Krucyfiks – film o niczym dla nikogo

Coś mnie podkusiło i poszedłem do kina. Normalnie chodzę, ale tym razem coś mnie podkusiło i poszedłem na horror. Gdyby tylko pozostawił mnie obojętnym, to wzruszyłbym ramionami i stwierdził ‘meh, kolejny słaby film’. Jednak zamiast obojętności, w trakcie seansu czułem nieprzemijający wkurw na cynizm twórców. Już opowiadam.

The Crucifixion, u nas chodzący pod tytułem Krucyfiks, reklamowany jest przez dystrybutora jako film twórców serii Annabelle i Obecność. Które to filmy pokazują sprawy nawiedzeń, którymi zajmowało się małżeństwo Warrenów.

Edward Warren był weteranem II WŚ i oficerem policji, który pewnego dnia odnalazł nową ścieżkę życiową i został demonologiem-samoukiem. Współpracowała z nim jego żona, Lorraine, która tytułowała się jasnowidzem i medium. Do spółki stworzyli superwydajną maszynę, specjalizującą się w badaniu nawiedzeń, obecności, złych duchów i laleczek Chucky. W 1952 roku założyli New England Society for Psychic Research i twierdzą, że w trakcie swej kariery zinwestygowali ponad 10 000 spraw. Bardzo pracowite pszczółki.

Do najgłośniejszych śledztw należą sprawy: Amityville, rodzina Perronów i lalka Annabelle. Przez najgłośniejsze rozumiem te, z których zrobiono głośne filmy. Seria o Amityville liczy bodaj 17 części, Obecności są dwie, Annabelle też dwie.

Poznajcie Annabelle, lalkę którą z entuzjazmem postawicie w pokoju swojego dziecka, ku jego wielkiej radości (fot. materiały dystrybutora)

Sami Warrenowie napisali sześć książek i oczywiście użyczyli swoich historii (byli konsultantami) do filmów. Oraz, uwaga, wyszkolili też kilku demonologów, w tym Dave’a Considine, który jest jednym z nielicznych świeckich demonologów uznanych przez kościół katolicki.

Nie będę się nad nimi znęcał, bo nie mam zamiaru podkładać się ich wyznawcom, których w Polsce sporo, zwłaszcza po roku 2013, gdy premierę miała pierwsza Obecność. Ludzie usłyszeli o fantastycznym małżeństwie i powiedzieli ‘łał, jacy oni są zajebiści’. Więc nie, nie skrytykuję ich żerowania na wierze zdesperowanych ludzi w nadprzyrodzone zjawiska, ani cynicznego wykorzystywania tychże ludzi. Bo przecież wszyscy wiedzą, że prawda lerzy po środku i jeden wierzy, a drugi nie wierzy, nikt nikogo do niczego nie zmusza. Co oczywiście nie zmienia faktu, że takich hochsztaplerów szczułbym psami i pędził pod batogami po śniegu.

Brzydzi mnie natomiast cynizm twórców, którzy uczepili się pomysłu robienia filmów opartych na prawdziwych zdarzeniach i tłuką bez opamiętania jeden po drugim. Dałem się nabrać tylko raz, na Obecność. Pocieszam się, że obejrzałem to na DVD i nie zaniosło mnie do kina. Drugą część spiraciłem i poczułem takie osłabienie, że na Annabelle i Annabelle: Narodziny zła nie chciało mi się nawet podnieść nogi, żeby się na te filmy odeszczać. Tak, wiem. To nieprofesjonalne krytykować filmy, których się nie obejrzało, ale nie muszę oglądać filmu robionego według jednego wzoru, żeby wiedzieć, że to będzie gówno rodem z nowej szkoły horroru.

Czyli klimat budujemy topornymi takimi więcej dopowiedzeniami, lalka czasami będzie tu, a innym razem tam, dziecko będzie się z nią komunikować, ale oczywiście dorośli nie będą wierzyć, że lalka mówi dopóki nie będzie za późno, gdyż TEH HORROR! Narastające zagrożenie, kulminacja, niesatysfakcjonujące rozładowanie napięcia, końcówka otwierająca drogę do kolejnych części. Wszystko okraszone sztampową muzyką, mnóstwem shockerów, screamerów i scarejumpów, bo współcześni twórcy nie znają innych metod straszenia widza, oraz obowiązkowo szybki montaż. A, no i sugestię złego ducha robi się, pokazując go za firanką, w odbiciu w lusterku wstecznym, albo stojącego w ciemnym rogu pokoju. Widz musi wiedzieć, czego ma się przestraszyć, musi to widzieć, bo w przeciwnym wypadku czego miałby się bać? Sugestii? No przecież bez sensu.

Tutaj niby, że głowa okręcona o 180 stopni, ale nie. To tylko włosy na twarzy, po gwałtownym siadzie na łóżku. DEMON!!! (fot. zrzut ekranu z trailera)

Przyczyna takiego cynizmu twórców i chodzenia na łatwiznę jest oczywista – widz lubi te melodie, które już kiedyś słyszał. Nie ma sensu dawanie mu czegoś nowego, bo a nuż by tego nie zrozumiał. I hajs się nie zgodzi, a na to wytwórnia nie może się zgodzić. I ja nawet twórców rozumiem – najlepszą grupą konsumencką w kinie jest młodzież, która nie jest zainteresowana budowaniem psychologicznej głębi postaci i długimi dialogami. Ma być szybko, głośno i strasznie w standardowy sposób, a nie jakieś psychologiczne durnoty z sugestią trochę gęstszego cienia za drzwiami i odrobinę tylko przyspieszoną muzyką.

Nie zdziwiło mnie więc to, co dostałem w Krucyfiksie, filmie szytym pod widza standardowego, i rzecz, jasna opartym na prawdziwych wydarzeniach, które wyglądały następująco.

Maricica Irina Cornici pochodziła z rozbitej rodziny, po samobójstwie ojca, wraz z bratem wychowywała się w sierocińcu. W wieku lat 19 wyjechała do Niemiec i pracowała tam jako opiekunka. Gdy jej przyjaciółka została zakonnicą w klasztorze w Tanacu i ściągnęła Irinę do siebie, ta postanowiła również wstąpić do zakonu. Wkrótce po tym, jej stan zaczął się gwałtownie pogarszać. Wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zdiagnozowano u niej schizofrenię. Po dwóch tygodniach terapii, wypisano ją i odesłano do klasztoru. Tam, na swoje własne nieszczęście, trafiła na ojca Corogeanu. Uznał on, że Irina jest opętana przez szatana, którego nie da się wypędzić pigułkami (to jego autentyczne słowa).

Krucyfiks - nowy film twórców Obecności i Annabelle
Poznajcie ciągle jeszcze księdza Corogeanu (fot. zrzut ekranu z autentycznego filmu z egzorcyzmu)

Potrzebny był egzorcyzm.

Zakonnice związały Irinie ręce i nogi, i zamknęły ją w celi klasztornej. Kilka dni później, przypięły ją łańcuchami do krzyża i zaniosły do kościoła. Namaszczono ją świętymi olejami i trzymano w kościele trzy dni. Aha, ponieważ Irina złorzeczyła i przeklinała (kto by tego nie robił, gdyby pojebana banda przywiązała go do krzyża?), czym przeszkadzała w modłach i egzorcyzmach, wepchnięto jej ręcznik do ust. I kontynuowano egzorcyzmy, skrapiając Irinę wodą święconą. Na plus liczy się egzorcyzmującym, że zwilżali nią jej również wargi, to im się nie odwodniła przedwcześnie.

Po trzech dniach ksiądz Corogeanu uznał, że szatan został wypędzony i Irina jest ‘wyleczona’. Zdjęto ją z krzyża i przeniesiono z powrotem do celi. Tam zaczęła umierać, co jest strasznie smutne i strasznie ironiczne w kontekście ‘wyleczenia’. Wezwano karetkę, ale było już za późno. Do szpitala Irina dojechała martwa. Przeprowadzona autopsja wykazała, że zmarła z powodu odwodnienia, wycieńczenia i niedoboru tlenu.

Ta scena znalazła się w filmie. Żarciki z poziomu higieny aż się cisną, ale się powstrzymam, bo patrząc na tę fotkę nie mogę wydobyć z siebie ani słowa. Tak, to są pająki. (fot. zrzut ekranu z trailera)

Kościół zamknął klasztor a księdza zawiesił, co jest karą straszną, tyle że nie. Organy państwowe nie były tak wyrozumiałe i zamknęły ojczulka z pomagającymi mu zakonnicami, oskarżając o morderstwo i ograniczenie wolności osobistej Iriny. Prokuratora domagała się dożywocia, ale sąd był łaskawszy i w 2007 roku wymierzył obywatelowi Corogeanu karę 14 lat w więzieniu, zaś siostrom od 5 do 8 lat. Sąd apelacyjny zmniejszył karę do lat 7 (nie wiem o ile ścięli zakonnicom). Corogeanu nie odsiedział nawet tego, w 2011 wypuszczono go warunkowo. Spoko, możesz zabić człowieka ze szczególnym okrucieństwem, jeżeli wiążą się z tym obrzędy religijne.
Film Krucyfiks dodatkowo wybiela Corogeanu, bo sugeruje, że Irina była faktycznie opętana, i że on jej chciał tylko pomóc. No więc ja pierdolę taką pomoc, jak kiedyś zostanę opętany, zacznę mówić bluźnierstwa, kląć i pluć gwoździami, nie dopuszczajcie do mnie księdza, tylko dajcie mi się wyspać.

Bulwersującym znajduję fakt, że w 2005 roku, w sercu Europy, odpierdalają się takie rzeczy. Możemy się podśmiewywać z procesji na Boże Ciało, że niemądrzy ludzie chodzą po mieście. Możemy śmieszkować z różańca w obronie granic. Znaczy nie powinniśmy, bo szydzenie z cudzej religii znajduję niesmacznym, nawet jeżeli sam jestem agnostykiem czy tam ateistą. Ale to są rzeczy niewinne. Jednak gdy po wyjątkowo okrutnym zakatowaniu niewinnej kobiety, kościół zawiesza swojego funkcjonariusza a państwo wsadza go na całe 4 lata, to już jest chujoza wyższego rzędu.

Tyle na temat prawdziwych wydarzeń.

