Wielka Ucieczka, czyli dziwny gigant Filipa

Wracamy z imprezy okolicznościowej, jakoś tak o 1:00. Wchodzimy na podwórko i nagle spomiędzy drzew wybiega na nas Filip.

WTF?

To ten sam Filip, którego zostawiliśmy zamkniętego w mieszkaniu, czy jakiś inny. Na przykład jego brat. Z takim samym uśmiechem. Z taką samą bandanką. I takim samym entuzjastycznym sposobem witania nas, gdy wchodzimy do domu.

Ale jak to możliwe? Przecież został zamknięty w domu.

To chyba wtedy zaczęliśmy się obwiniać. O światowe przeludnienie. Głód. Konflikty zbrojne. Zanieczyszczenie powietrza. Rozkład związku. I które z nas tak ambitnie zamykało drzwi, że nie zauważyło psa poza mieszkaniem.

A może to włamywacze?!

Nawet się ucieszyłem, bo zawsze chciałem spytać włamywacza czego szuka, i jakby powiedział, że pieniędzy, to bym się do niego przyłączył. Niestety (albo i stety) drzwi były normalnie zamknięte na zamek. Czy ten cholerny pies przetunelował przez ścianę?

Fot. M.Cywińska

Po wejściu do domu obiegłem wszystkie pomieszczenia, krzycząc diabli wiedząc po co ‚clear’.  Włamywacza nie było, hajs, dzieła sztuki, biżuteria i kamienie szlachetne leżały na swoich miejscach, aczkolwiek salon powitał nas takim oto widokiem.

Oba kwiatki na ziemi, z Lindy ktoś obgryzł/wyrwał jeden pęd, Roman jak zwykle nie do zajebania. Kolumna głośnikowa zrzucona. Lampa zrzucona. Piloty zrzucone. Ziemia z kwiatów wszędzie, głównie na fotelu kupionym trzy dni wcześniej. Pośrodku tego zawstydzony pies i koty, udające że nic się nie stało.

Powoli posklejaliśmy fakty. Coś się zadziało za oknem, Filip wskoczył na parapet (zdarzało mu się to na początku mieszkania z nami) i zaczął ujadać. Coś się przesunęło, coś spadło, stawiam że pierwsza poleciała lampa. Za oknem musiało być naprawdę ostro, bo Filip miotał się motzno, zrzucając kolejne gadżety. Jak zagrożenie zaokienne minęło, pies ogarnął wzrokiem pieprznik, jaki uczynił i zrozumiał, że jak wrócimy do domu zostanie natychmiast ‚niedobrym psem’. Schował się w sypialni i siedział wydygany, gdy na scenę wkroczył nieporadny Seba. Z właściwym mu brakiem refleksu, zorientował się, że na parapecie był balet i że rzeczy zmieniły miejsce i stan skupienia.

Trącił łapą doniczkę.

Roztrzaskała się z hukiem o podłogę.

Dla siedzącego już na szpilkach Filipa było to za dużo. Wystraszył się, wskoczył na parapet w sypialni, przecisnął się przez kraty i wytarabanił się na podwórko. To jedyne logiczne wyjaśnienie. Rozpiętość krat to ok. 20 cm., okno zostawiamy otwarte, bo koty wychodzą. Filip w kłębie jest szeroki na trzydzieści kilka centymetrów. Jak się przecisnął, wie tylko on. No bo przecież musiał się jakoś przecisnąć.

W przeciwnym przypadku musiałbym założyć, że Filip jest potężnym psem-czarnoksiężnikiem, który potrafi się teleportować.

Jak to do cholery zrobiłeś chłopaku?!

Pierwszy rok z psem – żyjemy!

Rok i tydzień temu byliśmy na pierwszym spacerze. Rok temu przyjechał do nas.

Z tego co pamiętam, nasze narady pospacerowe nie były jakieś długie. Owszem, wyraziliśmy między sobą zdziwienie, że na zdjęciach był mniejszy i jakiś taki bardziej kanapowy, ale po pierwszym spacerze byliśmy na Filipa zdecydowani.

Trochę miałem tremę, jak z Młodym jechaliśmy po psa, bo to wiadomo – obce ciało na pokładzie, nie wiadomo, jak zareaguje na jazdę, czy będzie szalał, czy go będę musiał morderczym wenusjańskim chwytem przydusić do siedzenia i złamać mu kręgosłup. Wiecie, typowe rozterki człowieka, który w życiu nie miał psa i wydaje mu się, że ich, tych psów niby, ulubioną zabawą jest zagryzanie właścicieli we śnie.

