Napisz, że To

Bałem się tej ekranizacji, jak chyba każdy, kto śledzi to, co filmowcy wyprawiają z książkami i opowiadaniami Kinga. W ciągu ostatnich 10 lat katastrofa goniła katastrofę.

W roku 2007 pojawiła się pełnometrażowa „The Mist”, która była ostatnią dobrą adaptacją, jaką widziałem. Potem sypały się jakieś krótkie metraże, do których szybko się zniechęciłem, bo o ile nie mam nic przeciwko nieopatrzonym aktorom, to mam wiele przeciwko nieopatrzonym aktorom, którzy grają gorzej ode mnie. A to już pieprzona sztuka.

W latach 2010-2015 wyprodukowano 78 odcinków serialu „Haven”, który był tak bardzo luźno oparty na opowiadaniu „Kolorado Kid”, że nawet nie wiem, czy mam to liczyć jako adaptację, czy raczej bardzo luźną inspirację. Skłaniam się ku temu drugiemu. Powiem wam, że wytrwałem bardzo długo, poległem dopiero na koniec czwartego z pięciu sezonów. Haven to było moje guilty pleasure, coś w zastępstwie Warehouse 13. Jednak to nie był King.

W 2011 dostaliśmy rozczarowujący „Worek kości”. Znaczy mnie rozczarował. Potem znowu cała kupa shortów i w 2013 największa chyba w historii kinematografii i filmografii obraza rozumu i godności człowieka, czyli makabrycznie zła adaptacja powieści „Pod kopułą”. Z przerażającej historii o małym Hitlerze, zrobili kino familijne. Biorąc pod uwagę, że w tej rzezi własnego dzieła brał udział sam King, do dzisiaj nie rozumiem co się tam stało. Nie wiem, może był aż tak niezadowolony z tego, co napisał cztery lata wcześniej, że postanowił to wywrócić na nice, ale fakt pozostaje faktem, że to co dostaliśmy, było niestrawnym knotem. Przetrwałem półtora sezonu, bo myślałem naiwnie, że coś się rozkręci. Niestety, działo się gorzej i gorzej, więc oddaliłem się godnie, chociaż na tarczy.
Rok 2016 przynosi najlepszą rzecz w tym zalewie przeciętności i kiepskości, czyli ekranizację powieści „11.22.63”. Ładna, zwarta i zamknięta całość, bez rozwlekania, kombinowania z trzema sezonami. Konkret, osiem dobrych odcinków na podstawie dobrego materiału wyjściowego. Najlepsza rzecz, jaką na podstawie Kinga zrobiono przez te 10 lat.

Czasami się człowiekowi przypominają te mityczne stare, dobre czasy, które faktycznie były dobre

Kilka tygodni temu firma Dimension Television wypuściła swoją wersję Mgły i zrobiła z tego serial. Twórcy zmnożyli wątki, rozrzucili ludzi po całym miasteczku, żeby mogli przez 4 odcinki jechać do supermarketu, gdzie matka z choro curko czekają. W oryginale Mgła to kameralna psychodrama, w której z osaczonych ludzi wyłazi to co w osaczonym człowieku najlepsze – zło i głupota. W tym siła opowiadania, w tym siła filmowej adaptacji Darabonta z 2007 roku. Tutaj bohaterowie przeżywają coraz głupsze przygody, z których wychodzą cało niczym doborowa ekipa Supermanów. Sama mgła? Będzie spojler – najpierw miała to być siła wkurzonej natury, jak w nieszczęsnym „The Happening” pana Shyamalana. Potem, w jakimż o jakimż końcowym cliffhangerze, okazuje się, że mgła to jakaś bezcielesna siła, którą wojsko dokarmia jakimiś skazańcami w pomarańczowych kombinezonach. Czyli może jednak eksperyment, który się trochę nie udał? Tyle pytań, które mnie nie interesują.

