Z kamerą wśród zwierząt 14

Niektórzy się cieszą, że wróciłem do pisania, inni się martwią, że znowu te gówniane tematy polityczne. Spieszę donieść, że niedługo zacznę zapodawać inne treści.

A tymczasem przechodzimy do podsumowania tygodnia, czy nawet dwóch, bo tydzień temu nie pisałem, z powodów, o których opowiem w następnym tekście.


Jest sobie spółka PFR Nieruchomości. I ona, ta spółka, jest odpowiedzialna za rozwój programu Mieszkanie Plus. Złego słowa o samym pomyśle nie powiem, bo wierzę w to, że mieszkanie nie musi być wcale kupowane na wolnym rynku za chore pieniądze, tylko przekazane lokatorowi przez państwo najpierw na wynajem, a potem na własność.

Program wystartował w 2016 roku, jeszcze Szydło Beata go ogłaszała. W ramach programu miały powstać tysiące mieszkań. Dwa lata później, Prezes dał głos i w swoim liście do poddanych napisał “W ramach programu „Mieszkanie Plus” chcielibyśmy wybudować w najbliższych latach od 2,5 do 3 mln tanich mieszkań. To śmiały cel, ale wykonalny”.

Nawet sam premier aktualny obiecywał, że do końca 2019 roku w budowie będzie 100 tys. mieszkań.

Dotychczas do użytku oddano niecały tysiąc mieszkań, kolejne półtora tysiąca w budowie. Gdyby miało się potwierdzić to, co obiecał Prezes, to zakładając stuprocentowe przyspieszenie tempa budowy, tymi milionami mieszkań będziemy cieszyć się w roku 5769. Ja nie doczekam, ale cieszę się szczęściem przyszłych pokoleń.


Skoro jesteśmy przy bombastycznych obietnicach, to co prawda dalej nie ma miliona aut elektrycznych, ale za to prąd elektryczny wkrótce bardzo podrożeje.


Wkrótce minister, Woś Michał, jechał 180 km/h. Właściwie to nawet nie jechał, ale był wieziony. Wnioskując z jego słów, to nawet nie tyle wieziony, co więziony i uprowadzony. Bo widzicie, on krzyczał do kierowcy, żeby tamten zwolnił, bo wkrótce minister Woś nie lubi szybkiej jazdy, ale kierowca nie zwolnił i jest przypał, bo 180 km/h na drodze gdzie jest ograniczenie do 90 km/h jest delikatną przesadą. No i ta jazda po buspasie. Ale to wszystko wina kierowcy.

Dlatego pamiętajcie, jak was ktoś złapie za rękę, to najgłośniej ze wszystkich krzyczcie, że to nie wasza ręka. I będzie dobrze.


Z dobrych wiadomości: po upływie pół roku od premiery “Tylko nie mów nikomu”, w sprawach poruszanych w filmie, w tym kraju nie zmieniło się absolutnie nic. Nawet nowelizację Kodeksu Karnego magister Ziobro zjebał. Na wschodzie bez zmian.


W 2017 roku narodowcy zrobili sobie manifkę, podczas której na szubienicach powiesili zdjęcia z wizerunkami europosłów PO głosujących za rezolucją PE, dotyczącą praworządności w Polsce. Ktoś tam gdzieś nieśmiało robił czynności, ale bez przesady, nie będziemy przecież szkalować i karać naszych sojuszników w walce z opozycją. Dlatego karykatur…, przepraszam, prokuratura w Katowicach umorzyła sprawę. I żeby było jeszcze weselej, nie zrobił tego prokurator prowadzący sprawę, tylko zastępczyni szefa katowickiej okręgówki.

Widzicie, wieszanie zdjęć na szubienicach nie jest przestępstwem związanym z groźbą przemocy. Oczywiście wyłącznie, jeżeli dotyczy wieszania zdjęć przeciwników politycznych obecnej władzy.

Jak widzę zasztyletowanie człowieka na scenie, nie dało władzy do myślenia.


Kręci się inba związana z anulowaniem, czy tam powtórzeniem głosowania. Dowody są niepodważalne, więc nikt się tą sprawą nie zajmie na poważnie, opozycja się pruje, ale nic to nie da przecież. Cztery lata temu pewnie byśmy się wkurwiali, może nawet poszlibyśmy manifestować pod Sejm. Przez ostatnie cztery lata nauczyliśmy się jednak, że nasze protesty mają skuteczność brzozowej witki w starciu z wkurwionym misiem grizzly, więc po występie marszałkowej Witek Elżbiety, tylko wzruszyliśmy ramionami i wróciliśmy do swoich zajęć.


