Mroczna Wieża something something

Oczekiwania były wielkie, niczym Wieża. Zamiast epickiej epopei na miarę Władcy Pierścieni, dostaliśmy poprawnie zrealizowany film akcji, który równie dobrze mógłby dziać się gdziekolwiek, bez konieczności mieszania do tego Rolanda, Jake’a i Waltera. Trzeba było zrobić historię o rewolwerowcu i olać Kinga.

Będą jakieś tam spojlery, ale chyba nie takie duże.

Zmylili mnie, jak dzieciaka zmylili. Koniec Mrocznej Wieży to początek nowego obrotu koła. Roland znajduje po bitwie na wzgórzu Jerycho, Róg Elda i wyrusza w kolejną wyprawę, która będzie prawdopodobnie ostatnią iteracją jego przygód. W trailerze do filmu Róg pokazano bardzo wyraźnie, dzięki czemu nie miałem problemu z wzięciem na klatę odstępstw od pierwowzoru książkowego. Robią po prostu ostatnie okrążenie i akcja może pójść zupełnie innymi torami. W pierwszej części możemy mieć z całej Trójki tylko Jake’a, Susan i Eddie dobiją do nas później. W pierwszej części możemy mieć zmęczonego życiem Rolanda, który nie ma ochoty bronić Mrocznej Wieży i napędza go jedynie chęć zemsty na Człowieku w Czerni. Spoko, też to kupuję, Walter zabił mu ojca, Roland sunie przez świat i chce go zabić. Nie mam problemu z tym, że wpada na Jake’a, który znalazł w Nowym Jorku portal, przez który przebił się na pustynię. Bez mrugnięcia okiem oglądam sceny, w których Deschain demoluje bazę na Ziemiach Jałowych, w której pracują Łamacze Promienia, w tej iteracji może nie być Callahana, zawsze to zaoszczędzimy kilka dolarów na epickiej bitwie z Wilkami z Calla.

Nie pyknie mi zbytnio brewka i przyjmę do wiadomości, że ten film był bardzo długim teaserem, i jak sprzeda się dobrze w box office, to Sony zrobi dalsze części, w których będzie w stanie pokazać nam rozmach i bogactwo świata stworzonego przez Kinga.

Zniosę ogólną biedę scenograficzną i nie będę się cisnął, że wszystko wygląda tanio, bo film kosztował 60 mln. $, co plasuje go kosztowo na poziomie przeciętnej produkcji kinowej. Zresztą pewnie większość kasy poszło na gaże, bo ani Elba, ani McConaughey nie pracowali za paciorki, więc tym bardziej rozumiem brak rozmachu w scenografiach i scenach masowych.

Mam też odrobinę mózgu i nie płaczę w internetach, że jak to WZIĘLI SIEDEM CZĘŚCI I SKLEILI TO W JEDEN FILM CO ZA DURNIE! bo to nieprawda. Wzięli tyle, żeby zainteresować ludzi światem i pokazać im, czego mogą spodziewać się w kolejnych częściach, jeżeli dojdzie do skutku ich realizacja. Oraz wzięli tyle, żeby fan miał też radochę z oglądania i mógł się powymądrzać „o, a tutaj odniesienie do tego, natomiast tutaj pozmieniali i nie zgadza się”.

To rzekłszy, powiem wam, jakie mam problemy z Mroczną Wieżą.
Po pierwsze, wcale nie to, że WZIĘLI SIEDEM CZĘŚCI I SKLEILI TO W JEDEN FILM CO ZA DURNIE! Bardziej bolała mnie bieda wyzierająca praktycznie z każdej sceny. W filmie nie ma niczego wyciskającego dech z piersi. Brakuje scen epickich. Brakuje scen wzruszających. Brakuje scen poruszających. No, może oprócz tej, gdy Jake orientuje się, że jego matka nie żyje. Oczekiwałem blockbustera, z całym dobrodziejstwem inwentarza, jaki niesie w sobie blockbusteryzm. Dostałem epickość klasy C albo nawet i D. Poza scenami strzelaniny i szybkiego przeładowywania broni przez Rolanda, nie ma w MW niczego, co robiłoby efekt WOW, KURWA, ALE JAK TO?!

Po drugie dialogi i scenariusz. Bardzo niedobre dialogi i scenariusz. Trochę mną wstrząsnęło, że pracowało przy tym aż czterech scenarzystów, bo efekt końcowy jest rozczarowujący. Wszedłem na imdb i obejrzałem wcześniejsze dokonania tych panów, bo myślałem, że to jakieś kelnery, które na Mrocznej Wieży uczyły się pisania. Gdzie tam, popatrzcie tylko na te tytuły: Adam’s Apples, I, Robot, The Da Vinci Code, Beautiful Mind, The Client, I Am Legend czy takie seriale jak Alias, Lost, Fringe. Raczej pro niż amatorszczyzna. A tu taki bąk. Jasne, biorę pod uwagę, że w montażu wycięto tyle scen, że scenariusz przestał się kleić, ale jeżeli wśród scenarzystów jest również reżyser arcydzieła, to może by tak z łaski swojej panował nad materiałem, co?

Roland już nie jest głównym bohaterem opowieści, zamiast niego w te buty wskakuje Jake. Jake był fajny, ale ja chcę Rolanda, który bierze młodziaka do terminu i przekuwa go w młodego rewolwerowca.

