CZESZCZ GRUBY, PA CZO MAM…

Fot. M.Cywińska

CZEŚĆ GRUBY! MIAUM DLA CIEBIE FAJNY PREZENT, POWIEDZ GRUBY, ŻE SIĘ CIESZYSZ Z FAJNEGO PREZENTU, GDYŻ MAM DLA CIEBIE GRZEŚKA!

Weź, daj stary spokój, nie chcę od ciebie prezentów, naprawdę, jemy już dobrze, was karmimy jeszcze lepiej, poważnie, nie przynoś nam prezentów z dworu. Kurwa, kocie, nie, nie wypuszczaj…

To jest tak, że nasze koty (Marysi od początku, moje od przysposobienia) są wychodzące od zawsze. Wychodziły zanim Marysia je przygarnęła. I nigdy nie przestały wychodzić, a jak raz przestały z powodu ucieczek Filipa, to byliśmy trzy pary butów do tyłu. Wiemy o zagrożeniach, wiemy o ryzykach, wiemy o kocim szkodnictwie. Odbyłem te dyskusje kilkanaście razy. Nie mam ochoty na kolejny. Więc na potrzeby chwili uznajmy, że narażam koty na śmiertelne niebezpieczeństwo, powoduję zniszczenia okolicznej przyrody i ogólnie jestem chujowy. Dziękuję za zrozumienie.

Nie wypuszczaj, kurwa mi w mieszkaniu żywych zdobyczy!!! Nie!!! No kurwa…

TY, GRUBY, PATRZ JAK ONA UCIEKA, GOŃ JĄ GRUBY, NO CO TAK STOISZ, JA CI POMOGĘ Z DRUGIEJ STRONY, BIEGNIJ GRUBY, CHRUPKÓW NIE JADŁEŚ, HAHAHAHA, CHCESZ CHRUPKÓW? TO DAJ I MI OD RAZU.

Nie dogoniłem Grzegorza. Zamieszkał pod naszym łóżkiem. Grzegorz to mysz.

Właściwie odkąd zamieszkałem z Marią, Miluś przynosił z podwórka prezenty. Czasami była to nadpoczęta paczka szynki pakowanej, czasami szczur. Sebcio z kolei przyniósł nam raz jeden jedyny najlepszą zdobycz świata, czyli liść. I był z niego tak dumny, że łykając łzy wzruszenia i szczerego śmiechu, chwaliłem go mocno i głaskałem energicznie. No ale mówimy tu o kocie, który dwukrotnie przegrał pojedynek z ćmą, więc liść z jego pyszczka cieszy podwójnie.

Miluś z kolei obdarowywał nas jak pojebany. Mysz na poduszce w Walentynki? MAMEŁE, KOCHAM CIĘ NAJBARDZIEJ ZE WSZYSTKICH BEZWŁOSYCH MAŁP NA ŚWIECIE, MOŻE OPRÓCZ PANI ELIZY, ALE CIEBIE KOCHAM PRAWIE NAJBARDZIEJ, A KOCHAŁBYM NAJBARDZIEJ, JAKBYŚ DAWAŁA JAK PANI ELIZA MOKRE, A NIE SUCHE CHRUPKI DLA KONIA.

Pani Eliza to sąsiadka z góry, z którą dzielimy kota. U nas mieszka, tam wpada w gości, jak do SPA, bo pani Eliza karmi go mokrym, a potem organizuje mu dwugodzinne seanse głaskania. Do nas przychodzi głównie po to, żeby wyśmiać moje chujowe zdolności miziania go gdziekolwiek.

Szczur przy posłaniu Filipa? MASZ TU DUŻY ŚMIERDZĄCY ŚMIESZNY DZIWNY KOCIE COŚ DO JEDZENIA I ZABAWY, BO CHORY JESTEŚ, TO MASZ, CHRUPKÓW CI NIE DAM, BO GRUBY DAJE MAŁO.

Ptak przy misce Filipa, pod miskami kotów albo przy zlewie? GRUBY, NO MOŻE BYŚ TAK ZACZĄŁ NAS WSZYSTKICH KARMIĆ NORMALNIE, A NIE TAK O, ŻE JAKIEŚ SUCHE WSZYSTKIM DAJESZ, JAK WOLELIBYŚMY MOKRE, TO ZNACZY MAMEŁE BY WOLAŁA MOKRE OD SUCHEGO. JA BYM WOLAŁ MOKRE OD SUCHEGO. BRAT BY WOLAŁ MOKRE OD SUCHEGO. TEN ŚMIESZNY ŚMIERDZĄCY DZIWNY KOT BY WOLAŁ MOKRE OD SUCHEGO. A TY JEDZ SOBIE TO SUCHE, TYLKO NAS NIE MĘCZ, GRUBY, NO WEŹ.

Każdy prezent coś znaczył, jak się dostosowywałem do zaleceń Milusia, prezenty ustawały.

Po jakimś czasie zorientowałem się, że kot zaczął przynosić do domu praktycznie wyłącznie żywe zwierzęta z sąsiedztwa. Wcześniej mu się to zdarzało, ale to była przeplatanka. Od kilku miesięcy nie musiałem organizować szybkich pochówków, samo żywe.