Sam film jest skrojony według schematu, który znamy jak zły szeląg. Mam wrażenie, że takie schematy do samodzielnego pokolorowania sprzedają w sklepach dla scenarzystów. Najpierw mamy egzorcyzmy, które sugerują, że coś jest na rzeczy. Ba, ksiądz poznał imię demona. Antares, czy jakoś tak. Nie żeby mnie to interesowało, więc wybaczcie moją dezynwolturę. Następnie widzimy młodą amerykańską dziennikarkę, która prosi swojego wujka, wydawcę gazety, żeby ją puścił do Rumunii, bo te egzorcyzmy to świetny temat. Tam napotyka mnóstwo osób mówiących po angielsku, co jest świetną reklamą dla kraju. Śledztwo prowadzi ją do dramatycznej konstatacji, że demon przenosi się przez dotyk…

Taaaaajm, is on maj sajd, jes it is…

No właśnie, jeżeli chcecie obejrzeć fajny horror o demonie, zapuśćcie sobie Fallen z 1998 roku. Dobra obsada (Washington, Goodman, Sutherland, Gandolfini, krótko Koteas), dobra detektywistyczna historia z solidną dawką nadprzyrodzonego konkretu. I Azazel śpiewający ‘Time is on my side’, podczas przechodzenia z ciała do ciała, w jednej z najlepszych scen w historii horroru. A nie takie łajno jak Krucyfiks.

Co tam jeszcze było? A, no przecież. W trakcie śledztwa, nasza bohaterka zaczyna czuć dokoła siebie obecność czegoś mrocznego. I dzieją się rzeczy. A to w czasie kąpieli zgaśnie jej światło w hotelu (stary hotel w którym ciągle pali się w kominku, spore zaskoczenie). A to na drodze pośrodku pola kukurydzy umrze samochód (co się nie zdarza nigdy) i będziemy mieli bezsensowną scenę łapania jej za kostki przez demona (nie miałem siły się śmiać) i ucieczki przez to pole. Obowiązkowe spięcie w komputerze podczas poszukiwań informacji o demonie Ancymonie (czy jak on tam się nazywał), które spotęgowało niemały zamęt i grozę.

Zartefakcenia na zdjęciach krzyża, które wyglądają jak demon Amaros (ktoś pamięta, jak on się nazywał?). Trzaskające drzwi (przeciąg). Trzaskające okno (przeciąg). Dziwne sny (za dużo wina przed snem). No ogólnie nie wiemy, czy to wszystko jest naprawdę, czy bohaterka ulega sugestiom z powodu okolicy, otoczenia, nastroju, zmęczenia i wypijanego alkoholu. Nie miałem pomysłu co mi chcieli twórcy pokazać – faktyczne wydarzenia czy jakiegoś supernaturala. Na szczęście scenarzyści już pędzili do mnie z wyjaśnieniem.

… Pies leżący w sypialni zachrapał i mi się przypomniało. Ten demon nazywał się Agares. I tak jak czytam trochę o nim, to przypał. Upadły anioł, książe piekła pod zwierzchnictwem wschodu, cokolwiek to znaczy, przed upadkiem przynależał do drugiego kręgu, chóru mocy. Uważany za demona odwagi, rządzi wszystkimi duchami ziemskimi. Zły jest, bo potrafi wywoływać trzęsienia ziemi. Może niszczyć duchowe i doczesne godności, co nie wydaje mi się już takie złowieszcze. Naucza wszystkich języków, więc tutaj to już w ogóle spoko ziomek. Potrafi zmieniać bieg wydarzeń i sprowadzać uciekinierów, więc nie ma się do czego przyczepić. I na deser jednoczy rozbite armie, przywraca im siłę i wiarę w zwycięstwo. Na domiar złego (hehehe) jego wygląd sprawia miłe wrażenie, ukazuje się pod postacią starego męża na krokodylu z krogulcem w dłoni.

Złowrogi i mroczny Agares, my ass (fot. Wikipedia)

Kurwa mać, twórcy nie potrafili nawet wybrać odpowiednio złowieszczego demona. Mogli wziąć każdego innego, na przykład Astaroth jest niedaleko w spisie. Też na literę A i ma dodatkowo złowieszcze th na końcu. Albo Azmodan, demon nieczystości i pożądania, siejący niezgodę między mężczyzną a kobietą.

Wracając do głównego wątku. Okazuje się, że demon jest rzeczywisty i wnika w naszą dzielną dziennikarkę. Na szczęście w trakcie śledztwa, poznała ona ojca Antona (którego zresztą chce przelecieć, dzięki czemu demon ma do niej ułatwiony dostęp), który ją szybciutko wyegzorcyzmuje. Dosłownie w minutę osiem. W stodole, w strugach deszczu, bo demon przyzywa deszcz jako szyderstwo z wody święconej (WTF?) będziemy świadkami egzorcyzmów, połączonych z fruwaniem pod sufitem.

Przepraszam, ale nie potrafię pisać zbornie o tym półprodukcie i marnej imitacji filmu. Omijać z dala i szerokim łukiem. A twórcom kotwica w plecy. Za żerowanie na widzach. Za obiecywanie czegoś, czego nie dostarczają, czyli składnej historii. I za wpisywanie się w nurt horrorów, które nie potrafią straszyć inaczej niż czymś wyskakującym zza kadru. Nie ma się co dziwić, że młode pokolenie kinomanów umiera z nudów na Egzorcyście, albo ze śmiechu na Duchu. Mają przecież Krucyfiks i Paranormal Activity.

Produkowanie takich rzeczy uważam za obrazę rozumu i godności człowieka, co samo w sobie nie byłoby takie złe. Gorzej, że takie sziteksy programują młodego widza i jeszcze kilka lat, a każdy horror będzie musiał wyglądać tak, jak Krucyfiks. Modlę się do starszych bogów, żeby tak się nie stało.

Napisz, że To

Bałem się tej ekranizacji, jak chyba każdy, kto śledzi to, co filmowcy wyprawiają z książkami i opowiadaniami Kinga. W ciągu ostatnich 10 lat katastrofa goniła katastrofę.

W roku 2007 pojawiła się pełnometrażowa „The Mist”, która była ostatnią dobrą adaptacją, jaką widziałem. Potem sypały się jakieś krótkie metraże, do których szybko się zniechęciłem, bo o ile nie mam nic przeciwko nieopatrzonym aktorom, to mam wiele przeciwko nieopatrzonym aktorom, którzy grają gorzej ode mnie. A to już pieprzona sztuka.

W latach 2010-2015 wyprodukowano 78 odcinków serialu „Haven”, który był tak bardzo luźno oparty na opowiadaniu „Kolorado Kid”, że nawet nie wiem, czy mam to liczyć jako adaptację, czy raczej bardzo luźną inspirację. Skłaniam się ku temu drugiemu. Powiem wam, że wytrwałem bardzo długo, poległem dopiero na koniec czwartego z pięciu sezonów. Haven to było moje guilty pleasure, coś w zastępstwie Warehouse 13. Jednak to nie był King.

W 2011 dostaliśmy rozczarowujący „Worek kości”. Znaczy mnie rozczarował. Potem znowu cała kupa shortów i w 2013 największa chyba w historii kinematografii i filmografii obraza rozumu i godności człowieka, czyli makabrycznie zła adaptacja powieści „Pod kopułą”. Z przerażającej historii o małym Hitlerze, zrobili kino familijne. Biorąc pod uwagę, że w tej rzezi własnego dzieła brał udział sam King, do dzisiaj nie rozumiem co się tam stało. Nie wiem, może był aż tak niezadowolony z tego, co napisał cztery lata wcześniej, że postanowił to wywrócić na nice, ale fakt pozostaje faktem, że to co dostaliśmy, było niestrawnym knotem. Przetrwałem półtora sezonu, bo myślałem naiwnie, że coś się rozkręci. Niestety, działo się gorzej i gorzej, więc oddaliłem się godnie, chociaż na tarczy.
Rok 2016 przynosi najlepszą rzecz w tym zalewie przeciętności i kiepskości, czyli ekranizację powieści „11.22.63”. Ładna, zwarta i zamknięta całość, bez rozwlekania, kombinowania z trzema sezonami. Konkret, osiem dobrych odcinków na podstawie dobrego materiału wyjściowego. Najlepsza rzecz, jaką na podstawie Kinga zrobiono przez te 10 lat.

Czasami się człowiekowi przypominają te mityczne stare, dobre czasy, które faktycznie były dobre

Kilka tygodni temu firma Dimension Television wypuściła swoją wersję Mgły i zrobiła z tego serial. Twórcy zmnożyli wątki, rozrzucili ludzi po całym miasteczku, żeby mogli przez 4 odcinki jechać do supermarketu, gdzie matka z choro curko czekają. W oryginale Mgła to kameralna psychodrama, w której z osaczonych ludzi wyłazi to co w osaczonym człowieku najlepsze – zło i głupota. W tym siła opowiadania, w tym siła filmowej adaptacji Darabonta z 2007 roku. Tutaj bohaterowie przeżywają coraz głupsze przygody, z których wychodzą cało niczym doborowa ekipa Supermanów. Sama mgła? Będzie spojler – najpierw miała to być siła wkurzonej natury, jak w nieszczęsnym „The Happening” pana Shyamalana. Potem, w jakimż o jakimż końcowym cliffhangerze, okazuje się, że mgła to jakaś bezcielesna siła, którą wojsko dokarmia jakimiś skazańcami w pomarańczowych kombinezonach. Czyli może jednak eksperyment, który się trochę nie udał? Tyle pytań, które mnie nie interesują.

Zbulwersowany tłum komentatorów z prawej strony, rzucił się na serial z powodu „leftismu”. Znaczy jasne, mówi się w nim o trudnych sprawach gwałtu, jest trochę high school drama, jest odrzucony przez ojca gej-got, ale żeby to jakieś lewactwo w opór było, to nie wiem skąd pomysł. Robienie z tego zarzutu też nie ma sensu, bo serial nie jest zły z powodu jego lewicowego skrętu, tylko dlatego, że ma źle zaplanowany scenariusz, bohaterowie działający niespójnie i bez sensu nie obchodzą nas przez sekundę, właściwie to z powodu ich głupoty, życzyłem im wszystkim nagłego zgonu. No i z naprawdę pełnokrwistego horroru zrobić nudną historię o niczym, okraszoną fatalnym CGI, to trzeba mieć specyficzny talent. O grze aktorskiej litościwie zmilczę. Sugeruję mijać szerokim łukiem i nie oglądać nawet dla beki czy eksperymentu. Wystarczy, że ja to zrobiłem, wy nie musicie.

