Gra o Tron – We few, we happy few, we band of brothers

Jakby ktoś miał mieć boleści, to zaznaczam: SPOJLER.
 
Poniedziałkowy odcinek Gry o Tron tak mi się spodobał, że ostatecznie porzuciłem koncepcję napisania recenzji a’la Wiedźmin do ostatniego sezonu. Zamiast tego stworzyłem impresję na temat. Poniżej zaś objaśnienie pewnej palącej kwestii.
Kilka osób podejrzewa mnie o to, że chuja tam wymyśliłem smoka-zombie, bo on był w trailerach i wycieku. Jedyne trailery do GoTa obejrzałem przed drugim sezonem. Bardzo się zajarałem. Potem już nie oglądałem, bo nie czułem takiej potrzeby. Nie wiem więc, czy w trailerach do siódmego sezonu był smok-zombie.
 
Nie dawałem faka za wycieki, bo jedna wersja zaprzeczała drugiej, po czym wszystko falsyfikowała trzecia, a całość jeszcze raz odkręcała czwarta. Moja rozkmina szła nieco innymi drogami.
Daenerys ląduje w Westeros. Wlecze ze sobą potężną siłę: Nieskalanych, dziki i gwałtowny tłum Dothraków, flotę z Żelaznych Wysp a do tego trzy wielkie smoki, które stoją na szczycie łańcucha pokarmowego i praktycznie nie mają naturalnych wrogów. Wszystko to spowodowało przepakowanie Daenerys. To jest zupełnie tak, jakbyście w Diablo II postacią, którą przeszliście Hell, wrócili na Normal. Baal pada od jednej serii młotków Hammerdina. Tak samo tutaj – Daenerys spuszcza całą swoją menażerię ze smyczy i po niecałym tygodniu może sobie usiąść na lekko nadtopionym Żelaznym Tronie.
 
W trakcie sezonu Varys z Tyrionem tłumaczą jej, że nie może podbijać Westeros Dothrakami, bo to ją ustawi w złym świetle w oczach poddanych. A jak wiemy, Daenerys twardo walczy o równość i sprawiedliwość społeczną, więc ma skrupuły. To było pierwsze nerfienie postaci.
Następnie wujek Euron topi flotę, niwelując obecność Danerys na wodach, którymi Westeros opasan. No i Dany traci dwie sojuszniczki, które niby były trochę kwiatkami do kożucha, a trochę jednak nie – Olena była jednak zawodniczką wagi superciężkiej, której siła tkwi nie w armii stojącej za jej plecami a w zabójczo precyzyjnym intelekcie i wyrobioną przez lata umiejętnością knucia intryg. Matka Smoków to przy niej nawet nie terminatorka, hehehe.
 
Jednak to trochę za mało, bo przecież w dalszym ciągu wypalenie kawałków Królewskiej Przystani do szkła nie stanowiłoby dla niej problemów. Jasne, byłyby postronne ofiary, ale to jest przecież wojna, do kurwy nędzy, na wojnie cywile giną. No więc trzy smoki zaorałyby Lannisterów w minutę osiem. Co prawda ich maester wymyślił działko przeciwlotnicze rodem z Hobbita i jego ograniczoną skuteczność widzieliśmy podczas nierównego starcia z Jamiem. Tam Bronn dał radę zranić jednego smoka. Ale dalej są dwa, żeby wojna o tron miała jakikolwiek sens Daenerys musi stracić jeszcze przynajmniej jednego.
Nie ma bata, żeby dała sobie go ponownie strącić zwykłą strzałą, dlatego naturalnym kierunkiem, w którym podążyły moje myśli była daleka Północ. Tam jest Nocny Król, który ma moce, które mogą zmóc smoka. Nie wiedziałem tylko, jakim cudem Dany zapałęta się za Mur i bardziej liczyłem na to, że Jon z ekipą przywlecze jednego zombie, przy pomocy którego udowodni bezspornie gdzie leży prawdziwe zagrożenie.
 
Z powodu krótkości sezonu stało się inaczej i straciła Viseriona podczas wyprawy ratunkowej. Tutaj też chciałbym wyśmiać wszystkich robiących sobie podśmiechujki z tego, że Nocny Król jest w stanie miotać magiczne włócznie tak celnie i tak daleko. Celnie nie zawsze, bo drugi smok dał radę zrobić unik. A tak daleko? Magiczne stworzenie, liczące sobie tysiące lat jest w stanie miotać włócznią tak daleko, jak tylko zechce. Niekonieczenie zawsze celnie, ale daleko na pewno tak.
 
No i last, but not least. W jaki inny sposób Nocny Król miałby przełamać magiczną potęgę Muru jak nie przy pomocy pieprzonego smoka? Owszem, tłum nieumarłych tworzących piramidę podobną do tej z World War Z, byłby atrakcyjny, ale smok zamrażający obrońców będzie atrakcyjniejszy.
 
To ustaliwszy, życzę miłej lektury.

Ania z A na końcu

Nigdy nie rozumiałem tej fascynacji. Czym tu się jarać? Jakaś laska prowadzi nudne życie na pagórku a dziewczyny się ekscytują tymi książkami, jakby czytały Władcę Pierścieni, gdzie życie pod pagórkiem było przynajmniej preludium do rozpierdalatorskiej wyprawy.

Totalnie bez sensu, już lepiej czytać Pana Samochodzika, Winnetou, Niziurskiego albo chociaż mity greckie.

Jak jest

Typiara mieszka z rodzicami w domku jednorodzinnym. Domek jest w Anglii, więc koniecznie otoczony płotkiem z ładną furtką, pod którą mleczarz zostawia mleko. Przed domem ogród, sporo drzew ozdobnych i owocowych, żeby można było sobie w cieniu pierdolnąć i wypocząć. Za domkiem pola, łąki, kwietne gaje, las, wilki jakieś i inne chuje muje, akurat tyle, żeby bohaterka mogła łazić po wykrotach i przeżywać przygody.