A skoro jesteśmy przy protestach. W końcu władza pogodziła Polaków, wybierając do Trybunału Konstytucyjnego trzech nowych sędziów. Ludzi o nieposzlakowanej opinii, kryształowo uczciwych intelektualistów, tuzów sędziowskich, krem a’la krem prawniczego świata. Są to: Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina, i doceńcie, że powstrzymałem się od prostego dowcipu związanego z nazwiskiem pana Jakuba.

Piotrowicz z Pawłowicz nie mają co prawda nieskazitelnego charakteru, są aroganckimi chamami, nie są apolityczni, a wręcz przeciwnie, a wreszcie nie spełniają kryterium wiekowego, bo są za starzy, ale z jakiegoś powodu się do TK nadają. Tak musi być.


Natomiast śmiech pusty mnie ogarnia na myśl o tym, że przysięgę od tych sędziów będzie odbierał Duda Andrzej. Pamiętacie jak podczas zaprzysiężenia nowego parlamentu mówił o pojednaniu, powściągnięciu języka, utrzymaniu kultury i odrzucenie sporów? Pisałem o tym krótko poprzednim razem. I teraz taka gruba nieprzyjemność się przydarza, że na apolitycznych sędziów TK, pan prezydent Andrzej będzie zaprzysięgał polityków bryzgających nienawiścią do wszystkiego, co żywe. Jeżeli to nie jest najśmieszniejszy dowcip świata, to sam nie wiem, co nim jest.


Szef banku Pekao SA, niejaki Krupiński Michał, w którymś z wywiadów powiedział, że nie jest bankierem PiS, i że nie lubi tego określenia. Ktoś kiedyś powiedział, że nie będzie notariuszem rządu. Teraz też pewnie nie lubi tego określenia.


Nasza nowa Milicja Obywatelska notuje nieustające pasmo sukcesów. W Koninie niedouczony funkcjonariusz zastrzelił 21-latka, we Włocławku dwóch, ponoć doświadczonych milicjantów, nagrało komórką półnagą kobietę, która wspinała się po kratach komendy, natomiast w Sitnie (lubelskie) przeszli samych siebie. Otóż uwagę funkcjonariuszy przykuł kierowca, który chyba jechał zbyt ekscentrycznie jak na godzinę 9:00. Gdy próbowali go zatrzymać, spierdolił im na teren swojej prywatnej posesji. Zatrzymali go w końcu i wydmuchał 2,5 promila, samochód prowadził pomimo zakazu prowadzenia pojazdów, a bryczka nie ma aktualnych badań technicznych.

Co w tej sytuacji robi polska milicja? Puszcza typa. Gość oddaje kluczyki członkowi rodziny i obiecuje, że nie wsiądzie do auta. Kilka godzin później rozjeżdża czy też potrąca dwóch pieszych i ucieka z miejsca wypadku. Po zatrzymaniu wydmuchuje 3 promile.

Oficer prasowa KMP w Białej Podlaskiej przekonuje, że milicja działała zgodnie z obowiązującymi przepisami. Czyli pamiętajcie, jeżeli już uciekniecie funkcjonariuszom na swoje podwórko, chuja wam mogą zrobić. Aautomatycznie otrzymujecie kartę wyjścia z więzienia. Chciałbym dać coś optymistycznego na koniec, ale mogę tylko zacytować Angry Boba z filmu Hardware:

As for the good news – There is no fucking good news!

Ania z A na końcu

Nigdy nie rozumiałem tej fascynacji. Czym tu się jarać? Jakaś laska prowadzi nudne życie na pagórku a dziewczyny się ekscytują tymi książkami, jakby czytały Władcę Pierścieni, gdzie życie pod pagórkiem było przynajmniej preludium do rozpierdalatorskiej wyprawy.

Totalnie bez sensu, już lepiej czytać Pana Samochodzika, Winnetou, Niziurskiego albo chociaż mity greckie.

Jak jest

Typiara mieszka z rodzicami w domku jednorodzinnym. Domek jest w Anglii, więc koniecznie otoczony płotkiem z ładną furtką, pod którą mleczarz zostawia mleko. Przed domem ogród, sporo drzew ozdobnych i owocowych, żeby można było sobie w cieniu pierdolnąć i wypocząć. Za domkiem pola, łąki, kwietne gaje, las, wilki jakieś i inne chuje muje, akurat tyle, żeby bohaterka mogła łazić po wykrotach i przeżywać przygody.