No i wreszcie niedawna premiera „Mrocznej Wieży”, o której napisałem oddzielny tekst, powstrzymując się ze wszystkich sił.

Przyznacie sami, że te próby zmierzenia się z Kingiem nie nastrajały zbyt pozytywnie i kolejnej ekranizacji jednej z jego najlepszych książek oczekiwałem z lekką sraczką. Niepotrzebnie. Było dobrze, miejscami bardzo dobrze, a wady, chociaż dla mnie dość poważne, nie spaczyły filmu, co najwyżej go spłyciły albo zakłamały w stosunku do książki. O tym później.

Z dobrych rzeczy, to wiadomo – scenariusz. Siedem lat się pieprzyli z tą ekranizacją, dlatego tym bardziej jestem pozytywnie zaskoczony, że zamiast niezbornego, polepionego na odpierdol produktu podobnego do scenariusza, dostaliśmy coś, co ma sens oraz ręce i nogi. Zmiany wprowadzone w stosunku do książki nie bolą bardzo, raczej odczuwa się ból z powodu braku pewnych rzeczy. Miałem nadzieję, że w końcu pokażą mi dymną jamę i przybycie Tego, ale się nie udało. Liczyłem na kilka innych drobiazgów, ale mogę bez nich żyć. Ogólnie wyszło dobrze, chociaż dla widza, który nie zna książki, niektóre sekwencje mogły być konfundujące. O tym później.

KLAUNI, KLAUNI SĄ ŚMIESZNI (fot. WarnerBros)

Obsada – też dobrze. Dzieciaki dobrane fajnie do ról, Ben w końcu był grubasem a nie tęgim ziomkiem, Richie ma faktycznie niewyparzoną gębę, Beverly jest doskonała, Bill daje radę, Eddie zaskakująco dobry, Bowers bardziej popieprzony niż poprzednio, jego gang trochę nijaki. Najbardziej żal, że Mike i Stan kompletnie nie istnieją. O tym później.

Efekty – to co mieli w monecie, wydali dobrze. To czego nie mieli, mieli wydać właśnie na dymną jamę, której twórcy bardzo chcieli, ale studio powiedziało, że nie da rady. Uwaga do trędowatego. Trochę za bardzo przegięty i uważam, że można było go zrobić po prostu przez charakteryzację a grozę wyprodukować motywem książkowym, czyli sugestią zrobienia Eddiemu laski za ćwiartkę. Wygrała natomiast pokrzywiona pani z synagogi, każde jej wejście na ekranie to wisząca w powietrzu brązowa nuta.

Właśnie, ścieżka dźwiękowa – dupy nie urywająca, ale dobra nuta. Zarówno kawałki, będące podkładem muzycznym znanym i lubianym, jak i oryginalna ścieżka dźwiękowa, która miejscami brzmiała, jakby ktoś drapał szkłem po tablicy. Z drugiej strony miałem żal, że nikt chyba już nie robi takiej muzyki jak Goblin. Ta ekranizacja bardzo zasłużyła na dźwięki z ekstraklasy, dostała muzykę klimatyczną, ale tylko poprawną.
Właśnie, klimat – dużo bardziej mroczny niż w poprzedniej wersji, dość mroczny w porównaniu z książką. Ale tylko w wybranych scenach, bo najczęściej groza jest szybko przełamywana śmieszkami. Mnie taki zabieg nie wadził, młodociani miłośnicy horroru strasznie pomstują, zapominając że wydarzenia oglądamy z perspektywy kilkunastoletnich dzieciaków, które świetnie sobie radzą z oswajaniem horroru humorem. Ja bym radził poczekać na część drugą, z dorosłymi. Tam pewnie będzie bardziej poważnie.

Zresztą i tutaj mamy ciężkie jazdy – flirtujący otwarcie z nieletnią farmaceuta, przemocowy ojciec Bowersa, grożący swojemu synowi bronią. Zaborcza mama Eddiego, która w końcu jest taka, jaką ją sobie wyobrażałem. No i na końcu największy creep w tym filmie, czyli papcio Marsh. W książce King niuansował, w poprzedniej ekranizacji Ojciec Beverly był po prostu żałośnie brutalny. Tutaj jest to pedofil molestujący własną córkę. Finałowe wyemancypowanie się Bev dało mi mnóstwo mściwej satysfakcji. Tak, potwory nie zawsze chowają się w szafie.

No właśnie, co z Bowersem (mat. dystrybutora)

Podobała mi się też dosłowność niektórych scen. Tak, bardzo chciałem, żeby pokazali mi, jak To obrywa Georgiemu rękę. Tak, chciałem dosłownej makabry w tej konkretnej scenie. I bardzo się cieszę, że ją dostałem, dzięki czemu nie musiałem się przyglądać duchowi George’a i się zastanawiać „dlaczego ten rękaw mu tak wisi.”

O kwestiach technicznych, typu montaż, praca kamery, światło i dźwięk się nie wypowiadam, bo się na tym kompletnie nie znam, ale poczucia jakiejś srogiej padaki nie miałem. Tutaj jednak głos oddam fachowcom, bo co się będę wygłupiał.

Co mi nie podeszło, od najmniejszej przewiny twórców.

Przeciągnięta końcówka. Zupełnie jak w Powrocie Króla. Miałem wrażenie, że twórcy zorientowali się, że mają 1:46 h materiału i jak to tak? Taki klasyczny format? Nichuja, dajemy minimum 2 godziny. I podokładali jakichś absurdalnych scen, jak choćby walka Bowersa z Mikiem.
Właśnie, nie wiem, jak to zamierzają rozegrać, ale po tym co zaszło, średnio widzę Bowersa w części drugiej. A było nie było, jest w niej dość istotną postacią.

Kompletnie nieistniejący Mike i Stan. Mike pojawia się przypadkiem w grupie i bez słowa wytłumaczenia zostaje do niej przyjęty. A potem go tam prawie nie ma. Stan jest w grupie od początku, ale jakby go nie było. Postać źle napisana, średnio zagrana, rozhisteryzowany gnojek z pretensjami do świata, że ten nie układa się logicznie i racjonalnie. Bardzo duże niewypały, a przecież obie te postaci są bardzo istotne w kontekście przyszłych zdarzeń. Mike zostaje obserwatorem i zwołuje Klub po latach. Obejrzyjcie film i powiedzcie mi, że przyjechalibyście na wezwanie kogoś tak bezbarwnego jak on? Nawet jeżeli byście ślubowali. Potraktowanie ich po macoszemu to poważna wada scenariusza.

Brak magii, która przesyca i przepaja książkę. Jasne, jak się operuje słowem, łatwiej wytłumaczyć ludziom, że była magia i dlatego dzieciaki dały radę się spotkać, stanąć do walki z Tym i poważnie je zranić. Tutaj brakuje mi rodzenia się przyjaźni wewnątrz ekipy. Bardzo żałuję, że zrezygnowano ze sceny wspólnego budowania tamy, podczas której nastąpiła przekonująca konsolidacja grupy. Tutaj mamy pojechane w drugą stronę – niektóre dzieciaki nienawidzą Billa i mają do niego pretensje o rzeczy. Sorry, ale tego nie kupuję zupełnie.

To wyjątkowo nie Richie tylko Eds (zrzut ekranu z trailera)

No i wreszcie finałowy pojedynek. To porywa Beverly, ziomki idą ją ratować. Każdy bierze jakąś broń i finałowe starcie zamienia się w jednoosobowe pojedynki z klaunem. No nie. Klub Frajerów wystąpił przeciwko Temu razem i tylko dlatego dał radę je ciężko zranić. Gdyby próbowali robić to tak, jak spróbowali, ich flaki walałyby się dokoła legowiska Tego na jakieś pół strzału z łuku. A można było zrobić to dyskretniej. Nie wiem czy Rytuał Chud byłby dobrym rozwiązaniem, bo to jednak za mało widowiskowa sprawa. Ale przecież gdyby Billy złapał To za metaforyczny język i zaczął toczyć mentalny pojedynek, można to było rozegrać bardziej efektownie a mniej dosłownie. Przecież nawet jego przyjaciele mogli dodawać mu otuchy i pojawiać się podczas takiej walki. Nie wiem, może teraz są takie oczekiwania, że mają być takie komandoskie akcje.

Oraz wszystko wyglądało tak, jakby To można było po prostu zranić kawałkiem ogrodzenia. Nie twierdzę, że chciałbym oglądać sceny przelewania mocy w kij baseballowy, to by było zbyt głupie. Ale nie obrażajcie mojej inteligencji twierdząc, że długowieczne, wszechmocne stworzenie da się po prostu podziurawić włócznią.

I GDZIE SĄ TRUPIE ŚWIATŁA?

Na koniec słowo o Tańczącym Klaunie Pennywise. Skarskard miał po Currym ciężkie zadanie, zupełnie jak Ledger po Nicholsonie. Wybrnął z tarczą, bo nie spróbował być bardziej przerażającym od Curry’ego na siłę, tylko jakoś mu to samo wyszło. Hehehe, żartuję z tym samo. Gość jest obłędnie pojebany. W czasie swoich przemów i mamrotań, wrzuca do dialogów/monologów szwedzkie słowa, które brzmią na tyle obco, że potęgują efekt grozy. Jego Pennywise jest infantylny i dziecinny, a jednocześnie nieludzki i obcy. Te jego chichoty.

Jest szansa, że na takich obrazkach Skarskard nie będzie miał wymalowanego kutasa na czole. Dźwignął temat godnie.

No i proszę zwrócić uwagę na to, jak się ślini. Znaczy jeszcze raz To muszę obejrzeć, żeby potwierdzić swoją hipotezę, że Pennywise ślini się w momentach, w których ofiary się go boją. I ten strach pobudza jego apetyt aż do fazy toczenia śliny.

Skarskard dał nam kreację absolutnie nieludzką. Dzięki czemu straszy jak należy. Zostałem fanem.

Ogólnie daleki jestem od okrzykiwania tego filmu arcydziełem i dawania mu dyszki. To solidny film z kilkoma wpadkami, które trochę mnie podrażniły, ale nie zepsuły odbioru. Najlepsza ekranizacja prozy Kinga od 10 lat, jeden z pięciu najlepszych filmów na podstawie prozy Kinga ever. Idźcie do kina. I nie wierzcie dzieciakom wychowanym na „Pile” i „Annabelle”, że ten film nie straszy. Straszy, chociaż może niekoniecznie tym, czego oczekiwaliśmy.