Ania z zielonego wzgórza
Miało być tak (fot. Pixabay)

Oczywiście żeby przeżywać przygody, trzeba mieć ekipę przyjaciół. Więc ma jedną zajebistą przyjaciółkę od serca, best friends forever, te klimaty. Do tego jeszcze ze dwie inne i jednego kolesia, może to być syn stajennego, niezbyt rozgarnięty, taki brat-łata, którego wszyscy wykorzystują, więc dziewczynkom go żal. No i tak sobie biegają po polach i lasach, i przeżywają przygody, jak Tomek Sawyer i Huck Finn. Właściwie bohaterka może jest nawet taką Becky?

Rodzina

Rodzice majętni, stare pieniądze, ale nie jakieś przesadnie duże. Pani matka zajmuje się domem, ale bez fanatyzmu. Ot, jakaś herbata dla sąsiadek ze wsi, podwieczorek, jakieś garden party. W ciągu dnia dziarga na tamborku albo ładnie pachnie na szezlongu, chociaż nie jest melancholijną globusowiczką. Nie, raczej taka konkretna babka, którą hajsy troszkę rozleniwiły, ale dalej stąpa dość twardo po ziemi.

Do pomocy ma gosposię, która ogarnia dom, gotuje, sprząta, pali w piecu. Do tego stajenny, który rozgarnia końskie gówno i dba o to, żeby dom nie popadł w ruinę. Fornal może bardziej? Żona mu zmarła jakiś czas temu, sam wychowuje syna, tego z którym przyjaźnią się dziewczyny. Syn ciężkawy na umyśle, więc ojciec nie żałuje mu pasa i wychowuje go twardo, ale z miłością.

Ania z zielonego wzgórza
Albo jakoś tak (fot. Pixabay)

Ojciec bohaterki? Robi coś dla Korony, bo jak wybucha wojna, to znika z domu, ale nie walczy na froncie. Na front trafia mięso armatnie. Czyli fornal. No i wtedy matce trochę ciężej się żyje, bo czasem musi wyjść do stajni i dać koniom wiecheć siana.

Bohaterka wie, że coś tam się odpierdala i huczą niemieckie bombowce, ale nie czuje trudów wojny, bo ojciec robi dla Korony, więc reglamentacja całą rodzinę chuj boli.

Przygody trwają przez kilka tomów, każdy z nich to kolejny rok, ale jako że nigdy się tak naprawdę nie interesowałem ile tych tomów LMM nawaliła, to nie wiem czy z bohaterką rozstajemy się, gdy idzie do szkoły z internatem, czy może później.

Bo, jak wspomniałem we wstępie, zupełnie nas, chłopaków, ta historia nie interesowała.

Jak jest naprawdę

Naprawdę jest tak, że jest ciężko. Bohaterka jest sierotą, którą rzuca od jednego domu zastępczego do drugiego. Rzuca, bo jest krnąbrną, bezczelną, wyszczekaną gówniarą, do której nikt nie ma cierpliwości.

W tych domach zastępczych zasuwa tak, że krew się jej leje spod paznokci. Od przybranych rodziców dostaje wpierdol. Gdy wraca do bidula, pada ofiarą bullingu i też wpierdol. Całe jej dotychczasowe, krótkie życie to wpierdol i ciężka praca, dlatego szuka ucieczki w książki i wymyślane fantazje o księżniczkach i księciach. Ogólnie temat smutny do tego stopnia, że osoby wrażliwe płaczą podczas oglądania serialu jak bobry.

Ania z zielonego wzgórza
Jest natomiast mniej więcej tak (fot. Pixabay)

Gdy nie dostaje wpierdolu, słucha jak pijany przybrany tata posuwa przybraną mamę. W końcu trafia do domu dziwnego, podstarzałego rodzeństwa, które po kilku perturbacjach przyjmuje ją jak swoją i adoptuje. Co dalej nie wiem, bo zatrzymałem się na piątym odcinku.

WTF?

Wiecie, że nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby sprawdzić o co właściwie chodzi z tą całą Anią z Zielonego Wzgórza? Gdy byliśmy dziećmi, była to lektura babska. Potem, gdy podrosłem, tym bardziej nie miałem powodu się tymi książkami interesować. Historię wyobrażałem sobie tak, jak przeczytaliście to w pierwszych dwóch częściach. Dlatego nie zajarałem się przesadnie na wieść o tym, że Netflix zrobił serial, bo nie jestem w targecie.

Anne with an E

Pierwsze pięć odcinków obejrzałem przypadkiem. Znaczy zacząłem oglądać przypadkiem, a potem to już mnie zassało i nie mogłem się oderwać. I teraz wystawcie sobie moją konfuzję, gdy moje wyobrażenia na temat tego, o czym jest Ania z Zielonego Wzgórza, zderzyły się z tym, o czym naprawdę jest Ania z Zielonego Wzgórza.

Nawet kilka razy dopytywałem M. czy to się zgadza z książką, no bo kurde, przecież Ania miała wieść szczęśliwe życie córki posiadaczy ziemskich a nie być sierotą, która ma przejebane. Na szczęście te rozterki nie przeszkodziły mi w oglądaniu kolejnych odcinków z wielką radością.

