Ania z A na końcu

Nigdy nie rozumiałem tej fascynacji. Czym tu się jarać? Jakaś laska prowadzi nudne życie na pagórku a dziewczyny się ekscytują tymi książkami, jakby czytały Władcę Pierścieni, gdzie życie pod pagórkiem było przynajmniej preludium do rozpierdalatorskiej wyprawy.

Totalnie bez sensu, już lepiej czytać Pana Samochodzika, Winnetou, Niziurskiego albo chociaż mity greckie.

Jak jest

Typiara mieszka z rodzicami w domku jednorodzinnym. Domek jest w Anglii, więc koniecznie otoczony płotkiem z ładną furtką, pod którą mleczarz zostawia mleko. Przed domem ogród, sporo drzew ozdobnych i owocowych, żeby można było sobie w cieniu pierdolnąć i wypocząć. Za domkiem pola, łąki, kwietne gaje, las, wilki jakieś i inne chuje muje, akurat tyle, żeby bohaterka mogła łazić po wykrotach i przeżywać przygody.

Ania z zielonego wzgórza
Miało być tak (fot. Pixabay)

Oczywiście żeby przeżywać przygody, trzeba mieć ekipę przyjaciół. Więc ma jedną zajebistą przyjaciółkę od serca, best friends forever, te klimaty. Do tego jeszcze ze dwie inne i jednego kolesia, może to być syn stajennego, niezbyt rozgarnięty, taki brat-łata, którego wszyscy wykorzystują, więc dziewczynkom go żal. No i tak sobie biegają po polach i lasach, i przeżywają przygody, jak Tomek Sawyer i Huck Finn. Właściwie bohaterka może jest nawet taką Becky?

Rodzina

Rodzice majętni, stare pieniądze, ale nie jakieś przesadnie duże. Pani matka zajmuje się domem, ale bez fanatyzmu. Ot, jakaś herbata dla sąsiadek ze wsi, podwieczorek, jakieś garden party. W ciągu dnia dziarga na tamborku albo ładnie pachnie na szezlongu, chociaż nie jest melancholijną globusowiczką. Nie, raczej taka konkretna babka, którą hajsy troszkę rozleniwiły, ale dalej stąpa dość twardo po ziemi.

Do pomocy ma gosposię, która ogarnia dom, gotuje, sprząta, pali w piecu. Do tego stajenny, który rozgarnia końskie gówno i dba o to, żeby dom nie popadł w ruinę. Fornal może bardziej? Żona mu zmarła jakiś czas temu, sam wychowuje syna, tego z którym przyjaźnią się dziewczyny. Syn ciężkawy na umyśle, więc ojciec nie żałuje mu pasa i wychowuje go twardo, ale z miłością.

Ania z zielonego wzgórza
Albo jakoś tak (fot. Pixabay)

Ojciec bohaterki? Robi coś dla Korony, bo jak wybucha wojna, to znika z domu, ale nie walczy na froncie. Na front trafia mięso armatnie. Czyli fornal. No i wtedy matce trochę ciężej się żyje, bo czasem musi wyjść do stajni i dać koniom wiecheć siana.

Bohaterka wie, że coś tam się odpierdala i huczą niemieckie bombowce, ale nie czuje trudów wojny, bo ojciec robi dla Korony, więc reglamentacja całą rodzinę chuj boli.

Przygody trwają przez kilka tomów, każdy z nich to kolejny rok, ale jako że nigdy się tak naprawdę nie interesowałem ile tych tomów LMM nawaliła, to nie wiem czy z bohaterką rozstajemy się, gdy idzie do szkoły z internatem, czy może później.

Bo, jak wspomniałem we wstępie, zupełnie nas, chłopaków, ta historia nie interesowała.

Jak jest naprawdę

Naprawdę jest tak, że jest ciężko. Bohaterka jest sierotą, którą rzuca od jednego domu zastępczego do drugiego. Rzuca, bo jest krnąbrną, bezczelną, wyszczekaną gówniarą, do której nikt nie ma cierpliwości.

W tych domach zastępczych zasuwa tak, że krew się jej leje spod paznokci. Od przybranych rodziców dostaje wpierdol. Gdy wraca do bidula, pada ofiarą bullingu i też wpierdol. Całe jej dotychczasowe, krótkie życie to wpierdol i ciężka praca, dlatego szuka ucieczki w książki i wymyślane fantazje o księżniczkach i księciach. Ogólnie temat smutny do tego stopnia, że osoby wrażliwe płaczą podczas oglądania serialu jak bobry.