Droga spod radomskiej wsi była pełna przygód i psich straszków, no bo przecież zabierają mnie, ale pół litra śliny na szybach i kilogram sierści na siedzeniu i na mnie później, dojechaliśmy do domu.

Fot. M.Cywińska
Pierwsze kroki na nowym kwadracie. GRUBY, DZIE MNIE PRZYWIOZŁEŚ, TU TERAZ BĘDĘ? (fot. M.Cywińska)

Pierwsze tygodnie Filip spędził w Guantanamo, bo dostaliśmy zalecenie, żeby trzymać go w klatce, ale tylko na początku wyglądał na zasmutkowanego. Potem, jak mu tę klatkę ogaciłem kocem, dzięki czemu zyskał „ścianki” i miał kryty tył i bok, zaczął ją traktować jak dom a nie więzienie.

Jeszcze jedno słowo na temat tego, jak nam się Filip zaprezentował po wejściu do domu. Oczywiście ucieszył się, jak już skumał, że tutaj teraz będzie mieszkał. Roztaczał dokoła siebie dyskretny zapach kiełbasy wędzonej gorącym dymem, bo jako lepszy cwaniak w domu tymczasowym wyżebrał sobie miejsce obok pieca. Więc nie dość, że pachniał jak kiełba, to jeszcze był cały w tłustej sadzy.

Pierwszy rok z psem Filipem
To nie była moja łapa, proszę sądu ostatecznego (fot. M. Cywińska)

I jak go umyliśmy pierwszy raz (po epickim boju), to wystraszyłem się, że pastowanego kabana nam dali. Otóż cały barwnik zszedł z Filipa, i zamiast typowego psa marki Cygan, uzyskaliśmy jakiegoś podpalanego Burka. Filip odbarwił się tak, że byłem przekonany, że kupiłem jakiś zjebany szampon, który najpierw zmył z niego kolor, a za chwilę pozbawi psa skóry. Przy zachowaniu proporcji wiem, co czują rodzice, jak mają pierwsze dziecko. Chaos, panika i nikt nic, kurwa, nie czai.

Na szczęście Filip jest psem bezproblemowym i miał w dupie to, że zmył się z niego kolor. Pół godziny po wyschnięciu, ponownie bryzgał entuzjazmem i miłością.

Pierwszy rok z psem Filipem
Tak wyglądały nasze koty gdy zorientowały się, że pies zostaje w domu. Był przypau (fot. M.Cywińska)

Oczywiście nie tylko koloru go pozbawiłem. Filip okrutnie pylił, sierść wychodziła z niego garściami, mieszkanie przypominało legowisko Szeloby, wszędzie w powietrzu unosiły się kłaki. Swoje dołożyły też koty. Słyszałem coś o Terminatorze, czy tam Furmicośtam, ale nie będę płacił stówki za zgrzebło. Po dających mi wiele radości, ale i rozczarowań próbach wyczesania go zwykłymi szczotkami, wyplułem w promce siedem dyszek i kupiłem najlepszy wynalazek świata. Po pierwszym użyciu mogłem z pozyskanej wełny, czy co tam z Filipa zdrapałem, ulepić sobie nowego, trochę tylko mniejszego psa. I głupi byłem, że nie ulepiłem, Filip miałby się z kim bawić, bo do dzisiaj koty go olewają i nie chcą wspólnie z nim pląsać po kwadracie.

Po lekko traumatycznych początkach (koty się na tydzień wyprowadziły z domu), zaczęło się wszystko układać. Nas Filip pokochał od razu, całą ludzkość trzy sekundy później. Przez trzy miesiące chodził i płakał, że Seba z Milusiem nie chcą się z nim bawić, potem zrozumiał, że owszem, jesteś w naszym stadzie, ale między nami kosa a nie przyjaźń i uważaj we śnie. Koty do dzisiaj nie lubią zalotów Filipa, Filip z tego powodu cierpi niewymowne katusze.

Pierwszy rok z psem Filipem
CO ŻEŚ GRUBY ZROBIŁ, CO TO LEŻY NA TOBIE NA MOJEJ KANAPIE, GRUBY MÓW OD RAZU (fot. M.Cywińska)

Poza tym jest psem do rany przyłóż, kocha wszystko i wszystkich (najbardziej jedzenie z trawnika, im obrzydliwsze, tym lepsze) i nie rozumiem, jak mogłem przeżyć 44 lata bez niego. To bez sensu.