Ania z zielonego wzgórza
Z czasem u Ani zaczyna dziać się lepiej (American Gothic, aut. Grant Wood)

Nie mam pojęcia, czy Ania z A na końcu jest serialem, który spodoba się hardkorowym fanom książek. Bo jak wspomniałem, nigdy w życiu nie dotknąłem ich nawet kijem. Książek, nie fanów. Ja natomiast Ania z A na końcu jestem zachwycony. Świetna historia, świetna obsada, świetna nuta, świetne, dojrzałe aktorstwo głównej bohaterki i w ogóle wszystko świetne.

A, no i oczywiście Ania przeżywa przygody. Nie tak rokendrolowe jak Tomek z Huckiem, bo przecież w końcu jest tylko dziewczyną, nie?

No właśnie.

Ten straszny feminizm

Leje się z każdej minuty serialu, co musi niektórych strasznie wkurwiać. No bo przecież koncepcję, że kobieta może robić to, co chce robić w życiu, a nie to, czego oczekuje od niej społeczeństwo (żona, matka, gosposia) niektórzy znajdują obrzydliwą nawet w XXI wieku. Mam mnóstwo radości z wyłapywania tych wszystkich fragmentów, w których bohaterka się emancypuje. Czy to sama (mówiłem, pyskata i dość niezależna), czy to z pomocą i za poduszczeniem przybranej matki.

No i w swoich przygodach wykorzystuje swój mózg i intelekt, a nie knajacki spryt.

Z mojej strony wyłącznie aplauz i aprobata. Idźcie i oglądajcie przygody Ani z A na końcu, bo tak pozytywnego przekazu dawno nie widziałem w serialu.

„Anne with an E” do znalezienia na Netflixie. Kupa radochy gwarantowana.

Kochamy polskie seriale część 16

Dawno temu, zanim to było modne, miałem na blogu cykl Kochamy polskie seriale. Pisałem tam o rzeczach, które oglądam, a było tego mnóstwo. Czasami długi tekst, czasami długa lista z jednozdaniowym komentarzem. Zarzuciłem go, gdy okazało się, że wszyscy dokoła piszą o serialach, my job here is done, ktoś potrzebuje mnie gdzie indziej.

Ostatni, piętnasty odcinek, wrzuciłem 17 maja 2013 roku, i dałem się wyżywać innym. Trzy i pół roku to dość, żeby się powyżywali, pozwolę sobie wrócić do okazjonalnego pisania o serialach.

O większości seriali, które oglądam, opowiedziałem podczas dwóch spotkań z Kają, z których to bardzo długich spotkań są liczne podcasty. Pierwszy leży tutaj, następne sobie nawigujcie z bocznej belki. W sumie nagraliśmy 10 odcinków, raczej fristajlo, dygresje na temat i ogólne wrażenia, mniej konkretów o fabule, staramy się bowiem nie spojlować.

Dzisiaj dwa zdania o serialu, który był na dobrej drodze do wylądowania w mateczniku niskiej oglądalności, gdy nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, twórcy zaciągnęli ręczny i zamiast przypieprzyć w ścianę, ostrym ślizgiem otarli się jedynie o betonową barierę, lekko im zarzuciło tyłem kilka razy, po czym dodali gazu, i prują teraz jasną, długą prostą.

fot. Internet
I like fucking silly bitches and I know my penis likes it! Fot. southpark.cc.com

South Park od poprzedniego, dziewiętnastego sezonu, zmienił się. I w końcu mogę go z powrotem oglądać. Parker i Stone doszli chyba do wniosku, że trzeba zamieszać. Nie wiem, jak to się odbyło, bo nie śledzę kulisów telewizji. Być może stacja powiedziała ‚elo ziomki, format się skończył, wymyślcie coś innego, tak już nie możemy ciągnąć’. A być może panowie siedli we dwóch przy piwie, i stwierdzili ‚kurwa, ziom, tłuczemy ten format od osiemnastu lat, powiedzieliśmy wszystko co mieliśmy do powiedzenia, chodź odjebiemy jakąś manianę, niech się ludzie zastanawiają o co chodzi’.

No i odjebali.

Przedostatni sezon odpalili w nowej formule, wszystkie 10 odcinków łączy się w jedną całość, i opowiada konkretną historię. Pojawiają się nowi bohaterowie, w tym mój ulubiony PC Principal, Mr. Garrison chce zbudować mur uniemożliwiający nielegalnym imigrantom wjazd do Stanów, ogłoszenia niszczą internet, jest gentryfikacja, polityczna poprawność, prywatne siły policyjne i spisek. Jak się tak temu człowiek przyjrzy, to można by sądzić, że z tych składników da się upitrasić tylko coś niejadalnego, jednak w mojej opinii twórcy wyszli z tego starcia z tarczą, i dwustuminutowy pełny metraż znalazł sobie ciepłe miejsce w moim sercu.

W sezonie dwudziestym J.J. Abrams rebootuje amerykański hymn, ludzie popełniają cyfrowe samobójstwa znikając z twittera, ubertroll Skankhunt 42 dofotoszopowuje kobietom penisy w ustach, a Cartman zostaje cyfrowo wykluczony i znajduje sobie kobietę. Sezon podejmuje wątki z poprzedniego, wprowadza nowe, i robi to tak, że publiczność siedzi lekko zdziwiona, i zastanawia się ‚dokąd jedzie ten tramwaj’.

W sezonie poprzednim do samego końca nie było wiadomo o co twócom chodzi, nagromadzenie i pomieszanie wątków spowodowało niemały zamęt oraz grubą konfuzję wśród widzów, ale dali radę jakoś to podomykać. Czy dobrze, to nie będę oceniał, ja byłem zadowolony. Tak, jak zadowolony jestem z aktualnego sezonu.

