Lśnienie – Stephen King – audiobook

Dawno temu zacząłem pisać tekst na bloga. Miała to być opowieść o tym, jak zakochałem się w słuchowiskach radiowych.

Nigdy go nie dokończyłem.

Komunistyczne słuchowiska

Bo musicie wiedzieć, że PRL słuchowiskami stał. Produkowaliśmy ich dużo, w dobrej jakości, ze znakomitymi aktorami w rolach głównych. A potem publiczne radio je emitowało zupełnie za darmo. Moimi dwoma podstawowymi źródłami pozysku była Powtórka z Rozrywki i Teatrzyk Zielone Oko. W Powtórce leciały słuchowiska zabawne, rozrywkowe nawet, w Teatrzyku kryminały, thrillery i chyba nawet jakieś horrory. Pory emisji przyjazne, bo Powtórka o 13:10 a Teatrzyk po Liście Przebojów Programu Trzeciego. Wtedy byłem młody, na imprezy nie chodziłem, więc sobota o 22:00 to była pora, gdy siedziałem w domu przed radioodbiornikiem i chłonąłem kolejne odcinki. Była to doskonała rozrywka dla młodego czytelnika i świetne ćwiczenie wyobraźni.

Dlatego z dużą radością powitałem kolejne słuchowisko na mojej komórce. Zwłaszcza, że Ojciec Chrzestny, o którym pisałem w poprzednim odcinku, podostrzył mój apetyt. Wyskoczyłem zatem z kolejnego punktu na Audiotece i ściągnąłem sobie Lśnienie.

Nie ukrywam, że podobnie jak w przypadku Cujo miałem poważne obawy czy książka się nie zestarzała do stanu, który uniemożliwi mi jej odsłuchanie. Bezpodstawne. To jest w dalszym ciągu przerażająca historia alkoholika, któremu odpierdala od wymuszonej samotności. I tutaj może skorzystam z okazji, i stanę trochę w obronie Kinga.

King vs Kubrick

Jak wiedzą wszyscy fani, King nienawidzi adaptacji Kubricka. Nienawidzi jej do tego stopnia, że wyprodukował własny mini-serial, w którym opowiedział tę historię tak, jak uważał, że powinna zostać opowiedziana. Popełnił oczywiście jeden błąd, obsadzając w roli głównej Stevena Webera.

Wóda… nuda ryje banie (fot. ©Warner Bros.)

Gość częściowo rolę dźwignął, ale w mojej pamięci był cały czas typem z serialu Wings, i nie byłem w stanie traktować go do końca poważnie w roli staczającego się w otchłań obłędu Jacka. Przynajmniej na początku, bo potem zaczął się rozkręcać, ale bardziej jako spoko ojciec, a trochę mniej jako szaleniec. Poza tym nie mam do serialu uwag. Było strasznie, było klimatycznie, Wendy mnie nie wkurwiała swoją nadekspresją, Danny był spoko, Weber nie próbował być drugim Nicholsonem, bo zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma sensu mierzyć się z kanoniczną rolą.

Faństwo i krytyka serial zjechali, no bo oczywiście pffft, też mi coś, poprawiać Kubricka. Nie poprawiać, tylko opowiedzieć zupełnie inną historię, to raz. Tak jak ją sobie zaplanował pierwotnie King, to dwa. Poza tym, co to kurwa jest za brąz? Oczywiście, że można poprawiać Kubricka. Każdego można. Ja na przykład wyciąłbym z wersji Kubricka 20 minut przynudzania, to tak na początek.

Lubię obie wersje, bo powtórzę – to dwie zupełnie inne historie. I każdą z nich oglądam ze zupełnie innymi oczekiwaniami i nastawieniem. Bo Kubrick zrobił świetny film a King z Garrisem zrobili niezła adaptację. To tyle wtrętu.

Redrum, redrum

Ściągnąłem gigabajty z Audioteki i zacząłem słuchać. Ło panie, co to za popieprzona jazda na kuli, to ja nawet nie wiem. Przede wszystkim role są świetnie obsadzone. Pan Krzysztof Gosztyła jako narrator robi oczywiście genialną robotę, ale muszę wam się do czegoś przyznać, i nigdy nie sądziłem, że to powiem. Otóż Woronowicz jako Jack Torrance robi robotę jeszcze genialniejszą. Kurde, co za gość. Kilka dni temu byłem na nocnym spacerze z Filipem. Uznałem za dobry pomysł wrzucenie sobie Lśnienia na słuchawki. Idziemy, pies tańczy, ja odruchowo też zaczynam, dokoła ciemna noc, zgasły wszystkie światła. Narracja sobie leci w tle gdy wtem…

Prrrrtttt, i zesrał się po same uszy. Pamiętacie scenę z Rivendell, gdy Bilbo prosi Froda, żeby ten mu pokazał po raz ostatni Pierścień? Przejście od Jacka dobrotliwego do Jacka-demona było równie zaskakujące i nieoczekiwane. Chodź gówniarzu, dostaniesz swoje lekarstwo zostało wypowiedziane tak, że prawie się zmoczyłem. Doznanie graniczne, bo jakkolwiek godzę się z tym, że twórcom udaje się straszyć mnie obrazem i dźwiękiem, tak za każdym razem dziwi mnie, gdy dają radę zrobić to tylko głosem. Woronowiczowi się udało, skok tętna o 200%, postarzałem się o kilka lat, pies nie zrozumiał, dlaczego ściągnąłem smycz, zawróciłem i prawie zawlokłem go do domu. Pierdolę nocne słuchanie Lśnienia. Serdecznie pierdolę.