Niektórzy znają przewagi bitewne naszego walecznego kota. Któregoś razu sroki z drzewa się z niego napierdalały, naiwnie sądząc, że na drzewie to luksus, komfort i bezpieczeństwo. Szydzenie z Milusia skończyło się, gdy któregoś dnia, do dziś nie wiem jakim sposobem, przytargał jedną z tych srok za oszewkę do domu, po czym zaczął się z nią bić w przedpokoju. Wyszedłem, zobaczyłem awanturę, zarzuciłem na srokę ręcznik i uwolniłem ją na drugą stronę mieszkania. Z taką więcej sugestią, że jakby się przeprowadziły na drugi trawnik, to może byłoby to rozsądniejsze. Sroka okazała się być przytomna, zgarnęła ziomków z drzewa na podwórku i zamieszkali sobie wszyscy po drugiej stronie bloku. Dalej słyszymy te sroki, ale teraz szydzą i złorzeczą wszystkim mieszkańcom, a nie tylko Milusiowi.

Zwróciłem wolność niezliczonym myszom, nornicom, wróblom i szczurom. Sporo niestety trafiło do mojej tajemnej kostnicy, ale o tym nie będziemy rozmawiać. I nagle kocia ruletka przestała zatrzymywać się na czarnym czy czerwonym, za to regularnie padało zielone zero, czyli zero ofiar i ran ciętych.

GRUBY? CO JEST? PO CO KRZYCZYSZ MOCNO I JESTEŚ ŚMIESZNY TAKI CZERWONY?! DAJ LEPIEJ JEŚĆ MOKREGO, BO PRZYPROWADZIŁEM MYSZĘ! ŻYWĄ! DO LODÓWKI!!!

Kurwa…

Ostatnim razem gdy Miluś przyprowadził do domu jedną mysz, a chwilę potem drugą, to Marysia znalazła jedną w lodówce. Konkretnie w pojemniku z jajkami. Myszy trafiły do domu na raty. Obie żywe. Obie uwolniły się w kuchni. Obie zamieszkały pod zabudową kuchenną. Specyficzny sposób zabudowania lodówki powoduje, że mysz może przejść po tylnej ściance na szczyt lodówki a potem, gdy zostawimy otwarte drzwi, bo coś wyjmujemy, zdesantować się od góry do środka. Jedna to zrobiła, stąd zaaferowanie Marysi.

Oczywiście jestem taki śmieszke, znacie mnie, nie? Więc gdy Maria przybiegła do łóżka krzycząc, że widziała mysz w lodówce, a konkretnie w pojemniku z jajkami, odparowałem że to ja w tym domu piję, i to ja widzę myszy. Jak poszedłem i sprawdziłem, to okazało się, że faktycznie, widzę mysz. Udało się pozbyć obu, jedną złapałem własnoręcznie i wyekspediowałem za okno, druga wskoczyła do śmietnika, i tak jej tam smakowało, że jak ją wynosiłem na podwórko, to ona dalej w tym śmietniku siedziała i jadła.

EJ, GRUBY, NIE PŁACZ. PAMIĘTASZ JAK PRZYPROWADZIŁEM W GOŚCI TAKĄ SZARĄ LATAJĄCĄ MYSZ Z DZIOBEM ŚMIESZNYM? PAMIĘTASZ? I ONA NIE UCIEKAŁA WCALE, A POTEM NAGLE UCIEKŁA. NIC NIE ROZUMIEM.

Kurwa…

Od pewnego momentu wszystkim żywym zwierzętom, jakie trafiały via pysk Milusia do nas do domu, zaczęliśmy nadawać imiona. Ale takie grupowe. Wróble to Romany. Myszy i nornice to Grzegorze. Szczury jeszcze nie mają nazwy, ale jak się jakiś trafi, to będzie Albert. Bo wiecie, Einstein, a szczury szanujemy za wysoki intelekt.

No i któregoś dnia, dzięki Milusiowi, zamieszkał u nas Roman. Pod kanapą, w salonie. Jak nie było dokoła kotów, to sobie wychodził rozprostować nogi i skrzydła. Jak się pojawiały, kitrał się pod kanapę. Dostawał ziarnka słonecznika, wodę w miseczce, mieszkał dwa czy trzy dni, w końcu dał się złapać w łazience. Miałem go nieść do weterynarza pod kątem ewentualnych złamań, ale zanim się zorientowałem, Roman wystartował do lotu prawie pionową dzidą, i stwierdziłem, że chyba nic mu nie dolegało.

GŁUBY, GŁUBY, GŁUUUUBYYY!!! PA CZO MAM TU DLA WASZ, DAJ SZUCHEGO, A NAJLEPIEJ MOKREGO. CZO? ŻE NIEWYRASZNIE?

TFU.

JUŻ MÓWIĘ WYRAŹNIE, PATRZ GRUBY JAK FRUWA SOBIE, DAJ MOKREGO NAJLEPIEJ, ALBO SUCHYCH CHRUPKÓW CHOCIAŻ, BO PATRZ JAKI FAJNY PREZENT CI PRZYNIOSŁEM. WAM!

Kurwa…

Nie rozumiałem dlaczego kot targa na chatę coraz więcej żywych zwierząt. Aż niedawno Marysia przeczytała, że to wszystko dlatego, że jestem chujowym ojcem.

Popadłem w ciężką rozkminę, bo zasadniczo nie wiem o żadnych dzieciach, ale cholera wie, prowadziłem trochę rokendro… A, O KOTA CHODZI!

Otóż okazuje się, że niby Milusia za każdym razem, gdy przyniósł nam prezent, chwaliłem, ale najwidoczniej miałem kiepską mowę ciała i kot się orientował powoli, że jak przynosi zabite zwierzę, to niby go chwalę, ale nie jestem zadowolony. No po prostu nie spełnił moich oczekiwań w pełni. I Miluś, żeby te oczekiwania spełnić lepiej, zaczął w prezencie przynosić zwierzaki dużo lepszej jakości. Znaczy żywe.