Wykreowanie głównej linii fabularnej, na której opiera się ten i poprzedni sezon, wyszło serialowi na dobre. No bo bądźmy szczerzy, miałem już troszeczkę dość luźnych historyjek i bieżących komentarzy, z których od pewnego momentu nic nie wynikało, bo do obrazoburczości i gniecenia tabu SP nas przyzwyczaił, i kolejny odcinek opowiadający o aktualnym skandalu, którym żyła Ameryka oglądało się kiepsko, bo bez głębszego kontekstu był to jedynie zbiór luźno powiązanych, i mało mnie obchodzących skeczy.

Nie wiem jak długo jeszcze South Park powalczy, i czy osiągnie wiek upoważniający do zakupu alkoholu. Po kilku momentach zwątpienia, Parker i Stone znowu dali radę, i w moim osobistym rankingu serialowym, SP wrócił do pierwszej dziesiątki. Nawet jeżeli położyliście na nim laskę, bo na przykład zniknął Big Gay Al, albo Chef, ewentualnie wkurzyło was, że nabijają się z katolików i scjentologów, ale boją się z muzułmanów, dajcie mu szansę.

Chociaż oczywiście mogę się mylić.

It’s fuckin’ amazonin’

Od wczoraj dostępny jest w Polsce Amazon Prime Video. Oferta na razie skromna, ale mam wrażenie, że zanim zdążymy obejrzeć to co mają, Amazon zdąży dorzucić więcej rzeczy. Zanim zdążymy obejrzeć te więcej rzeczy, dorzucą jeszcze więcej rzeczy. A zanim obejrzymy te jeszcze więcej rzeczy, zacznie się nowy sezon Gry o Tron, i wszystkie jeszcze więcej rzeczy pójdzie w kąt.

Bodaj pierwszy tydzień za darmo, taki prezent od dilera, następnie 6 miesięcy za oszałamiającą kwotę 2,99 EUR za miesiąc, finalnie 5,99 EUR z możliwością przerwania subskrypcji w dowolnie wybranym przez nas momencie. Z tego co widzę nie wspiera na razie Chromecasta, ale to pewnie kwestia czasu. Dlatego pewnie dobrze będzie się wstrzymać jeszcze na miesiąc, poczekać aż się to poukłada, i wtedy spróbować.

Netflix siedzi u nas chyba od roku, ofertę poszerzył tak, że nie da się tego przerobić na bieżąco, chyba że twój zawód to oglądanie seriali, i jeszcze ci za to płacą. Jeżeli masz taką fuchę, proszę o kontakt na priv z informacją gdzie tak się da. Netflix ma trzy plany taryfowe: 34, 43 i 52 ziko. Różnią się wyłącznie dostępnością HD i Ultra HD oraz liczbą ekranów (to określenie z ich oferty) do jednoczesnego oglądania. Można patrzeć gdzie się chce, a ostatnio dodali możliwość ściągania filmów i oglądania ich później offline, więc jesteśmy zgubieni.

Z HBO GO sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, bo stacja oferuje go tylko jako dodatek do telewizji kablowej albo, i tutaj szansa dla ludzi mających wyjebane na telewizję jako taką, ale lubiących seriale, można go sobie dokupić do abonamentu/pakietu internetowego u wybranych operatorów komórkowych. Z tego co sprawdziłem w Play i Plus, kosztuje to od 20 ziko miesięcznie. Plus koszty abonamentu 45 ziko niech to da nam razem 65 PLN.

To teraz patrzcie na tabelkę, z której jestem dumny.

opracowanie: R.Teklak
opracowanie: R.Teklak

Pakiet Cebula oznacza zakładanie co 6 miesięcy nowego konta na amazonie. Pamiętam, że nie przewidzieli polskiego sprytu, który przekształcał kindle w źródło darmowego internetu, więc pewnie tutaj też, przynajmniej na początku, będzie taka możliwość, żeby skakać z konta na konto. 21 ziko za Netflix bierze się ze zrzutki z ziomkiem, pakiet 43 złotych pozwala na HD i oglądanie na 2 ekranach (pewnie chodzi o urządzenia) jednocześnie. Możemy to nawet potanić kupując najtańszą opcję i umawiając się na netflixowe dyżury, ale to już pakiet Cebula Ultra, który będzie kosztował 88 ziko, więc wiadomo co to za kwota, pozdro dla kumatych.

Arya stanęła w obliczu zaradności Polaków, fot.HBO
Arya w obliczu zaradności Polaków, fot. HBO

Pakiet HBO (oczywiście chodzi o GO, nie chce mi się przerabiać) to wszędzie 65 złotych, bo nie chce mi się już kombinować. Pozostałe pakiety to nominalne stawki w ramach danej platformy, ale w ostatnim szarpiemy się na najbogatszego pakieta, czyli ULTRA HADE i 4 urządzenia.

To niech mi ktoś jeszcze raz opowie jak to jest w Polsce ciężko i trzeba koniecznie seriale ściągać z internetu na lewiźnie.

Historia upadków z piramidy

Postanowiłem, że przeciąganie historycznego cyklu moich bojów z teleturniejami nie ma sensu, i wrzucam dzisiaj odcinek drugi.

Spodobało mi się życie teleturniejowe i stwierdziłem, że trzeba wypróbować inne gry i zabawy telewizyjne. Oko moje padło na Polsatową Piramidę, takie coś, w czym grał kiedyś Joey z Przyjaciół. Skojarzenia, w których występujemy w zespołach dwuosobowych, z jednej strony ja, anonimowy łoś z miasta, z drugiej znany aktor, raz Joey Tribbiani, innym razem Paulina Młynarska.