Mokotów – tu trwa piekło psów

Mokotów, kurwa.

Już życie tutaj jako człowiek jest nieznośne. Zanim zaczniecie się oburzać, pozwólcie że wytłumaczę. Gdzieś przeczytałem, że Mokotów to hipsterska dzielnica. I taka fajna. Wszędzie knajpki, restauracyjki, kafejki, przytulne miejsca, żeby przysiąść w biegu, a jedzenie, no po prostu palce lizać. No, jasne. Kawiarnie jak z jednej formy, odlane na chińskiej wtryskarce pod Mińskiem Mazowieckim. Poważnie, wolę pójść do Green Cafe Nero przy dawnej Moskwie, niż do jednego z tych miejsc, gdzie czuję się jak idiota, bo nie wiem, co barista do mnie mówi. Luwak? Kawa, którą wysrał lis? Czy ciebie, mój dobry człowieku, z przeproszeniem, pojebało do reszty? Mam pić zaparzone gówno lisa? I na dodatek przyczyniać się do cierpienia tych miłych zwierząt? Bo było rzeczą oczywistą, że jak banan jest skłonny zapłacić 50 ziko za filiżankę kawy luwak, to jakiś przedsiębiorczy, rzutki biznesmen szybko wpadnie na pomysł, żeby najebać tych lisów do klatek, karmić je WYŁĄCZNIE kawą i kazać srać na komendę. Na takiej diecie czują się tak, jak my czulibyśmy się, wypijając codziennie 100 filiżanek kawy.

Niech wam ten luwak w gardle stanie.

Drip? To taki sos do czipsów. Aeropress? Prasa ręczna, na której Gutenberg drukował Biblię. Chemex? To pergamin, na którym pisze się słowo Emet, i wkłada do ust golema, żeby go ożywić.

Nie, jednak to nie to? A co? Nowe metody parzenia kawy, żeby uwypuklić jej naturalną słodycz i lekko zminimalizować gorycz? To sobie nasyp cukru i przestań udawać, że smakuje ci kawa. A jak poczytałem, ile jest przy tym pierdolenia, to przestałem się dziwić, że kubek takiej laboratoryjnie przygotowanej kawy kosztuje 18 złotych.

Ja tu z trudem znajduję zwykłą kawę z ekspresu, a jak już znajdę, to ten pieprzony luwak i chemex powodują, że taka kawa kosztuje piętnastaka, i cześć, i chuj. O cenach jedzenia w lokalach nawet nie zacznę mówić, żeby się nie denerwować.

I na dodatek jest tu śmiertelnie nudno.

A co ma powiedzieć pies. Ten to dopiero ma przejebane. Nikt na Mokotowie nie boi się psów, bo współczynnik zapsienia tej dzielni jest zatrważająco wysoki. Psy mają wszyscy. Kolega z Kętrzyna powiedział mi kiedyś dowcip prawdziwy: jak w Kętrzynie rzucisz kamień, to trafisz albo w kurwę, albo w złodzieja. To na Mokotowie na pewno trafisz w psiarza.

Fot. M.Cywińska

I teraz patrzcie, idziemy z Filipem po ulicy, dzieci zamiast uciekać z krzykiem, pchają się z rączkami, bo Filip się prawie cały czas uśmiecha. Jacyś ludzie mnie zagadują i opowiadają o swoich kundełe. Znam wszystkich trzech dresiarzy z okolicy, wiem jakie mają psy (bokserka, labradorka, trzeci nie ma), do Filipa wołają „cześć wariat”. Starsi ludzie opowiadają mi o chorobach swoich psów i swoich własnych. Dużo jest też rozmów o śmierci, odchodzeniu i przemijaniu. Starsze osoby, którym zmarł pies nie biorą zazwyczaj nowego, bo wiedzą, że im zostało mniej lat życia, niż taki pies ma przed sobą. Więc pozostały im tylko wspomnienia.

Są też sympatyczne dziewczyny, ale o tym nie będziemy rozmawiać.

Przez trzy miesiące posiadania psa na Mokotowie, poznałem więcej osób niż przez kilka lat mieszkania w Piasecznie. Na Pradze Północ zresztą też nie byłem specjalnie towarzyski i kojarzyłem tylko znajomych. A tutaj nie dość, że mnie zaczepiają i pytają o psa, to jeszcze po jakimś czasie mnie rozpoznają i zagadują co u Filipa słychać. A w tym czasie psy się wąchają po jajcach i nieszczęście gotowe, bo w trzy sekundy potrafią splątać smycze w dobierany kłos, takie są sprytne.