Okazało się, że stawiałem kotu wygórowane oczekiwania, a na dodatek nie zwracałem uwagi na to, że on się stara jak może. Faktycznie, byłem chujowym ojcem. Zresztą oczywistym jest, że chwilę później całe ojcowanie wyszło mi jeszcze bardziej chujowo.

Gdy w ostatnią niedzielę do domu trafił Grzegorz i zamieszkał pod łóżkiem, postanowiłem zastawić na niego humanitarną pułapkę. Nasypałem ziaren i podrobiłem sera żółtego do papierowej torby, na uszach zawiązałem supełek, torbę położyłem na podłodze i czekałem aż Grzegorz wejdzie do spiżarki.

W torbie natychmiast zamieszkał kot Sebastian.

Kurwa…

Kota pogoniłem z torby, przesadziłem do koszyka, rozstawiłem ponownie pułapkę i ze sznurkiem w ręku, czekałem na Grześka.

Kot Sebastian wylazł z koszyka i zaczął bawić się sznurkiem przymocowanym do pułapki.

Kurwa…

Pogoniłem precz koty, Filipa odesłałem na miejsce i czaiłem się przy spiżarni. Tak się czaiłem, że jak Grześka zauważyłem, to właśnie objedzony opuszczał torbę. I wtedy dopadł go Miluś.

TY, GRUBY, PATRZ JAKA ŚMIESZNA MYSZA TU SIEDZI. TO JA JĄ PRZYNIOSŁEM. CHCESZ SIĘ BAWIĆ? TO PRZYNIOSĘ WIĘCEJ! ALE MUSISZ DAĆ SUCHYCH CHRUPKÓW, A NAJLEPIEJ MOKRYCH, TO PRZYNIOSĘ I BĘDZIEMY SIĘ BAWIĆ.

MIAU, bez entuzjazmu dodał Sebastian z koszyka na oknie, do którego nie wiadomo kiedy przeniósł się z korytarza.

EEE… wkitrał się we wszystko Filip.

Kurwa…

KURWA…

KURWA!!!…

DLACZEGO NIE ŁAPIESZ TEJ MYSZY TYLKO SIĘ NA NIĄ GAPISZ? ŁAP JĄ ALBO SIĘ ODSUŃ! NA CO MI TAKI KOT, CO NIE ŁAPIE MYSZY, KURWA MAĆ.

Grzegorz korzystając z rodzinnej niesnaski, udał się pod łóżko, spod którego zaczął popiskiwać, że to jest nienormalne, takie piłowanie ryja, i do takich dziwaków to go jeszcze nigdy żaden kot nie przyniósł.

Kot Miluś się na mnie obraził i wyszedł z domu.

Marysia powiedziała, że jestem nienormalny tak krzyczeć na kota, i jak kot wróci, mam go przeprosić.

Stwierdziłem, że muszę wyjść z domu i trochę odpocząć.

Łowy na Grzegorza trwały do drugiej w nocy. Nawet go raz przydybałem zaplątanego szprychy rowerowe, ale rzucony na niego ręcznik nabrał za dużo powietrza i zbyt wolną spłynął na podłogę, przez co Grzegorz uszedł z mojej pułapki. Postanowiłem się przespać, no bo przecież za chwilę idę do pracy, nie?

O trzeciej całe podwórko mogło usłyszeć triumfalne MIAU MIAU MIAU MIAU, którym Miluś obwieścił swój powrót do domu. Ale tylko naiwni mogli sądzić, że tylko wrócił po gitarę, i zaraz spada z powrotem na milongę.

GRUBY, POPASZ CZO MAM DLA CZEBE TUTAJ!

TFU!

PA JAKA ŚMIESZNA MYSZ, DAJ MOKREGO ALBO JAK JUŻ NIE MA TO SUCHEGO CHRUPKA, PATRZ CO CI PRZYNIOSŁEM… GDZIE GRUBY BIEGNIESZ SZYBKO, NIE WPADNIJ DO POJEMNIKA NA SUCHE CHRUPKI, LEPIEJ JAKBYŚ WPADŁ DO MOKREGO POJEMNIKA.

Kurwa…

Po mieszkaniu zapierdalał drugi Grzegorz. Na szczęście pomimo komicznego zaspania, nie odtworzyłem klasycznych numerów slapstickowych, tylko złapałem za ręcznik, na lewą rękę wzułem rękawiczkę rowerową i zacząłem do spóły z Milusiem go osaczać. Pierwszy Grzesiek zaciekawiony zerkał zza komody.

GRUBY, CO SIĘ TAK GUZDRASZ, GUZDRZESZ, GUZDRESZ… WOLNO BIEGASZ? NO PATRZ, TAM BIEGNIE.

Grzegorz postanowił schować się w segregatorze z fakturami z 2012 roku, na szczęście jak się przeciskał przez otwór na grzbiecie segregatora, trafił na zwartą ścianę papieru, i zanim się wywinął, miałem go. Wypuściłem go na podwórko, kotu bardzo, ale to bardzo mocno i wylewnie podziękowałem i poszedłem spać.

W poniedziałek zaczaiłem się na Grześka pierwszego. Ale jestem już stary, więc różne rzeczy w moim wykonaniu trwają długo. Inne krótko, ale większość długo. Na przykład moje mrugnięcie trwa bardzo długo. Jak siedzę na fotelu, potrafię mrugać raz na pół godziny. I to pewnie podczas jednego z tych dłuższych mrugnięć, Grzegorz zdążył wyjść spod łóżka, dobiec do progu sypialni, przeskoczyć nad blokującą wyjście deską i zacząć zwiedzać łazienkę.

Przegapiłem to, a moją uwagę zwrócił dopiero kot Miluś, który siedział przy wpółuchylonych drzwiach łazienkowych, wpatrując się w nie z uwagą, strzygąc wibrysami.