Ania z zielonego wzgórza
Jest natomiast mniej więcej tak (fot. Pixabay)

Gdy nie dostaje wpierdolu, słucha jak pijany przybrany tata posuwa przybraną mamę. W końcu trafia do domu dziwnego, podstarzałego rodzeństwa, które po kilku perturbacjach przyjmuje ją jak swoją i adoptuje. Co dalej nie wiem, bo zatrzymałem się na piątym odcinku.

WTF?

Wiecie, że nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby sprawdzić o co właściwie chodzi z tą całą Anią z Zielonego Wzgórza? Gdy byliśmy dziećmi, była to lektura babska. Potem, gdy podrosłem, tym bardziej nie miałem powodu się tymi książkami interesować. Historię wyobrażałem sobie tak, jak przeczytaliście to w pierwszych dwóch częściach. Dlatego nie zajarałem się przesadnie na wieść o tym, że Netflix zrobił serial, bo nie jestem w targecie.

Anne with an E

Pierwsze pięć odcinków obejrzałem przypadkiem. Znaczy zacząłem oglądać przypadkiem, a potem to już mnie zassało i nie mogłem się oderwać. I teraz wystawcie sobie moją konfuzję, gdy moje wyobrażenia na temat tego, o czym jest Ania z Zielonego Wzgórza, zderzyły się z tym, o czym naprawdę jest Ania z Zielonego Wzgórza.

Nawet kilka razy dopytywałem M. czy to się zgadza z książką, no bo kurde, przecież Ania miała wieść szczęśliwe życie córki posiadaczy ziemskich a nie być sierotą, która ma przejebane. Na szczęście te rozterki nie przeszkodziły mi w oglądaniu kolejnych odcinków z wielką radością.

Ania z zielonego wzgórza
Z czasem u Ani zaczyna dziać się lepiej (American Gothic, aut. Grant Wood)

Nie mam pojęcia, czy Ania z A na końcu jest serialem, który spodoba się hardkorowym fanom książek. Bo jak wspomniałem, nigdy w życiu nie dotknąłem ich nawet kijem. Książek, nie fanów. Ja natomiast Ania z A na końcu jestem zachwycony. Świetna historia, świetna obsada, świetna nuta, świetne, dojrzałe aktorstwo głównej bohaterki i w ogóle wszystko świetne.

A, no i oczywiście Ania przeżywa przygody. Nie tak rokendrolowe jak Tomek z Huckiem, bo przecież w końcu jest tylko dziewczyną, nie?

No właśnie.

Ten straszny feminizm

Leje się z każdej minuty serialu, co musi niektórych strasznie wkurwiać. No bo przecież koncepcję, że kobieta może robić to, co chce robić w życiu, a nie to, czego oczekuje od niej społeczeństwo (żona, matka, gosposia) niektórzy znajdują obrzydliwą nawet w XXI wieku. Mam mnóstwo radości z wyłapywania tych wszystkich fragmentów, w których bohaterka się emancypuje. Czy to sama (mówiłem, pyskata i dość niezależna), czy to z pomocą i za poduszczeniem przybranej matki.

No i w swoich przygodach wykorzystuje swój mózg i intelekt, a nie knajacki spryt.

Z mojej strony wyłącznie aplauz i aprobata. Idźcie i oglądajcie przygody Ani z A na końcu, bo tak pozytywnego przekazu dawno nie widziałem w serialu.

„Anne with an E” do znalezienia na Netflixie. Kupa radochy gwarantowana.

Biały rower i pedały dwa

Gdy organizowałem swoje ostatnie urodziny, poprosiłem ludzi, żeby nie kupowali mi prezentów (nie mam miejsca na nowe książki), tylko wrzucili do słoja hajsy, które chcieli przeznaczyć na prezent dla mnie (naprawdę nie mam już miejsca na nowe książki).

Zbiórka była na rower. Biały.

White Rower

Pewnie wszyscy stracili nadzieję, że go kupię, tak jak niektórzy stracili nadzieję na to, że będę się wywiązywał ze zobowiazań patronajtowych. Patrząc na moje poczynania i brak kontaktu z bazą, wcale się tej nieufności nie dziwię, ale robię co mogę.

