Krucyfiks – film o niczym dla nikogo

Coś mnie podkusiło i poszedłem do kina. Normalnie chodzę, ale tym razem coś mnie podkusiło i poszedłem na horror. Gdyby tylko pozostawił mnie obojętnym, to wzruszyłbym ramionami i stwierdził ‘meh, kolejny słaby film’. Jednak zamiast obojętności, w trakcie seansu czułem nieprzemijający wkurw na cynizm twórców. Już opowiadam.

The Crucifixion, u nas chodzący pod tytułem Krucyfiks, reklamowany jest przez dystrybutora jako film twórców serii Annabelle i Obecność. Które to filmy pokazują sprawy nawiedzeń, którymi zajmowało się małżeństwo Warrenów.

Edward Warren był weteranem II WŚ i oficerem policji, który pewnego dnia odnalazł nową ścieżkę życiową i został demonologiem-samoukiem. Współpracowała z nim jego żona, Lorraine, która tytułowała się jasnowidzem i medium. Do spółki stworzyli superwydajną maszynę, specjalizującą się w badaniu nawiedzeń, obecności, złych duchów i laleczek Chucky. W 1952 roku założyli New England Society for Psychic Research i twierdzą, że w trakcie swej kariery zinwestygowali ponad 10 000 spraw. Bardzo pracowite pszczółki.

Do najgłośniejszych śledztw należą sprawy: Amityville, rodzina Perronów i lalka Annabelle. Przez najgłośniejsze rozumiem te, z których zrobiono głośne filmy. Seria o Amityville liczy bodaj 17 części, Obecności są dwie, Annabelle też dwie.

Poznajcie Annabelle, lalkę którą z entuzjazmem postawicie w pokoju swojego dziecka, ku jego wielkiej radości (fot. materiały dystrybutora)

Sami Warrenowie napisali sześć książek i oczywiście użyczyli swoich historii (byli konsultantami) do filmów. Oraz, uwaga, wyszkolili też kilku demonologów, w tym Dave’a Considine, który jest jednym z nielicznych świeckich demonologów uznanych przez kościół katolicki.

Nie będę się nad nimi znęcał, bo nie mam zamiaru podkładać się ich wyznawcom, których w Polsce sporo, zwłaszcza po roku 2013, gdy premierę miała pierwsza Obecność. Ludzie usłyszeli o fantastycznym małżeństwie i powiedzieli ‘łał, jacy oni są zajebiści’. Więc nie, nie skrytykuję ich żerowania na wierze zdesperowanych ludzi w nadprzyrodzone zjawiska, ani cynicznego wykorzystywania tychże ludzi. Bo przecież wszyscy wiedzą, że prawda lerzy po środku i jeden wierzy, a drugi nie wierzy, nikt nikogo do niczego nie zmusza. Co oczywiście nie zmienia faktu, że takich hochsztaplerów szczułbym psami i pędził pod batogami po śniegu.

Brzydzi mnie natomiast cynizm twórców, którzy uczepili się pomysłu robienia filmów opartych na prawdziwych zdarzeniach i tłuką bez opamiętania jeden po drugim. Dałem się nabrać tylko raz, na Obecność. Pocieszam się, że obejrzałem to na DVD i nie zaniosło mnie do kina. Drugą część spiraciłem i poczułem takie osłabienie, że na Annabelle i Annabelle: Narodziny zła nie chciało mi się nawet podnieść nogi, żeby się na te filmy odeszczać. Tak, wiem. To nieprofesjonalne krytykować filmy, których się nie obejrzało, ale nie muszę oglądać filmu robionego według jednego wzoru, żeby wiedzieć, że to będzie gówno rodem z nowej szkoły horroru.