CICHO GRUBY, NA PALCACH TU CHODŹ HAŁAŚLIWA ŁYSA MAŁPO. ON TAM CHYBA SIĘ CHOWA.

Kurwa…

Łazienka to słabszy punkt obławowy, bo ma wygodne miejsce za pralką, za które nie sięgnę. Na dodatek drzwi są fantazyjnie obrobione na dole i nie licują z progiem, więc mysz się prześlizgnie. Na moje szczęście Grzesiek wpadł do wiadra mopowego, i gdy się nad nim schyliłem, zerkał tylko zaciekawiony i wyglądał, jakby chciał już sobie z tej pojebanej menażerii iść. Wyniosłem go z tym wiadrem na podwórko i zwróciłem wolność. Grzesiek zamiast uciekać w przeciwnym do kotów kierunku, zaczął skakać w moją stronę. Eee… co? Jednak nie chciał się ani mścić, ani ze mną zostać, tylko widać stwierdził, że najbezpieczniej pod latarnią, znaczy pod autem. I odkicał sobie pod zaparkowany pod naszym oknem samochód.

CZESZCZ GRUBY, PA CZO MAM…

Kurwa…

Wczoraj Miluś przyniósł nam trzeciego Grześka, ale na szczęście wypluł go z pyszczka w takim miejscu w sypialni, że Grzegorz mógł się schować tylko w rogu, który łatwo można było zablokować ze wszystkich stron. Oczywiście kot nam w tym pomagał, no bo przecież nie możemy popsuć takiego ładnego i jakościowego prezentu. Grzegorz po krótkiej obławie, został ujęty przez Marysię i wypuszczony na wolność na podwórku.

Teraz się zastanawiam, kiedy zawita u nas kolejny Roman, Grzesiek czy Albert, i jednocześnie próbuję ustalić, jak bardzo muszę kota chwalić, a jak okazywać niewerbalne niezadowolenie, żeby dalej przynosił do domu żywe zwierzęta. Badania trwają.

CZESZCZ GRUBY, PA CZO MAM…

Wielka Ucieczka, czyli dziwny gigant Filipa

Wracamy z imprezy okolicznościowej, jakoś tak o 1:00. Wchodzimy na podwórko i nagle spomiędzy drzew wybiega na nas Filip.

WTF?

To ten sam Filip, którego zostawiliśmy zamkniętego w mieszkaniu, czy jakiś inny. Na przykład jego brat. Z takim samym uśmiechem. Z taką samą bandanką. I takim samym entuzjastycznym sposobem witania nas, gdy wchodzimy do domu.

Ale jak to możliwe? Przecież został zamknięty w domu.

To chyba wtedy zaczęliśmy się obwiniać. O światowe przeludnienie. Głód. Konflikty zbrojne. Zanieczyszczenie powietrza. Rozkład związku. I które z nas tak ambitnie zamykało drzwi, że nie zauważyło psa poza mieszkaniem.

A może to włamywacze?!

Nawet się ucieszyłem, bo zawsze chciałem spytać włamywacza czego szuka, i jakby powiedział, że pieniędzy, to bym się do niego przyłączył. Niestety (albo i stety) drzwi były normalnie zamknięte na zamek. Czy ten cholerny pies przetunelował przez ścianę?

Fot. M.Cywińska

Po wejściu do domu obiegłem wszystkie pomieszczenia, krzycząc diabli wiedząc po co ‚clear’.  Włamywacza nie było, hajs, dzieła sztuki, biżuteria i kamienie szlachetne leżały na swoich miejscach, aczkolwiek salon powitał nas takim oto widokiem.

Oba kwiatki na ziemi, z Lindy ktoś obgryzł/wyrwał jeden pęd, Roman jak zwykle nie do zajebania. Kolumna głośnikowa zrzucona. Lampa zrzucona. Piloty zrzucone. Ziemia z kwiatów wszędzie, głównie na fotelu kupionym trzy dni wcześniej. Pośrodku tego zawstydzony pies i koty, udające że nic się nie stało.

Powoli posklejaliśmy fakty. Coś się zadziało za oknem, Filip wskoczył na parapet (zdarzało mu się to na początku mieszkania z nami) i zaczął ujadać. Coś się przesunęło, coś spadło, stawiam że pierwsza poleciała lampa. Za oknem musiało być naprawdę ostro, bo Filip miotał się motzno, zrzucając kolejne gadżety. Jak zagrożenie zaokienne minęło, pies ogarnął wzrokiem pieprznik, jaki uczynił i zrozumiał, że jak wrócimy do domu zostanie natychmiast ‚niedobrym psem’. Schował się w sypialni i siedział wydygany, gdy na scenę wkroczył nieporadny Seba. Z właściwym mu brakiem refleksu, zorientował się, że na parapecie był balet i że rzeczy zmieniły miejsce i stan skupienia.

Trącił łapą doniczkę.

Roztrzaskała się z hukiem o podłogę.

Dla siedzącego już na szpilkach Filipa było to za dużo. Wystraszył się, wskoczył na parapet w sypialni, przecisnął się przez kraty i wytarabanił się na podwórko. To jedyne logiczne wyjaśnienie. Rozpiętość krat to ok. 20 cm., okno zostawiamy otwarte, bo koty wychodzą. Filip w kłębie jest szeroki na trzydzieści kilka centymetrów. Jak się przecisnął, wie tylko on. No bo przecież musiał się jakoś przecisnąć.

W przeciwnym przypadku musiałbym założyć, że Filip jest potężnym psem-czarnoksiężnikiem, który potrafi się teleportować.

Jak to do cholery zrobiłeś chłopaku?!