Ania z zielonego wzgórza
Miało być tak (fot. Pixabay)

Oczywiście żeby przeżywać przygody, trzeba mieć ekipę przyjaciół. Więc ma jedną zajebistą przyjaciółkę od serca, best friends forever, te klimaty. Do tego jeszcze ze dwie inne i jednego kolesia, może to być syn stajennego, niezbyt rozgarnięty, taki brat-łata, którego wszyscy wykorzystują, więc dziewczynkom go żal. No i tak sobie biegają po polach i lasach, i przeżywają przygody, jak Tomek Sawyer i Huck Finn. Właściwie bohaterka może jest nawet taką Becky?

Rodzina

Rodzice majętni, stare pieniądze, ale nie jakieś przesadnie duże. Pani matka zajmuje się domem, ale bez fanatyzmu. Ot, jakaś herbata dla sąsiadek ze wsi, podwieczorek, jakieś garden party. W ciągu dnia dziarga na tamborku albo ładnie pachnie na szezlongu, chociaż nie jest melancholijną globusowiczką. Nie, raczej taka konkretna babka, którą hajsy troszkę rozleniwiły, ale dalej stąpa dość twardo po ziemi.

Do pomocy ma gosposię, która ogarnia dom, gotuje, sprząta, pali w piecu. Do tego stajenny, który rozgarnia końskie gówno i dba o to, żeby dom nie popadł w ruinę. Fornal może bardziej? Żona mu zmarła jakiś czas temu, sam wychowuje syna, tego z którym przyjaźnią się dziewczyny. Syn ciężkawy na umyśle, więc ojciec nie żałuje mu pasa i wychowuje go twardo, ale z miłością.

Ania z zielonego wzgórza
Albo jakoś tak (fot. Pixabay)

Ojciec bohaterki? Robi coś dla Korony, bo jak wybucha wojna, to znika z domu, ale nie walczy na froncie. Na front trafia mięso armatnie. Czyli fornal. No i wtedy matce trochę ciężej się żyje, bo czasem musi wyjść do stajni i dać koniom wiecheć siana.

Bohaterka wie, że coś tam się odpierdala i huczą niemieckie bombowce, ale nie czuje trudów wojny, bo ojciec robi dla Korony, więc reglamentacja całą rodzinę chuj boli.

Przygody trwają przez kilka tomów, każdy z nich to kolejny rok, ale jako że nigdy się tak naprawdę nie interesowałem ile tych tomów LMM nawaliła, to nie wiem czy z bohaterką rozstajemy się, gdy idzie do szkoły z internatem, czy może później.

Bo, jak wspomniałem we wstępie, zupełnie nas, chłopaków, ta historia nie interesowała.

Jak jest naprawdę

Naprawdę jest tak, że jest ciężko. Bohaterka jest sierotą, którą rzuca od jednego domu zastępczego do drugiego. Rzuca, bo jest krnąbrną, bezczelną, wyszczekaną gówniarą, do której nikt nie ma cierpliwości.

W tych domach zastępczych zasuwa tak, że krew się jej leje spod paznokci. Od przybranych rodziców dostaje wpierdol. Gdy wraca do bidula, pada ofiarą bullingu i też wpierdol. Całe jej dotychczasowe, krótkie życie to wpierdol i ciężka praca, dlatego szuka ucieczki w książki i wymyślane fantazje o księżniczkach i księciach. Ogólnie temat smutny do tego stopnia, że osoby wrażliwe płaczą podczas oglądania serialu jak bobry.

Ania z zielonego wzgórza
Jest natomiast mniej więcej tak (fot. Pixabay)

Gdy nie dostaje wpierdolu, słucha jak pijany przybrany tata posuwa przybraną mamę. W końcu trafia do domu dziwnego, podstarzałego rodzeństwa, które po kilku perturbacjach przyjmuje ją jak swoją i adoptuje. Co dalej nie wiem, bo zatrzymałem się na piątym odcinku.

WTF?

