Życie, życie jest makrelą

W lutym ubiegłego roku wyszedłem od koleżanki, zakręciłem do spożywczego, i zupełnie bez powodu kupiłem sobie wędzoną makrelę.

Nienawidzę ryb. Śledzie kocham. Śledź to nie ryba.

Siedziałem nad talerzem, skubałem to mięso, i zastanawiałem się, co właściwie zaszło. Myślałem nad tym, kiedy zacznę chodzić na co dzień w marynarce, odwiedzać operę i balet, palić e-fajka, pić oczyszczające koktajle z jarmużu, topinambura i fenkułu, prowadzić higieniczny tryb życia, taki co to wiecie, przed północą do łóżka, elo papierosy, impreza raz na kwartał, długie spacery, pierwszy półmaraton. I cały ten szajs.

W połowie makreli (mdła jak nieszczęście, bo nawet cytryny w domu nie miałem), i po dwóch fajkach doszedłem do wniosku, że wszystko się aligancko składa w logiczną całość.

Jest taki zabobon, według którego co siedem lat następuje pełna wymiana atomów naszego ciała. Nawet jak to bzdura, to za ładnie mi się składa, żebym się kwestią prawdziwości tegoż zabobonu przejmował. W lutym ubiegłego roku miałem 42 lata, to sobie podzielcie na siedem, bez reszty jest wynik, czyli akurat wymieniły mi się wszystkie atomy, i jestem innym człowiekiem. Ha!

Wbrew pozorom nie był to całkowity bezsens, bo w drugim tygodniu stycznia 2015 rozpocząłem akcję odchudzania, więc zmiana jakby się czaiła za winklem. W lutym ta ryba. W marcu chwila zadumy, w kwietniu pierwsze rozmowy o projekcie Stany i zakończenie procesu leczenia ręki, na przełomie maja i czerwca życiowa stabilizacja, potem wiadomo, wakacje i niezdrowy Woodstock, sierpniowa życiowa destabilizacja, wrzesień -projekt Stany, który zmienił mi optykę tak, jak niewiele rzeczy do tej pory. W październiku odpocząłem i przerzuciłem się z czekolady na owoce, i z nadmiaru mięsa na trochę więcej warzyw. Listopad jakiś taki, w grudniu rzuciłem palenie, i zanim się zorientowałem, życie zatoczyło pełny krąg i przyjebało mi z partyzanta w potylicę.

Schudłem 20 kilogramów, nie palę, i chyba jakoś niedługo będę się hajtał.

Więc ja bym z tego miejsca chciał tutaj trochę poopowiadać o tym, jak sobie radzić z faktem, że pewnego dnia kupujesz wędzoną makrelę.