że o rany jak chrupią.

Składniki:
680 gramów mąki
7 gramów drożdży suchych (lub 14 gramów świeżych, które trzeba pokruszyć, dlatego wolę suche, bo się sypie i ma się spokój, a nie jakieś kruszenie, a potem ręka śmierdzi grzybem)
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
2 łyżki roztopionego masła
200 mililitrów mleka (albo 200 gramów, abstrahujemy tutaj od gęstości płynu)
200 mililitrów wody (albo 200 gramów)
Do późniejszych czynności:
1 jajko
2 łyżeczki sezamu

Weźcie dużą miskę, i przez sito o średnio grubych oczkach przesiejcie do niej mąkę. Potem dodajcie resztę składników, oprócz jajka i sezamu, bo te są do czegoś innego.

Mieszamy łyżką dopóty, dopóki możemy, jak zaczyna ciężko iść, wykładamy ciasto na czysty stół (jesteśmy początkujący, czegoś takiego jak stolnica nie mamy w domu), i wyrabiamy. Wyrabianie jest podobne do tego, jak w marnych filmach porno faceci międlą kobiece piersi – oburącz od środka, lekko do góry, ucisk, na zewnątrz, czynność powtórzyć. Gnieciemy jakieś 4-5 minut, bawiąc się przy tym przednio. Ciasto ma być sprężyste, składniki równo połączone, jak uczciwie przepracowaliście ostatnie 4-5 minut, nie może się nie udać.
Jak się wam za bardzo lepi do stołu, może to oznaczać, że macie
a)stół z wikliny, bambusa, ratatanu etc., i one się nie nadają do robienia ciasta
b)coś pomyliłem w składnikach, i wtedy możecie podsypać na blat trochę mąki.
Ale generalnie przy tych proporcjach, ciasto lepić się powinno leciutko. Plastelina a nie glina.

Po wyrobieniu towarzyskim, odkładamy je do miski, okrywamy ściereczką, żeby nie schło (można użyć ręcznika), i odstawiamy w ciepłe miejsce, na przykład gdzieś pod kaloryfer.

Odpalamy sobie serial, bo ciasto ma rosnąć 1 godzinę. Po godzinie wyjmujemy je z miski, znowu przez jakieś 45 sekund wyrabiamy, następnie ważymy. To co wyszło dzielimy na 12, bo nie chcemy, żeby każda bułka była z innej parafii (no i po coś tę wagę kupiliśmy, nie?).
Mi wyszło na ten przykład 98 gramów na bułkę. Ważymy zatem 12 kawałków, każdy po 98 gramów, nie przejmujcie się, że ostatni będzie miał inna masę, to jakiś fenomen fizyczny, albo błąd pomiaru.

Wyjmujemy blachę, wykładamy papierem do pieczenia, polecam taki, który ma gotowe arkusze, można go dostać na ten przykład w Rossmannie. Bierzemy te równe kawałki ciasta, i czynimy z nich bułeczki. Najlepiej robić to, jak robi się gałki śniegowe, znaczy utoczyć w dłoniach. Po kilku próbach znajdziecie metodę, wystarczy że będzie to przypominać bułkę. Kładziemy je na blachę, lekko spłaszczamy. Nie przejmujcie się, że wyglądają jak jakieś placki. One jeszcze będą rosnąć.

Blachę przykrywamy ściereczką, i odstawiamy w ciepłe miejsce do ponownego wyrośnięcia. Bułek mamy mieć 12, potrzebujemy dwóch blach. Jak mamy jedną, to pierwszy rzut bułek układamy na blaszce, drugi na papierze rozłożonym na tacy albo desce do krojenia, potem sobie szybko przełożymy cały papier.

Bułki wyrastają przez 40 minut, przy czym po 20 minutach można zacząć rozgrzewać piekarnik do temperatury 200 stopni. I rozbić jajko, ale nie na stojącą sztywno pianę, tylko tak rozbełtać.

Gdy bułki postoją dłużej niż 40 minut, wyrosną trochę za bardzo, i nie sprawdzałem, czy się będą nadawać do hamborgir, ale podejrzewam, że mogą być na przykład za bardzo pulchne, albo co. Zresztą szkoda czasu, mówią że 40 minut, to się nie ma co czaić i przeciągać.

Bierzemy blachę, każdą bułeczkę lekko spłaszczamy. Przez te 40 minut one trochę obsychają z zewnątrz, więc przy spłaszczaniu, lekko pękną. Tak ma być. Pędzelkiem albo palcem pomaczanym w jajku (zdecydowanie polecam pędzelek), smarujemy bułki z wierzchu i lekko po boku, sypiemy sezamem, ile kto lubi, i wkładamy do piekarnika na 15 minut. Odradzam jechania na dwie blachy na raz, bo ja tak raz zrobiłem, piekło się nierównomiernie, i musiałem tymi pieprzonymi blachami żonglować niczym jakiś kuglarz podwórkowy. Oczywiście, że się poparzyłem.

Po kwadransie ładujemy następną blachę. Bułki z tej pierwszej najlepiej przełożyć na kratkę z piekarnika, żeby sobie ładnie ostygły i przeschły. W efekcie naszych działań powinniśmy z grubsza otrzymać coś takiego

fot. Maria Cywińska
fot. Maria Cywińska

Gdy bułki nam przestygną, możemy zacząć robić hamborgir, o czym opowiem przy następnej okazji, bo ten wpis się zrobił długi i bez sensu.