Mroczna Wieża something something

Oczekiwania były wielkie, niczym Wieża. Zamiast epickiej epopei na miarę Władcy Pierścieni, dostaliśmy poprawnie zrealizowany film akcji, który równie dobrze mógłby dziać się gdziekolwiek, bez konieczności mieszania do tego Rolanda, Jake’a i Waltera. Trzeba było zrobić historię o rewolwerowcu i olać Kinga.

Będą jakieś tam spojlery, ale chyba nie takie duże.

Zmylili mnie, jak dzieciaka zmylili. Koniec Mrocznej Wieży to początek nowego obrotu koła. Roland znajduje po bitwie na wzgórzu Jerycho, Róg Elda i wyrusza w kolejną wyprawę, która będzie prawdopodobnie ostatnią iteracją jego przygód. W trailerze do filmu Róg pokazano bardzo wyraźnie, dzięki czemu nie miałem problemu z wzięciem na klatę odstępstw od pierwowzoru książkowego. Robią po prostu ostatnie okrążenie i akcja może pójść zupełnie innymi torami. W pierwszej części możemy mieć z całej Trójki tylko Jake’a, Susan i Eddie dobiją do nas później. W pierwszej części możemy mieć zmęczonego życiem Rolanda, który nie ma ochoty bronić Mrocznej Wieży i napędza go jedynie chęć zemsty na Człowieku w Czerni. Spoko, też to kupuję, Walter zabił mu ojca, Roland sunie przez świat i chce go zabić. Nie mam problemu z tym, że wpada na Jake’a, który znalazł w Nowym Jorku portal, przez który przebił się na pustynię. Bez mrugnięcia okiem oglądam sceny, w których Deschain demoluje bazę na Ziemiach Jałowych, w której pracują Łamacze Promienia, w tej iteracji może nie być Callahana, zawsze to zaoszczędzimy kilka dolarów na epickiej bitwie z Wilkami z Calla.

Nie pyknie mi zbytnio brewka i przyjmę do wiadomości, że ten film był bardzo długim teaserem, i jak sprzeda się dobrze w box office, to Sony zrobi dalsze części, w których będzie w stanie pokazać nam rozmach i bogactwo świata stworzonego przez Kinga.

Zniosę ogólną biedę scenograficzną i nie będę się cisnął, że wszystko wygląda tanio, bo film kosztował 60 mln. $, co plasuje go kosztowo na poziomie przeciętnej produkcji kinowej. Zresztą pewnie większość kasy poszło na gaże, bo ani Elba, ani McConaughey nie pracowali za paciorki, więc tym bardziej rozumiem brak rozmachu w scenografiach i scenach masowych.

Mam też odrobinę mózgu i nie płaczę w internetach, że jak to WZIĘLI SIEDEM CZĘŚCI I SKLEILI TO W JEDEN FILM CO ZA DURNIE! bo to nieprawda. Wzięli tyle, żeby zainteresować ludzi światem i pokazać im, czego mogą spodziewać się w kolejnych częściach, jeżeli dojdzie do skutku ich realizacja. Oraz wzięli tyle, żeby fan miał też radochę z oglądania i mógł się powymądrzać „o, a tutaj odniesienie do tego, natomiast tutaj pozmieniali i nie zgadza się”.

To rzekłszy, powiem wam, jakie mam problemy z Mroczną Wieżą.
Po pierwsze, wcale nie to, że WZIĘLI SIEDEM CZĘŚCI I SKLEILI TO W JEDEN FILM CO ZA DURNIE! Bardziej bolała mnie bieda wyzierająca praktycznie z każdej sceny. W filmie nie ma niczego wyciskającego dech z piersi. Brakuje scen epickich. Brakuje scen wzruszających. Brakuje scen poruszających. No, może oprócz tej, gdy Jake orientuje się, że jego matka nie żyje. Oczekiwałem blockbustera, z całym dobrodziejstwem inwentarza, jaki niesie w sobie blockbusteryzm. Dostałem epickość klasy C albo nawet i D. Poza scenami strzelaniny i szybkiego przeładowywania broni przez Rolanda, nie ma w MW niczego, co robiłoby efekt WOW, KURWA, ALE JAK TO?!

Po drugie dialogi i scenariusz. Bardzo niedobre dialogi i scenariusz. Trochę mną wstrząsnęło, że pracowało przy tym aż czterech scenarzystów, bo efekt końcowy jest rozczarowujący. Wszedłem na imdb i obejrzałem wcześniejsze dokonania tych panów, bo myślałem, że to jakieś kelnery, które na Mrocznej Wieży uczyły się pisania. Gdzie tam, popatrzcie tylko na te tytuły: Adam’s Apples, I, Robot, The Da Vinci Code, Beautiful Mind, The Client, I Am Legend czy takie seriale jak Alias, Lost, Fringe. Raczej pro niż amatorszczyzna. A tu taki bąk. Jasne, biorę pod uwagę, że w montażu wycięto tyle scen, że scenariusz przestał się kleić, ale jeżeli wśród scenarzystów jest również reżyser arcydzieła, to może by tak z łaski swojej panował nad materiałem, co?

Roland już nie jest głównym bohaterem opowieści, zamiast niego w te buty wskakuje Jake. Jake był fajny, ale ja chcę Rolanda, który bierze młodziaka do terminu i przekuwa go w młodego rewolwerowca.

Aktorzy są dobrzy, a nawet bardzo dobrzy. Co z tego, skoro grają w filmie, który średnio ich interesuje. Wiadomo, że zagrają poprawnie, to przecież solidni zawodowcy. No ale jakby nie o to do końca mi chodziło.

Wspominałem o biedzie wyzierającej z każdej sceny? No właśnie, jest biednie.

A jak sobie pomyślę, że przejmowaliśmy się tym, w jaki sposób rozegrają problem jaki ma z białoskórym Rolandem Susanna, to śmiać mi się chcę, bo nie ma problemu. A jak nie ma problemu, to nie ma zmartwienia koleś.

Doniesienia z box office’u nie są krzepiące. Jasne, film zarobił, co miał nie zarobić. Kupa fanów i casuali poszła na niego, w USA zgarnął 47,5 miliona, na świecie 53,5 mln, razem nieco ponad 100 baniek, przy budżecie 60 mln daje nadwyżkę. I pewnie będzie kontynuacja, bo recenzje mogą być miażdżące, grunt żeby hajs się zgadzał. Ale ogólnie zawód. Bo to ani film dla fanów książki (za płytki, za trywialny, za biedny), ani nic specjalnego dla tych, którzy książek nie znają. Ot, dostali kolejny produkcyjniak sf-fantasy, wakacje są, można skoczyć. Jestem delikatnie niezadowolony.

Smaczki dla czytelników, które powpychali twórcy do filmu, to trochę za mało. Zobaczymy na dniach co nawywijali z „To”.

Korzystając z okazji, że po MW mam taki posmak w ustach, jakbym się najadł pyłu z Ziem Jałowych, opowiem w skrócie o dwóch dobrych filmach, takich wakacyjnych cukiereczkach.

The Hitman’s Bodyguard (u nas jako Bodyguard Zawodowiec, because fuck you) jest filmem do bólu przewidywalnym, wypełnionym kliszami, kalkami i wytartymi schematami. Dzieło absolutnie wtórne, bez grama oryginalności. Na szczęście grają w nim Samuel L. Jackson jako Samuel L. Jackson i Ryan Reynolds jako sympatyczny, uśmiechnięty i miły Ryan Reynolds. Do tego Gary Oldman, jako operetkowo przerysowany, zły białoruski dyktator i mamy dość solidne killer combo, uzupełnione przez wulgarną i wyraziście doskonałą Salmę Hayek.

Przez większość filmu ma miejsce strzelanina, wybuchy, eksplozje i rozpierdol. Samuel L. Jackson kopiuje swoje poprzednie role i zupełnie nikomu to nie przeszkadza. Radośnie bluzga, bijąc albo wyrównując rekord użycia słowa fuck w jednym filmie, w czym dzielnie mu wtóruje Hayek, jako jego filmowa żona. Dawno nie oglądałem tak zabawnego i bezpretensjonalnego filmu. Przez pół seansu śmiałem się jak hiena, przez pozostałe pół z mojego śmiechu śmiała się reszta sali. Bo z jakiegoś powodu sala nie śmiała się w tych samych momentach co ja, ale to problem sali a nie mój. Jak ktoś jeszcze nie był, to niech śmiało idzie do kina, dwie godziny zabawy murowane. Jest w filmie nawet jakiś scenariusz, ale nie przejmowałem się nim zbytnio, bo poszedłem do kina na Jacksona, Reynoldsa, Hayek i Oldmana. Dostałem dokładnie to, co chciałem.

Sto penisów w czoło i kotwica w plecy dystrybutorowi za polski tytuł rodem z mrocznej dupy. Dużo smacznych i pięknych rzeczy dla Martyny Łukomskiej, która zrobiła dobre, soczyste tłumaczenie dialogów, a specjalny pucharek za wciśnięcie do filmu, niekoniecznie nawet zgodnie z kontekstem, mojej ukochanej frazy „chuje muje dzikie węże”.

Na koniec „Barry Seal: król przemytu”. Nie guglałem Barry’ego, bo nie chciałem wiedzieć, co się będzie w filmie działo. I dobrze zrobiłem, i wam też polecam. Bo z gugla moglibyście się dowiedzieć, że film zbyt koloryzuje wydarzenia a tytułowy bohater wcale nie był podobny do Toma Cruisa.

Barry Seal był pilotem linii lotniczej TWA po czym zaczął latać prywatnie i przemycać broń i narkotyki do i z Ameryki Południowej. I to w zasadzie cała fabuła filmu. Jak mówi Cruise na początku filmu „część z tych rzeczy zdarzyła się naprawdę”. Nawet nie wnikałem, czy prawdziwy Seal poznał Noriegę, Olliego Northa, Ochoę i Escobara, bo nie chciałem, żeby mi prawda popsuła dobrze opowiedzianą historię. Polecam.

Dla wszystkich którzy mają problem z Cruisem – nie macie się co przejmować. Aktorem nigdy nie był dobrym, dlatego gra w filmach, w których może się pokazać ze swoich mocnych stron (czyli fizyczności). Tutaj zaskakująco miło daję radę i awaryjnie lądować na ulicy małego, amerykańskiego miasteczka, po czym, spowity w welon z kokainy, odjechać na młodzieżowym rowerku w siną dal, jak również zagrać twarzą. Oraz to chyba pierwszy od stu lat film, w którym aktor nie biega.