W przypadku roweru było tak, że bardzo nie chciałem pozbywać się leciwego Wheelera, ale miałem świadomość tego, że w tej formie nie pojeżdżę już długo. Pozycja, w której ciężar spoczywa na rękach, z powodu wady lewego łokcia nie wchodziła w rachubę w dłuższej perspektywie. Mówiąc kolokwialnie, po 10 kilometrach lewa ręka napierdalała mnie tak, że musiałem powstrzymywać się, żeby się z bólu nie zesrać.

Przyznacie, że to sytuacja mało komfortowa, taka jazda na ogonie.

Pomyślałem, że może by mu tak urwać widelec i wstawić amory. Pomysł wydawał mi się sensowny, nawet jeszcze w ubiegłym miesiącu rozmawiałem z literatem Kosikiem na temat jego składaka miejskiego (zajebisty ma rower, o jak bardzo zajebiście madmaxowy on jest), o ewentualnych kosztach, gdzie szukać przechodzonych ale niezajechanych elementów, z kim rozmawiać, no wszystko było na dobrej drodze. Niestety.

Mokotów, kurwa

No właśnie, Mokotów. Ta dzielnica jest radioaktywna i promieniuje hipsteryzmem bardzo mocno. Najpierw kupiłem sobie pierwsze od dekady dżinsy. Następnie białe buty sportowe. Potem sweter. Ja, kurwa, i sweter. Na studiach swetry nosiłem. Jakoś przy ubiegłych wakacjach zacząłem chodzić na fancy bazar na Olkuskiej, pozdro dla kumatych.

Kolejnym etapem staczania się w otchłań moralnej degrengolady było wzięcie psa. Co tam jeszcze? A, już wiem. Na winklu stały ziomeczki handlujące zieleniną. Nie jakoś przesadnie tanią, ale jakościowo niezłą, to po co mam łazić na bazarek albo do Biedry, jak mogę sobie kupić na rogu za ziko drożej. Kupowałem, bo sprzedawiec wyglądał jak z Pragi Północ, to mi swojsko było.

Po zimie skład się zmienił i na winklu stoją panie, matka z córką, sympatyczne bardzo. I ja zacząłem z nimi rozmawiać. Jak w jakimś Paryżu. Znaczy na Pradze też rozmawiałem z praktycznie wszystkimi sprzedawcami i sprzedawczyniami w pobliskich małych sklepikach, ale to nie o to chodzi. Tam rozmawiałem tak bardziej życiowo, po prasku. A tutaj rozmiękle, po mokotowsku.

Zacząłem kupować oliwki faszerowane papryką i piec fokaczię. Kupiłem sobie czerwone Conversy. Takie szmaciane trampki, znacie. No czy można upaść niżej?

Otóż owszem, można.

Kupujesz sobie nowy rower będąc martwym w środku

Bo miały być nowe amory a nie nowy rower. I miałem się nauczyć czegoś nowego, bo plan był taki, że zacznę te amory montować, piłować, tłuc dłutem, potem wrzucę tę ruinę do torby Ikei i pojadę do warsztatu, wszyscy zadowoleni. Zamiast tego, kupiłem sobie rower. I to nie jakiś taki do ścigania się.

Rower miejski do jazdy po mieście sobie kupiłem. Kojarzycie? Miejski.

Rower i Filip, który jak zwykle nie wie o co mi chodzi (fot. R.Teklak)

Promocja była na mieście

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to był weri gud bargan, maj frend, gardło sobie podrzynam, okazja taka, że grzech nie skorzystać.

Po drugiej jeździe na nim, nie wyobrażam sobie powrotu na Wheelera, wybacz stary druhu, z tobą to już tylko szybkie przeloty w odległe miejsca, po mieście tylko Vanmoof. Już tłumaczę dlaczego.

Pomimo bycia rowerem miejskim, ergo gorszym sortem rowerowym, ten rower wygląda jak pierdolony twardziel. Wyobraźcie sobie czerwiec 1941. Hitler wpada na głupi pomysł i dojeżdża ZSRR. Nadchodzi zima, niemieckie sprzęty jeżdżące coraz częściej odmawiają posłuszeństwa, bo mróz ścisnął jak sam skurwesyn. Zdesperowani żołnierze rozbierają niesprawne bądź zniszczone transportery i czołgi, i z tych elementów spawają ramy do rowerów. Potem tylko wstawiają koła i spierdalają spod Moskwy do Berlina.