Pierwszy rok z psem – żyjemy!

Rok i tydzień temu byliśmy na pierwszym spacerze. Rok temu przyjechał do nas.

Z tego co pamiętam, nasze narady pospacerowe nie były jakieś długie. Owszem, wyraziliśmy między sobą zdziwienie, że na zdjęciach był mniejszy i jakiś taki bardziej kanapowy, ale po pierwszym spacerze byliśmy na Filipa zdecydowani.

Trochę miałem tremę, jak z Młodym jechaliśmy po psa, bo to wiadomo – obce ciało na pokładzie, nie wiadomo, jak zareaguje na jazdę, czy będzie szalał, czy go będę musiał morderczym wenusjańskim chwytem przydusić do siedzenia i złamać mu kręgosłup. Wiecie, typowe rozterki człowieka, który w życiu nie miał psa i wydaje mu się, że ich, tych psów niby, ulubioną zabawą jest zagryzanie właścicieli we śnie.

Droga spod radomskiej wsi była pełna przygód i psich straszków, no bo przecież zabierają mnie, ale pół litra śliny na szybach i kilogram sierści na siedzeniu i na mnie później, dojechaliśmy do domu.

Fot. M.Cywińska
Pierwsze kroki na nowym kwadracie. GRUBY, DZIE MNIE PRZYWIOZŁEŚ, TU TERAZ BĘDĘ? (fot. M.Cywińska)

Pierwsze tygodnie Filip spędził w Guantanamo, bo dostaliśmy zalecenie, żeby trzymać go w klatce, ale tylko na początku wyglądał na zasmutkowanego. Potem, jak mu tę klatkę ogaciłem kocem, dzięki czemu zyskał „ścianki” i miał kryty tył i bok, zaczął ją traktować jak dom a nie więzienie.

Jeszcze jedno słowo na temat tego, jak nam się Filip zaprezentował po wejściu do domu. Oczywiście ucieszył się, jak już skumał, że tutaj teraz będzie mieszkał. Roztaczał dokoła siebie dyskretny zapach kiełbasy wędzonej gorącym dymem, bo jako lepszy cwaniak w domu tymczasowym wyżebrał sobie miejsce obok pieca. Więc nie dość, że pachniał jak kiełba, to jeszcze był cały w tłustej sadzy.

Pierwszy rok z psem Filipem
To nie była moja łapa, proszę sądu ostatecznego (fot. M. Cywińska)

I jak go umyliśmy pierwszy raz (po epickim boju), to wystraszyłem się, że pastowanego kabana nam dali. Otóż cały barwnik zszedł z Filipa, i zamiast typowego psa marki Cygan, uzyskaliśmy jakiegoś podpalanego Burka. Filip odbarwił się tak, że byłem przekonany, że kupiłem jakiś zjebany szampon, który najpierw zmył z niego kolor, a za chwilę pozbawi psa skóry. Przy zachowaniu proporcji wiem, co czują rodzice, jak mają pierwsze dziecko. Chaos, panika i nikt nic, kurwa, nie czai.

Na szczęście Filip jest psem bezproblemowym i miał w dupie to, że zmył się z niego kolor. Pół godziny po wyschnięciu, ponownie bryzgał entuzjazmem i miłością.

Pierwszy rok z psem Filipem
Tak wyglądały nasze koty gdy zorientowały się, że pies zostaje w domu. Był przypau (fot. M.Cywińska)

Oczywiście nie tylko koloru go pozbawiłem. Filip okrutnie pylił, sierść wychodziła z niego garściami, mieszkanie przypominało legowisko Szeloby, wszędzie w powietrzu unosiły się kłaki. Swoje dołożyły też koty. Słyszałem coś o Terminatorze, czy tam Furmicośtam, ale nie będę płacił stówki za zgrzebło. Po dających mi wiele radości, ale i rozczarowań próbach wyczesania go zwykłymi szczotkami, wyplułem w promce siedem dyszek i kupiłem najlepszy wynalazek świata. Po pierwszym użyciu mogłem z pozyskanej wełny, czy co tam z Filipa zdrapałem, ulepić sobie nowego, trochę tylko mniejszego psa. I głupi byłem, że nie ulepiłem, Filip miałby się z kim bawić, bo do dzisiaj koty go olewają i nie chcą wspólnie z nim pląsać po kwadracie.

Po lekko traumatycznych początkach (koty się na tydzień wyprowadziły z domu), zaczęło się wszystko układać. Nas Filip pokochał od razu, całą ludzkość trzy sekundy później. Przez trzy miesiące chodził i płakał, że Seba z Milusiem nie chcą się z nim bawić, potem zrozumiał, że owszem, jesteś w naszym stadzie, ale między nami kosa a nie przyjaźń i uważaj we śnie. Koty do dzisiaj nie lubią zalotów Filipa, Filip z tego powodu cierpi niewymowne katusze.

Pierwszy rok z psem Filipem
CO ŻEŚ GRUBY ZROBIŁ, CO TO LEŻY NA TOBIE NA MOJEJ KANAPIE, GRUBY MÓW OD RAZU (fot. M.Cywińska)

Poza tym jest psem do rany przyłóż, kocha wszystko i wszystkich (najbardziej jedzenie z trawnika, im obrzydliwsze, tym lepsze) i nie rozumiem, jak mogłem przeżyć 44 lata bez niego. To bez sensu.