Ale zanim poszedłem na Piramidę, los rzucił mnie na front 1 z 10, i to był taki bardzo śmieszny przypadek, że bok mi się urwał ze śmiechu. Otóż kolega Jacek Wilk (tak, ten Jacek Wilk, studiowałem razem z kandydatem na prezydenta) wystartował rok wcześniej w eliminacjach, podołał i przez ten rok czekał na nagranie. Jak doszło do nagrania, okazało się, że studio zakontraktowane na siedem programów, czyli 70 uczestników, ale bodaj czterech nie dojechało. Postanowili zatem dobrać ludzi z akademika.

fot. Monty Python
To my, ziemi naszej sól. Ludzie z Hermesa. (Fot. Monty Python)

Siedzę w pokoju, lekko tylko zmięty, telefon z hasłem ‘Radek, chcesz być w Jednym z Dziesięciu? Ale jako kto, dopingowicz? Tam przecież nie ma publiczności? Spoko, złaź na dół, wszystko ci powiemy. A ile osób wam potrzeba? No jeszcze jedną. To wezmę Młodego, brata znaczy się. A Brat ciut bardziej ode mnie wymięty, bo dzień wcześniej jakaś radosna okazja była.

Na dół zeszliśmy jak dwa dziady borowe, powyciągane na kolanach dżinsy, rozczłapane buty i czarne swetry do połowy uda. Zgromadzony na parterze tłum, nagrodził nas brawami i gromkim śmiechem a do mnie wtedy dotarło, że chyba jednak będę występował. Rzuciłem się do ucieczki.
Niestety, zaplątałem się w Młodego i nas dopadli. Autokar i do studia. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że żadnej ściemy nie robimy, nie musimy się podkładać, gramy na normalnych prawach uczestnika i jeszcze nam zapłacą 40 ziko brutto rozłąkowego, za sam udział, niezależnie od wyniku osiągniętego na końcu, rozliczenie po programie, akurat żeby piwem spłukać z ust gorzki smak porażki, nie uprzedzając faktów.

Czad, przypadkiem dostałem się do teleturnieju, do którego normalnie nie miałbym cierpliwości, bo czas oczekiwania na nagranie absurdalny a nagroda odcinka (wtedy 1000 złotych plus gadżet od sponsora) dość daremna, jak na ogrom wiedzy, jakim się trzeba było w Jednym z dziesięciu wykazać, by doczołgać się do finału i jeszcze go wygrać.

Stoimy z Młodym na fajku, on, lekko pozieleniały, trzyma się popielniczki, ja trzymam fason, ale obaj wyglądamy jak goście, którzy przed chwilą wygrzebali się z kupy zgnitych liści. Nie wzbudzaliśmy podejrzeń wśród innych graczy, bo nie wyglądaliśmy na kogoś, kto wie jak się nazywa.

Palę powoli i słucham trzech ziomów, którzy stoją obok mnie i ewidentnie zakładają spółdzielnię. Spółdzielnia w teleturnieju polegała na tym, że dogadali się co do jednej rzeczy – przed rundą finałową, nie pytają siebie nawzajem, tylko koszą najsłabsze osobniki w stadzie. A w finale to już wiadomo, może iść na noże. Słucham tej rozmowy z coraz większym rozbawieniem, kiepuję, idę do punktu zbornego, wpuszczają nas do sali nagrań i co widzę.

Ten jebany spółdzielczy kombinat będzie grał ze mną.

Fot. Agencja Gazeta
Ale jak to spółdzielnia? Nagrał pan, jak się umawiali? (Fot. Agencja Gazeta)

Kim jestem? Zwycięzcą? No z tym, że niekoniecznie. Ja pierdolę, całe życie pod górę. I całe życie drugi.

W tym momencie chciałem już tylko jednej rzeczy – odpowiedzieć przynajmniej na jedno pytanie z rundy początkowej, żeby blamaż nie był konkretny. Dla młodzieży przypomnienie: na początku gry ma się trzy szanse, w pierwszej rundzie nikt nikogo nie wyznacza tylko Tadeusz Sznuk zadaje kolejnym graczom pytania. Jak się nie odpowie, traci się jedną szansę. Drugie kółeczko i tutaj zasadzka, bo jak się w pierwszym kółeczku odpowiedziało na pytanie a w tym nie, traci się jedną szansę ale jak w pierwszym kółeczku dałeś dupy i powtórzyłeś to w drugim, to traci się dwie szanse, nad głową nagle mrok i trzeba zrobić trzy kroki do tyłu, bo trud twój już skończon.

Odpowiedziałem na oba i przeszedłem dalej. Postawiłem sobie zatem drugi cel – jeżeli odpadnę, to chcę to zrobić jako przynajmniej piąty gracz. Albo szósty. Najgorzej siódmy, bo to ostatni odpadający przed finałem. Ale niech to będzie w drugiej połowie stawki.

No i się zaczęła bardziej brutalna część rozgrywki, bo ze wskazywaniem tego, kto ma odpowiadać na następne pytanie. Jakiś wątły, smutny ziom się na mnie uparł, ale po kilku razach odpuścił. Niestety, pamiętamy cały czas, że miałem na miejscówce spółdzielców szemranych, którzy jako ludzie dobrej roboty, robili dobrą robotę i kosili innych graczy niczym kosa żeńca plon.

Historia mojego boju była heroiczna ale krótka i tak tragicznie bezcelowa. Bo widzicie, jak się siedzi przed ekranem, to 3 sekundy na odpowiedź trwają wiecznie, odpowiadasz na każde pytanie, na które znasz odpowiedź, bo pamięć nie stawia oporu. Przed okiem kamery, sprawy wyglądały zgoła inaczej.

Jak nazywała się autorka powieści ‘Pożegnanie z Afryką’? Książki nie czytałem ale film widziałem z 5 razy i przecież to wie… Biiiiip, 3 sekundy minęły, Karen Blixen, nożesz kurwa twoja. Oraz to nie były 3 sekundy, nawet nie zdążyłem nabrać oddechu i mrugnąć, proszę sprawdzić zegar, przepraszam, czy obsługa techniczna może sprawdzić sekundnik?!