Aktorzy są dobrzy, a nawet bardzo dobrzy. Co z tego, skoro grają w filmie, który średnio ich interesuje. Wiadomo, że zagrają poprawnie, to przecież solidni zawodowcy. No ale jakby nie o to do końca mi chodziło.

Wspominałem o biedzie wyzierającej z każdej sceny? No właśnie, jest biednie.

A jak sobie pomyślę, że przejmowaliśmy się tym, w jaki sposób rozegrają problem jaki ma z białoskórym Rolandem Susanna, to śmiać mi się chcę, bo nie ma problemu. A jak nie ma problemu, to nie ma zmartwienia koleś.

Doniesienia z box office’u nie są krzepiące. Jasne, film zarobił, co miał nie zarobić. Kupa fanów i casuali poszła na niego, w USA zgarnął 47,5 miliona, na świecie 53,5 mln, razem nieco ponad 100 baniek, przy budżecie 60 mln daje nadwyżkę. I pewnie będzie kontynuacja, bo recenzje mogą być miażdżące, grunt żeby hajs się zgadzał. Ale ogólnie zawód. Bo to ani film dla fanów książki (za płytki, za trywialny, za biedny), ani nic specjalnego dla tych, którzy książek nie znają. Ot, dostali kolejny produkcyjniak sf-fantasy, wakacje są, można skoczyć. Jestem delikatnie niezadowolony.

Smaczki dla czytelników, które powpychali twórcy do filmu, to trochę za mało. Zobaczymy na dniach co nawywijali z „To”.

Korzystając z okazji, że po MW mam taki posmak w ustach, jakbym się najadł pyłu z Ziem Jałowych, opowiem w skrócie o dwóch dobrych filmach, takich wakacyjnych cukiereczkach.

The Hitman’s Bodyguard (u nas jako Bodyguard Zawodowiec, because fuck you) jest filmem do bólu przewidywalnym, wypełnionym kliszami, kalkami i wytartymi schematami. Dzieło absolutnie wtórne, bez grama oryginalności. Na szczęście grają w nim Samuel L. Jackson jako Samuel L. Jackson i Ryan Reynolds jako sympatyczny, uśmiechnięty i miły Ryan Reynolds. Do tego Gary Oldman, jako operetkowo przerysowany, zły białoruski dyktator i mamy dość solidne killer combo, uzupełnione przez wulgarną i wyraziście doskonałą Salmę Hayek.

Przez większość filmu ma miejsce strzelanina, wybuchy, eksplozje i rozpierdol. Samuel L. Jackson kopiuje swoje poprzednie role i zupełnie nikomu to nie przeszkadza. Radośnie bluzga, bijąc albo wyrównując rekord użycia słowa fuck w jednym filmie, w czym dzielnie mu wtóruje Hayek, jako jego filmowa żona. Dawno nie oglądałem tak zabawnego i bezpretensjonalnego filmu. Przez pół seansu śmiałem się jak hiena, przez pozostałe pół z mojego śmiechu śmiała się reszta sali. Bo z jakiegoś powodu sala nie śmiała się w tych samych momentach co ja, ale to problem sali a nie mój. Jak ktoś jeszcze nie był, to niech śmiało idzie do kina, dwie godziny zabawy murowane. Jest w filmie nawet jakiś scenariusz, ale nie przejmowałem się nim zbytnio, bo poszedłem do kina na Jacksona, Reynoldsa, Hayek i Oldmana. Dostałem dokładnie to, co chciałem.

Sto penisów w czoło i kotwica w plecy dystrybutorowi za polski tytuł rodem z mrocznej dupy. Dużo smacznych i pięknych rzeczy dla Martyny Łukomskiej, która zrobiła dobre, soczyste tłumaczenie dialogów, a specjalny pucharek za wciśnięcie do filmu, niekoniecznie nawet zgodnie z kontekstem, mojej ukochanej frazy „chuje muje dzikie węże”.

Na koniec „Barry Seal: król przemytu”. Nie guglałem Barry’ego, bo nie chciałem wiedzieć, co się będzie w filmie działo. I dobrze zrobiłem, i wam też polecam. Bo z gugla moglibyście się dowiedzieć, że film zbyt koloryzuje wydarzenia a tytułowy bohater wcale nie był podobny do Toma Cruisa.

Barry Seal był pilotem linii lotniczej TWA po czym zaczął latać prywatnie i przemycać broń i narkotyki do i z Ameryki Południowej. I to w zasadzie cała fabuła filmu. Jak mówi Cruise na początku filmu „część z tych rzeczy zdarzyła się naprawdę”. Nawet nie wnikałem, czy prawdziwy Seal poznał Noriegę, Olliego Northa, Ochoę i Escobara, bo nie chciałem, żeby mi prawda popsuła dobrze opowiedzianą historię. Polecam.

Dla wszystkich którzy mają problem z Cruisem – nie macie się co przejmować. Aktorem nigdy nie był dobrym, dlatego gra w filmach, w których może się pokazać ze swoich mocnych stron (czyli fizyczności). Tutaj zaskakująco miło daję radę i awaryjnie lądować na ulicy małego, amerykańskiego miasteczka, po czym, spowity w welon z kokainy, odjechać na młodzieżowym rowerku w siną dal, jak również zagrać twarzą. Oraz to chyba pierwszy od stu lat film, w którym aktor nie biega.

Bardzo dobry, rozrywkowy kawałek kina, nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej i wybierzcie się na seans. Warto.