Pies w dom

Trudne początki

Psów nienawidziłem jak psów. Jeszcze dwa i pół roku temu uważałem je za stworzenia głupie, bo tylko głupie stworzenie może rzucać się i warczeć na tak słodkiego faceta, jakim byłem. Gdybym mnie na długość ręki dopuścili do wszystkich psów w Polsce to bym wziął i zapierdolił[1]. A potem bez ostrzeżenia zrobiłem coś tak głupiego, że strach. Nawet nie myślałem, po prostu zrobiło mi się psa szkoda. Jakieś dzieci uwiązały swojego kundełe do rozkładanego stojaka przed sklepem. Ja akurat pakowałem się na rower. Wiało, stojak pieprznął o ziemię, pies się wystraszył, zaplątał po maksie w smycz i cały się ze stresu telepał. A ja, zamiast pomyśleć sekundę i odjechać, kucnąłem przy nim i zacząłem go z tej smyczy odplątywać. Powinno się to skończyć dla mnie źle, minimum dziabnięciem, skończyło się zaziomieniem się z kundelkiem i pouczeniu dzieci, że jak nakurwia wichor, to do stojaka psa nie wiążemy.

pies w domu
KTO JEST DOBRYM PIESKIEM?! Fot. Internet

Mniej trudne środki

No przecież, że nie zaprzyjaźniłem się od razu ze wszystkimi psami. Niektóre, głównie te dziwaczne małe pokractwa, dalej się na mnie rzucały i chciały gryźć, te większe warczały, panowało między nami takie porozumienie, że wy sobie coś tam warczycie, ja się do was nie zbliżam[2], wszystko spoko. Aż któregoś dnia, pod innym sklepem, jakiś pies się do mnie uśmiechnął, ja kucnąłem, od podszedł na smyczy, wystraszony lekko, ja wyciągnąłem dłoń (WTF?), on mnie polizał i za chwilę się bawiliśmy.

pies w domu
BAWILIŚMY SIĘ PRZEDNIO! Fot. Internet

Dość łatwe końce

A dalej poszło czołgiem. Zanim się zorientowałem, znałem połowę psów z sąsiedztwa (jeszcze na Pradze), witałem się z nimi, czochrałem je pod sklepami za uszami albo po plecach, one mnie lizały po rękach i jakoś tak zupełnie niepostrzeżenie przestałem się ich bać. Zmienił mi się pewnie od tego zapach, bo coraz więcej psów reagowało na mnie uśmiechem a nie agresją. I jakoś tak nieco ponad rok temu wyszło, że całkiem dobrze się z psami dogaduję, oraz mniej więcej rozpoznaję który chce ze mną rozmawiać, a który niekoniecznie. Ale nie pomyślałem, że kiedykolwiek sobie jakiegoś wezmę.

pies w domu
Tak sobie wyobrażam Polaroidowego Psa. Fot. Internet

Porozmawiajmy o Kev… psie

Nie pamiętam kiedy zaczęły się pierwsze rozmowy o wzięciu psa. Zresztą wszystkie były raczej żartobliwe, bo bądźmy poważni, w domu z dwoma kotami nagle pies? Koty psa się nie bały, bo znały jednego i gdy odwiedzała nas Mucha, wychodziły na dwór i tam hasały do momentu wyjścia gości z domu. Bez strachu. Po prostu wolały dwór…

NIC NAM NIE UDOWODNISZ GRUBY! NIE BOIMY SIĘ WIELKIEGO WŁOCHATEGO POTWOREGO CO TAK DZIWNIE PACHNIE, PO PROSTU WYGODNIEJ NAM U WAS W POKOJU GRUBY. U WAS W POKOJU.

AHYR!

pies w domu
SOON, FILIP. SOON. Fot. M.Cywińska

Risercz jest najważniejszy

Wziąć psa o tak ło to każdy potrafi. Ja nie. Ja robię trzydniowy research gdy potrzebuję kupić nóż za 130 ziko. Tygodniowy w przypadku zakupu zegarka za 440 ziko. Pamiętacie opony zimowe? No właśnie. Nie zrobię niczego poważnego na chybcika, bo bym chyba się udusił. Dlatego psa też musiałem poszukać kompleksowo, i to jedno mi się nie udało. Po krótkich namowach M. dałem komunikat na fejsie, posypały się propozycje, i nie grymasząc przesadnie wybraliśmy Fundację Zwierzęca Polana, która dopasowuje zwierzęta do ludzi. Było mi to bardzo potrzebne, bo to miał być mój pierwszy pies ever. I raczej nie miałem ochoty wziąć jakiegoś ziomka, a potem go oddawać, bo coś tam.

Cześć Filip®

Spotkaliśmy się z Gosią, zrobiła wywiad, opowiedziała nam o psach, które sobie upatrzyliśmy (sorry Rydz, wybacz Fender, nie byliśmy sobie jednak pisani) i zaproponowała innego, trochę skocznego wspinacza. Pojechaliśmy pod Radom obejrzeć typa. Oględziny odbyły się w czasie półtoragodzinnego spaceru, po którym decyzja była w zasadzie formalnością. Filip się nam wszystkim spodobał. Tydzień później przywieźliśmy go na kwadrat.

pies w domu
Ziemia rusza się zdecydowanie za szybko, Tato, przypał! Fot. R.Teklak

Koty

GRUBY, TY TO JESTEŚ JAKIŚ DZIWNY, ŻEBY TAK NA ZAWSZE A NIE NA PÓŁ DNIA PRZYWOZIĆ TO COŚ, ILE TO TUTAJ ZOSTANIE.
Na zawsze.
AHA, JASNE, NA ZAWSZE, GRUBY TY TO ŚMIESZNY JESTEŚ BARDZO, JAK NA ZAWSZE, JAK MY TU JESTEŚMY NA ZAWSZE, TO JAK TO COŚ MA BYĆ NA ZAWSZE.
No, na zawsze.
HAHAHA
HAHA
HA

AHYR!