Fot. M.Cywińska

Filip lubi poznawać psich ziomków i ziomalki, ale ma okres skupienia złotej rybki i szybko się nudzi. A jak się nudzi, to zaczyna olewać drugiego psa. Jak go zaczyna olewać, to przestaje go zauważać. Jak przestaje go zauważać, to bardzo się dziwi i wkurwia, że coś mu skacze przy oku. I nieszczęście gotowe, bo wkurwiony Filip nie jest agresywny, ale za to robi się skoczny. Takiego splotu, jaki udaje mu się osiągnąć po 4 sekundach skakania dokoła irytującego go psa, nie jest w stanie odtworzyć najwytrawniejszy nawet mistrz sznurkarstwa. Sznurkowstwa? No bosman nie jest w stanie.

Nic więc dziwnego, że pewnego dnia Filip wybrał wolność.

Wyrwał mi się ze smyczy i poszedł w miasto. Była 1:30 w noc, zakładam więc, że nie wkurwił go kolejny skaczący mały piesek, tylko zobaczył kotka (och, jak on lubi biegać za kotami). Ewentualnie jeża, bo jeszcze nie pozwoliłem mu się nauczyć, że jeża przelecieć się nie da. Nie mam czasu ani hajsu na wyciąganie mu z nosa igieł.

Fot. M.Cywińska

Tak czy inaczej, pies udał się na „giganta”. Najpierw stałem w tym miejscu, z którego mi spierdolił i wzywałem go czule. Po 10 minutach stwierdziłem, że to chyba nie ten przypadek, pognałem do domu, od progu warknąłem „ten debil mi spierdolił”, wsiadłem na rower i zacząłem jeździć po Mokotowie. Oczywiście M. i Z. poderwali się również i rozpoczęliśmy poszukiwania promieniste. Znaczy oni promieniste, a ja niczym elektron krążący wokół jądra, którym wyjątkowo nie był Zbyszek Boniek tylko nasz dom.

Tego dnia zdarzyły się rzeczy śmieszne. M. spotkała panów opróżniających kosze na śmieci. Jechali sobie na żółtych bombach i dobrze się bawili. Na pytanie „czy nie widzieli panowie tutaj takiego dużego psa w uprzęży”, typy popadły w srogą rozkminę, zupełnie jakby przez ostatnią godzinę mijały ich watahy psów i trzeba pokojarzyć, czy był tam jakiś w uprzęży. Po 60 sekundach wytężonego wysiłku, padła odpowiedź: „nie było żadnego psa”.

Chwilę potem M. wpadła na patrol interwencyjny, którego członek właśnie przechodził przez ogrodzenie pobliskiej szkoły, bo miał jakąś interwencję. M. nie uzyskała odpowiedzi na pytanie o psa, bo panowie byli tu nowi i wbili przed chwilą. Wypracowaliśmy później taką teorię, że nie ma opcji, żeby firmy ochroniarskie miały klucze do wszystkich ochranianych obiektów, dlatego patrolowiec przetarabaniał się przez siatkę.

W pewnym momencie M. zakrążyła pod metro. Powitało ją lekko zbulwersowane miauknięcie. To wpieniony na tego idiotę Filipa, protestował Miluś. On się czasami wypuszcza zastanawiająco daleko, zdarzało mu się wielokrotnie witać nas przy metrze i odprowadzać bezpiecznie do domu. Ten kot jest co prawda chujem i mordercą, ale czasami bywa tak wzruszający, że mam łzy w oczach. Od zadrapania oczywiście.

Tym razem Miluś nie odprowadzał M. do domu, tylko pomagał jej szukać psa. Poważnie, chodził i wkurzonym tonem wymiaukiwał jakieś wezwanie. On może nie przepada za Filipem (czyt. chce go usunąć z domu), ale stado jest stado, i jak się jakiś jego członek zgubi, trzeba pomóc szukać. Tego się po tym kocie nie spodziewałem. Przeszedł nawet na drugą stronę Kazimierzowskiej, czego normalnie nie robi, bo nie jest samobójcą.