Tak właśnie wygląda Vanmoof. Jak rower pospawany z odpadów frontowych. Totalny badass. Grube, widoczne i wyraźnie zarysowane spawy, rury o jakichś absurdalnych średnicach, toporny, grubo ciosany prostak. Zupełnie jak ja. Do tego ten zajebisty prostokątny kształtownik łączący przód i górę ramy, do którego…

Legenda niżej (fot. R.Teklak)

Jak sobie powiększycie, to zobaczycie numerki, których będę używał w dalszej części moich zachwytów.

Właśnie, słowo o udogodnieniach. Wygodne siodło. Kierownica umożliwiająca jazdę w pozycji wyprostowanej, dzięki czemu przestałem cierpieć. Siedem biegów schowanych gdzieś w tylnej kasecie. Hamulce tarczowe. Łańcuch w osłonie(6). Wydajne, oświetlające szeroki kąt lampki na DYNAMO(1 i 2). Normalnie naciskasz guzik (2, śmieję się, że zapłonu) i lampki zaczynają świecić gdy pedałujesz. Zatrzymujesz się – gasną. I rzecz najważniejsza. Łańcuch do przypinania chowany we wspomnianym kształtowniku prostokątnym(4). Nie ma opcji, żeby go zapomnieć, bo jest zintegrowany z ramą. Wyciąga się go, opasuje stojak i wpina z powrotem w miejsce z boku ramy. Potem wkłada się kluczyk z drugiej strony ramy(3), przekręca i zamknięte.

Przy odrobinie chęci do śmieszkowania, mógłbym ściemniać, że mam rower elektryczny na stacyjkę.

I co najważniejsze, ten rower jest takim brzydactwem, że nikt nie przechodzi obok niego obojętnie. Zaliczył zresztą pierwszą sesję zdjęciową, ja siedziałem w lokalu na posiłku regeneracyjnym, jakiś ziomek go obfotografował. Jasne, pewnie po to, żeby pokazać kumplom, na jakich brzydkich i na pewno czterokrotnie przepłaconych rowerach jeździ hipster z Moko, ale mimo wszystko.

W związku ze wszystkim powyższym mam pytanie – da się mnie jeszcze odratować?

Alien: Covenant – co właściwie się stało

Pisałem przedwczoraj tekst o maratonach filmowych do serwisu. Trochę dołożyłem sobie pracy, bo musiałem nurkować w imdb. Ale nie ma tego złego.

W trakcie riserczu dowiedziałem się, że „Rogue One” jest już na DVD, więc będzie można powtórzyć sobie seans. No i oczywiście piątkowa premiera filmu Obcy: Przymierze.

Pomyślałem, że to jest ten moment, w którym przyda się karta CC Unlimited, zarezerwowałem miejsce, wsiadłem na rower (przyjemne z pożytecznym, wiadomo) i pomknąłem do Sadyby. Miałem nadzieję, że po „Prometeuszu”, o którym mogę powiedzieć tylko, że obejrzałem go dwukrotnie, raz w szoku, drugi raz w niedowierzaniu, że można zrobić coś tak złego, Scott zrobi coś, co będzie dało się oglądać. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Weźmisz czarno kure…

Zacznę może od plusów, bo są plusy. Wizualnie przepiękne. FX-y bez zarzutu, dwóch Fassbenderów rozmawiających ze sobą, to żadne wow. Ale jak wspólnie grają na flecie (proszę o powagę) i nie widać w scenie sztuczności ani komputerowych nakładek, to jest człowiekowi satysfakcjonujaco przyjemnie. Muzyka albo nie przeszkadza, albo uzupełnia wizualia. Pięknie komponowane sceny, na przykład otwierająca. Dwóch Fassbenderów. Danny McBride. Sekwencja otwierania żagla słonecznego. Obcy. Raz migają kobiece piersi. Świetnie komponowane sceny, na przykład lądowanie na planecie. To chyba wszystko. A, no i wizualnie jest to piękny film.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Apone i Hicks podzielają moją opinię, film jest wizualnie przepiękny (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Operator kamery w większości przypadków wie co robi, ja natomiast nie wiem skąd ta maniera, że jak Obcy kogoś zjada, to trzeba robić szybki, teledyskowy, szatkowany montaż. Jak już wyskoczył i przebił ofiarę szponem albo szczęką, to nie musimy dawać krótkich cięć i efektu rozbujanej lampy. Niechże ją już sobie doje na spokojnie, przecież wszyscy wiemy jak ksenomorf wygląda, żadnej tajemnicy efektem stroboskopowym w XXI wieku się nie zbuduje.