Pozostała obsada

Agata Kulesza jako Wendy doskonała. Z Dannym miałem na początku problem, bo myślałem, że jego kwestie wygłasza dziewczynka i mi to okrutnie tarło. Po godzinie przyzwyczaiłem się do jego głosu, po kolejnej nie wyobrażałem sobie innego i nie rozumiałem o co się czepiałem. Dodatkową robotę robi Marian Opania jako administrator Panoramy. Pojawia się tylko na początku audiobooka, ale jest to wejście smoka. Wkurwiał mnie tak, że jakbym go był w stanie wywlec przez słuchawki za oszewkę, to bym go wywlókł i kopnął w dupę. Smętny kutasina. Doskonała kreacja i wypada mi się tylko cieszyć, że twórcy postanowili po pana Mariana sięgnąć.

Wendy. Wendy, Wendy, Wendy. Najbardziej irytująca bohaterka ever (fot. ©Warner Bros.)

Ponieważ jest to słuchowisko, wypada wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Występuje i buduje klimat, drzwi trzaskają, wiatr zawodzi, osy bzyczą, kocioł sapie i jest to świetne. Ale absolutnie kopie dupę przewodni motyw muzyczny. Czuć go w dole kręgosłupa. Czuć go w gadziej części naszego mózgu. Czuć go w kościach i na ścięgnach. Właściwie to czuć go tak, jakby ktoś piłował nas po gardle tępym nożem. Kompozytor może być z siebie dumny, bo słyszę w nim echa syren, obwieszczajcym mieszkańcom Silent Hill przybycie ciemności. Słyszę w nim skrzypienie podłogi w drugim pokoju, gdy wiem, że jestem w mieszkaniu sam. Dużo rzeczy w nim słyszę, żadna z nich nie jest przyjemna, za to każda smakuje jak pieprzone lekarstwo Jacka Torrance’a.

Oh Danny boy, the pipes, the pipes are calling (fot. ©Warner Bros.)

Lśnienie to kolejna produkcja Audioteki, którą polecam z serca, z duszy! Dobry materiał wyjściowy, kapitalny dobór aktorski, znakomite udźwiękowienie. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to kilka detali realizacyjnych. Są momenty, gdy odgłosy tła i podkład muzyczny zagłuszają kwestie wypowiadane przez bohaterów. Jasne, w niektórych przypadkach jest to zabieg uzasadniony i zakładam celowy. W pozostałych komuś palec poleciał za bardzo na konsolecie i ścieżki się źle skleiły. I niestety, im dalej w książkę, tym tego więcej, kilkukrotnie musiałem cofać się o kilkanaście sekund, żeby usłyszeć co mówią bohaterowie. Poza tym nie mam uwag. No dobra, cena chłoszcze. Ale warto. Chociaż chłoszcze.

Fot. Audioteka

fabuła – od suchego alkoholika do świra, świetna rzecz o rodzeniu się obłędu, 90
realizacja – 90, bo w kilku miejscach głosy tła tłumiły głosy autorów
lektorzy – 100, Woronowicz przebijający Gosztyłę nie zdarza się na co dzień
cena – 50, dokładnie 49,90. W porównaniu z większością oferty droga pozycja, ale warto.
uczucia towarzyszące – chodź gówniarzu, dostaniesz swoje lekarstwo

Lśnienie, Stephen King
Czas 21:08
Czyta: zespół autorów, słuchowisko

Ojciec Chrzestny – Mario Puzo – audiobook

To był szczęśliwy dzień dla Mario Puzo

Nie znam historii powstania filmu, ale zakładam, że było jak w dobrej, sycylijskiej bajce. Pod dom Francisa Forda Coppoli zajechała grupa śniadych dżentelmenów z luparami i złożyli mu propozycję, której nie mógł odmówić. Kazali mu mianowicie przeczytać książkę Mario Puzo i zdecydować, czy z robi z niej film bardzo dobry czy wybitny.

Dalej to już wiemy jak było. FFC zrobił z książki film wybitny, regularnie lądujący w top10 najlepszych filmów w historii kina. Do tego kanoniczna już rola Marlona Brando.

I tutaj anegdota. Czytałem gdzieś, (ale nie potwierdziłem informacji, dlatego anegdota) że prawdziwi włoscy gangsterzy po obejrzeniu Ojca Chrzestnego zaczynali mówić jak Brando. W sumie nawet im się nie dziwię, Marlon niby brzmi jak dobrotliwy wujek, ale gdzieś w tle w tym głosie brzęczy stal i brzmi groza.

audiobook Ojciec Chrzestny
Kiedy ostatnio zaprosiłeś mnie na kawę? Fot. Alfran Productions

I tak oto Puzo miał wielkie szczęście, że jego książkę przeczytał Francis Ford Coppola. Bo o ile napisał rzecz bardzo dobrą, momentami wybitną, tak bez filmu nie osiągnąłby takiej popularności. Co oczywiście byłoby rzeczą fatalną, bo książka to świetna przypowieść o robieniu władzy, obrzucona niezłymi kawałkami o szacunku, honorze i miłości (ta część, zwłaszcza dotycząca miłości fizycznej, zestarzała się najbardziej).