Bardzo dobry, rozrywkowy kawałek kina, nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej i wybierzcie się na seans. Warto.

Alien: Covenant – co właściwie się stało

Pisałem przedwczoraj tekst o maratonach filmowych do serwisu. Trochę dołożyłem sobie pracy, bo musiałem nurkować w imdb. Ale nie ma tego złego.

W trakcie riserczu dowiedziałem się, że „Rogue One” jest już na DVD, więc będzie można powtórzyć sobie seans. No i oczywiście piątkowa premiera filmu Obcy: Przymierze.

Pomyślałem, że to jest ten moment, w którym przyda się karta CC Unlimited, zarezerwowałem miejsce, wsiadłem na rower (przyjemne z pożytecznym, wiadomo) i pomknąłem do Sadyby. Miałem nadzieję, że po „Prometeuszu”, o którym mogę powiedzieć tylko, że obejrzałem go dwukrotnie, raz w szoku, drugi raz w niedowierzaniu, że można zrobić coś tak złego, Scott zrobi coś, co będzie dało się oglądać. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Weźmisz czarno kure…

Zacznę może od plusów, bo są plusy. Wizualnie przepiękne. FX-y bez zarzutu, dwóch Fassbenderów rozmawiających ze sobą, to żadne wow. Ale jak wspólnie grają na flecie (proszę o powagę) i nie widać w scenie sztuczności ani komputerowych nakładek, to jest człowiekowi satysfakcjonujaco przyjemnie. Muzyka albo nie przeszkadza, albo uzupełnia wizualia. Pięknie komponowane sceny, na przykład otwierająca. Dwóch Fassbenderów. Danny McBride. Sekwencja otwierania żagla słonecznego. Obcy. Raz migają kobiece piersi. Świetnie komponowane sceny, na przykład lądowanie na planecie. To chyba wszystko. A, no i wizualnie jest to piękny film.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Apone i Hicks podzielają moją opinię, film jest wizualnie przepiękny (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Operator kamery w większości przypadków wie co robi, ja natomiast nie wiem skąd ta maniera, że jak Obcy kogoś zjada, to trzeba robić szybki, teledyskowy, szatkowany montaż. Jak już wyskoczył i przebił ofiarę szponem albo szczęką, to nie musimy dawać krótkich cięć i efektu rozbujanej lampy. Niechże ją już sobie doje na spokojnie, przecież wszyscy wiemy jak ksenomorf wygląda, żadnej tajemnicy efektem stroboskopowym w XXI wieku się nie zbuduje.

A potem ją zarżniesz…

Cała reszta to jakieś dramatyczne nieporozumienie i piramidalna głupota. Od razu chciałbym ustalić, że w powyższym komentarzu nie odnoszę się do mitologii powstania Obcych, tylko do braku logiki zdarzeń mających miejsce w filmie. Załoga odbiera tajemniczy sygnał, dawaj, skręcamy i lecimy na miejsce, to nic, że wieziemy kilkuset osadników i tysiące ludzkich zarodków, skręćmy, to nasz moralny obowiązek.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Wszyscy wiemy, jak to się skończy (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Ojej, patrzcie, taka podobna do Ziemi, planety ludzi, może olejmy nasz prawdziwy cel i zostańmy tutaj. W sumie co za różnica, nie?

Na miejscu większość składu wsiada do lądownika i zjeżdża windą do piekła. Nie ma co prawda śpiącego Hicksa, bo i pojazd cywilny, i pani pilot daleko do Ferro, więc w środku trzęsie i dymi. Na powierzchni otwierają trap i wychodzą na zewnątrz bez żadnej ochrony. Bo to przecież oczywiste, że mikroorganizmy zamieszkujące obcą planetę, niepokojąco przypominającą Ziemię, nic nam nie zrobią. Przecież u nas nie ma eboli, hiv czy ospy.

Bez logiki…

Żołnierz na posterunku, ochraniający panią naukowiec, idzie w krzaki zajarać. Tam oczywiście łapie infekcję, w wyniku której błyskawicznie rozkłada się od środka. Patogen działa w tempie ognia przegryzającego się przez suchą trawę latem. Świeżo wykluty albinotyczny Obcy, albo Przedobcy rośnie w oczach. Dosłownie. Bohaterka chcąca go odjebać z szotgana, ślizga się na plamie krwi i strzela w sufit. Potem zamykające się drzwi przycinają jej stopę, przez co kuleje. Na koniec podpala jakieś walające się luzem kanistry z gazem, w wyniku czego cały lądownik wylatuje w powietrze. Bracia Marx nie zrobiliby tego lepiej.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Vasquez zrobiłaby to na pewno lepiej (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Jesteśmy jakoś tak w trzydziestej piątej, może czterdziestej minucie filmu.

Nie jestem pewien, czy oglądałem kiedykolwiek coś taki idiotycznego. Znaczy oczywiście widziałem mnóstwo idiotycznych, kampowych filmów klasy pozaklasyfikacyjnej. No ale w takich przypadkach nie oczekuję od scenariusza pisanego za hamborgira i czteropak browaru, nie wiadomo jakiej jakości. Tutaj scenariusz sprawia wrażenie produktu napisanego na kolanie i na odpierdol. Miał być ciąg dalszy tworzenia mitologii Obcego, wyszło jakieś nieporozumienie.

Bez ładu w tworzeniu bohaterów…

No właśnie, o ile jesteśmy w stanie wskazać Davida i Waltera jako dwóch Fassbenderów, i przy okazji głównych bohaterów, to co z resztą? W jedynce najpierw na pierwszy plan wysunął się niefortunny John Hurt. Potem pierwsze skrzypce, również krótko, rozegrał kapitan, Tom Skerritt. Ellen Ripley wchodzi w to wszystko w połowie filmu. Po drodze może jeszcze liczyć na wsparcie Yapheta Kotto. Każdy członek załogi ma swoje wady, ograniczenia i lęki. Dzięki czemu wszyscy wypadają wiarygodnie.

W dwójce co postać, to oryginał. Oślizgły Burke, nieporadny Gorman, zabójczy team Vasquez i Drake, wycofany Hicks, mający skłonność do przesady w obie strony Hudson, wredy sierżant Apone, i niefartowni Spunkmayer i Ferro. Plus bardzo ludzki Bishop i bardzo dobra Newt.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Pamiętamy nazwiska wszystkich bohaterów ze zdjęcia, potrafimy też podać ich króką charakterystykę (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

W trójce Charles Dance i dość charyzmatyczny Charles Dutton. W czwórce Ryder, Wincott, Perlman, Pinon i Dourif. W każdej części oczywiście coraz bardziej zahartowana w bojach Sigurney Weaver.

A tutaj, po zapłaceniu hajsów dwóm Fassbenderom, nie wystarczyło grosza na obsadzenie nikogo, kto miałby w sobie choć trochę charyzmy i charakteru. No dobra, Danny McBride spełnia trochę rolę takiego gościa, który nie jest cięty z kartonu, ale scenarzyści postanowili, że będzie siedział na orbicie i podejmował samobójcze decyzje.

Waterston miała być chyba w zamyśle drugą Ellen Ripley, ale ani nie ten format, ani nie ta zaciekłość. Może nawet byłaby możliwość rozwinięcia jakoś tej postaci, ale znowu postarali się scenarzyści, i wszystko poszło się paść. Bo jak już zaczyna coś sensownego robić, to chwilę później huśta się na linie pod pokładem lecącego lądownika i obija o silniki.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Taka akcja mnie przekonuje, superbohaterskie fruwanie na linie trochę mniej (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Ja rozumiem, że teraz musi być więcej, mocniej i bardziej efektownie, ale takie pajacowanie na sznurku to można robić w Spidermanie, mi by wystarczył kameralny pojedynek w stylu Matka kontra Ellen w robocie załadunkowym. Efektownie na maksa, a przy okazji dość prawdopodobnie i bez przegięć. Da się? W XXI wieku nie, moc komputerów za bardzo potaniała.

I w ogóle

W czasie gdy bohaterowie nie robią durnych rzeczy (kapitanie, zajrzy pan do tego kokonu, nic panu nie grozi, mówię to panu ja, lekko tylko szalony android), dwóch Fassbenderów toczy ze sobą filozoficzne rozmowy i sadzi ćmoje-boje o kreacji, niedoskonałych stwórcach, ich superdoskonałych dziełach i granicach bycia twórczym z powodu wmontowanych bezpieczników i autoograniczeń.

I ja teraz nie wiem, czy to jest letni blockbuster, w którym są wybuchy, ociekający lubrykantem Obcy, seks pod prysznicem i jeszcze trochę wybuchów, czy może pseudofilozoficzny traktat o… No właśnie, o czym? A może jednak slapstickowa komedia pomyłek?

O powstawaniu gatunków

Powtórzę – nie mam żadnych uwag do tego, jak sobie Scott tworzy genezę ksenomorfa. Może to być produkt Inżynierów, może to być broń biologiczna, może to być kosmiczny odkurzacz, szczerze mówiąc już mnie to nie obchodzi, ale wiem, że jest kupa ludzi zajarana biotechnologicznymi opowieściami o pochodzeniu gatunków. Spoko.

To mówisz, że powstaliśmy z purchawek? (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Wiem też, że ultrasi cyklu są żywo zainteresowani czymś innym, niż tylko repetycjami z kosmicznego horroru w innym anturażu, i zarówno „Prometeusza”, jak i zapewne „Przymierze”, obejrzą z zainteresowaniem i z wypiekami na twarzy.

Problem polega na tym, że Scott zrobił film nie wiadomo dla kogo. Rozumiem konieczność pożenienia ze sobą szerokiej publiczności (kasa) i fandomu (mniejsza kasa). Nie rozumiem natomiast, dlaczego wybrał taką drogę. Bo przyjął do realizacji szkic scenariusza, a potem na jego podstawie zrobił film. Film dla nikogo.