A potem ją zarżniesz…

Cała reszta to jakieś dramatyczne nieporozumienie i piramidalna głupota. Od razu chciałbym ustalić, że w powyższym komentarzu nie odnoszę się do mitologii powstania Obcych, tylko do braku logiki zdarzeń mających miejsce w filmie. Załoga odbiera tajemniczy sygnał, dawaj, skręcamy i lecimy na miejsce, to nic, że wieziemy kilkuset osadników i tysiące ludzkich zarodków, skręćmy, to nasz moralny obowiązek.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Wszyscy wiemy, jak to się skończy (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Ojej, patrzcie, taka podobna do Ziemi, planety ludzi, może olejmy nasz prawdziwy cel i zostańmy tutaj. W sumie co za różnica, nie?

Na miejscu większość składu wsiada do lądownika i zjeżdża windą do piekła. Nie ma co prawda śpiącego Hicksa, bo i pojazd cywilny, i pani pilot daleko do Ferro, więc w środku trzęsie i dymi. Na powierzchni otwierają trap i wychodzą na zewnątrz bez żadnej ochrony. Bo to przecież oczywiste, że mikroorganizmy zamieszkujące obcą planetę, niepokojąco przypominającą Ziemię, nic nam nie zrobią. Przecież u nas nie ma eboli, hiv czy ospy.

Bez logiki…

Żołnierz na posterunku, ochraniający panią naukowiec, idzie w krzaki zajarać. Tam oczywiście łapie infekcję, w wyniku której błyskawicznie rozkłada się od środka. Patogen działa w tempie ognia przegryzającego się przez suchą trawę latem. Świeżo wykluty albinotyczny Obcy, albo Przedobcy rośnie w oczach. Dosłownie. Bohaterka chcąca go odjebać z szotgana, ślizga się na plamie krwi i strzela w sufit. Potem zamykające się drzwi przycinają jej stopę, przez co kuleje. Na koniec podpala jakieś walające się luzem kanistry z gazem, w wyniku czego cały lądownik wylatuje w powietrze. Bracia Marx nie zrobiliby tego lepiej.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Vasquez zrobiłaby to na pewno lepiej (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Jesteśmy jakoś tak w trzydziestej piątej, może czterdziestej minucie filmu.

Nie jestem pewien, czy oglądałem kiedykolwiek coś taki idiotycznego. Znaczy oczywiście widziałem mnóstwo idiotycznych, kampowych filmów klasy pozaklasyfikacyjnej. No ale w takich przypadkach nie oczekuję od scenariusza pisanego za hamborgira i czteropak browaru, nie wiadomo jakiej jakości. Tutaj scenariusz sprawia wrażenie produktu napisanego na kolanie i na odpierdol. Miał być ciąg dalszy tworzenia mitologii Obcego, wyszło jakieś nieporozumienie.

Bez ładu w tworzeniu bohaterów…

No właśnie, o ile jesteśmy w stanie wskazać Davida i Waltera jako dwóch Fassbenderów, i przy okazji głównych bohaterów, to co z resztą? W jedynce najpierw na pierwszy plan wysunął się niefortunny John Hurt. Potem pierwsze skrzypce, również krótko, rozegrał kapitan, Tom Skerritt. Ellen Ripley wchodzi w to wszystko w połowie filmu. Po drodze może jeszcze liczyć na wsparcie Yapheta Kotto. Każdy członek załogi ma swoje wady, ograniczenia i lęki. Dzięki czemu wszyscy wypadają wiarygodnie.