Fot. M.Cywińska

W pewnym momencie M. i Z. wymiękli i wrócili na kwadrat, i ja im się nie dziwię. Ciemno, zimno, do domu daleko, na dodatek wargi opuchłe a gardło zdarte od krzyków i gwizdania. Ja nie ustawałem i w sumie jeździłem sobie po Mokotowie jakieś 2 godziny. Zajrzałem pod każdy krzak, obejrzałem każdy paśnik, karmnik i sralnik, jakie odwiedzaliśmy przez ten czas, jak Filip u nas mieszka. Podniosłem każdy kamień i każde ziarnko w miseczce z ryżem, ale tam znalazłem tylko paru czarnuchów od Wallace’a, tośmy się tylko przeprosili i pożegnali. Wykręciłem jakiś miljord kilometrów w mrozie i zawiei.

I kogo znalazłem?

Nie, Filipa nie znalazłem. To nie jest moje przeznaczenie. Ja jestem skazany na ratowanie ludzi. A konkretnie śpiących, nawalonych ziomków. Ten leżał u zbiegu Kazimierzowskiej i Drużynowej, i powiem wam, że chujowa to drużyna, która zostawia faulowanego zawodnika na pastwę aury.

Typ był rozkoszny, dresik na górze rozpięty, pod spodem goła klata. Policzek miał lekko zaśliniony. I leżał z jedną ręką pod głową, w pozie gościa, który właśnie wyciągnął się na leżaku na Bahamach. Albo Karaibach. Po anielsko rozpromienionej minie rozpoznałem, że jemu się wydaje, że śpi w domu na tapczanie, a te Karaiby mu się śnią. Z bólem serca zsiadłem z roweru i obudziłem typa. „Ty, ziom, pewnie ci się wydaje, że śpisz u siebie na kwadracie, ale niestety, zdrzemnąłeś się na ulicy, zaraz przyjedzie psiarnia i będzie żłobek”. Potoczył nieprzytomnym wzrokiem dokoła, wstał, wystękał „kurwa, ale przypał” i poszedł w kierunku domu. Spytałem go jeszcze, czy wszystko w porządku i czy się dobrze czuje, ale dostał takiego dziarskiego kroku, że nie miałem szans go dogonić nawet na rowerze.

Pojeździłem jeszcze trochę, żłopiąc kolejne energetyki, bo oczy mi się same zamykały. Około 3:00 stwierdziłem, że czas na chwilę przerwy, wypicie czegoś gorącego, przywdzianie koszulki termicznej i powrót na trasę. Zajeżdżam ja ci pod klatkę a tam ten pchlarz kudłaty siedzi z czymś w pysku. Patrzę, kijek ma. „O ty chuju, ja tu mało z nerwów nie umarłem, a ty mi kijek przynosisz? Dam ja ci kijek, czekaj tylko.”

To nie był kijek.

Była to albowiem przywleczona z chuj wie skąd ryba suszona. Ususzona na twardo do tego stopnia, że nie mógł jej nawet ugryźć. Wyrwałem mu ją i natychmiast skaziłem sobie rękawiczki. Wyrzuciłem ją daleko i jak je zdejmowałem, ten kutafon znowu mi się wyrwał i pobiegł po tę smrodliwą rybę. Dogoniłem go, bluźniąc plugawie, znowu wyrwałem mu tę rybę z pyska, wrzuciłem pod zaparkowany nieopodal samochód i zagoniłem Filipa do domu. Tam dostał pierwszą reprymendę. Potem jeszcze kilka razy go tyrałem.

Mam nadzieję, że typ, któremu wrzuciłem tego syfiastego sztokfisza pod samochód, odjechał rano w miarę wcześnie. Bo jak nie, to pewnie do tej pory się zastanawia, co mu w samochodzie tak jebie.

Fot. M.Cywińska

Filip zaś? No cóż. Najpierw srał rzadko na biało, jak ptak. Potem srał na biało, cementem. Potem coś jakby twardym piachem. Potem już normalnie. A cały czas karmiłem go jak zwykle. Wczoraj natomiast dostał biegunki i zaczął wyglądać jak siedem psich nieszczęść. Poważnie, smutny Cujo w ostatniej fazie przemiany w złego pieska. Szybka wizyta u weterynarza i już wszystko w porządku. Aczkolwiek trwa właśnie druga doba przymusowej, leczniczej głodówki. Jutro ostatnie zastrzyki, zapowiedziałem psu, że te dostanie w oko i nos. Jakoś zmarkotniał.

Chyba mu jednak kupię ten cholerny kaganiec.