No dobra, ale co z kotami?

Po tygodniu mamy stan chwiejnej równowagi i pozwalamy wszystkiemu dziać się swoim tempem. Seba ma coraz bardziej na psa wyjebane, bo głód jest silniejszy i do miseczek dojść przecież trzeba. Miluś patrzy na Filipa koso, chodzi trochę sztywno, głównie na niego syczy, na co Filip skamle, no bo tato, tato, dlaczego ten mały nie chce się ze mną pobawić. Dzisiaj Miluś rozjebał się na krześle, Seba stanął przy komodzie, Filip(R) między nimi, i one na niego tak syczały, że się cały zestresował. Powoli odzyskują należne im terytorium, za miesiąc Miluś będzie rządził bratem i Filipem, Seba Filipem, a Filip swoim kojcem.

Dla Filipa cały świat jest wielką zabawką. Filip jest jedną wielką uśmiechniętą psią miłością. Chce koty pokochać i się z nimi bawić. W końcu przełamią lody.

NIE MÓW MI GRUBY CO MAM PRZEŁAMYWAĆ, BO PRZEŁAMAŁEM OSTATNIO SROCE SKRZYDŁA I NIE BYŁA WCALE Z LODU. WIĘC NIE MÓW GŁUPIO, BO PRZEŁAMIĘ NIE LÓD TYLKO MU KRĘGOSŁUP I WTEDY ZOBACZYMY. I NIE SYCZĘ TYLKO ROBIĘ TAKIE HHHHHSSHHHHYYYSHHH

AHYR!

pies w domu
Chyba będziemy ze sobą na zawsze, co nie? Fot. M.Cywińska

PS. Większość pewnie rozpoznaje obrazek wyróżniający, ten niby w nagłówku. Wziąłem go z Futuramy. Imię psa też. Wyjaśniałem to już na fejsie, wrzucę dla porządku i tutaj.

Jako że celowałem raczej w szczeniaka, obmyśliłem mu, tak na wszelki wypadek, bo przecież nie planowałem psa, imię. Pies, którego nie miałem mieć, miał nazywać się Bender. With blackjack and hookers. Wiadomo, Futurama to najlepszy serial świata, więc jak inaczej miałbym nazwać psa, którego zresztą i tak nie miałem w planach, więc cała zabawa w wymyślanie imienia miała walor czysto rozrywkowy.

I nagle mam psa. Który ma na tyle dużo lat, że chyba się przyzwyczaił do imienia, więc nie będę mu go zmieniał na Bender, nie? I trochę szkoda. Ale z drugiej strony tak się szczęśliwie składa, że trzecim najfajnieszym ziomkiem w Futuramie jest Philip J. Fry (po Benderze i Profesorze), a nasz kundel bury ma na imię Filip. Z trzeciej strony chciałbym jednak uhonorować w jakiś sposób najzajebistszego robota ever.

No to dodałem na końcu (R). Mam więc skrzyżowanie Filipa J. Fry’a, Bendera i jeszcze na dodatek mogę dzięki temu (R) na końcu wołać na psa Fliper. No to jak to nie jest duży wygryw, to nie wiem co jest.

[1] Oddychajcie. Cytat.
[2]Opcja niezbliżania się do psów nie ma zastosowania w przypadku najzajebistszego amstaffa świata. Asgard to pies naszego prywatnego Ruska Ozona, i ten pies jest taki fajny, że weź przestań. Nie masz fajniejszego amstaffa nad Asgarda. Nie boję się go zupełnie, wkładałem mu wielokrotnie rękę do paszczy i nic.

Obrazek wyróżniający pochodzi z Futuramy. Wszyscy płakaliśmy.

Wszystkie okna prowadzą do Rzymu

Jestem człowiekiem wielkiego spokoju, cierpliwości, wyrozumiałości i zrozumienia dla świata, dlatego moje rozmowy z Sebą i Milusiem wyglądają najczęściej tak, że ja mówię, one mnie olewają, a ja ze spokojem i cierpliwością to rozumiem. Nie inaczej było dzisiaj w nocy… A nie, była zmiana.

fot. M.Cywińska
You, sir, have mistakenly arrived in the wrong settlement, you mother-copulating fiend. Fot. M.Cywińska

Zgrzyyyt

-Kurwa, wchodzisz Miluś czy wychodzisz. Bo to okno jest ostatnio jak drzwi obrotowe w salonie na Dzikim Zachodzie podczas gorączki złota. No się nie zamykają.

-Mrumrumru, hehehe.

Zgrzyyyt

-Ja pierdolę, wykończą mnie te zwierzęta. To że mieszkamy na parterze, i jesteście kotami wychodzącymi na podwórko, nie znaczy, że macie mnie wykończyć przeciągami i mrozem. Kurwa, Miluś, weź posadź łaskawie dupę w domu do rana.

-Mrumrumrumru, głupi jakiś jesteś, A WRONY SUCHE I MYSZY SAME SIĘ ZŁAPIĄ, hehehe.

-Tylko ty mnie Seba rozumiesz, nie chce ci się wychodzić w nocy, boisz się ptaków i myszy, jesteś tak gruby i leniwy, że nie ruszasz się… Gdzie leziesz, NO GDZIE LEZIESZ.

-Mrumrumru, idę ci upolować patyk albo liść, no co ty, głupi jakiś, sam się nie obronisz przed złym patykiem albo złowrogim liściem, mrumrumru.

-ZDRAJCA, miałeś leżeć z nami, spać… A zresztą.

-Zaraz wracam, nawet nie zauważysz, hehehe, mrumrumru.