W dwójce co postać, to oryginał. Oślizgły Burke, nieporadny Gorman, zabójczy team Vasquez i Drake, wycofany Hicks, mający skłonność do przesady w obie strony Hudson, wredy sierżant Apone, i niefartowni Spunkmayer i Ferro. Plus bardzo ludzki Bishop i bardzo dobra Newt.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Pamiętamy nazwiska wszystkich bohaterów ze zdjęcia, potrafimy też podać ich króką charakterystykę (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

W trójce Charles Dance i dość charyzmatyczny Charles Dutton. W czwórce Ryder, Wincott, Perlman, Pinon i Dourif. W każdej części oczywiście coraz bardziej zahartowana w bojach Sigurney Weaver.

A tutaj, po zapłaceniu hajsów dwóm Fassbenderom, nie wystarczyło grosza na obsadzenie nikogo, kto miałby w sobie choć trochę charyzmy i charakteru. No dobra, Danny McBride spełnia trochę rolę takiego gościa, który nie jest cięty z kartonu, ale scenarzyści postanowili, że będzie siedział na orbicie i podejmował samobójcze decyzje.

Waterston miała być chyba w zamyśle drugą Ellen Ripley, ale ani nie ten format, ani nie ta zaciekłość. Może nawet byłaby możliwość rozwinięcia jakoś tej postaci, ale znowu postarali się scenarzyści, i wszystko poszło się paść. Bo jak już zaczyna coś sensownego robić, to chwilę później huśta się na linie pod pokładem lecącego lądownika i obija o silniki.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Taka akcja mnie przekonuje, superbohaterskie fruwanie na linie trochę mniej (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Ja rozumiem, że teraz musi być więcej, mocniej i bardziej efektownie, ale takie pajacowanie na sznurku to można robić w Spidermanie, mi by wystarczył kameralny pojedynek w stylu Matka kontra Ellen w robocie załadunkowym. Efektownie na maksa, a przy okazji dość prawdopodobnie i bez przegięć. Da się? W XXI wieku nie, moc komputerów za bardzo potaniała.

I w ogóle

W czasie gdy bohaterowie nie robią durnych rzeczy (kapitanie, zajrzy pan do tego kokonu, nic panu nie grozi, mówię to panu ja, lekko tylko szalony android), dwóch Fassbenderów toczy ze sobą filozoficzne rozmowy i sadzi ćmoje-boje o kreacji, niedoskonałych stwórcach, ich superdoskonałych dziełach i granicach bycia twórczym z powodu wmontowanych bezpieczników i autoograniczeń.

I ja teraz nie wiem, czy to jest letni blockbuster, w którym są wybuchy, ociekający lubrykantem Obcy, seks pod prysznicem i jeszcze trochę wybuchów, czy może pseudofilozoficzny traktat o… No właśnie, o czym? A może jednak slapstickowa komedia pomyłek?

O powstawaniu gatunków

Powtórzę – nie mam żadnych uwag do tego, jak sobie Scott tworzy genezę ksenomorfa. Może to być produkt Inżynierów, może to być broń biologiczna, może to być kosmiczny odkurzacz, szczerze mówiąc już mnie to nie obchodzi, ale wiem, że jest kupa ludzi zajarana biotechnologicznymi opowieściami o pochodzeniu gatunków. Spoko.

To mówisz, że powstaliśmy z purchawek? (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Wiem też, że ultrasi cyklu są żywo zainteresowani czymś innym, niż tylko repetycjami z kosmicznego horroru w innym anturażu, i zarówno „Prometeusza”, jak i zapewne „Przymierze”, obejrzą z zainteresowaniem i z wypiekami na twarzy.

Problem polega na tym, że Scott zrobił film nie wiadomo dla kogo. Rozumiem konieczność pożenienia ze sobą szerokiej publiczności (kasa) i fandomu (mniejsza kasa). Nie rozumiem natomiast, dlaczego wybrał taką drogę. Bo przyjął do realizacji szkic scenariusza, a potem na jego podstawie zrobił film. Film dla nikogo.

Jestem zasmutkowany.

Lśnienie – Stephen King – audiobook

Dawno temu zacząłem pisać tekst na bloga. Miała to być opowieść o tym, jak zakochałem się w słuchowiskach radiowych.

Nigdy go nie dokończyłem.