Czyli klimat budujemy topornymi takimi więcej dopowiedzeniami, lalka czasami będzie tu, a innym razem tam, dziecko będzie się z nią komunikować, ale oczywiście dorośli nie będą wierzyć, że lalka mówi dopóki nie będzie za późno, gdyż TEH HORROR! Narastające zagrożenie, kulminacja, niesatysfakcjonujące rozładowanie napięcia, końcówka otwierająca drogę do kolejnych części. Wszystko okraszone sztampową muzyką, mnóstwem shockerów, screamerów i scarejumpów, bo współcześni twórcy nie znają innych metod straszenia widza, oraz obowiązkowo szybki montaż. A, no i sugestię złego ducha robi się, pokazując go za firanką, w odbiciu w lusterku wstecznym, albo stojącego w ciemnym rogu pokoju. Widz musi wiedzieć, czego ma się przestraszyć, musi to widzieć, bo w przeciwnym wypadku czego miałby się bać? Sugestii? No przecież bez sensu.

Tutaj niby, że głowa okręcona o 180 stopni, ale nie. To tylko włosy na twarzy, po gwałtownym siadzie na łóżku. DEMON!!! (fot. zrzut ekranu z trailera)

Przyczyna takiego cynizmu twórców i chodzenia na łatwiznę jest oczywista – widz lubi te melodie, które już kiedyś słyszał. Nie ma sensu dawanie mu czegoś nowego, bo a nuż by tego nie zrozumiał. I hajs się nie zgodzi, a na to wytwórnia nie może się zgodzić. I ja nawet twórców rozumiem – najlepszą grupą konsumencką w kinie jest młodzież, która nie jest zainteresowana budowaniem psychologicznej głębi postaci i długimi dialogami. Ma być szybko, głośno i strasznie w standardowy sposób, a nie jakieś psychologiczne durnoty z sugestią trochę gęstszego cienia za drzwiami i odrobinę tylko przyspieszoną muzyką.

Nie zdziwiło mnie więc to, co dostałem w Krucyfiksie, filmie szytym pod widza standardowego, i rzecz, jasna opartym na prawdziwych wydarzeniach, które wyglądały następująco.

Maricica Irina Cornici pochodziła z rozbitej rodziny, po samobójstwie ojca, wraz z bratem wychowywała się w sierocińcu. W wieku lat 19 wyjechała do Niemiec i pracowała tam jako opiekunka. Gdy jej przyjaciółka została zakonnicą w klasztorze w Tanacu i ściągnęła Irinę do siebie, ta postanowiła również wstąpić do zakonu. Wkrótce po tym, jej stan zaczął się gwałtownie pogarszać. Wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zdiagnozowano u niej schizofrenię. Po dwóch tygodniach terapii, wypisano ją i odesłano do klasztoru. Tam, na swoje własne nieszczęście, trafiła na ojca Corogeanu. Uznał on, że Irina jest opętana przez szatana, którego nie da się wypędzić pigułkami (to jego autentyczne słowa).

Krucyfiks - nowy film twórców Obecności i Annabelle
Poznajcie ciągle jeszcze księdza Corogeanu (fot. zrzut ekranu z autentycznego filmu z egzorcyzmu)

Potrzebny był egzorcyzm.

Zakonnice związały Irinie ręce i nogi, i zamknęły ją w celi klasztornej. Kilka dni później, przypięły ją łańcuchami do krzyża i zaniosły do kościoła. Namaszczono ją świętymi olejami i trzymano w kościele trzy dni. Aha, ponieważ Irina złorzeczyła i przeklinała (kto by tego nie robił, gdyby pojebana banda przywiązała go do krzyża?), czym przeszkadzała w modłach i egzorcyzmach, wepchnięto jej ręcznik do ust. I kontynuowano egzorcyzmy, skrapiając Irinę wodą święconą. Na plus liczy się egzorcyzmującym, że zwilżali nią jej również wargi, to im się nie odwodniła przedwcześnie.

Po trzech dniach ksiądz Corogeanu uznał, że szatan został wypędzony i Irina jest ‘wyleczona’. Zdjęto ją z krzyża i przeniesiono z powrotem do celi. Tam zaczęła umierać, co jest strasznie smutne i strasznie ironiczne w kontekście ‘wyleczenia’. Wezwano karetkę, ale było już za późno. Do szpitala Irina dojechała martwa. Przeprowadzona autopsja wykazała, że zmarła z powodu odwodnienia, wycieńczenia i niedoboru tlenu.

