Alien: Covenant – co właściwie się stało

Pisałem przedwczoraj tekst o maratonach filmowych do serwisu. Trochę dołożyłem sobie pracy, bo musiałem nurkować w imdb. Ale nie ma tego złego.

W trakcie riserczu dowiedziałem się, że „Rogue One” jest już na DVD, więc będzie można powtórzyć sobie seans. No i oczywiście piątkowa premiera filmu Obcy: Przymierze.

Pomyślałem, że to jest ten moment, w którym przyda się karta CC Unlimited, zarezerwowałem miejsce, wsiadłem na rower (przyjemne z pożytecznym, wiadomo) i pomknąłem do Sadyby. Miałem nadzieję, że po „Prometeuszu”, o którym mogę powiedzieć tylko, że obejrzałem go dwukrotnie, raz w szoku, drugi raz w niedowierzaniu, że można zrobić coś tak złego, Scott zrobi coś, co będzie dało się oglądać. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Weźmisz czarno kure…

Zacznę może od plusów, bo są plusy. Wizualnie przepiękne. FX-y bez zarzutu, dwóch Fassbenderów rozmawiających ze sobą, to żadne wow. Ale jak wspólnie grają na flecie (proszę o powagę) i nie widać w scenie sztuczności ani komputerowych nakładek, to jest człowiekowi satysfakcjonujaco przyjemnie. Muzyka albo nie przeszkadza, albo uzupełnia wizualia. Pięknie komponowane sceny, na przykład otwierająca. Dwóch Fassbenderów. Danny McBride. Sekwencja otwierania żagla słonecznego. Obcy. Raz migają kobiece piersi. Świetnie komponowane sceny, na przykład lądowanie na planecie. To chyba wszystko. A, no i wizualnie jest to piękny film.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Apone i Hicks podzielają moją opinię, film jest wizualnie przepiękny (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Operator kamery w większości przypadków wie co robi, ja natomiast nie wiem skąd ta maniera, że jak Obcy kogoś zjada, to trzeba robić szybki, teledyskowy, szatkowany montaż. Jak już wyskoczył i przebił ofiarę szponem albo szczęką, to nie musimy dawać krótkich cięć i efektu rozbujanej lampy. Niechże ją już sobie doje na spokojnie, przecież wszyscy wiemy jak ksenomorf wygląda, żadnej tajemnicy efektem stroboskopowym w XXI wieku się nie zbuduje.

A potem ją zarżniesz…

Cała reszta to jakieś dramatyczne nieporozumienie i piramidalna głupota. Od razu chciałbym ustalić, że w powyższym komentarzu nie odnoszę się do mitologii powstania Obcych, tylko do braku logiki zdarzeń mających miejsce w filmie. Załoga odbiera tajemniczy sygnał, dawaj, skręcamy i lecimy na miejsce, to nic, że wieziemy kilkuset osadników i tysiące ludzkich zarodków, skręćmy, to nasz moralny obowiązek.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Wszyscy wiemy, jak to się skończy (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Ojej, patrzcie, taka podobna do Ziemi, planety ludzi, może olejmy nasz prawdziwy cel i zostańmy tutaj. W sumie co za różnica, nie?

Na miejscu większość składu wsiada do lądownika i zjeżdża windą do piekła. Nie ma co prawda śpiącego Hicksa, bo i pojazd cywilny, i pani pilot daleko do Ferro, więc w środku trzęsie i dymi. Na powierzchni otwierają trap i wychodzą na zewnątrz bez żadnej ochrony. Bo to przecież oczywiste, że mikroorganizmy zamieszkujące obcą planetę, niepokojąco przypominającą Ziemię, nic nam nie zrobią. Przecież u nas nie ma eboli, hiv czy ospy.

Bez logiki…

Żołnierz na posterunku, ochraniający panią naukowiec, idzie w krzaki zajarać. Tam oczywiście łapie infekcję, w wyniku której błyskawicznie rozkłada się od środka. Patogen działa w tempie ognia przegryzającego się przez suchą trawę latem. Świeżo wykluty albinotyczny Obcy, albo Przedobcy rośnie w oczach. Dosłownie. Bohaterka chcąca go odjebać z szotgana, ślizga się na plamie krwi i strzela w sufit. Potem zamykające się drzwi przycinają jej stopę, przez co kuleje. Na koniec podpala jakieś walające się luzem kanistry z gazem, w wyniku czego cały lądownik wylatuje w powietrze. Bracia Marx nie zrobiliby tego lepiej.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Vasquez zrobiłaby to na pewno lepiej (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Jesteśmy jakoś tak w trzydziestej piątej, może czterdziestej minucie filmu.

Nie jestem pewien, czy oglądałem kiedykolwiek coś taki idiotycznego. Znaczy oczywiście widziałem mnóstwo idiotycznych, kampowych filmów klasy pozaklasyfikacyjnej. No ale w takich przypadkach nie oczekuję od scenariusza pisanego za hamborgira i czteropak browaru, nie wiadomo jakiej jakości. Tutaj scenariusz sprawia wrażenie produktu napisanego na kolanie i na odpierdol. Miał być ciąg dalszy tworzenia mitologii Obcego, wyszło jakieś nieporozumienie.