Zbulwersowany tłum komentatorów z prawej strony, rzucił się na serial z powodu „leftismu”. Znaczy jasne, mówi się w nim o trudnych sprawach gwałtu, jest trochę high school drama, jest odrzucony przez ojca gej-got, ale żeby to jakieś lewactwo w opór było, to nie wiem skąd pomysł. Robienie z tego zarzutu też nie ma sensu, bo serial nie jest zły z powodu jego lewicowego skrętu, tylko dlatego, że ma źle zaplanowany scenariusz, bohaterowie działający niespójnie i bez sensu nie obchodzą nas przez sekundę, właściwie to z powodu ich głupoty, życzyłem im wszystkim nagłego zgonu. No i z naprawdę pełnokrwistego horroru zrobić nudną historię o niczym, okraszoną fatalnym CGI, to trzeba mieć specyficzny talent. O grze aktorskiej litościwie zmilczę. Sugeruję mijać szerokim łukiem i nie oglądać nawet dla beki czy eksperymentu. Wystarczy, że ja to zrobiłem, wy nie musicie.

No i wreszcie niedawna premiera „Mrocznej Wieży”, o której napisałem oddzielny tekst, powstrzymując się ze wszystkich sił.

Przyznacie sami, że te próby zmierzenia się z Kingiem nie nastrajały zbyt pozytywnie i kolejnej ekranizacji jednej z jego najlepszych książek oczekiwałem z lekką sraczką. Niepotrzebnie. Było dobrze, miejscami bardzo dobrze, a wady, chociaż dla mnie dość poważne, nie spaczyły filmu, co najwyżej go spłyciły albo zakłamały w stosunku do książki. O tym później.

Z dobrych rzeczy, to wiadomo – scenariusz. Siedem lat się pieprzyli z tą ekranizacją, dlatego tym bardziej jestem pozytywnie zaskoczony, że zamiast niezbornego, polepionego na odpierdol produktu podobnego do scenariusza, dostaliśmy coś, co ma sens oraz ręce i nogi. Zmiany wprowadzone w stosunku do książki nie bolą bardzo, raczej odczuwa się ból z powodu braku pewnych rzeczy. Miałem nadzieję, że w końcu pokażą mi dymną jamę i przybycie Tego, ale się nie udało. Liczyłem na kilka innych drobiazgów, ale mogę bez nich żyć. Ogólnie wyszło dobrze, chociaż dla widza, który nie zna książki, niektóre sekwencje mogły być konfundujące. O tym później.

KLAUNI, KLAUNI SĄ ŚMIESZNI (fot. WarnerBros)

Obsada – też dobrze. Dzieciaki dobrane fajnie do ról, Ben w końcu był grubasem a nie tęgim ziomkiem, Richie ma faktycznie niewyparzoną gębę, Beverly jest doskonała, Bill daje radę, Eddie zaskakująco dobry, Bowers bardziej popieprzony niż poprzednio, jego gang trochę nijaki. Najbardziej żal, że Mike i Stan kompletnie nie istnieją. O tym później.

Efekty – to co mieli w monecie, wydali dobrze. To czego nie mieli, mieli wydać właśnie na dymną jamę, której twórcy bardzo chcieli, ale studio powiedziało, że nie da rady. Uwaga do trędowatego. Trochę za bardzo przegięty i uważam, że można było go zrobić po prostu przez charakteryzację a grozę wyprodukować motywem książkowym, czyli sugestią zrobienia Eddiemu laski za ćwiartkę. Wygrała natomiast pokrzywiona pani z synagogi, każde jej wejście na ekranie to wisząca w powietrzu brązowa nuta.