To był jeszcze szczęśliwszy dzień dla słuchaczy

Ojca Chrzestnego audioteka postanowiła zrealizować na bogato. Zatrudnili kilku pierwszoligowych aktorów, dodali ścieżkę dźwiękową, chociaż z powodu praw autorskich nie tę, do której przyzwyczaił nas film i zrobili z książki świetne słuchowisko. Co prawda realizacja dźwięku w kilku miejscach zawiodła i głosy aktorów zagłuszają odgłosy tła, ale całość przedsięwzięcia jest poza tymi nielicznymi wpadkami bez zarzutu.

Dobór interpretatorów wyszedł dobrze, ewidentnych wpadek nie ma. Bardzo odpowiadał mi cwaniakowaty Szyc jako Sonny. Co prawda Caan przyzwyczaił mnie do bardziej eleganckiej artykulacji, ale głos Szyca bardziej mi konweniował z temperamentem Santina. Adam Woronowicz jako Tom Hagen momentami brzmiał mi zbyt płaczliwie. Jasne, konkretne sytuacje uzasadniały stres, ale od consigliore rodziny Corleone oczekuję opanowania i żelaznych nerwów. Na szczęście nie płakał zbyt długo, więc nie wrzucam tego po stronie wpadek.

Dobra Kamila Baar w roli Kay Adams. W filmach, chociaż uwielbiam na nią patrzeć, denerwuje mnie jej maniera aktorska, tutaj dźwignęła temat bez zarzutu.

Świetny Tomasz Kot w roli Nino Valentii. Bardzo dobry Mecwaldowski jako Fontaine. Michaela Corleone doskonale zinterpretował Łukasz Simlat, brzmiał mi lepiej niż Al Pacino. I chociaż w początkowych wejściach głos pana Simlata mi się nie kleił, to gdzieś od połowy książki nie wyobrażałem sobie, że Michael mógłby mówić inaczej. Dobra robota.

No i na koniec proszę wstać, Król idzie.

audiobook Ojciec Chrzestny
Who’s the King? Fot. Alfran Productions
Pedros? Nie, Gajos.

To, że pan Janusz Gajos to w tej chwili najlepszy aktor w kraju i jeden z najlepszych na świecie, powinno być oczywiste dla każdego, kto ma oczy. Jak nikt z Polski zasłużył na Oskara. Bardzo się cieszę, że miałem go okazję ostatnio zobaczyć na żywo na deskach teatru. I życzę mu stu lat życia w zdrowiu i przytomności umysłu. A za rolę Vita Corleone ma u mnie zawsze stopkę zimnej wódki. Znaczy jak go gdzieś zobaczę, to ma tę stopkę.

Bo widzicie, pan Gajos stwierdził, że Brando Szmando, jasne, mogę mówić jak on, z kulkami papieru w kącikach ust, albo mogę mówić tak, jak sobie to wymyśliłem.

audiobook Ojciec Chrzestny
Potrzymaj mnie piwo i słuchaj. Fot. Stach Leszczyński
I powiedział.

Tak powiedział, że po pierwszych trzech zdaniach przez niego wypowiedzianych stwierdziłem, że od dzisiaj głos Dona to głos Gajosa a nie Brando. Uderzyło to we mnie mocno, bo mówisz partia, myślisz Lenin, mówisz Casablanca, myślisz Bogart, a Julian to zawsze będzie Boberek. I myślałem, że tak samo na zawsze będzie dla mnie z głosem Vito Corleone. A tu jeb, i pozamiatane. A umówmy się, żeby pozamiatać Brando, trzeba samemu być zawodnikiem wagi superciężkiej. Pan Janusz Gajos dźwignął temat, proszę pochylić głowy z szacunkiem. Ja swoją kręcę z niedowierzaniem.

audiobook Ojciec Chrzestny
Tam od razu z niedowierzaniem. Fot. POLTEL

Zasadniczo i pobieżnie polecam.

audiobook Ojciec Chrzestny Mario Puzo
Fot. Audioteka

fabuła – od handlarza oliwą do Dona, świetna rzecz o robieniu władzy, 100
realizacja – 90, bo w kilku miejscach głosy tła tłumiły głosy autorów
lektorzy – 100, pan Janusz Gajos to człowiek, który potrafi wszystko
cena – 55, dokładnie 54,90. W porównaniu z większością oferty droga pozycja, ale warto.
uczucia towarzyszące – Don makes me an offer I can’t refuse

Ojciec Chrzestny, Mario Puzo
Czas 18:54
Czyta: zespół autorów, słuchowisko

Cujo – Stephen King – audiobook

Pewnych rzeczy nie należy robić, chociaż i tak nie dam się przekonać żeby nie, zrobię, a dopiero potem będę płakał, że ale jak to. I widzę u siebie pewną konsekwencję w robieniu tych rzeczy, których nie powinienem był robić. Jeszcze ze trzy razy napiszę „robić” i będzie satiacja, więc może przejdźmy do audiobooka.

Nie chodzi mi o trzydniowe imprezy, których większości nie pamiętam, nieuważne kontakty z obcymi kobietami, chujowy kebab o czwartej nad ranem, czy spanie w nocnym, a o powroty do książek, które były dobre gdy miało się piętnaście lat albo piętnaście lat mniej, a teraz to już niekoniecznie.

Domyślałem się, że z Cujo tak właśnie może być, bo przeczytałem go na studiach, spodobał mi się, ale od tamtej pory widziałem mnóstwo lepszej literatury. Ale nie, oczywiście musiałem się przekonać na własnej skórze, czy aby historia stukilogramowego bernardyna, który niby zaraził się wścieklizną, a może tak naprawdę kingowskim Złem, będzie po latach dobra czy daremna, chociaż oczywiście coś podejrzewałem.