Bez ładu w tworzeniu bohaterów…

No właśnie, o ile jesteśmy w stanie wskazać Davida i Waltera jako dwóch Fassbenderów, i przy okazji głównych bohaterów, to co z resztą? W jedynce najpierw na pierwszy plan wysunął się niefortunny John Hurt. Potem pierwsze skrzypce, również krótko, rozegrał kapitan, Tom Skerritt. Ellen Ripley wchodzi w to wszystko w połowie filmu. Po drodze może jeszcze liczyć na wsparcie Yapheta Kotto. Każdy członek załogi ma swoje wady, ograniczenia i lęki. Dzięki czemu wszyscy wypadają wiarygodnie.

W dwójce co postać, to oryginał. Oślizgły Burke, nieporadny Gorman, zabójczy team Vasquez i Drake, wycofany Hicks, mający skłonność do przesady w obie strony Hudson, wredy sierżant Apone, i niefartowni Spunkmayer i Ferro. Plus bardzo ludzki Bishop i bardzo dobra Newt.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Pamiętamy nazwiska wszystkich bohaterów ze zdjęcia, potrafimy też podać ich króką charakterystykę (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

W trójce Charles Dance i dość charyzmatyczny Charles Dutton. W czwórce Ryder, Wincott, Perlman, Pinon i Dourif. W każdej części oczywiście coraz bardziej zahartowana w bojach Sigurney Weaver.

A tutaj, po zapłaceniu hajsów dwóm Fassbenderom, nie wystarczyło grosza na obsadzenie nikogo, kto miałby w sobie choć trochę charyzmy i charakteru. No dobra, Danny McBride spełnia trochę rolę takiego gościa, który nie jest cięty z kartonu, ale scenarzyści postanowili, że będzie siedział na orbicie i podejmował samobójcze decyzje.

Waterston miała być chyba w zamyśle drugą Ellen Ripley, ale ani nie ten format, ani nie ta zaciekłość. Może nawet byłaby możliwość rozwinięcia jakoś tej postaci, ale znowu postarali się scenarzyści, i wszystko poszło się paść. Bo jak już zaczyna coś sensownego robić, to chwilę później huśta się na linie pod pokładem lecącego lądownika i obija o silniki.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Taka akcja mnie przekonuje, superbohaterskie fruwanie na linie trochę mniej (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Ja rozumiem, że teraz musi być więcej, mocniej i bardziej efektownie, ale takie pajacowanie na sznurku to można robić w Spidermanie, mi by wystarczył kameralny pojedynek w stylu Matka kontra Ellen w robocie załadunkowym. Efektownie na maksa, a przy okazji dość prawdopodobnie i bez przegięć. Da się? W XXI wieku nie, moc komputerów za bardzo potaniała.

I w ogóle

W czasie gdy bohaterowie nie robią durnych rzeczy (kapitanie, zajrzy pan do tego kokonu, nic panu nie grozi, mówię to panu ja, lekko tylko szalony android), dwóch Fassbenderów toczy ze sobą filozoficzne rozmowy i sadzi ćmoje-boje o kreacji, niedoskonałych stwórcach, ich superdoskonałych dziełach i granicach bycia twórczym z powodu wmontowanych bezpieczników i autoograniczeń.

I ja teraz nie wiem, czy to jest letni blockbuster, w którym są wybuchy, ociekający lubrykantem Obcy, seks pod prysznicem i jeszcze trochę wybuchów, czy może pseudofilozoficzny traktat o… No właśnie, o czym? A może jednak slapstickowa komedia pomyłek?

O powstawaniu gatunków

Powtórzę – nie mam żadnych uwag do tego, jak sobie Scott tworzy genezę ksenomorfa. Może to być produkt Inżynierów, może to być broń biologiczna, może to być kosmiczny odkurzacz, szczerze mówiąc już mnie to nie obchodzi, ale wiem, że jest kupa ludzi zajarana biotechnologicznymi opowieściami o pochodzeniu gatunków. Spoko.

To mówisz, że powstaliśmy z purchawek? (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Wiem też, że ultrasi cyklu są żywo zainteresowani czymś innym, niż tylko repetycjami z kosmicznego horroru w innym anturażu, i zarówno „Prometeusza”, jak i zapewne „Przymierze”, obejrzą z zainteresowaniem i z wypiekami na twarzy.

Problem polega na tym, że Scott zrobił film nie wiadomo dla kogo. Rozumiem konieczność pożenienia ze sobą szerokiej publiczności (kasa) i fandomu (mniejsza kasa). Nie rozumiem natomiast, dlaczego wybrał taką drogę. Bo przyjął do realizacji szkic scenariusza, a potem na jego podstawie zrobił film. Film dla nikogo.

Jestem zasmutkowany.