Komunistyczne słuchowiska

Bo musicie wiedzieć, że PRL słuchowiskami stał. Produkowaliśmy ich dużo, w dobrej jakości, ze znakomitymi aktorami w rolach głównych. A potem publiczne radio je emitowało zupełnie za darmo. Moimi dwoma podstawowymi źródłami pozysku była Powtórka z Rozrywki i Teatrzyk Zielone Oko. W Powtórce leciały słuchowiska zabawne, rozrywkowe nawet, w Teatrzyku kryminały, thrillery i chyba nawet jakieś horrory. Pory emisji przyjazne, bo Powtórka o 13:10 a Teatrzyk po Liście Przebojów Programu Trzeciego. Wtedy byłem młody, na imprezy nie chodziłem, więc sobota o 22:00 to była pora, gdy siedziałem w domu przed radioodbiornikiem i chłonąłem kolejne odcinki. Była to doskonała rozrywka dla młodego czytelnika i świetne ćwiczenie wyobraźni.

Dlatego z dużą radością powitałem kolejne słuchowisko na mojej komórce. Zwłaszcza, że Ojciec Chrzestny, o którym pisałem w poprzednim odcinku, podostrzył mój apetyt. Wyskoczyłem zatem z kolejnego punktu na Audiotece i ściągnąłem sobie Lśnienie.

Nie ukrywam, że podobnie jak w przypadku Cujo miałem poważne obawy czy książka się nie zestarzała do stanu, który uniemożliwi mi jej odsłuchanie. Bezpodstawne. To jest w dalszym ciągu przerażająca historia alkoholika, któremu odpierdala od wymuszonej samotności. I tutaj może skorzystam z okazji, i stanę trochę w obronie Kinga.

King vs Kubrick

Jak wiedzą wszyscy fani, King nienawidzi adaptacji Kubricka. Nienawidzi jej do tego stopnia, że wyprodukował własny mini-serial, w którym opowiedział tę historię tak, jak uważał, że powinna zostać opowiedziana. Popełnił oczywiście jeden błąd, obsadzając w roli głównej Stevena Webera.

Wóda… nuda ryje banie (fot. ©Warner Bros.)

Gość częściowo rolę dźwignął, ale w mojej pamięci był cały czas typem z serialu Wings, i nie byłem w stanie traktować go do końca poważnie w roli staczającego się w otchłań obłędu Jacka. Przynajmniej na początku, bo potem zaczął się rozkręcać, ale bardziej jako spoko ojciec, a trochę mniej jako szaleniec. Poza tym nie mam do serialu uwag. Było strasznie, było klimatycznie, Wendy mnie nie wkurwiała swoją nadekspresją, Danny był spoko, Weber nie próbował być drugim Nicholsonem, bo zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma sensu mierzyć się z kanoniczną rolą.

Faństwo i krytyka serial zjechali, no bo oczywiście pffft, też mi coś, poprawiać Kubricka. Nie poprawiać, tylko opowiedzieć zupełnie inną historię, to raz. Tak jak ją sobie zaplanował pierwotnie King, to dwa. Poza tym, co to kurwa jest za brąz? Oczywiście, że można poprawiać Kubricka. Każdego można. Ja na przykład wyciąłbym z wersji Kubricka 20 minut przynudzania, to tak na początek.

Lubię obie wersje, bo powtórzę – to dwie zupełnie inne historie. I każdą z nich oglądam ze zupełnie innymi oczekiwaniami i nastawieniem. Bo Kubrick zrobił świetny film a King z Garrisem zrobili niezła adaptację. To tyle wtrętu.

Redrum, redrum

Ściągnąłem gigabajty z Audioteki i zacząłem słuchać. Ło panie, co to za popieprzona jazda na kuli, to ja nawet nie wiem. Przede wszystkim role są świetnie obsadzone. Pan Krzysztof Gosztyła jako narrator robi oczywiście genialną robotę, ale muszę wam się do czegoś przyznać, i nigdy nie sądziłem, że to powiem. Otóż Woronowicz jako Jack Torrance robi robotę jeszcze genialniejszą. Kurde, co za gość. Kilka dni temu byłem na nocnym spacerze z Filipem. Uznałem za dobry pomysł wrzucenie sobie Lśnienia na słuchawki. Idziemy, pies tańczy, ja odruchowo też zaczynam, dokoła ciemna noc, zgasły wszystkie światła. Narracja sobie leci w tle gdy wtem…