Audiobook Cujo, fot. Audioteka.pl
fot. Audioteka.pl

Na swoje usprawiedliwienie mam wyłącznie to, że chodzi o audiobooka czytanego przez Krzysztofa Gosztyłę, po książkę teraz bym nie sięgnął.

Cujo po kilkunastu latach broni się świetną interpretacją pana Krzysztofa, jako książka niestety po większości leży. Tak jak po latach nie czyta się Planety Śmierci, cyklu o Stalowym Szczurze, Agenta Dołu (jedna z moich ukochanych książek w późnej podstawówce/ogólniaku) czy Władcy Pierścieni, tak nie sięga się również do niektórych książek swoich ulubionych pisarzy. Raz i wystarczy.

Jak wspomniałem, Cujo wyszedł z tarczą w zakresie kreacji postaci (standard u Kinga), soczystych opisów makabry, oraz na poziomie myśli psa trawionego chorobą, a jedyny plus ponownej lektury (no dobra, odsłuchu) jest taki, że jak to czytałem w 1994, to ni cholery nie wiedziałem kto to jest George Carlin, i dlaczego akurat on pastwi się nad chrupkami. Teraz wszystkie odwołania popkulturowe ogarnąłem bez problemu. Fabularnie nie smakowało, dzieło męczyłem dwa tygodnie i finalnie dostałem niestrawności.

Co do lektora, no to wiadomo. Być może jest jakaś książka, którą pan Gosztyła przeczytał na odpierdol, ale na razie na takową nie trafiłem. Natomiast znowu udało mu się tak, że musiałem na chwilę zatrzymać odsłuch. Enm, tql Phwb mnovwn fmrelsn Onaareznan, v qehtv, tql Qbaan głhpmr orwfobyrz znegjrtb whż cfn[1] Pierwsza scena dosłownie rozdziera serce, druga wyzwala pierwotne, animalne instynkty. Ale takie, że ma człowiek ochotę coś rozwalić, albo za kimś pojechać.

Audiobook Cujo, fot. Sunn Classic Pictures, TAFT Entertainment Pictures
Kto jest dobrym pieskiem? fot. Sunn Classic Pictures, TAFT Entertainment Pictures

Kolejna świetnie zinterpretowana książka, która sama w sobie niezbyt dobrze zniosła upływ czasu.

I w zasadzie zgadzam się z jednym z komentatorów audioteki: najwyższa pora uznać głos pana Gosztyły za dobro narodowe. Chcę być taki jak on gdy dorosnę.

fabuła – duży pies zabija ludzi, dobre wyłącznie za pierwszym razem, 30
realizacja – 90, bo nie ma ewidentnych wpadek
lektor – 100, klasa mistrzowska, wiadomo
cena – 80, nie odstaje w żadną stronę od średniej ceny na audiotece
uczucia towarzyszące – howlin’ at the moon

Cujo, Stephen King
Czas 15:24
Czyta Krzysztof Gosztyła

[1] Ten sprytny manewr nazywa się rotowaniem. Odszyfrować tekst można chociażby tutaj.

Behawiorysta – Remigiusz Mróz – audio

Remigiusz Mróz trochę mnie uwiódł, a następnie bardzo, ale to bardzo oszukał.

fot. Audioteka
fot. Audioteka

Zaczęło się od audiobooka Kasacja, po którym uznałem Gosztyłę za najlepszego polskiego interpretatora, a Mroza za nadzieję na to, że jest w Polsce ktoś, kto potrafi wyprodukować solidne czytadło. Takie bez pretensji do bycia literaturą wysoką, tylko porządną książką gatunkową. W Kasacji mieliśmy dynamiczny duet Chyłka-Zordon, ich enigmatycznego pomagiera Kormaka (a może Cormaca, bo to od autora Drogi wziął swoją ksywę), dziwnego oskarżonego, odpowiednio brutalnego cyngla, bardzo zabawnych partnerów imiennych kancelarii Żelazny i McVay, którzy nawzajem by sobie gardła poderżnęli. Fajna materia ludzka, dynamiczna akcja, tempo takie, że czasami oddechu brakowało. Oprócz kryminału dostajemy też dramat prawniczy. I chociaż słyszałem głosy uznanej Pani Sędzi, że ten Mróz to się zna na procedurze jak ktoś, kto się nie zna, i że coś nawymyślał, a nie pisał jak jest, to ja mogłem sobie nad tymi zagadnieniami przejść śmiało do porządku dziennego, bo o procedurze sądowej to wiem tyle, że krzyczy się obdżekszyn, a potem sędzia mówi owerruld. No i że jest 12 gniewnych ludzi. Nawet jeżeli Mróz nawypisywał głupot, to nie miałem możliwości weryfikacji, więc nie weryfikowałem, bo to kryminał a nie przedmiot mojej pracy licencjackiej.

Aczkolwiek w zastrzeżenia bardziej doświadczonych ode mnie wierzę bez zastrzeżeń.

Po Kasacji, w której na koniec Mróz zrobił what a twist, przyszło Zaginięcie. I trochę zgrzytnęło, bo zabrakło mi świeżości z pierwszej części. Ale wysłuchałem z równie dużą frajdą, bo ciepło było wtedy na zewnątrz, człowiek bardziej optymistycznie do świata nastawiony, i drobne wpadki nie przeszkadzały mi się dobrze bawić. Co prawda w niektórych momentach fabuła chwieje się od braku logiki, ale przestało mnie to dziwić w momencie, w którym zajrzałem do wersji papierowej, na końcu której ujrzałem następujący tekst:

Remigiusz Mróz
Opole, 8 stycznia – 9 lutego 2015 roku

I trochę mnie zmroziło, bo wyobraziłem sobie najpierw proces twórczy (pisanie praktycznie ciągiem, bez poprawiania), a potem redakcyjny (poprawianie po tym, jak pisarz pisał ciągiem, wiadro kawy, wór szlugów, flakon gołdy codziennie, w efekcie pęknięta wątroba). No ale może Mróz faktycznie tak potrafi.