Właśnie, ścieżka dźwiękowa – dupy nie urywająca, ale dobra nuta. Zarówno kawałki, będące podkładem muzycznym znanym i lubianym, jak i oryginalna ścieżka dźwiękowa, która miejscami brzmiała, jakby ktoś drapał szkłem po tablicy. Z drugiej strony miałem żal, że nikt chyba już nie robi takiej muzyki jak Goblin. Ta ekranizacja bardzo zasłużyła na dźwięki z ekstraklasy, dostała muzykę klimatyczną, ale tylko poprawną.
Właśnie, klimat – dużo bardziej mroczny niż w poprzedniej wersji, dość mroczny w porównaniu z książką. Ale tylko w wybranych scenach, bo najczęściej groza jest szybko przełamywana śmieszkami. Mnie taki zabieg nie wadził, młodociani miłośnicy horroru strasznie pomstują, zapominając że wydarzenia oglądamy z perspektywy kilkunastoletnich dzieciaków, które świetnie sobie radzą z oswajaniem horroru humorem. Ja bym radził poczekać na część drugą, z dorosłymi. Tam pewnie będzie bardziej poważnie.

Zresztą i tutaj mamy ciężkie jazdy – flirtujący otwarcie z nieletnią farmaceuta, przemocowy ojciec Bowersa, grożący swojemu synowi bronią. Zaborcza mama Eddiego, która w końcu jest taka, jaką ją sobie wyobrażałem. No i na końcu największy creep w tym filmie, czyli papcio Marsh. W książce King niuansował, w poprzedniej ekranizacji Ojciec Beverly był po prostu żałośnie brutalny. Tutaj jest to pedofil molestujący własną córkę. Finałowe wyemancypowanie się Bev dało mi mnóstwo mściwej satysfakcji. Tak, potwory nie zawsze chowają się w szafie.

No właśnie, co z Bowersem (mat. dystrybutora)

Podobała mi się też dosłowność niektórych scen. Tak, bardzo chciałem, żeby pokazali mi, jak To obrywa Georgiemu rękę. Tak, chciałem dosłownej makabry w tej konkretnej scenie. I bardzo się cieszę, że ją dostałem, dzięki czemu nie musiałem się przyglądać duchowi George’a i się zastanawiać „dlaczego ten rękaw mu tak wisi.”

O kwestiach technicznych, typu montaż, praca kamery, światło i dźwięk się nie wypowiadam, bo się na tym kompletnie nie znam, ale poczucia jakiejś srogiej padaki nie miałem. Tutaj jednak głos oddam fachowcom, bo co się będę wygłupiał.

Co mi nie podeszło, od najmniejszej przewiny twórców.

Przeciągnięta końcówka. Zupełnie jak w Powrocie Króla. Miałem wrażenie, że twórcy zorientowali się, że mają 1:46 h materiału i jak to tak? Taki klasyczny format? Nichuja, dajemy minimum 2 godziny. I podokładali jakichś absurdalnych scen, jak choćby walka Bowersa z Mikiem.
Właśnie, nie wiem, jak to zamierzają rozegrać, ale po tym co zaszło, średnio widzę Bowersa w części drugiej. A było nie było, jest w niej dość istotną postacią.

Kompletnie nieistniejący Mike i Stan. Mike pojawia się przypadkiem w grupie i bez słowa wytłumaczenia zostaje do niej przyjęty. A potem go tam prawie nie ma. Stan jest w grupie od początku, ale jakby go nie było. Postać źle napisana, średnio zagrana, rozhisteryzowany gnojek z pretensjami do świata, że ten nie układa się logicznie i racjonalnie. Bardzo duże niewypały, a przecież obie te postaci są bardzo istotne w kontekście przyszłych zdarzeń. Mike zostaje obserwatorem i zwołuje Klub po latach. Obejrzyjcie film i powiedzcie mi, że przyjechalibyście na wezwanie kogoś tak bezbarwnego jak on? Nawet jeżeli byście ślubowali. Potraktowanie ich po macoszemu to poważna wada scenariusza.

Brak magii, która przesyca i przepaja książkę. Jasne, jak się operuje słowem, łatwiej wytłumaczyć ludziom, że była magia i dlatego dzieciaki dały radę się spotkać, stanąć do walki z Tym i poważnie je zranić. Tutaj brakuje mi rodzenia się przyjaźni wewnątrz ekipy. Bardzo żałuję, że zrezygnowano ze sceny wspólnego budowania tamy, podczas której nastąpiła przekonująca konsolidacja grupy. Tutaj mamy pojechane w drugą stronę – niektóre dzieciaki nienawidzą Billa i mają do niego pretensje o rzeczy. Sorry, ale tego nie kupuję zupełnie.

To wyjątkowo nie Richie tylko Eds (zrzut ekranu z trailera)

No i wreszcie finałowy pojedynek. To porywa Beverly, ziomki idą ją ratować. Każdy bierze jakąś broń i finałowe starcie zamienia się w jednoosobowe pojedynki z klaunem. No nie. Klub Frajerów wystąpił przeciwko Temu razem i tylko dlatego dał radę je ciężko zranić. Gdyby próbowali robić to tak, jak spróbowali, ich flaki walałyby się dokoła legowiska Tego na jakieś pół strzału z łuku. A można było zrobić to dyskretniej. Nie wiem czy Rytuał Chud byłby dobrym rozwiązaniem, bo to jednak za mało widowiskowa sprawa. Ale przecież gdyby Billy złapał To za metaforyczny język i zaczął toczyć mentalny pojedynek, można to było rozegrać bardziej efektownie a mniej dosłownie. Przecież nawet jego przyjaciele mogli dodawać mu otuchy i pojawiać się podczas takiej walki. Nie wiem, może teraz są takie oczekiwania, że mają być takie komandoskie akcje.

Oraz wszystko wyglądało tak, jakby To można było po prostu zranić kawałkiem ogrodzenia. Nie twierdzę, że chciałbym oglądać sceny przelewania mocy w kij baseballowy, to by było zbyt głupie. Ale nie obrażajcie mojej inteligencji twierdząc, że długowieczne, wszechmocne stworzenie da się po prostu podziurawić włócznią.

I GDZIE SĄ TRUPIE ŚWIATŁA?

Na koniec słowo o Tańczącym Klaunie Pennywise. Skarskard miał po Currym ciężkie zadanie, zupełnie jak Ledger po Nicholsonie. Wybrnął z tarczą, bo nie spróbował być bardziej przerażającym od Curry’ego na siłę, tylko jakoś mu to samo wyszło. Hehehe, żartuję z tym samo. Gość jest obłędnie pojebany. W czasie swoich przemów i mamrotań, wrzuca do dialogów/monologów szwedzkie słowa, które brzmią na tyle obco, że potęgują efekt grozy. Jego Pennywise jest infantylny i dziecinny, a jednocześnie nieludzki i obcy. Te jego chichoty.

Jest szansa, że na takich obrazkach Skarskard nie będzie miał wymalowanego kutasa na czole. Dźwignął temat godnie.

No i proszę zwrócić uwagę na to, jak się ślini. Znaczy jeszcze raz To muszę obejrzeć, żeby potwierdzić swoją hipotezę, że Pennywise ślini się w momentach, w których ofiary się go boją. I ten strach pobudza jego apetyt aż do fazy toczenia śliny.

Skarskard dał nam kreację absolutnie nieludzką. Dzięki czemu straszy jak należy. Zostałem fanem.

Ogólnie daleki jestem od okrzykiwania tego filmu arcydziełem i dawania mu dyszki. To solidny film z kilkoma wpadkami, które trochę mnie podrażniły, ale nie zepsuły odbioru. Najlepsza ekranizacja prozy Kinga od 10 lat, jeden z pięciu najlepszych filmów na podstawie prozy Kinga ever. Idźcie do kina. I nie wierzcie dzieciakom wychowanym na „Pile” i „Annabelle”, że ten film nie straszy. Straszy, chociaż może niekoniecznie tym, czego oczekiwaliśmy.