Jak nazywa się część uprzęży, która coś tam, coś tam? Eeee… popręg? Biiiip, źle, chodziło mi o kantar czy coś takiego. Dziadek zaczął wirować w grobie z prędkością wału w turbinie i złorzeczyć mi z zaświatów, bo przecież za dzieciaka wszystko mi wytłumaczył, a pomyliłem się tylko dlatego, że nerw mnie kąsał i czasu tak mało, wybacz Dziadku Bolesławie.

I wreszcie trzecie pytanie, na którym poległem: Panie Radosławie, co znaczy łacińska sentencja ‘blablabla blabla bla’?
Z uwagi na fakt, że z tak długich maksym i aforyzmów, kojarzyłem tylko jeden, postanowiłem odejść z pierdolnięciem, a nie mamrocząc pod nosem, że nie wiem. WIEM, KURWA, ŻE NIE WIEM, ALE TO NIE POWÓD, ŻEBY WSTYDLIWIE MAMROTAĆ, ŻE NIE WIEM!

Pochyliłem się lekko do przodu, wypiąłem pierś, nabrałem powietrza do płuc, uderzyłem w podniosły ton, i naparłem: to znaczy ‘Jakże słodko i zaszczytnie jest umierać za Ojczyznę’. Syrena zapodała trzecie biiiip, zduszone parsknięcia rozległy się z różnych kątów sali, Sznuk, jako człowiek kulturalny zachował powagę, pochwalił moją znajomość klasycznych maksym Gorkiego, ale nie miał wyjścia i odesłał mnie w smugę cienia.

fot. TVP
Not with a whimper but a bang. Not bad. (fot. TVP)

A chuje spółdzielcze taktykę mieli dobrą, dwóch z trzech weszło do finału.

Trafiłem do programu z przypadku, walczyłem ze spółdzielnią, odpadłem jako szósty gracz, realizacja planu stuprocentowa, nie mam sobie nic do zarzucenia. Zresztą gdybym nawet do finału dotarł, to zostałbym tam pewnie starty w pył, bo nerw mi by przecież nie zszedł. Oraz bądźmy szczerzy, dzień wcześniej w akademiku była impreza i podczas rozgrywki nie znajdowałem się w szczytowej formie intelektualnej. Dlatego uważam, że w tamtych warunkach, wypadłem całkiem dobrze.

I tak oto uzbrojony w doświadczenie z dwóch teleturniejów, poszedłem do Piramidy, do której były eliminacje na Chełmskiej bodajże, i stał tam tłum, ale wytrwałem. Ta Piramida, to były takie Skojarzenia, które leciały za komuny. Ale w Skojarzeniach można było tylko naprowadzać słowami a w Piramidzie było dozwolone również, poza rundą finałową, pokazywanie. Więc jak jedna sympatyczna, starsza pani wylosowała części ciała, to miała łatwiej. Znaczy nie miała, bo zapomniała, że może pokazywać i poległa na pierwszym słowie. Usta to były. Niepojęte.

Ale nie uprzedzajmy. Grało się po dwie osoby plus dwóch celebrytanów, moderował Andrzej Strzelecki (na Huberta Urbańskiego się nie załapałem). Wchodzę na salę ostatni, w środku pozostałych 9 zawodników, rozglądam się po tej ludzkiej trwohydzie, zastanawiam się czy ich też wygrzebali po imprezie z akademików, gdy nagle…

No kurwa, to oczywiste przecież, że jak jest dziewięciu innych graczy, z których ośmiu wygląda tak, jakby ich łączne IQ wynosiło 200, to musi się trafić bystra laska z inteligentnym spojrzeniem. I oczywiście, że to ona będzie ze mną w parze. I to z nią będę się boksował przez dwie rundy, tocząc ciężki bój, a nie ze starszą panią, która zapomniała, że może pokazywać, i poległa na pierwszym słowie, którym, przypominam wszystkim, były usta.

I co? Pomyliłem się? Ani o milimetr się nie pomyliłem, oczywiście że mi dolosowali tę młodą, sprytną i kumającą. Siedliśmy, zaczęliśmy grać, pierwszy finał mój, postanowiłem podpowiadać. Niestety, pan Tomasz Kozłowicz zagubił się w meandrach moich skojarzeń, na wszystko odpowiadał ‚Dalej!’ i skończyłem z trzema setkami na liczniku, chociaż do wzięcia w rundzie finałowej było dwa i pół tysiąca ziko. W 1999 roku to był piniondz.

Fot. NBC
To dość dobrze podsumowuje przebieg mojego finału. (Fot. NBC)

W drugiej rundzie grałem z Pauliną Młynarską i to był (niestety dla mnie) czas gdy ona była młoda i piękna, a ja żywiłem w stosunku do niej gorące uczucia, gdyż trafiała mi w fenotyp. No dość powiedzieć, że nie macie pojęcia jak chujowo się gra w skojarzenia ze wzwodem i myślami o mnie i Paulinie, w romantycznym związku, zupełnie jak w Zakochanym kundlu. A że przy okazji wylosowałem jakieś posrane kategorie (jak opisać wydrę i co to, kurwa, jest karmazyn?), to już detal. Drugi finał dla laski. Też grała z panem Tomkiem, też poległa. W tym bratobójczym (siostrobójczym?) boju nie mogło być wygranych, wygrał tylko Program.

Hajs przyszedł po dwóch miesiącach, na konto dostałem przelew na 270 złotych, bo 10% potrącili. Chyba to wszystko z rozpaczy rozpieprzyłem na książki i alkohol. Po raz kolejny byłem drugi.