Przy trzeciej części głównie kląłem, bo o ile kawałek sensacyjno-prawniczy dawał radę, to czytając subwątek alkoholowego uzależnienia Chyłki, głównie płakałem ze śmiechu. No nie, to nawet w literaturze tak nie wygląda, nie mówiąc o świecie rzeczywistym. Naiwność tej wizji psuła mi komfort czytania, ale dociągnąłem. Przy czym wydaje mi się, że gdybym musiał to skończyć na papierze a nie w audiobooku, to odłożyłbym ją na półkę jakieś 100 stron przed końcem. Absolutnie mnie już nie interesowało kto, co i w jakim celu, i czy głównemu bohaterowi wypłacą hajs z tej polisy, czy nie. W zasadzie tylko dobrze obrobiony motyw romski mi się podobał, ale z drugiej strony, jeżeli Mróz motyw romski zrobił tak, jak choćby procedurę prawniczą, to może dałem się oszukać?

Uznałem, że to może być zadyszka, trzeci tom, oprócz niego w 2015 powstały dwie inne rzeczy (Kasacja i Ekspozycja, ta druga z innego cyklu), szychta taka, że nie ma kiedy taczek załadować, trzy książki w roku! No może mu trochę odpuszczę.

W ramach odpuszczania postanowiłem poczekać z wysłuchaniem czwartej części przygód adwokatów, i zwróciłem swe oko na nową książkę Mroza, spoza cyklu.

fot. Audioteka
fot. Audioteka

Behawiorysta zaczyna się konkretnym pierdolnięciem. Zamaskowany napastnik bierze w przedszkolu dzieci i opiekunki za zakładników, odpala stronę internetową, na której można głosować kogo spośród dwóch wybranych pechowców odstrzeli, daje nam dokładny kontekst dotyczący każdej z tych osób, dobiera swoich graczy tak, żeby zawsze wybór był trudny (żeby nie spojlować walnę swój przykład: wybierzecie mordercę, którego nie złapano i uniknął kary, ale teraz pokutuje w klasztorze, czy pedofila, który poddał się dobrowolnie chemicznej kastracji, ale ma na koncie nieudowodniony gwałt na dziecku).

Bo widzicie, on nam pozwala wybrać, kogo ocalić, a kogo zabić. Zaś całą imprezę nazywa Koncertem Krwi. Pozdrawiam wszystkich, którzy oglądali trzeci sezon Black Mirror, podobny patent przypominam sobie z trzeciego sezonu Luthera, ogólnie pomysł jak z cyrku rzymskiego, a i wcześniej pewnie sobie takie zabawy ktoś urządzał.

Na miejsce przyjeżdża tytułowy behawiorysta Gerard. I zaczyna robić to, co potrafi najlepiej, czyli kinezykę, czyli mowę ciała, którą przekazujemy podobno 60-70% informacji. Taki polski doktor Cal Lightman z Lie to Me. No i pewnie dla kogoś, kto nigdy nie interesował się tematem, nie zgłębiał go, i urodził się po roku 1995, postać Gerarda będzie wow, taka odkrywcza i fajna. Zresztą spotkałem się z takimi opiniami w sieci, że Gerard jest nietuzinkowy i taki wow, odkrywczy i fajny, aczkolwiek jak tego fajansiarza można nazwać fajnym, to nie wiem.

Gerard nie jest fajny, to zwykły dęty pacan, który im dalej w książkę, tym bardziej daje się robić Kompozytorowi bez mydła.

Po dobrym początku i interesującej rozgrywce psychologicznej, Mróz wpadł w pętlę narracyjną i zaczął się powtarzać, sztucznie spowalniać akcję (chyba po to, żeby napompować objętość), i robić jakieś cuda na kiju.

Wstyd się przyznać, ale nie wiem jak się książka skończyła. Nie dlatego, że jej nie skończyłem słuchać. Skończyłem. Tylko że kończyłem ją w drodze powrotnej z imprezy. Nie byłem nawet jakoś bardzo naprany. Ale byłem nietrzeźwy i zmęczony do tego stopnia, że nie chciało mi się sięgnąć ręką do kieszeni, żeby się przełączyć na Spotify, jednocześnie straciłem całe zainteresowanie fabułą, więc nie koncentrowałem się na treści. W zasadzie i tak długo wytrwałem, bo gdybym miał Behawiorystę na kindlu, przestałbym go czytać najdalej po osiągnięciu 23%. Takie to było daremne.

Gerard, główny bohater, jest nieznośny w swoim perfekcyjnym opanowaniu. Dlatego jak mu szczwany plan wypalił w twarz, to najpierw się nawkurzałem, że tylko dziecko nie dostrzegłoby, że jest durny, a potem zacząłem się śmiać, bo gość jest typowym przedstawicielem tego gatunku, co to zgłupiał od mądrości swojej, i przez to dał dupy w trzeciej rundzie. Zresztą Gerard ogólnie wkurwia.