Jestem zasmutkowany.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Nie jestem wielkim fanem Pottera, głównie dlatego, że mnie ten ziomek wkurwiał. Przez pierwsze trzy części irytował odrobinę, bo młode to, płoche, więc brałem poprawkę. W Czarze Ognia już mocno, a od Zakonu Feniksa do samiuteńkiego końca miałem ochotę nakopać gościowi do dupy. Przyjaciele nie muszą mu pomagać, nauczyciele się nie znają, taki Zoś Samoś, a potem nagle ‚pomocy, pomocy’. Znaczy nie zawoła ‚pomocy’, tylko czeka aż się kumple domyślą. A jak już się domyślą, to ‚a co tak późno’ albo ‚ale ja wcale nie potrzebowałem waszej pomocy’. No irytujący młody człowiek, i ja rozumiem, że on jest w trudnym wieku dojrzewania, ale litości może, co?

Filmy oglądałem bo były, a na ten nowy w ogóle nie miałem zamiaru się wybierać, bo po pierwsze nie wiedziałem, że coś zrobili, a po drugie tytułem mi się skleił z Sekretnym życiem zwierzaków domowych, tylko nie rozumiałem dlaczego zaczęli je znowu grać w czterech opcjach, i w prajm tajmie.

Wyprostowany tytułowo i zachęcony opiniami znajomych poszedłem do kina.

I znowu to samo.

Niech mi ktoś, kto sie na tym zna powie o co chodzi. Płacę za bilet jak za zboże (sprawdzić czy nie biedaśroda), a potem jeb, czterdziestominutowy maraton reklam i trailerów, które już znam na pamięć. I ani się od tego odciąć nijak, ani wyjść po herbatę. Kto wpadł na fantastyczny pomysł, żeby mnie karać (bo jako karę odbieram fakt zmuszania mnie do oglądania reklam) za to, że legalnie konsumuję kulturę? I jeszcze na dodatek sympatyczny głos zapodaje, że to fajnie, że przyszedłeś do kina, wydałeś zarobione pieniądze, i oglądasz film na legalu, dzięki czemu miliony ludzi mają pracę przy powstawaniu takiego filmu. No takie teksty odbieram jako wyjątkową szyderę.

Nie lubię się pakować do sali już po zgaszeniu świateł, bo to niegrzeczne i niewygodne. Dlatego nie jestem w stanie uniknąć bloków reklamowych. Ostatnio mam wrażenie, że reklamiarze się wycwanili, bo lecą reklamy, potem trailery, ty oddychasz z ulgą, że dzisiaj tak krótko, następnie jeb, znowu reklamy, wyciągasz komórkę, żeby poczytać czy cokolwiek, ciach, trailery, wyłaczasz komórkę i znowu reklamy. Włączasz, ale ledwo zdążysz wyklikać, znowu zaczynają się trailery. Przecież to opiździeć można.

Najprostszy patent to się spóźniać na seans, a trailery oglądać na imdb albo jutubie, ale jak pisałem wcześniej, takie rozwiązanie mi nie leży do końca, bo jeszcze nie udało mi się wejść na środek rzędu tak, żeby po ciemku nie podeptać przynajmniej trzech nóg. Chyba naprawdę zostają słuchawki i głośna nuta.

Ewentualnie można piracić filmy, bo to i bez reklam, i w dowolnie wybranym, pasującym czasie, a nie o 22:30, i w domu jesteś na 1:00, gdyż trzeba było widzom wbić w oczy półgodzinny blok, dziękuję, uszanowanko. No wszystko robicie, żebym olał kino. Ale żeby tylko kino, legalna dystrybucja filmów na dvd/blureju to też jakiś dowcip.

fot. Internet
Bardzo nietrafnie skierowany komunikat. Fot. Internet

Nieprzewijalne reklamy. Film ostrzegający przed piraceniem. NA PIEPRZONEJ LEGALNEJ KOPII JEST FILM OSTRZEGAJĄCY PRZED PIRACENIEM. Jeszcze więcej reklam. Kilka trailerów. Ostrzeżenia FBI w dziesięciu wersjach językowych. Nieprzewijalne. Nieczytelne menu, w którym na przykład okazuje się, że polską wersję językową możesz obejrzeć tylko w wersji 2.0, co mnie wali, bo ja napisy, ale są tacy, którym nie chce się czytać napisów i wybierają lektora. Ewentualnie możesz z napisami, ale są tak chujowej jakości, że masz ochotę pójść i zwrócić film do sklepu. Właśnie, czy były precedensy, że ludzie zwracali filmy, bo było położone tłumaczenie, zupełnie jak w przypadku polskiej wersji Futuramy, gdzie zabito wszystkie dowcipy i ogólnie cała polska ścieżka dialogowa była zrobiona na odpierdol. Och jakże się cieszyłem, że pierwszy sezon dostałem w prezencie.

fot. Internet
Mniej więcej o to mi chodzi. Fot. Internet

I tak to właśnie jest z zachęcaniem do legalnych treści. Ciekawe czy zagranico tak samo się do tego zabierają, czy mają jednak nieco więcej mózgu.

Co do filmu, to jest dobry, bo nie ma w nim Harry’ego Pottera i reszty wkurzających dzieciaków. Zamiast tego poznajemy historię Newta Scamandera (Eddie Redmayne), który przyjeżdża z Londynu do Nowego Jorku z walizką wypchaną magicznymi zwierzakami, żeby ratować inne magiczne zwierzaki przed marnym losem magicznych zwierzaków.

fot. materiały dystrybutora
Marny los funduje im na przykład Ron Perlman w swojej życiowej roli. Fot. materiały dystrybutora

Oczywiście Newt jest odrobinę roztargniony i bardzo roztrzepany, więc kilka zwierząt mu ucieknie. Ponadto wplącze w zadymę bogu ducha winnego mugola, pana Kowalskiego, który chciał tylko wziąć kredyt na piekarnię, a za chwilę będzie musiał odpierać amory czegoś na kształt nosorożca; i dwie siostry, pracownice Magicznego Kongresu USA (czy jak ten wynalazek się nazywał), które się nazakochują w naszych niezdarnych bohaterach. Ogólnie przygoda pogania przygodę, jest trochę śmiesznie, bardzo strasznie i mocno kolorowo.

Bawiłem się przednio, trochę jak dziecko, bo to miejscami bajka, częściej jednak jako dorosły, bo większymi miejscami to mroczna historia dla dorosłych. Dlatego odradzam branie na seans młodocianych. Przemocowa, sekciarska matka raczej się im nie spodoba. Niszcząca emanacja czarodziejskiej mocy, demolująca miasto i mordująca ludzi raczej je wystraszy. Sposób wykonania egzekucji? No dla mnie dość makabryczny. Mugol traktowany jakby go w ogóle w trakcie rozmów o nim nie było, no niezbyt to miłe, gdy rozmawiacie gnojki o wymazywaniu pamięci w obecności człowieka, któremu ją będziecie wymazywać. Ogólnie sporo tam makabry, rozważcie czy ośmiolatek będzie się dobrze bawił w sytuacji, w której ma mokre spodenki.

Gdybyście mieli wątpliwości czy oglądać ten film, w sytuacji gdy serii HP nie znacie albo nie pamiętacie, mówię wam oglądać. Będziecie mieli większą radość niż analny fan HP z bólem dupy dotyczącym mało istotnych szczegółów. Ja miałem tyle radości, ile rycerze Okrągłego Stołu po zjedzeniu giermków walecznego Sir Robina.

Aha, ma być tego pięć części, więc nie zdziwcie się, jak niektóre wątki nie zostaną domknięte.

Werdykt: słodkie jabłuszko z powtykanymi kawałkami żyletki, kupa dobrej zabawy.

fot. multikino.pl
fot. multikino.pl

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
reż. David Yates
scen. J.K. Rowling
w rolach głównych:
Eddie Redmayne
Dan Fogler
Katherine Waterston
Alison Sudol
Colin Farrell
Samantha Morton
Ezra Miller

Pitbull, kobiety, cośtam cośtam

Zasadniczo przymierzam się do stopniowego przenoszenia moich archiwalnych tekstów z fejsbuka, na którym przeszukiwanie w poszukiwaniu treści to jakiś żart, a tutaj wystarczy tażek ‚Archiwum’ i będzie jak znalazł. A ponieważ dwa miesiące temu odświeżyłem sobie trzy sezony serialu, a dzisiaj byłem w kinie, myślę że możemy zainaugurować te przenosiny takim oto tekstem.

Aha, żeby nie było, że tylko recyclinguję. Po tekście, który napisałem ponad dwa i pół roku temu, kilka zdań o filmie „Pitbull. Niebezpieczne kobiety”.

Zaczęło się od tego, że chciałem sprawdzić, czy moja znajoma faktycznie grała w Pitbullu ale po ściągnięciu odcinka, okazało się, że to przypadkowa zbieżność nazwisk (edit: jednak grała zwłoki). A ja, pomimo okołoolimpiadowej posuchy serialowej, zamiast odpuścić, bo to przecież polski serial, a polski serial to z definicji knot (sprawdzić czy nie nakręcony przed 1989), ściągnąłem pierwszy sezon i zacząłem oglądać. A potem ściągnąłem drugi i trzeci, i w tej chwili drapię warząchwią o dno gara. Jakie to jest równocześnie dobre i niedobre.

Jasne, mam świadomość, że to serial sprzed dekady, czyli z czasów gdy chcieliśmy na ekranie oglądać twardych gliniarzy, którzy się nie pierdolą ale teraz wygląda to trochę śmiesznie, te ich twarde gadki. Niby czytałem kiedyś wypowiedzi prawdziwych policjantów, którzy Pitbulla i Glinę ocenili najwyżej pod względem rzeczywistego obrazu ich pracy ale w pierwszym sezonie mi zgrzytało. Potem przestałem dawać faka, bo stwierdziłem ‚ty, stary, a co ty wiesz o faktycznej pracy policji i o tym, jak oni ze sobą rozmawiają?’. I tak oto przestałem się przejmować i pokochałem bombę.

Nie podoba mi się lekkoręka rezygnacja z istotnych wątków. Gebels przez jakiś czas walczy o to, żeby móc się spotykać z synem, żeby zaspokoić alimentacyjne żądania żony, kradnie paliwo z baków i kładzie kafelki u zbója a potem jeb, i nie ma synka. Nie, nie zabili go źli ludzie, po prostu znika z horyzontu zdarzeń serialowych. Kilku innych bohaterów spotyka podobny los i nie dostajemy żadnego sensownego wytłumaczenia, dlaczego wyparowali. Cała reszta jest doskonała, jak tylko doskonała może być nasza brudna, polska rzeczywistość. W pierwszym, najkrótszym i najbardziej zwartym sezonie, rozpracowują ormiańskiego króla podziemia (postać ponoć wzorowana na autentycznej) i jest to obsadowy i scenariuszowy majstersztyks. Potem władza rozwiązuje stołeczny wydział zabójstw, skład ląduje w morderstwach i terrorze, i zaczyna się nasza polska, przaśna, brudna i lepiąca się do rąk rzeczywistość.