W części trzeciej, zarazem ostatniej, opowiem wam, jak walczyłem z najsłabszym ogniwem łańcucha. I które zająłem miejsce.

Historia upadków

Kiedy nie mogę zasnąć, liczę dupy. Pierwsza była Gosia…

Pardon, nie ta zakładka. Kiedy mi się nic nie chcę, liczę teleturnieje. Pierwszy był Vabank, czyli zemsta kasiarza. A w moim konkretnym przypadku, chemika.

Znaczy oczywiście wcześniej wszyscy w akademiku próbowali się dostać do Koła Fortuny, bo te hasła nam, starym prenumeratorom Rozrywki i Rewii Rozrywki, jakieś daremnie łatwe się wydawały. W eliminacjach do Koła Fortuny rozwiązywało się jakąś krzyżówkę, którą trzeba było odesłać do organizatorów i oni wtedy automagicznie losowali uczestników, bo przecież taką krzyżówkę można było rozpykać grupowo, więc musieli pozwolić sierotce rozkręcić bęben maszyny losującej, i patrzeć na to, co wypada. Albo według ładności nazwisk. Może kryterium płci? Nie wiem jaki był algorytm, wysłałem i bez odzewu. Aczkolwiek kilku ziomów z akademika wystartowało i nawet jakiś hajs przynieśli.

Z uwagi na fakt, że nie chce mi się przerabiać dwóch pierwszych akapitów, tutaj zrobię wtręt. Na bodaj pierwszym roku studiów, byłem jeszcze na eliminacjach do jakiegoś teleturnieju, który prowadził Pijanowski. Nie przypomnę sobie co to było ale tutaj narracja jest krótka. Eliminacje były w bloku F, w gmachu TVP przy Woronicza, przed drzwiami zgromadził się tłum ludzi i tak się pchali, że mianowicie wywalili szybę. Postałem chwilę, wysłuchując zmieniających się szybko informacji (będą kontynuować, nie będą, będą, i tak do usranej) ale jak w tłumie pojawili się ludzi z czapeczkami w dłoniach i z tekstem ‘zrzuta za szybę’ na ustach, postanowiłem uciec, bo co tak będę sobie sam stał, z marną resztką hajsu w kieszonce. Taki był koniec tridamskiego gambitu piona. Koniec wtrętu, wracamy do Fortuny, jakże dla mnie łaskawej.

Po porażce na kole, oko moje spoczęło na Kaczorze, który prowadził taki śmieszny teleturniej, w którym na pytania odpowiadało się pytaniami, czyli mogłem w końcu zrobić to, co doprowadzało Rodziców i nauczycieli do białej gorączki. Czasy były srogie, komórek brak więc dochodziło do takich żenujących sytuacji, że udziału nie zgłaszało się dzwoniąc na 0-700 czy wysyłając smsy za dychę sztuka, tylko wysyłało się zgłoszenie listownie a organizatorzy zapraszali na eliminacje. Kojarzycie, takie coś, gdzie siedzisz na sali, dostajesz zestaw pytań, odpowiadasz na nie bez dostępu do Gogola i wikipedii, tylko na podstawie tego, co masz w głowie. No szok i niedowierzanie, gorzej niż na maturze. Z uwagi na fakt, że byłem wtedy dość oczytany i kumaty, przez eliminacje przeszedłem niczym Conan przez legion przedszkolaków i się załapałem do teleturnieju.

Nagrywali to na Inżynierskiej ale bez lęku zagłębiłem się w trzewia Pragi, zwłaszcza, że ‘dwójka’ dowiozła mnie spod akademika prawie pod drzwi studia, wszedłem, spaliłem się w progach, obserwując wcześniejsze nagrania, spaliłem pół ramki fajek, uspokoiłem się i na nagranie wchodziłem jak zimny chirurg. Współzawodniczyli ze mną: młody chemik i stary zawodowy gracz teleturniejowy (kojarzyłem go z przynajmniej trzech innych rzeczy, taki wannabe Marek Krukowski). Stwierdziłem że ładny gnój – z jednej strony zawodowiec, z drugiej inteligentny, młody człowiek a pośrodku zesrany ze stresu ja. To mam spore szanse, nie? Prawie jak ostatnia porcja lodów czekoladowych na przyjęciu urodzinowym siedmiolatki.

W Vabanku nie było drugich miejsc, hajs brał tylko zwycięzca, musiałem zatem wygrać. Oczom naszym ukazały się kategorie, z których wybieraliśmy pytania za różne kwoty, spojrzałem, czasem słońce, czasem deszcz, 3, 2, 1, start. Najpierw się przedstawiliśmy, kilka słów o sobie, coś mi się pomyliło, powiedziałem, że jestem z Warszawy i miałem przez następną dekadę przesrane po całości u ziomów z Krasnegostawu. A potem się zaczęło. Przede wszystkim zaczęły się cyrki z przyciskami. Widzicie, tam odpowiadał nie ten, który sobie wybierał kategorię, tylko ten, który znał odpowiedź i pierwszy nacisnął takie coś jak fire na dżojstiku. I cisnęliśmy w te czerwone guziki, niczym jakieś pociski miłości.

A, bym zapomniał, nie tak, że sobie od razu naciskasz jak Kaczor czyta pytanie. Nie, wybierałeś kategorię i wartość złotową pytania, prowadzący czytał, chwila ciszy, podczas której czekaliśmy aż zapali się czerwona lampka pod ekranem, na którym wyświetlały się kategorie i pytania, i dopiero wtedy można było żgać w swój przycisk. W wyniku czego, całe te nasze katedry, z którymi staliśmy, telepały się przez cały czas trwania programu, z wyjęciem rundy finałowej, gdzie się nie żgało tylko pisało, ale o tym zaraz opowiem.