Zły Kompozytor Koncertu Krwi pałęta się po scenie i recytuje długie manifesty programowe dotyczące jego metody sprowadzania terroru i bojaźni bożej na głowy biednych owieczek. Do tego opowiada o dylemacie balkonika, ale to chyba coś źle usłyszałem, bo to chyba o wagonik chodziło. I leci Mróz przykładami wprost z podręczników do etyki, logiki, filozofii i psychologii, zamiast wybrać na jednym torze Hitlera, który za rok wynajdzie lekarstwo na wszystkie odmiany raka, a na drugim Matkę Teresę z Kalkuty, która okaże się tym, kim była w rzeczywistości. O, to byłby dylemat, a nie pierdolenie o tym, że zaniechanie też może być reakcją.

Do tego Kompozytor jest taki omnipotentny, że pewnie by Gerardowi z lodówki wylazł w końcu. Wszystko wie, na wszystko jest przygotowany, wszystko przewidział. Taki perfekcjonizm jest zwyczajnie niewiarygodny z punktu widzenia czytelnika, któremu zdarza się własnej dupy zapomnieć, nie mówiąc o głowie. A tu jakiś ziom zaplanował sobie, że stanie się to i to, o tej i o tej godzinie. Jasne, kurwa. Świetnie mi się takie podejście sprawdzało w życiu, zwłaszcza jak pracowałem w logistyce. Wszystko szło zgodnie z planem. ZAWSZE.

PS. Potwierdzone info.

Główny zły wkurwia nawet bardziej niż Gerard. Wyjaśnienie jego złości na świat pozostawiło mnie w niemym zachwycie. Molestowanie seksualne. Wow, to takie odkrywcze, jak kinezyka i dylemat flakonika.

Jedyną niewkurwiającą bohaterką jest Beata, no ale jej akurat było trochę za mało. Ale jak już była, to widzieliśmy twardą, konkretną, rzeczową i inteligentną kobietę, która ma jakiś cel (złapać Kompozytora), a nie pierdolić od rzeczy o mowie ciała. Niestety, jak tylko zaczyna być jej więcej, to przychodzi Gerard i zaczyna pierdolić o mowie ciała, albo spod łóżka wychodzi kompozytor, i zaczyna pierdolić o dyletancie balonika, a jak nie jeden albo drugi, to jej nudny chłopak się wbija ni w pięć, ni w dziewięć. Właśnie, gdzie są inne kobiety? A zresztą, wszystko mi jedno.

Więc nie, nie podzielam zachwytów dotyczących tej książki. Dosłuchałem jej do końca wyłącznie dlatego, że Gosztyła. Więc moja ocena mogłaby wyglądać następująco:

fabuła – 50 za pomysł, 10 za jego realizację, razem 35, bo to nie średnia
realizacja – 90, bo nie ma ewidentnych wpadek
lektor – 100, klasa mistrzowska, wiadomo
cena – 80, nie odstaje w żadną stronę od średniej ceny na audiotece
uczucia towarzyszące – można je nazwać wyłącznie plugawym słowem

Co razem daje uczciwe trzy na szynach, znaczy maks 50. Jak ktoś lubi Mroza, to łyknie i Behawiorystę. Ja podziękuję. A Immunitet, czyli czwarta część przygód Chyłki i Zordona, będzie prawdopodobnie ostatnią książką Mroza, jaką przeczytam/wysłucham. Wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują, że jednak nie da się pisać trzech książek rocznie, i robić tego dobrze.

Czerwony Smok – Thomas Harris – audio

Jak już się niektórzy zorientowali, wszedłem w patronite. To ten przycisk po prawej stronie, link taki bardziej. Po dwóch dobach mam 24 (jaka ładna liczba!) patronów i prawie pińcet ziko miesięcznie, więc nie mam wyjścia, muszę zacząć się wywiązywać. Dobrze mi to zrobi na dyscyplinę, a regularność będzie dobrą wprawką, jak mam w końcu zacząć pisać własne książki, nie?

Naobiecywałem mnóstwo rzeczy, ale to wiadomo, dla hajsu i żeby wyrwać kobietę, mężczyzna obieca wszystko. Dlatego zaraz sobie zrobię excela, żeby się zorientować, jak to ogarnąć logistycznie. I się wywiązać, bo ja sobie tylko tak gadam, że obiecam wszystko, a zostawię z niczym.

No to jak mamy temat patronite pokrótce omówiony, przejdźmy do innych rzeczy. Będzie retrospekcja, wiem jak lubicie moje retrospekcje.

Od stycznia tego roku zacząłem robić kalistenikę (o której więcej w jednym z kolejnych odcinków). A jak zacząłem kalistenikę, to stwierdziłem, że będę też więcej chodzić, po po wizycie w Stanach chodzenie mi się spodobało, może poza bólem kolana. Chodzenie w rytm muzyki i serwisów informacyjnych jest spoko, ale ile można słuchać radia? Nie wiecie? To wam powiem, że po godzinie jest się na krawędzi obłędu. Radio jest strasznym medium, twierdzę że nawet straszniejszym od telewizji. Stwierdziłem, że spróbuję audiobooków.