Ta scena znalazła się w filmie. Żarciki z poziomu higieny aż się cisną, ale się powstrzymam, bo patrząc na tę fotkę nie mogę wydobyć z siebie ani słowa. Tak, to są pająki. (fot. zrzut ekranu z trailera)

Kościół zamknął klasztor a księdza zawiesił, co jest karą straszną, tyle że nie. Organy państwowe nie były tak wyrozumiałe i zamknęły ojczulka z pomagającymi mu zakonnicami, oskarżając o morderstwo i ograniczenie wolności osobistej Iriny. Prokuratora domagała się dożywocia, ale sąd był łaskawszy i w 2007 roku wymierzył obywatelowi Corogeanu karę 14 lat w więzieniu, zaś siostrom od 5 do 8 lat. Sąd apelacyjny zmniejszył karę do lat 7 (nie wiem o ile ścięli zakonnicom). Corogeanu nie odsiedział nawet tego, w 2011 wypuszczono go warunkowo. Spoko, możesz zabić człowieka ze szczególnym okrucieństwem, jeżeli wiążą się z tym obrzędy religijne.
Film Krucyfiks dodatkowo wybiela Corogeanu, bo sugeruje, że Irina była faktycznie opętana, i że on jej chciał tylko pomóc. No więc ja pierdolę taką pomoc, jak kiedyś zostanę opętany, zacznę mówić bluźnierstwa, kląć i pluć gwoździami, nie dopuszczajcie do mnie księdza, tylko dajcie mi się wyspać.

Bulwersującym znajduję fakt, że w 2005 roku, w sercu Europy, odpierdalają się takie rzeczy. Możemy się podśmiewywać z procesji na Boże Ciało, że niemądrzy ludzie chodzą po mieście. Możemy śmieszkować z różańca w obronie granic. Znaczy nie powinniśmy, bo szydzenie z cudzej religii znajduję niesmacznym, nawet jeżeli sam jestem agnostykiem czy tam ateistą. Ale to są rzeczy niewinne. Jednak gdy po wyjątkowo okrutnym zakatowaniu niewinnej kobiety, kościół zawiesza swojego funkcjonariusza a państwo wsadza go na całe 4 lata, to już jest chujoza wyższego rzędu.

Tyle na temat prawdziwych wydarzeń.

Sam film jest skrojony według schematu, który znamy jak zły szeląg. Mam wrażenie, że takie schematy do samodzielnego pokolorowania sprzedają w sklepach dla scenarzystów. Najpierw mamy egzorcyzmy, które sugerują, że coś jest na rzeczy. Ba, ksiądz poznał imię demona. Antares, czy jakoś tak. Nie żeby mnie to interesowało, więc wybaczcie moją dezynwolturę. Następnie widzimy młodą amerykańską dziennikarkę, która prosi swojego wujka, wydawcę gazety, żeby ją puścił do Rumunii, bo te egzorcyzmy to świetny temat. Tam napotyka mnóstwo osób mówiących po angielsku, co jest świetną reklamą dla kraju. Śledztwo prowadzi ją do dramatycznej konstatacji, że demon przenosi się przez dotyk…

Taaaaajm, is on maj sajd, jes it is…

No właśnie, jeżeli chcecie obejrzeć fajny horror o demonie, zapuśćcie sobie Fallen z 1998 roku. Dobra obsada (Washington, Goodman, Sutherland, Gandolfini, krótko Koteas), dobra detektywistyczna historia z solidną dawką nadprzyrodzonego konkretu. I Azazel śpiewający ‘Time is on my side’, podczas przechodzenia z ciała do ciała, w jednej z najlepszych scen w historii horroru. A nie takie łajno jak Krucyfiks.

Co tam jeszcze było? A, no przecież. W trakcie śledztwa, nasza bohaterka zaczyna czuć dokoła siebie obecność czegoś mrocznego. I dzieją się rzeczy. A to w czasie kąpieli zgaśnie jej światło w hotelu (stary hotel w którym ciągle pali się w kominku, spore zaskoczenie). A to na drodze pośrodku pola kukurydzy umrze samochód (co się nie zdarza nigdy) i będziemy mieli bezsensowną scenę łapania jej za kostki przez demona (nie miałem siły się śmiać) i ucieczki przez to pole. Obowiązkowe spięcie w komputerze podczas poszukiwań informacji o demonie Ancymonie (czy jak on tam się nazywał), które spotęgowało niemały zamęt i grozę.