No więc wybieramy kategorie, ciśniemy guziki niczym panienka druta na Pigalaku, kasa raz wpada (dobra odpowiedź), raz wypada (zła odpowiedź), jakieś kategorie premiowane, gdzie jest ryzyko podwójnej straty i zachęta podwójnego zysku, no się dzieje.

Skosiłem całą kategorię okręty drugiej wojny światowej i odskoczyłem od typów, dobiłem kilka ziko na jakichś pytaniach z boku, pojebałem sikora z cykorem, do rundy finałowej wszedłem mając 3600 na koncie. Kategoria finałowa – substancje chemiczne pospolicie…

O, tak szedłem przez pierwsze dwie rundy. Jak U.S.S. Wisconsin.

Ja pierdolę, no zabrakło mi tylko w tle takiego dżingla niczym gitarowy efekt wah-wah, bo pamiętacie, że obok mnie stoi chemik? No właśnie.
Ale przecież nie wszystko jeszcze stracone, może nie będzie tak źle i coś zgadnę. Dobra, ile postawić. Zawodowiec ma tysiaka, ignoruję go, nie zagraża mi nijak. Chemik ma 2400, jak zagra za wszystko, to ewentualnie będzie miał 4800 ale coś wspominał, że nie będzie grał za wszystko, bo chciałby w razie czego, coś przynieść na chatę, tak, jasne stary, uwierzyłem ci od razu. Kalkuluję i wychodzi mi, że mam optymalnie, wystarczy dobrze odpowiedzieć. A jak źle odpowiem, to też jest szansa. Stawiam 1300 ziko. I teraz patrzcie.
Chemik trafia – 4800, ja trafiam – 4900, wygrałem. Chemik nie trafia – 0 (zero), ja nie trafiam – 2300, zawodowiec trafia – 2000, wygrałem. Jedyny przejebany dla mnie układ to ten, w którym chemik trafia a ja nie. Walczmy zatem.

Pokazuje się pytanie i czuję, jakbym się wrzątku napił, znacie to na pewno. A potem adrenalinowy strzał w tył głowy i w ustach czuję smak krwi. Znam odpowiedź na pytanie ale jest jeden podstęp, kurwa, nie pomyl się, człowieku nie pomyl się.

Okazało się, że znajomość odpowiedzi, to tylko połowa wygranej. Bo potem trzeba jeszcze to tym elektrycznym piórem napisać na ekranie dotykowym. Jak wcześniej oglądałem wielokrotnie Vabank, to się dziwiłem, co za analfabety tam występują. I dysgraficy na dodatek. Otóż nie, oni po prostu się starali wyrobić w czasie. Bo miałeś pół minuty, żeby naisać tę pieprzoną odpowiedź na tyle wyraźnie, żeby Kaczor rozczytał. No i siedzę, rzeźbie i nagle straciłem kompletnie ciąg w lewym silniku i wpadłem w wirówkę. To ma być jakie wapno? Patrzę na pytanie, piszę wapno, jakie to wapno?

Jeb, gaszone.

Fot. Internet
Pan Kaczor nie jest zadowolony z twojej odpowiedzi Radosławie.

Twoja stara, rzecz jasna, bo prawidłowa odpowiedź, to wapno palone. Zawodowiec się pocieszał, że w zasadzie powinno wystarczyć samo wapno, ale ja się już tylko śmiałem szyderczo pod nosem, bo wiedziałem, że dałem dupy w trzeciej rundzie. Kaczor wytłumaczył dlaczego prawidłowa odpowiedź, to wapno palone, spojrzałem na finałową kwotę chemika i stwierdziłem ‘wystarczyło tylko prawidłowo odpowiedzieć na to cholerne pytanie i byś wygrał’. A tak, to teraz wsiadaj w tramwaj, jedź do akademika i napij się wódki.

Postanowiłem jednak powiercić sobie nożem w ranie i zostać na następnym nagraniu, żeby zobaczyć jak sobie będzie chemik radził.
To była najgorsza rzecz, jaką mogłem zrobić. Zobaczyłem kategorie i zacząłem kląć z bezsiły i wściekłości, bo każda jedna była łatwa. Ale spoko, to, że kategoria jest łatwa nie znaczy, że pytania wewnątrz będą spoko. Pierwsze, drugie, trzecie, łup, łup, łup. To Radek poszedł do klopa i zaczął uderzać głową w drzwi do kabiny. Wracam, patrzę dalej, no jak możecie nie znać odpowiedzi na to pytanie? Nikt, żaden? Bo tam jak się nie znało odpowiedzi, to pytanie przelatywało puste. Stałem i płakałem, bo wyliczyłem sobie, że z samych tylko pytań, na które nikt nie odpowiedział, miałbym ze cztery koła. A potem zobaczyłem pytanie finałowe, zawyłem, rzuciłem kurwą i wyszedłem ze studia razem z drzwiami oraz ze świadomością, że druga pozycja, to żadna pozycja. Hajs się nie zgadza na drugim miejscu.

Jednak nie było do końca tak źle, bo z Vabanku wyhaczyłem telewizor marki Triniton, który do tej pory stoi u mnie w piwnicy, w pełni funkcjonalny, ale tylko zajmuje miejsce, bo go nie używam. Nie mam jednak serca go wyrzucić, bo to w sumie fajna pamiątka.

Tak oto odniosłem fantastyczne zwycięstwo w Vabanku. O moich kolejnych bojach teleturniejowych opowiem, jak skończę zupę. Będzie jeszcze tragiczniej. Albo śmieszniej, zależy jak na to spojrzeć.