Początki były dramatyczne. Jak się próbowałem koncentrować na treści, to mi się krok mylił, i się wywracałem. Gdy zaczynałem zwracać większą uwagę na utrzymanie pionu, gubiłem wątek po 3 minutach. Pierwszego audiobooka wysłuchanego w całości (bo były ze dwa porzucone), praktycznie nie pamiętam, bo chociaż brawurowo zinterpretował go Maciej Stuhr, to dobór był niefortunny. Żniwa zła Roberta Galbraitha to trzeci tom cyklu, więc zacząłem jak najbardziej od dupy strony. Bohaterowie odnoszą niektóre teksty do poprzednich części. Zaspojlowałem sobie kupę rzeczy. Połowy wydarzeń nie rozumiałem. Mój czytnik empetrójek włączał sobie czasami shuffling, więc miałem zgryz, dlaczego nie kojarzę, o czym tym razem Maciej do mnie mówi, i przez kilka pierwszych dni kładłem to na karb swojej głupoty. A to było szuflowanie, hahaha.

Frajdy z takiego przyjmowania książek nie miałem żadnej.

Ale ja jestem w taki mułowaty sposób uparty. Czasami wiem, że padnę, ale idę. Czasami wiem, że coś nie ma sensu, ale robię. Bo się uparłem. I na te audiobooki też się uparłem. I nie odpuszczałem, chociaż na początku radość taka, jak z uderzania młotkiem w penisa, to znaczy wtedy, gdy się nie trafia, a w przypadku audiobooków to ta analogia jest trochę bez sensu, i jakbym już musiał, to chyba chodzi o to, że fajnie że skończyłem już słuchać, i mam pozycję odhaczoną, bo raczej o nic więcej.

Walczyłem do kwietnia, gdy zrobiło się na tyle ciepło, że mogłem do kalisteniki dokładać trochę innego, i zacząłem chodzić na siłownie plenerowe w sąsiedztwie. Nie są to może mistrzowskie sprzęty, ale wbrew złym ludzkim językom, jakieś ćwiczenia da się na nich robić. A do ćwiczeń audiobooki wydawały mi się wypełniaczem idealnym. I faktycznie były, koncentracji potrzeba tyle, żeby dobrze prowadzić ruch podczas ćwiczenia, i nie spaść z przyrządu. I się powoli przyzwyczaiłem, chociaż czasami przeszkadzał mi głuchy łomot krwi w uszach, zwłaszcza podczas trudniejszych ćwiczeń przy zwiększonej liczbie powtórzeń.

A jak przyzwyczaiłem się do słuchania audiobooków w trakcie ćwiczeń i spacerów, przeniesienie ich na czas jazdy rowerem było kwestią kilku dni treningu. I dzisiaj, po 9 miesiącach, słucham audiobooków wszędzie. I właśnie dlatego stwierdziłem, że to taka sama książka, jak ta papierowa, chociaż właściwie to może trochę inna, ale nie za dużo, bo nawet obrazki da się niektóre przeczytać, co mam wrażenie miało miejsce w Parku Jurajskim. I jako taka może podlegać recenzji, nie?

Najpierw może jednak mała garsteczka technikaliów. Wypróbowałem dwa programy do słuchania muzyki. Natywny odtwarzacz z komórki, oraz jakieś coś, czego nazwy nie pamiętam, i pamiętać nie chcę. A, jeszcze google music player and shit, ale to też na potrzeby audiobooków daremność. Lubię się umartwiać, i sobie utrudniać po to, żeby lepiej smakowało, jak już się uda, ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że dłużej nie mogę tak żyć. I ściągnąłem sobie na telefon appkę o nazwie Smart Audiobook Player, która waży nic i jest dość smart. Na tyle, żeby zrealizować moje potrzeby słuchacza na stopro, chociaż oczywiście musicie wiedzieć, że ja się lubię umartwiać, i być może są jakieś lepsze rzeczy. Ta ma jakąś bibliotekę, play, stop, minuta do przodu/tyłu, 10 sekund do przodu/tyłu, poprzedni/następny rozdział, a po wznowieniu słuchania cofa się o 3-4 sekundy, żeby się tak gwałtownie nie zaczynać. Korzystam z wersji próbnej, bo oferuje mi wszystko, czego potrzebuję od playera, ale jest możliwość zapłacenia, i odblokowania różnych przydatnych funkcji, z których nigdy w życiu nie skorzystam.

Mój styl słuchania polega na tym, że przerzucam całego audiobooka na komórkę, żeby uniknąć słuchania online. Bo gdy zabraknie internetu (metro), a książka dobra, to będzie tak, jak wtedy gdy zapomniałem zabrać ze sobą trzeciego tomu Nekroskopa, a mieszkałem jeszcze w Piasecznie. I rzucałem palenie. I jak się zorientowałem, że nie mam książki, było za późno, żeby wrócić. Wyobrażacie sobie? Godzina w jedną stronę w komunikacji bez książki? Straszna była ta wizja. Do tego stopnia, że jak rzucił się na mnie pies wabiący się Orion, to ja się natychmiast rzuciłem na niego, chcąc zrobić z niego pas, a potem na jego właścicieli, i to jest jedna z tych historii, z których nie jestem dumny.

Aktualnie na koncie mam jakieś 20 audiobooków, może więcej, co nie jest takim złym wynikiem, zważywszy na fakt, że czasu na czytanie normalnych książek, ostatnio nie mam praktycznie w ogóle. I teraz tak wiecie, bardziej na zachętę, inaugurując cykl napędzany waszym hajsem, chciałem opowiedzieć o książce, którą pewnie wszyscy czytali, ale w audiobooku nabiera nowej jakości.

fot. Audioteka.pl
fot. Audioteka.pl

Czerwony Smok Thomasa Harrisa przez lata kurzył się na półkach bibliotecznych i księgarnianych. A potem powstał film Milczenie owiec, i tłum runął do księgarni, żeby kupić wszystko sygnowane nazwiskiem Tego Autora od Lectera, zresztą sam chyba byłem jedną z tych osób. Książka owszem, bardzo dobra. Ponadto jestem wielkim fanem pierwszej adaptacji filmowej, Tom Noonan jako Dollarhyde jest straszny. Nie wiem nawet dlaczego, bo ma taką poczciwą twarz, ale jest straszny w opór. Tylko się nie pomylcie, szukacie filmu Manhunter w reżyserii Michaela Manna, a nie Red Dragon Bretta Rattnera. Ten pierwszy był dość straszny, nie że bardzo, ale w opór. Ten drugi mnie trochę zawiódł, ale to pewnie dlatego, że uwielbiam ten pierwszy.