Prrrrtttt, i zesrał się po same uszy. Pamiętacie scenę z Rivendell, gdy Bilbo prosi Froda, żeby ten mu pokazał po raz ostatni Pierścień? Przejście od Jacka dobrotliwego do Jacka-demona było równie zaskakujące i nieoczekiwane. Chodź gówniarzu, dostaniesz swoje lekarstwo zostało wypowiedziane tak, że prawie się zmoczyłem. Doznanie graniczne, bo jakkolwiek godzę się z tym, że twórcom udaje się straszyć mnie obrazem i dźwiękiem, tak za każdym razem dziwi mnie, gdy dają radę zrobić to tylko głosem. Woronowiczowi się udało, skok tętna o 200%, postarzałem się o kilka lat, pies nie zrozumiał, dlaczego ściągnąłem smycz, zawróciłem i prawie zawlokłem go do domu. Pierdolę nocne słuchanie Lśnienia. Serdecznie pierdolę.

Pozostała obsada

Agata Kulesza jako Wendy doskonała. Z Dannym miałem na początku problem, bo myślałem, że jego kwestie wygłasza dziewczynka i mi to okrutnie tarło. Po godzinie przyzwyczaiłem się do jego głosu, po kolejnej nie wyobrażałem sobie innego i nie rozumiałem o co się czepiałem. Dodatkową robotę robi Marian Opania jako administrator Panoramy. Pojawia się tylko na początku audiobooka, ale jest to wejście smoka. Wkurwiał mnie tak, że jakbym go był w stanie wywlec przez słuchawki za oszewkę, to bym go wywlókł i kopnął w dupę. Smętny kutasina. Doskonała kreacja i wypada mi się tylko cieszyć, że twórcy postanowili po pana Mariana sięgnąć.

Wendy. Wendy, Wendy, Wendy. Najbardziej irytująca bohaterka ever (fot. ©Warner Bros.)

Ponieważ jest to słuchowisko, wypada wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Występuje i buduje klimat, drzwi trzaskają, wiatr zawodzi, osy bzyczą, kocioł sapie i jest to świetne. Ale absolutnie kopie dupę przewodni motyw muzyczny. Czuć go w dole kręgosłupa. Czuć go w gadziej części naszego mózgu. Czuć go w kościach i na ścięgnach. Właściwie to czuć go tak, jakby ktoś piłował nas po gardle tępym nożem. Kompozytor może być z siebie dumny, bo słyszę w nim echa syren, obwieszczajcym mieszkańcom Silent Hill przybycie ciemności. Słyszę w nim skrzypienie podłogi w drugim pokoju, gdy wiem, że jestem w mieszkaniu sam. Dużo rzeczy w nim słyszę, żadna z nich nie jest przyjemna, za to każda smakuje jak pieprzone lekarstwo Jacka Torrance’a.

Oh Danny boy, the pipes, the pipes are calling (fot. ©Warner Bros.)

Lśnienie to kolejna produkcja Audioteki, którą polecam z serca, z duszy! Dobry materiał wyjściowy, kapitalny dobór aktorski, znakomite udźwiękowienie. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to kilka detali realizacyjnych. Są momenty, gdy odgłosy tła i podkład muzyczny zagłuszają kwestie wypowiadane przez bohaterów. Jasne, w niektórych przypadkach jest to zabieg uzasadniony i zakładam celowy. W pozostałych komuś palec poleciał za bardzo na konsolecie i ścieżki się źle skleiły. I niestety, im dalej w książkę, tym tego więcej, kilkukrotnie musiałem cofać się o kilkanaście sekund, żeby usłyszeć co mówią bohaterowie. Poza tym nie mam uwag. No dobra, cena chłoszcze. Ale warto. Chociaż chłoszcze.

Fot. Audioteka

fabuła – od suchego alkoholika do świra, świetna rzecz o rodzeniu się obłędu, 90
realizacja – 90, bo w kilku miejscach głosy tła tłumiły głosy autorów
lektorzy – 100, Woronowicz przebijający Gosztyłę nie zdarza się na co dzień
cena – 50, dokładnie 49,90. W porównaniu z większością oferty droga pozycja, ale warto.
uczucia towarzyszące – chodź gówniarzu, dostaniesz swoje lekarstwo

Lśnienie, Stephen King
Czas 21:08
Czyta: zespół autorów, słuchowisko