Zartefakcenia na zdjęciach krzyża, które wyglądają jak demon Amaros (ktoś pamięta, jak on się nazywał?). Trzaskające drzwi (przeciąg). Trzaskające okno (przeciąg). Dziwne sny (za dużo wina przed snem). No ogólnie nie wiemy, czy to wszystko jest naprawdę, czy bohaterka ulega sugestiom z powodu okolicy, otoczenia, nastroju, zmęczenia i wypijanego alkoholu. Nie miałem pomysłu co mi chcieli twórcy pokazać – faktyczne wydarzenia czy jakiegoś supernaturala. Na szczęście scenarzyści już pędzili do mnie z wyjaśnieniem.

… Pies leżący w sypialni zachrapał i mi się przypomniało. Ten demon nazywał się Agares. I tak jak czytam trochę o nim, to przypał. Upadły anioł, książe piekła pod zwierzchnictwem wschodu, cokolwiek to znaczy, przed upadkiem przynależał do drugiego kręgu, chóru mocy. Uważany za demona odwagi, rządzi wszystkimi duchami ziemskimi. Zły jest, bo potrafi wywoływać trzęsienia ziemi. Może niszczyć duchowe i doczesne godności, co nie wydaje mi się już takie złowieszcze. Naucza wszystkich języków, więc tutaj to już w ogóle spoko ziomek. Potrafi zmieniać bieg wydarzeń i sprowadzać uciekinierów, więc nie ma się do czego przyczepić. I na deser jednoczy rozbite armie, przywraca im siłę i wiarę w zwycięstwo. Na domiar złego (hehehe) jego wygląd sprawia miłe wrażenie, ukazuje się pod postacią starego męża na krokodylu z krogulcem w dłoni.

Złowrogi i mroczny Agares, my ass (fot. Wikipedia)

Kurwa mać, twórcy nie potrafili nawet wybrać odpowiednio złowieszczego demona. Mogli wziąć każdego innego, na przykład Astaroth jest niedaleko w spisie. Też na literę A i ma dodatkowo złowieszcze th na końcu. Albo Azmodan, demon nieczystości i pożądania, siejący niezgodę między mężczyzną a kobietą.

Wracając do głównego wątku. Okazuje się, że demon jest rzeczywisty i wnika w naszą dzielną dziennikarkę. Na szczęście w trakcie śledztwa, poznała ona ojca Antona (którego zresztą chce przelecieć, dzięki czemu demon ma do niej ułatwiony dostęp), który ją szybciutko wyegzorcyzmuje. Dosłownie w minutę osiem. W stodole, w strugach deszczu, bo demon przyzywa deszcz jako szyderstwo z wody święconej (WTF?) będziemy świadkami egzorcyzmów, połączonych z fruwaniem pod sufitem.

Przepraszam, ale nie potrafię pisać zbornie o tym półprodukcie i marnej imitacji filmu. Omijać z dala i szerokim łukiem. A twórcom kotwica w plecy. Za żerowanie na widzach. Za obiecywanie czegoś, czego nie dostarczają, czyli składnej historii. I za wpisywanie się w nurt horrorów, które nie potrafią straszyć inaczej niż czymś wyskakującym zza kadru. Nie ma się co dziwić, że młode pokolenie kinomanów umiera z nudów na Egzorcyście, albo ze śmiechu na Duchu. Mają przecież Krucyfiks i Paranormal Activity.

Produkowanie takich rzeczy uważam za obrazę rozumu i godności człowieka, co samo w sobie nie byłoby takie złe. Gorzej, że takie sziteksy programują młodego widza i jeszcze kilka lat, a każdy horror będzie musiał wyglądać tak, jak Krucyfiks. Modlę się do starszych bogów, żeby tak się nie stało.