Audiobooka wrzuciłem bardziej na zasadzie ciekawości, no i chęci przypomnienia sobie o co chodzi, bo z książki nie pamiętałem nic, a z filmu tylko finałowe Iron Butterfly z ich In a Gadda Davida, w ogóle cała ta sekwencja mocno daje po głowie, często ją sobie przypominam. Zacząłem słuchać i się absolutnie zakochałem.

Fabułę wszyscy znamy, jest Francis Dollarhyde jako Zębowa wróżka, seryjny morderca. Jest Hannibal Lecktor (taką formę zapisu nazwiska znalazłem dla filmu, książki nie mam w ręku, i nie mogę potwierdzić), jest Willy Graham. Czyli bohaterowie znani i lubiani. To ja tu nie będę pisał, że Will z pomocą Hanniego, szuka Francisa, bo po co. Waszą uwagę kieruję natomiast na coś innego.

Na cholernego lektora.

fot. Audioteka.pl
Bardzo sympatyczny człowiek z twarzy.

Krzysztof Gosztyła grał w filmach, potem grał w serialach, ale jak go usłyszałem w książce, to nie mogłem skojarzyć głosu z twarzą. Taki trochę aktor z twarzy zupełnie niepodobny do głosu. Z tego miejsca chciałbym przeprosić za swoją abnegację, bo może być tak, że pan Krzysztof gra w jakimś teatrze, i tam wymiata. Do teatru rzadko, kiedyś opowiem dlaczego, to się nie znam. Albo jest najbardziej ulubionym bohaterem jakiegoś serialu w telewizji, której nie oglądam od chyba 8 lat. Ewentualnie grał w doskonałych polskich filmach, których nie widziałem, bo rzadko chodzę do kina na polskie filmy. Nie piszę tego, żeby pana Krzysztofa dissować.

Bo Krzysztof Gosztyła to dla mnie najlepszy lektor w kraju, i jak coś czyta, to biorę to w ciemno, nawet jeżeli wszystko na okładce mówi, że to będzie crapfest. Bo wiem, że nawet kiepską książkę, zamieni swoim głosem w arcydzieło. Gdybym nie był zaręczony, wyznałbym mu swoją miłość. Oczywiście takie zapewnienia, to sobie można napisać zawsze, dlatego będzie nudna anegdota.

Czerwonego Smoka słuchałem jakoś w okresie letnio-wakacyjnym. Ciepło, późno się ciemno robi, kupa ludzi na mieście, w ogóle tip top, nic tylko jechać rowerem, wąchać powietrze, i słuchać książki. Któregoś dnia wracałem ze spotkania towarzyskiego jakoś wyraźnie później w nocy, właściwie bliżej północy. Jechałem sobie taką dziwną trasą przez parczek przy kinie Iluzjon, bo noc była piękna, to co mam sobie nie pojechać dokoła. I nagle się zorientowałem, że…

W tym parku nikogo nie ma…

A do ucha, Dollarhyde szepcze mi jakieś rzeczy. I właściwie mam wrażenie, że stoi mi za plecami, i właśnie stamtąd dobiega jego wyjątkowo złowieszczy szept.

Wyjąłem słuchawki z uszu. Wytarłem pot z czoła. Zmieniłem bieliznę. Pozostała część podróży minęła w głuchej ciszy, ale za to już bez większych niespodzianek.

Drugi raz musiałem wyłączyć audiobooka jakieś dwa miesiące później, gdy jeden z głównych bohaterów Kasacji (Remigiusz Mróz) pada ofiarą szantażu. I bardzo zły człowiek każe mu powiedzieć ‚jestem dziwką Gorzyma’. Znowu pan Gosztyła przeczytał to tak, że wstałem z ławki przed blokiem, na która akurat wyszedłem na kawę, wróciłem do domu, i wszedłem pod koc. I właściwie to nie wiem, czy chciałbym mieć taki wokal jak pan Krzysztof, czy może niekoniecznie.

Więc gdybym miał ocenić cztery aspekty audiobooka Czerwony Smok, to byłoby to jakoś tak:
fabuła – 90, bo znana
realizacja – 90, bo nie ma ewidentnych wpadek
lektor – 100, klasa mistrzowska
cena – 80, nie odstaje w żadną stronę od średniej ceny na audiotece
uczucia towarzyszące – można je nazwać wyłącznie po francusku

Co razem daje uczciwe pińcet. Znaczy 90. Szczerze polecam.

Czerwony Smok, Thomas Harris.
Czas 14:46
Czyta Krzysztof Gosztyła

Edyta mówi, że warto dodać linki do miejsca, z którego biorę książki. Audioteka nie płaci mi za reklamowanie ich oferty. Dostarczają natomiast audiobooki tak dobrej jakości (wnioskuję na podstawie tych, których wysłuchałem do tej pory), że śmiało mogę ich polecać.