Drugi sezon Pitbulla uważam za najlepszą rzecz, jaka powstała w Polsce w kategorii serialowej ever. Twórca serialu, Patryk Vega, nie bawił się w wydumane sprawy rodem z Castla (uwielbiam) tylko wybrał prawdziwe zdarzenia z kronik kryminalnych stolicy i zrealizował to w sposób, który mnie straumatyzował. Historia studentki, którą dwóch bandytów sterroryzowało w pociągu, obrabowało z kasy a potem wyrzuciło w biegu, rozmazała mnie po podłodze, bo ja ją doskonale pamiętam i do dzisiaj nie potrafię zrozumieć jakim cudem można człowieka tak zniszczyć psychicznie i ubezwłasnowolnić, że nie krzyczy o pomoc, nie walczy, tylko dobrowolnie idzie na rzeź.

Sprawa poczwórnego zabójstwa, a właściwie egzekucji, w Kredyt Banku na Żelaznej porobiła mnie dawno temu geograficznie – zdarzenie miało miejsce 3 marca 2001, ja się z bloku naprzeciwko Kredyt Banku wyprowadziłem pod koniec lutego 2001. I zawsze się idiotycznie zastanawiałem, czy jakbym stał w oknie (znacie te balkoniki-rzygowniki, czyli balkon bez balkonu) i sobie palił, to może bym coś zobaczył i dał radę tym dziewczynom pomóc, a przecież już tam nawet nie mieszkałem. Takie idiotyzmy chodzą za mną od czasów pewnego zdarzenia w moim akademiku, co do którego jestem przekonany, że gdybym tego dnia nie spał tylko czytał na swoim stałym miejscu przy portierni, to może bym mógł zapobiec tragedii. I nie potrafię przejść do porządku dziennego nad myślą ‚chuja byś zrobił, nie jesteś jasnowidzem’.

No i wreszcie rozpierdala mnie cała sprawa gangu Mutantów, która zaczęła się strzelaniną w Parolach. Potem było głośne zatrzymanie na Ursynowie, gdzie bandyci postrzelali się z policją. I znowu geograficzna kompatybilność, akcja miała miejsce na ulicy Ciszewskiego, między Cynamonową i Rosoła (w filmie zagrali to przed kościołem na Herbsta, lepszy plan z punktu widzenia dynamiki filmu), kilka lat wcześniej mieszkałem 300-400 metrów w linii prostej od tamtego miejsca.

Wreszcie głośny finał, czyli akcja w Magdalence. Siedziałem wtedy w Piasecznie w domu do późnej nocy i zastanawiałem się, kto do kurwy nędzy, puszcza o pierwszej w nocy sztuczne ognie. Oraz dlaczego oni napierdalają tymi ogniami przez ponad godzinę gdyż naprawdę położyłbym się już chętnie spać. I dopiero następnego dnia dowiedziałem się, że to nie były fajerwerki. No dobra, Magdalenka to nie był finał, przynajmniej dla mnie. Finałem było zatrzymanie ostatniego z Mutantów, szefa grupy – Brodowskiego. Pokazali jego zdjęcie w Wyborczej. Okazało się, że znam tego gościa z widzenia, z Krasnegostawu. A jego dziewczynę (albo żonę, nie pamiętam) znam nawet trochę lepiej.

Łomiarz, Rurabomber, egzekucja w Gamie, zakatowani ludzie w zemście za domniemany gwałt, kradzież broni na Bemowie czy zabicie dealerów Ery – wszystkie te sprawy pamiętam, bo tymi sprawami żyło miasto. Dzięki temu Vega do spółki z ekipą, zafundował mi, brutalną bo brutalną, podróż sentymentalną do czasów, gdy byłem trochę młodszy, trochę piękniejszy i częściej rzygałem od rzeczywistości. Ja oczywiście wiem, że taka rekomendacja to chuj a nie rekomendacja dlatego obejrzyjcie Pitbulla nie z powodu moich sentymentów, a dlatego, że to jest serial policyjny zrobiony na światowym poziomie ale w realiach, które pamiętamy, znamy i, czasami, nawet rozumiemy.

Koniec archiwum.

Trzeci sezon Pitbulla jest trochę słabszy od dwóch pierwszych, ale w dalszym ciągu ogląda się go z zapartym tchem. Przy tekście z bodaj piątego odcinka, gdy Despero mówi „a kierowiec gdzie się katapultował” zawsze robię sobie przerwę na głośne chichranie. Bo pamiętajcie, codzienne chichranie jest ważne, mówię wam to ja i Ritchie Tozier – chichrajcie codziennie, a będzie wam trochę lepiej. I oglądajcie serial, bo filmy to zupełnie inna bajka.

Do pierwszej części nigdy nie miałem przekonania, bo to taki trochę zbity do kupy pierwszy sezon, z trochę pogubionymi, a trochę pourywanymi wątkami. Dwójki nie widziałem, ale słyszałem głośne skargi. Z trzeciej części wróciłem przed chwilą, i jedyne co mam do powiedzenia, to CO TO KURWA BYŁO?!

fot. materiały dystrybutora
fot. materiały dystrybutora

Lekko skrzywiony strażak psychopata cytujący Schopenhauera wyrasta na największego gangusa, któremu byle ormiański gang nie podskoczy. Laska, której facet okazał się być gejem, postanawia ni stąd, ni zowąd zostać policjantką. Cielecka, wrzucona do filmu nie wiadomo po co, nawet sprawdziłem, czy nie trafiła odpryskowo po dwójce, ale nie. Dereszowska, która nie może się zdecydować kim jest, i raz jest twardym gliną, a raz straumatyzowaną ofiarą przemocy domowej, tłumaczącą męża z jego chwilowych słabości. Gebels, który w serialu był lekko ospałym gościem, który gdy trzeba rzuca się zbójom do gardeł, tutaj zachowuje się jak wyliniały pudel, i do tego pojawia się pretekstowo i epizodycznie. Majami do pięt nie dorasta Despero, i też nie wiadomo po co się plącze po planie.

Na najciekawszą postać wyrasta wspomniany wcześniej strażak, członek gangu motocyklowego, który jakoś tak nie wiadomo jak i kiedy, wskakuje w buty Ormian, i zaczyna wyłudzać VAT za paliwo na wielką skalę. Tylko jakoś przegapiłem moment, w którym ze zwykłego cyngla, który straszy ziomeczków z bębna piłą łańcuchową, wyrasta nagle na króla przedmieścia. Ale nawet niech mu będzie, może jest sprytny. Taki jest sprytny, że wyrywa sobie policjantkę, i przy niej umieszcza jakieś siedem baniek euro w słoikach w banku ziemskim. No litości. Epizod z policjantką się kończy, to se robi jakąś listę śmierci. Znów się z nią spotyka, puka po godzinach, i daje sobie tę listę sfotografować.

CO TU SIĘ ODPIERDALA?

A potem bawi się z pytonem, zapomina, że ma kosę z gangiem motocyklowym, z którego się wyreklamował bez wykupnego i jest na niego wyrok. Ludzie, biorę was na świadków, że nie będę winny bluzgów, które za chwile będą tu zapodane, ale KURWA MAĆ, CO TU SIĘ ODPIERDALA?

Pomimo fatalnego scenariusza, Sebastian Fabijański zagrał tę rolę mistrzowsko, oczu od niego oderwać nie mogłem, był jak ściśnięta sprężyna, nie wiadomo było w którą stronę wystrzeli, i nawet to pretensjonalne cytowanie Schopenhauera mu wybaczam. Obronić się w tak napisanym scenariuszu to sztuka, dał radę wyjść z tarczą, warto mu się przyglądać, bo to utalentowany człowiek.

Jego dziewczyna, Drabina (Bachleda Curuś) ładnie zamienia się z roztrzęsionej dziewuszki, która nagle trafia do więzienia, w twardą kobietę, która robi rzeczy, chociaż może nie będę spojlował. Ale znowu, jej wątek poszatkowany, bez ładu, składu i porządku. No i wszystko zagrane na trzech minach i dwóch grymasach.

Z niebezpiecznych kobiet broni się niewątpliwie Maja Ostaszewska, która koncertowo gra dziewczynę Majamiego(?), ale jej rola, nawet pomimo mojego uwielbienia dla niej to za mało, żeby iść na ten film do kina. Może gdzieś, kiedyś na diwidiksie owszem. Ale becelować za tę produkcję, żeby obejrzeć to na dużym ekranie? Niekoniecznie.

Gdyby chociaż Vega wzmocnił wątek kryminalny, dał mu jakąś wiarygodną podbudowę prywatną bohaterów, to może to by się dało oglądać. Ale nie, nie dość, że nie wiadomo o co właściwie w tej historii chodzi, to jeszcze musimy polecieć w tanie dowcipaski, bo przecież taki samorodny talent komiczny jak Strachu (Tomasz Oświeciński) nie może się zmarnować. I dawaj recyklować żarty starsze od węgla kamiennego. To naprawdę było ponad moje siły. Bo o ile jestem w stanie zrozumieć technika kryminalnego, który żeby nie zwariować w tej robocie, robi sobie jaja z policjantki, która wdepnęła w lekko rozlanego denata i ma pół jego wątroby na bucie, tak dowcip o Pinokiu walącym konia to dla mnie za dużo.

Gdybym miał określić ten film jednym słowem, byłoby to „chaotyczny”. Nie wiem jakim cudem ta produkcja dzierży rekord otwarcia wśród polskich filmów. To chyba magia tytułu działa, bo ja, pomimo ostrzeżeń, też przecież postanowiłem sprawdzić, czy mówią mi prawdę, twierdząc że to kasztan.

Ponoć już powstaje czwarta część. No cóż, hajs się musi zgadzać, moja recenzyjka nic nie zmieni, do kin pewnie pójdzie na ten film półtora miliona, albo i lepiej. Mi tylko szkoda, że Vega tak bezlitośnie zarżnął legendę. Zbrodnia trochę kainowa.

Nie polecam, chociaż wiem, że i tak pójdziecie. Na te śmieszne gołębie z trailera, i na pierś Mai Ostaszewskiej, i na pytona, który zjadł psa. Ja się potrzebuję napić wódki.

Werdykt: film zabawny jak uczta kanibali.

fot. materiały dystrybutora
Alicja zakopuje sprofanowane zwłoki serialu. fot. materiały dystrybutora

Pitbull. Niebezpieczne kobiety
reż. Patryk Vega
scen. Patryk Vega
w rolach głównych:
Sebastian Fabijański
Alicja Bachleda Curuś
Joanna Kulig
Piotr Stramowski
Maja Ostaszewska
Artur Żmijewski
Anna Dereszowska
Andrzej Grabowski
Magdalena Cielecka
Tomasz Oświeciński

Jestem mordercą

Nie, tytuł nie jest o mnie, do niczego się nie przyznaję, to nie mój nóż, to nie moja ręka, to nie mnie widzicie, bo mnie tu nie ma. Tak uczyli w Młodych wilkach, żeby się do niczego nie przyznawać. Marchwickiemu nie pomogło.

Byłem na filmie polskim. Dobrowolnie. W kinie. Za pieniądze. Z kinem polskim mi od jakiegoś czasu było nie po drodze, bo co film, to większe gunwo (według recenzentów i znajomych, którzy mieli nieszczęście wdepnąć). Ostatnimi laty to dosłownie na palcach jednej ręki można policzyć polskie filmy, jakie oglądałem. Bo wiecie, jak mam do dyspozycji określony budżet na kulturę, oraz określony czas na obcowanie z nią, i wydam pewną kwotę, oraz poświęcę czas na niedobry polski film, to nie wystarczy mi pieniędzy i czasu na dobry, może nawet i polski film. A że jestem człowiekiem lubującym się w prostych rozrywkach, to wolę dobre wybuchy od niedobrego kina moralnego niepokoju. Z powodu mojego podejścia przegapiłem kilka dobrych filmów (mówią, że Demon na przykład jest dobry, albo Córki dancingu, ludziom z filmwebu się nie podobają, więc chyba też niezłe są), dlatego postanowiłem ostrożnie zacząć dawać szanse naszym.

fot. koszulkowo.pl
Moja, na pewno fałszywa, wizja polskiego kina. Fot. koszulkowo.pl

Sprawę Wampira z Zagłębia pamiętam jak przez mgłę, chyba nas tym nawet dorośli straszyli. Proces trwał a ja pod stół wbiegałem w podskokach. Gdy na Marchwickim wykonano KS, byłem dalej trochę za mały, żeby zrozumieć co czytam w Trybunie Ludu. Zresztą Trybunę Ludu czytywałem okazjonalnie, żeby zaimponować koleżankom z przedszkola, na co dzień tłukłem Poczytaj mi Mamo oraz Encyklopedię dla dzieci (to pewnie od niej byłem takim przemądrzałym gnojkiem). Dopiero później obejrzałem ze zrozumieniem jakieś dokumenty na temat, ale za komuny nikt nie podważał tego, że to Marchwicki był Wampirem. No bo i kto by chciał podważać kilkuletni wysiłek specjalnej grupy śledczej, powołanej do złapania mordercy. Dopiero po odzyskaniu niepodległości pojawiły się głosy, że człowiek miał pecha, bo po tym, jak jedną z ofiar Wampira padła bratanica Edwarda Gierka, pojawiło się duże parcie na wynik. No i w wyniku parcia, padło na niego.

fot. Red Dragon Productions
To nie Marchwicki. Fot. Red Dragon Productions

Nie znam sprawy na tyle dobrze, żeby orzekać czy milicja dobrze wytypowała sprawcę, czy sam proces (poszlakowy) był pokazówką i czy przypadkiem nie mieliśmy do czynienia z mordem sądowym, którego Marchwicki był ofiarą. I ta sprawa nie interesowała mnie aż tak, żeby grzebać się w historii sprzed 50 lat. Dlatego na film Pieprzycy szedłem bez obciążeń wynikających z obszernej wiedzy na temat, czy targających mną wątpliwości. Coś o nim słyszałem, byłem ciekaw, chciałem obejrzeć dobry, klimatyczny thriller w anturażu peerelowskim, i dostałem dobry, klimatyczny thriller w anturażu peerelowskim, podlany dodatkowo gęstym sosiwem moralnego zaniepokojenia, ale w dawkach takich, że nie masz ochoty wyjść z kina, trzaskając drzwiami.

W tym filmie nie chodzi o sprawę, pościg, schwytanie, strzelaniny czy akcję. Zresztą pościgów, schwytań, strzelanin i akcji jest odpowiednio: 1, 1, 0 i 2. Najlepsza jest akcja z aresztowania Kalickiego, a ten pościg, to właściwie nie pościg, bo gość jedzie szybko pijany, i zatrzymuje go milicja. A, jeszcze rękoczyn Heimlicha na Gierku był dynamiczny. Poza tym głównie chodzą, siedzą i się zastanawiają przy wódce i salcesonie, kto morduje.

W filmie zagadka kryminalna jest gdzieś trochę w tle, co do pryncypiów, to jednak chodzi o starą jak świat prawdę: ile jesteś w stanie sprzedać samego siebie, jak bardzo potrafisz się zeszmacić, i do czego się posuniesz, żeby osiągnąć cel. Właściwie przez pół filmu oglądałem polskiego Zodiaka, przez drugie pół Wodzireja. A jedna scena, krótki dialog między kolegami, była przeniesiona z tego ostatniego filmu praktycznie jeden do jednego, łącznie z manierą Stuhra, którą ładnie spastiszował Haniszewski (z plakatów myślałem, że to będzie Rafał Maćkowiak, Piotr Cyrwus albo Robert Lewandowski).

I jak są wyniki w śledztwie, to są nagrody. A jak jest więcej wyników, to jest więcej nagród. I w końcu nie sposób z tych nagród zrezygnować, nawet jeżeli na szali wisi życie drugiego człowieka. Główny bohater nie odpuszcza, bo jednak te nagrody są fajne (nowy dom, kolorowy telewizor, talon na samochód), ale pod koniec udaje mu się zrobić coś dobrego, i tak sam nie wiem, czy nie lepiej by było, żeby detektyw Jasiński nie próbował się wybielić, i został do samego końca dwudziestoczterokaratowym skurwysynem.

fot. Orion Pictures.
W dalszym ciągu nie Marchwicki. fot. Orion Pictures.

Pieprzyca w peerelowskich realiach i pod płaszczykiem thrillera opowiada ten swój moralitet o zbrodni, karze, grzechu, nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu, a ja siedzę w kinie i jestem coraz bardziej zdziwiony, że nie mam ochoty wyjść.

A na ekranie cuda! Po tym, jak do roboty wprzęgnięto komputer Odra, zgłoszono się o pomoc do brytyjskiego profilera (za komuny! ciekawy jestem czy tak było naprawdę, czy to już licencia poetica) i zrobiono nieudaną obławę, bęben maszyny losującej wypluł nazwisko: Kalicki Wiesław.

fot. AXN
Dalej nie Marchwicki. fot. AXN

I tutaj duże propsy dla Arkadiusza Jakubika, który przez lata kojarzył mi się z zapijaczonym śmieszkiem, który jest za gruby na hipstera, a tu zonk, dobry aktor dramatyczny, jego kreacja jest oszczędna, budowana głównie znękanym spojrzeniem, ale za to zapada w pamięć, a najmocniejsza scena filmu, w której Jakubik traci poczucie rzeczywistości i pyta się ‚Zabijałem czy nie zabijałem’, przeszyła mnie autentycznym dreszczem. Żeby on był chociaż potworem, kimś, kogo możemy nienawidzić i w poczuciu moralnej wyższości sobie na niego popluć. A tu nie, jego Kalicki jest sympatycznym, pierdołowatym misiem, który ma w domu żonę, która się puszcza na boki, i dzieci, które kocha nad życie (ich zeznania w sądzie łamią serce), a jak trafia do aresztu, to chce dostać kiełbasy i móc obejrzeć mecz Górnika Zabrze. To co z niego za Wampir? Nie wiemy co tak naprawdę kryje się za maską wioskowego głupka. Wyjątkowo przebiegły, inteligentny seryjny morderca, czy niewinny facet, którego sądzą na podstawie wyjątkowo wątłych poszlak, i może gdyby nie panujący system, obrona rozniosłaby akt oskarżenia w strzępy.

fot. arch. Sąd Wojewódzki Katowice
Marchwicki. fot. arch. Sąd Wojewódzki Katowice

I dochodzi do takiej manipulacji, że Kalickiemu współczujemy, a Jasińskiego coraz bardziej nie lubimy, zaś przy scenie gdy stręczy własną dziewczynę nic nie jest go w stanie w naszych oczach uratować, podobnie jak nic nie było w stanie uratować Lutka Danielaka po tym, jak zostawił swoją dziewczynę z panem Jureczkiem.

W doliczonym czasie gry Jasiński próbuje się jeszcze miksować z tego burdelu, ale za głęboko w to zabrnął, żeby móc to zrobić bezkarnie. Padają groźby i z tej próby charakteru nasz bohater wychodzi na tarczy, zaś finałowy dobry uczynek jest małym plasterkiem, którym nie da się zalepić dużej dziury w sumieniu.

Więc ogólnie bardzo polecam, bo chociaż w środku filmu zaczyna robić się trochę ciut przewidywalnie, trochę ciut długawo, to w ogólności film kopie dupę.

A, i zupełnie nie wiem o co chodzi z tymi zachwytami nad Kuleszą. Zagrała na swoim wysokim poziomie, więc dostałem dokładnie to, co dostarcza pani Agata za każdym razem gdy ją widzę na ekranie. To taka nadwiślańska Meryl Streep, czego się aktorsko nie dotknie, to złoto. Więc jakby zero zdziwień, że jej drugoplanowa rola żony Kalickiego to perełka. Chociaż oczywiście oberwało się jej, że po śląsku kiepsko mówi. Na szczęście prawie nikt nie zna śląskiego, więc większość widzów nie da za tę wpadkę złamanego faka. Film otrzymuje solidne 7/10, polecam.

fot. materiały dystrybutora
fot. materiały dystrybutora

Jestem mordercą
reż. Maciej Pieprzyca
scen. Maciej Pieprzyca
w rolach głównych
Jerzy Stu… sorry, Mirosław Haniszewski
Arkadiusz Jakubik
Agata Kulesza
Magdalena Popławska
Karolina Staniec
Piotr Adamczyk