Fot. M.Cywińska
Jestem karmnikiem dla ptaków, spadaj. Fot. M.Cywińska

Zgrzyyyt

-Dżizas, kurwa, ja pierdolę, czy możecie już przestać się kręcić? Trzecia w nocy, przeciągi, mrok ziąb chujnia. Kupa zrobiona, myszy i patyki zabite, kładźcie się spać.

-MRUMRUMRU, właśnie się wyknociłem, więc wetknę ci dupę w nos. JAK SIĘ GRUBY BAWISZ, NO JAK? MRU MRU MRU, HAHAHA.

-Zobaczysz, doigrasz się i nikt nie znajdzie twoich zwłok. A nawet jak znajdą, to zwalę na jakiegoś kierowcę, jak myślisz, komu uwierzą, człowiekowi czy kotu, którego język rozumiem tylko ja? HAHAHA, SIERŚCIUCHU, HAHAHA?

-Mrumrumru, co się ciśniesz, ty tu pod kołdrą ciepłą sobie śpisz z samicą, a ja na zewnątrz w zimnie zabijam wrony i myszy. WRONY I MYSZY, TY WIESZ CO TO SĄ RAZEM WRONY I MYSZY, JAKIE STRASZNE?!

-Mrumrumru, no, a ja patyki i liście.

-MRUMRUMRU, OBSTAWIAMY WSZYSTKIE DIAPAZONY ŚMIERCI, GRUBY. TO UWAŻAJ KOGO ZNAJDĄ ALBO NIE ZNAJDĄ. HA. HA. HA.

-Dobra, już nie strasz tylko kładź się spać.

Fot. M.Cywińska
No jej powiedz, że mnie nie znajdą. I dare you. Fot. M.Cywińska

Zgrzyyyyyt

-Zobaczycie, nie znajdą waszych zwłok.

-MASZ GRUBY PIÓRO I NIE STRASZ.

-Kładź się spać.

-Jasne, hehehe, mrumrumru.

Zgrzyyyt

-KURWA MAĆ. Jak mi jeszcze raz skoczysz z parapetu na jaja, to skończysz w bezimiennym grobie, zobaczysz Seba, zobaczysz.

-Ojweźno, mrumrumru, już się kładę na twojej klatce piersiowej z dupą w twoim nosie, nie ruszaj się, mrumrumru.

kot7
Śpimy przecież. Fot. M.Cywińska

Zgrzyyyyt

-Co, Pani Eliza wygoniła?

-Mrumrumru, PO GITARĘ PRZYSZEDŁEM.

Dzisiaj o 3:28 w nocy nie wytrzymałem, poczekałem aż oba wejdą do mieszkania, i zamknąłem okno na głucho. Potem przez pół godziny musiałem ignorować przesuwanie metalowego pudełka po parapecie i drapanie w ramę okna. Zasnąłem po czwartej, o 7:30 pobudka, wchodzę do salonokuchni…

Fot. M.Cywińska
Patrz jak Roman zemdlał. Fot. M.Cywińska

-TY, GRUBY, PATRZ. OGLĄDALIŚMY TEN ŚMIESZNY KWIATEK I ON ZEMDLAŁ TAK, ŻE TERAZ LEŻY TROCHĘ NA PIANINIE, TROCHĘ NA PODŁODZE, ALE CAŁY NIEPRZYTOMNY I PRZYSYPANY ZIEMIĄ! NIKT NIE WIE CO TU SIĘ STAŁO!

-Kurwa mać… Który to zrobił? Żaden? Dobra, to i żaden nie dostanie ode mnie dzisiaj jeść.

(18 minut później)

-Brzuszki wam głaszczę, wodę nalewam, jedzenie suche sypię, indyka mokrego rzucam, jak tylko go robię, a wy mnie tak? Chcecie mi Romana wykończyć? Dobra, nie wiem kto was dzisiaj będzie karmił, ale na pewno nie ja, bo się gniewam.

-Mrumrumru, Gruby, nie świruj, my się patrzyliśmy a on się pochylił, SAM, a potem zemdlał i zleciał z tego pianina jak głupi jakiś fikus Roman, hehehe.

-Nie odzywam się do was, gadajcie z samicą albo ze szczenięciem żeby was nakarmili, ode mnie niczego dzisiaj do jedzenia nie dostaniecie.

-TRUDNO GRUBY, ZAWIODŁEM SIĘ, IDĘ DO PANI ELIZY NA ŚNIADANIE, A TWOJEGO SUCHEGO NAWET NIE LUBIĘ I NIE TKNĘ NIGDY WIĘCEJ W ŻYCIU.

-Mrumrumru, a ja? Ja do Pani Elizy się nie wdrapię, no weź mnie nakarm, patrz, zabiłem fiku… patyka, POWIEDZIAŁEM PATYKA. KARM! UMIERAM Z GŁODU!

-NIE!

(godzinę później się złamałem)

-Chodź Seba, masz, jedz. Chuj, kwiatek wsadziłem z powrotem, już go nie trącajcie, dobra?

-MRUMRUMRU, MNIAMMNIAM, JAKIE DOBRE SUCHE, NIE WIEM ŻADEN KWIATEK FIKUS ROMAN, MNIAMMNIAM.

(kwadrans później)

-Ahyr, ahyr, ahyr, AHYR!

-Nie, kurwa, Seba, nie. Tylko nie na łóżko, tylko nie na łó… Ja pierdolę, wdzięczność twoja nie ma granic.

-Ahyr. Gruby, czy ja mogę prosić jeszcze trochę suchego.

Chyba jednak nie będę im zamykał okna na podwórze.

fot. M.Cywińska
Resistance is futile, Gruby. Fot. M.Cywińska

%d blogerów lubi to: