KK(K) took my baby away

Tematów związanych z religią strzegę się niczym głodu, wojny, śmierci i morowego powietrza. Trzeba się uzbroić w bardzo dużo cierpliwości i mocne szkło powiększające, żeby znaleźć jakiś mój komentarz do spraw związanych z religią, a właściwie w naszym kraju, bardziej z kościołem katolickim.

Nie robię tego z przyczyn oczywistych – jak dochodzi do rozmowy na uczucia i przekonania, a nie na argumenty, wszyscy się pałują ze wszystkich sił, potem się na siebie obrażają, a jednocześnie wszystkim się wydaje, że taką dyskusję wygrali, co jest trochę krępujące, zwłaszcza dla obserwatora postronnego.

[tutaj był długi kawałek tekstu o KK, ale go wywaliłem, żeby nie jątrzyć]

Mam taką śmiałą propozycję. Dla wszystkich, którzy są wkurwieni tym, co się aktualnie w KK dzieje. I którym ciągle jakoś z tym dziwnym, spotworniałym kościołem po drodze. Pewnie po drodze do zbawienia, ale jak ma mnie takie coś zbawiać, to ja stanę z boku i sobie zapalę.

Skoro was tak uwiera krzywda ludzka, i tak bardzo bolą postępki kleru, przestańcie chodzić co niedziela na mszę. Przestańcie chrzcić dzieci. Przestańcie puszczać je na religię. Nie posyłajcie do pierwszej (ani żadnej następnej) komunii. Ani do bierzmowania. Nie bierzcie ślubów kościelnych. A jak już się w kościele znajdziecie, to zwalczcie w sobie szlachetny odruch dania na tacę.

I, co najważniejsze, przestańcie się przejmować tym, co ludzie powiedzą. Nic nie powiedzą. Albo pogadają chwilę i się znudzą, bo szybko znajdą sobie nowy temat do kręcenia skandaliku.

Popatrzcie jak to zrobiła moja narzeczona. Przez 6 lat, więcej czasu spędzała w kościele i na Oazie, niż w domu rodzinnym. Ale jak ją KK wkurwił, to się nie oglądała na innych, tylko poszła sobie poszukać Boga poza murami tej instytucji. I szczęśliwie go sobie znajduje gdzie indziej. Przy okazji, i mówię wam to w tajemnicy, jest groupie Ducha Świętego, którego uważa za bardzo spoko byt.

Ja w sobie nigdy nie miałem jakiejś wielkiej duchowości. Znaczy za dzieciaka czegoś tam szukałem, ale sytuacja była specyficzna, czasy nieciekawe, byłem w KK undercover, ale szybko mi przeszło i przestałem być jakkolwiek. Ostatni kontakt z tą instytucją miałem gdzieś tak w okolicy 3 klasy ogólniaka, potem sobie wymaszerowałem stamtąd i od 30 lat mnie tam nie ciągnie. Zbawienia nie szukam, w bogów nie wierzę, jak jacyś wierzą we mnie – dobrze dla nich, mi to nie robi. Powiedziałbym wam gdzie mam uwagi ludzi o mnie, związane z tym tematem, ale nie powiem, bo to kulturalny wpis.

Mogę też przytoczyć i przedstawić przykłady oraz świadectwa wcale licznych znajomych, którzy chodzili do kościoła, bywali regularnie, pochajtali się prawilnie a potem przyjrzeli się tej instytucji i stwierdzili „o ja pierdolę, byłem ślepy, a teraz widzę”. I zostali na przykład pastafarianami. Ramen. I nic się nie stało, Ziemia dalej krąży dokoła Słońca, dzieci się rodzą, starcy umierają, zmęczone kobiety stoją w kolejkach po mięso a ich mężowie piją browara z sąsiadem pod śmietnikiem.

Więc wiecie, z tym ludzkim gadaniem to jest zwyczajnie przereklamowany temat. Nie chodzimy do kościoła, a jest nas wcale spora grupa, i jakoś żyjemy. Dzieciaci nie puszczają swoich dzieci do kościoła, i jakoś żyją. Naprawdę, ja bym nie wyolbrzymiał. Można śmiało przestać przykładać rękę do działań tej organizacji i nie czuć się z tego powodu winnym. Trzeba tylko zatrzymać się na chwilę i odpowiedzieć sobie na jedno ważne, zajebiście ważne pytanie: czy chcę być w takim kościele?

A potem przestać być.