Wiecie, że nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby sprawdzić o co właściwie chodzi z tą całą Anią z Zielonego Wzgórza? Gdy byliśmy dziećmi, była to lektura babska. Potem, gdy podrosłem, tym bardziej nie miałem powodu się tymi książkami interesować. Historię wyobrażałem sobie tak, jak przeczytaliście to w pierwszych dwóch częściach. Dlatego nie zajarałem się przesadnie na wieść o tym, że Netflix zrobił serial, bo nie jestem w targecie.

Anne with an E

Pierwsze pięć odcinków obejrzałem przypadkiem. Znaczy zacząłem oglądać przypadkiem, a potem to już mnie zassało i nie mogłem się oderwać. I teraz wystawcie sobie moją konfuzję, gdy moje wyobrażenia na temat tego, o czym jest Ania z Zielonego Wzgórza, zderzyły się z tym, o czym naprawdę jest Ania z Zielonego Wzgórza.

Nawet kilka razy dopytywałem M. czy to się zgadza z książką, no bo kurde, przecież Ania miała wieść szczęśliwe życie córki posiadaczy ziemskich a nie być sierotą, która ma przejebane. Na szczęście te rozterki nie przeszkodziły mi w oglądaniu kolejnych odcinków z wielką radością.

Ania z zielonego wzgórza
Z czasem u Ani zaczyna dziać się lepiej (American Gothic, aut. Grant Wood)

Nie mam pojęcia, czy Ania z A na końcu jest serialem, który spodoba się hardkorowym fanom książek. Bo jak wspomniałem, nigdy w życiu nie dotknąłem ich nawet kijem. Książek, nie fanów. Ja natomiast Ania z A na końcu jestem zachwycony. Świetna historia, świetna obsada, świetna nuta, świetne, dojrzałe aktorstwo głównej bohaterki i w ogóle wszystko świetne.

A, no i oczywiście Ania przeżywa przygody. Nie tak rokendrolowe jak Tomek z Huckiem, bo przecież w końcu jest tylko dziewczyną, nie?

No właśnie.

Ten straszny feminizm

Leje się z każdej minuty serialu, co musi niektórych strasznie wkurwiać. No bo przecież koncepcję, że kobieta może robić to, co chce robić w życiu, a nie to, czego oczekuje od niej społeczeństwo (żona, matka, gosposia) niektórzy znajdują obrzydliwą nawet w XXI wieku. Mam mnóstwo radości z wyłapywania tych wszystkich fragmentów, w których bohaterka się emancypuje. Czy to sama (mówiłem, pyskata i dość niezależna), czy to z pomocą i za poduszczeniem przybranej matki.

No i w swoich przygodach wykorzystuje swój mózg i intelekt, a nie knajacki spryt.

Z mojej strony wyłącznie aplauz i aprobata. Idźcie i oglądajcie przygody Ani z A na końcu, bo tak pozytywnego przekazu dawno nie widziałem w serialu.

„Anne with an E” do znalezienia na Netflixie. Kupa radochy gwarantowana.

Drugi powód mojej absencji na stronie

IgiMag, oczywiście, wiadomo. Robimy pełną parą, że aż się czasem zastanawiam, czy z dupy to mi leci jeszcze para, czy już dym.

Jest jednak drugi powód, dla którego ostatnio było tu puściej. Otóż kobieta mnie kusiła tak długo, aż skusiła. Będziemy to robić, muszę tylko przemyśleć model i zastanowić się, czy zbiorę na to hajsy na crowdfundingu, czy jakoś inaczej.

Sprawdźcie i powiedzcie sami, ma to szanse powodzenia?

Oraz dokładnie wiem, co sobie pomyśleliście, jak napisałem „będziemy to robić”.

Dwadzieścia w jedno

Pamiętam jak dziś. To był piątek. Zacząłem bez przesadnego entuzjazmu czytać powieść wyciętą z Fantastyki. Bez entuzjazmu, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiałem. Na dodatek wakacje dokoła były, a ja, jak ten głupek, siedzę nad książką, w której nie wiem o co chodzi, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiem.

Fot. Internet
Taka niepozorna okładka (F 8/89). Fot. Internet

Widzicie, dawno temu w Fantastyce były powieści, które można sobie było wyjąć ze środka, zszyć i oprawić w okładki, kupowane oddzielnie. Nie mam teraz pod ręką kartonu żeby się pochwalić licznymi egzemplarzami, bo po przeprowadzce mam bardzo niewiele kartonów pod ręką, ale sam w ten sposób pozyskałem i przeczytałem całe mnóstwo dobrej prozy. Gdybym miał zrobić jakiś ranking powieści, które pokazały mi, że fantastykę można pisać w inny sposób niż znany mi do tej pory, to pierwsza piątka wyglądałaby pewnie jakoś tak (kolejność losowa, to nie plebiscyt tylko lista).

  1. Bill, bohater Galaktyki, Harry Harrison
  2. Mechaniczna Pomarańcza, Anthony Burgess
  3. Kolor Magii, Terry Pratchett
  4. Formy Chaosu, Colin Kapp
  5. Gra Endera, Orson Scott Card

Dwa śmieszki, dwie space opery, jeden gwóźdź w głowę. Ale jak pisałem, ten gwóźdź nie tak od razu, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiałem.

Fot. empik.com
Mechaniczna, czyli wersja R. Fot. empik.com

Po pierwszym razie szybko przyszła ochota na drugi, bo ni grzyba z niej nie zrozumiałem, a fajnie byłoby skumać czym ekscytuje się cały świat. Po dwóch razach ze słowniczkiem, miałem już niejakie pojęcie o co chodzi z tym Alexem i jego bojkami, po kolejnych dwudziestu skumałem wszystko, następne trzydzieści razy było już dla przyjemności czytania i wygrzebywania smaczków. Gdybym miał lepszą pamięć, znałbym ją na pamięć. Mam słabą pamięć, przez co ledwo pamiętam kultowe cytaty.

Zaczynałem z wersją R, no wiadomo, tylko taka była. Potem przyjechałem na studia do Warszawy i kupiłem sobie Mechaniczną Pomarańczę w oryginale, dzięki czemu odniosłem grejt sakses wygłaszając na angielskim referat o Burgessie, ze szczególnym uwzględnieniem językowej warstwy powieści. Pani lektor przyznała mi się, nieco zawstydzona, że nie dała jej rady.

Potem przyszła wersja A, która nie zachwyciła tak jak R, ale nieźle przewidziała kierunek, w którym będzie ewoluował język młodzieżowy.

Fot. empik.com
Nakręcana, czyli wersja A. Fot. empik.com

Był też film, za który oberwało się Kubrickowi, bo jak on mógł zekranizować powieść, pozbawiając ją ostatniego rozdziału, a tym samym wulgaryzując i spłycając jej wymowę. Taka szalona myśl. A może on bazował na wydaniu amerykańskim, w którym tego rozdziału nie było w ogóle? I nie miał pojęcia o jego istnieniu? Albo usłyszał, jak miał już scenariusz w realizacji? Ale to tylko taka szalona myśl.

Fot. Warner Bros.
To co teraz, ha? Fot. Warner Bros.

Nie wiem kiedy zorientowałem się, że to nie Burgess jest autorem Mechanicznej Pomarańczy, tylko jej polski tłumacz Robert Stiller. To było chyba wtedy, w którym powiedział, że zrobił wersje A i R, a teraz pracuje nad wersją N, czyli zniemczoną Sprężynową Pomarańczą. Szkoda, że się jej nie doczekamy.

Wszyscy wiemy, że 2016 to chujowy rok, który kosi wielkich i znanych jak zboża łan. Skosił też Roberta Stillera, który zmarł po cichu i bez rozgłosu 10 grudnia, nie doczekawszy się należnych mu fanfar i hołdów. Tak, wiem. Podobno był nieznośnym, męczącym, zadufanym w sobie, zarozumiałym na maksa, przemądrzałym typem, który przechwalał się znajomością 30 języków, i wytykał Burgessowi błędy i niechlujstwo w tworzeniu nadsatu (slang z MP). Niektórzy nie darują mu Lolity (nie czytałem, nie wiem co tam zrobił), inni Alicji w Krainie Czarów (Słomczyński, kurwa, a nie jakiś Stiller), a jeszcze inni domniemanej współpracy z bezpieką (ponoć Kryspin, dowodów nie widziałem).

Olewam to. Dla mnie zawsze będzie gościem, który napisał Mechaniczną Pomarańczę po polsku.

Mieszkanie do wynajęcia – Praga Północ

Jest taka zorganizowana akcja, że być może ktoś z was, waszych znajomych, albo znajomych znajomych, albo z rodziny, albo kolega/koleżanka z pracy, szuka mieszkania. Bo zorganizowanie tej akcji polega na tym, że właśnie mam mieszkanie do wynajęcia.

Znajduje się ono w pięknych okolicznościach przyrody, ci co mają wiedzieć, to wiedzą, pozdro dla kumatych, elo. Wszystkim pozostałym powiem, że kwadrat jest przy 11 Listopada, adres przy Lęborskiej. Dzięki temu, że do Żaby rzut beretem, na Wileniak dwa przystanki tramwajem, a na Wschodni z pięć autobusem, wszędzie stamtąd blisko.

No bo popatrzcie, jaki mam dobry dojazd do pracy, na ten przykład w Barcelonie:

Wychodzę z domu o 7:25, mam 300 metrów do przystanku, to sobie dochodzę do niego w 3 minuty. O 7:30 podjeżdża tramwaj 4. Wsiadam, ale nie rozsiadam się za wygodnie, bo w 8 minut dojeżdżam do Starego Miasta. Jadę schodami na górę, bo to zawsze frajda, idę na przystanek autobusowy, o 7:52 wsiadam w 175, który na Okęciu jest o 8:31. To akurat jestem godzinę przed odlotem, odprawiłem się już wcześniej, przechodzę sobie przez security, po drodze kupuję kawę i bagietę, i o 9:00 stoję przed gejtem.

I jak, nieźle, nie?

Albo o, do Gdańska chcę sobie pojechać. To sobie wychodzę z domu o 7:40, przechodzę na drugą stronę ulicy, wsiadam w 169 o 7:42. O 7:56 jestem na Wschodniej, idę do kasy, kupuję bilet na ten o 8:28, i już o 11 wysiadam w Gdańsku, a o 11:25 moczę nogi w Bałtyku.

Jak już sobie opierdoliliśmy komunikację, może kilka zdań o miejscówce.

Ziomeczki w porządku, żadnych ekscesów, napadów, wpierdolu, dziesiony, krojenia z hajsu, wymuszeń rozbójniczych, czy włamów na kwadrat, przez te wszystkie lata, jak tam mieszkałem, nie doświadczyłem. Sąsiedztwo spokojne i senne, niczym miasta południa Europy w czasie sjesty. Zimą wszyscy siedzą w domach, latem na krawężnikach i murkach. Czasami przy całodobowej Szklanej Pogodzie ktoś zachrypi o szluga albo ziko, którego każdemu i zawsze brakuje do tego pierwszego albo ostatniego browara.

No i jest Wariat, o którym pisałem raz czy dwa, który krąży przy Orlenie, i za dwójaka zawsze opowie, że trochę świruje, ale już nie tak, jak kiedyś.

Jeżeli zdecydujecie się na dojazdy nocnymi (cztery linie, konkret), to pamiętajcie, że jak wysiadacie na Kowieńskiej (dwie linie), oczekuje was prestiż, uznanie, i sukces, bo ludzie dalej wierzą, że na Pradze Północ żyją smoki, które zjadają nocnych wędrowców. I jak ktoś wysiada na Kowieńskiej (dwie linie), to wszyscy żegnają go spojrzeniami pełnymi nabożnego skupienia, i mógłbym przysiąc, zabobonnego lęku. Raz, gdy wychodziłem na Kowieńskiej, krzynkę pijany, powiedziałem ludziom w autobusie ‚Morituri te salutant’. Nawet kierowca bił brawo. Gdy raz, również krzynkę pijany, wysiadłem przez pomyłkę na Szwedzkiej, róg Stalowej, to miły młody człowiek rozepchnął ludzi kłębiących się przy przejściu, i powiedział ‚rozejdźcie się, pan chce wysiąść’. Groza, szok, przerażenie mieszały się na twarzach współpasażerów. Założę się, że połowa z nich następnego dnia odpaliła internety i szukała informacji o tym, że krzynkę pijanego pana zabili na Stalowej. Nikt nawet szluga ode mnie nie chciał wysępić, a co dopiero mówić o zabijaniu.

Bo prawda jest taka, że Stalowa to była groza 15, może 20 lat temu. Teraz to w miarę normalna miejscówka, na której może i jest trochę więcej dresiarzy niż gdzie indziej, ale bez przesady z tym niebezpieczeństwem. A już 11 Listopada, czy ta moja Lęborska, to już w ogóle luz blues, cisza, spokój, i świerszcze grają.

Co tam jeszcze? Aha, kwadrat był bardzo fajną bejownią, miały w nim miejsce dość udane dwudniowe libacje, niezliczone aftery, często przechodzące w bifory, no i ogólnie dobry klimat tam panował, ale potem lokal się ustatkował, i zgrzeczniał. Co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu można tam skręcić sympatyczną, niewielką imprezę.

Miejsca jest sporo, bo 40 metrów, zresztą szczegóły w opisie. Ja wam może jeszcze kilka ciekawostek tylko zapodam, i przestaję ględzić.

– wszyscy w okolicy kibicują Legii, więc nie należy się wyrywać ze swoją miłością do Polonii.
– ten Orlen, o którym pisałem, był tuż przed moją wprowadzką na Pragę, nieczynny. Okazało się, że miała tam miejsce egzekucja mafijna.
– jak się boicie kupować alkohol w nocy na Orlenie, na którym była egzekucja, możecie pójść do Szklanej Pogody, też mają piwo. A jak nie, to jest przy Żabie Statoil czy inny Shell, gdzie też mają alkohol. Impreza nie umrze nigdy.
– przystanek drugiej linii metra jest planowany jakieś 500 metrów od mojego domu. W tym momencie zostanę prawdopodobnie milionerem. Oczywiście na papierze.
– sąsiedztwo mojego mieszkania jest wybitnie zielone. Cmentarz Bródnowski składa się z samych drzew, niedaleko mam duży skwer, kawałek dalej Park Praski i ZOO. Plus uroczy plac Hallera. Jak ktoś lubi, to może sobie sieknąć urbex w coraz bardziej znikającej Pollenie przy Szwedzkiej. No i trainspotting przy torach też jest fajny.
– Tesco, Lidl i Kerf w zasięgu wzroku, tylko Oszą mi brakuje. No i na Pradze uchowały się niedorżnięte przez handel wielkopowierzchniowy, małe sklepiki osiedlowe. Ten jeden, w którym obsługa nie odpowiadała dzień dobry i do widzenia, właśnie z pół roku temu w końcu padł. Reszta hula.
– wiele prób podjęto, by ożywić pusty lokal w bloku niedaleko mnie. Jedna knajpa, druga knajpa. Nie wyszło. W końcu ktoś powiedział ‚a chuj, zobaczmy czy ziomeczkom posmakują tanie hambuksy’, i otworzył Yogi Burgera. Wersja podstawowa kosztuje 11 ziko, z frytkami w zestawie 14, jest to zupełnie jadalne, ziomeczki też kupują, więc w razie jakby głód dopadł, można oczywiście zamówić pizzor, ale można też pójść na krótki spacer (300 metrów góra), i wziąć hamborgira na wynos.
– do Hydro i Składu Butelek jest ode mnie 800 metrów. To nawet jak się człowiek z powrotem czołga, w domu będzie w 20 minut, no, w 22 jak po drodze zahaczy o Szklaną Pogodę, żeby browara na rano kupić.
– w wakacje otworzyło się 50 metrów od wejścia do klatki schodowej, nowe studio tatuażu. Więc jakby ktoś miał ochotę walnąć sobie gustownego trybalda, nie będzie musiał daleko chodzić. No i będzie plus 10 do lansu na dzielni, oraz plus 30 do impaktu w autobusie nocnym. Wiem co mówię, sam mam trybalda na ramieniu.

Więc ogólnie polecam tego allegrowicza, i to mieszkanie, bo jest fajne, i praktycznie nie ma żadnych wad ukrytych. Oraz na ścianie wiszą obrazy znanego artysty metaloplastyka Jarek „Khaal” Kubicki, co podnosi wartość kwadratu dwukrotnie, ale nie jestem chujem, i nie rzucam ceny dwukrotnie wyższej, tylko normalną.

Tu macie linka, puszczajcie wici w świat, niech ta zacna miejscówka znajdzie godnego niej lokatora http://www.olx.pl/oferta/mieszkanie-40m2-bliska-praga-polnoc-leborska-bezposrednio-CID3-IDhMvMZ.html

Potoki ludzkie

Ile aniołów zmieści się na główce szpilki?
 
A ilu manifestantów na metrze kwadratowym?
 
Metodologie liczenia uczestników wczorajszego marszu muszą być jakoś drastycznie różne, bo Policji wyszło 30 tysięcy (potem sprostowali, że to byli tylko ludzie zgromadzeni na Rozdrożu), telewizji, tfu, publicznej 45 200 osób (imponuje mi dokładność obliczeń).
 
Z kolei jakiś ziomek użył filmu gazety peel, i jemu wyszło 50-55 tysięcy osób.
 
Ludzie Giertycha liczyli z balkonu i podali 185 tysięcy. Stali na balkonie na Nowym Świecie, i mieli niezłe miejsce do rachunków, bo tam chodniki i ulica dobrze kanalizują uczestników. 
 
Zaś Ratusz, nie dając faka, podał 240 tysięcy.
 
Od wczoraj wszyscy się ze wszystkimi pałują, kto miał dłuższy marsz, i jedni mówią, że był skurczony, mały, i zagubiony, a inni, że długi, prężny, i europejski na pełnej kurwie.
 
A mi się przypomina stary Woodstock, który nieprzychylne mu kręgi obliczały na 20-40 tysięcy, podczas gdy według raportów policyjnych i kolejarskich, przyjeżdżało wtedy na imprezę ponad 100 tysięcy osób.
 
Więc ja bym z tą prowokacją to był ostrożny.
 
Oraz zbliżają się międzynarodowe dni młodzieży. Mam na nie centralnie wyjebane, ale bardzo bym nie chciał, żeby zdarzyło się tam jakieś nieszczęście tylko dlatego, że komuś wyliczenia popieprzyły się o rząd wielkości.

Kup se koszulkę!

Jak kto chce, to może sobie kupić koszulkę. Jak ktoś nie chce, nie musi sobie kupować koszulki. Zachęcam do dzielenia się opiniami w komentarzach. Zachęcam do niesienia dobrego słowa w świat. Zachęcam do szerowania, linkowania, pokazywania znajomym i krewnym. No wiecie, do robienia tych wszystkich rzeczy, które robicie z materiałami z netu.

Poniższy wzorek jest efektem następującej kooperacji:

Kaja Mikoszewska dała reakcyjne hasło.
Marcin Lycan Smolarek dał oprawę graficzną.
Radek Teklak dał tekturkę, patyk i twarz na manifestacji.

Wszystko powyżej to linki z fejsa, więc jak ktoś nie ma tam konta, może nie klikać.

W wyniku współpracy możecie kupić sobie wzorek z wieszakiem http://koszulkowo.com/produkt/no-bez-przesady-wieszak

fot. koszulkowo.com
fot. koszulkowo.com

Dla mniej (albo bardziej, nie zrozumiałem o co chodzi) reakcyjnych klientów, jest samo hasło https://nerdkya.cupsell.pl/pr…/2094801-no-bez-przesady-.html

fot. nerdkya.cupsell.pl
fot. nerdkya.cupsell.pl

W ogóle u Kai warto pogmerać, bo ma więcej protest songów, i innych haseł bardziej nieżenujących.

Jak ja bardzo nie potrafię reklamować rzeczy, do których stworzenia przyłożyłem rękę, to nawet nie wiecie.

HaraKiri

 

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Imię: Hara
Nazwisko: nieznane
Rodzice: nieznani
Rodzeństwo: Kiri
Pseudonimy: Miluś, Macie Tu Ptaszka, Dlaczego Miski Są Puste, GRUBY DAJ MIĘSA
Płeć: samiec, kastrowany
Wiek: pięć i pół roku
Rasa: kot bury

Miluś, bo tak na niego mówię, żeby robić sobie z niego bekę, to miniaturowy ekwiwalent kota Greebo. Ponieważ został wykastrowany, i nie może zgwałcić całego świata zewnętrznego, postanowił go albo wykorzystać, albo zabić. Wykorzystuje sąsiadkę z pierwszego piętra, do której wdrapuje się po drzewie, skacze na gzyms, po czym otwiera sobie balkon, i już jest w środku. Gdy balkon jest zamknięty, na przykład w niedzielę o 10 rano, awanturę słyszy cały blok. Czasami przynosi nam od sąsiadki kawałek kiełbasy, albo szynkę.
Sąsiadkę i nas toleruje, gości nie atakuje, wszystko co za oknem, jest jego ostrygą.
Jest kochanym kotem. Gdy widzi, że sobie nie radzimy w życiu, dokarmia nas wróblami, sikorkami i myszami. Gdy straci czujność, co następuje prawie wyłącznie gdy śpi, daje się pogłaskać. Kotem do rany przyłóż jest przy miskach, tam daje robić z sobą wszystko. Do momentu, gdy dostanie karmę. Wtedy kończą się żarty, bo nigdy nie należy wkraczać między Milusia a jego łup, w tym wypadku suche jedzenie. Oczywiście udaje, bo bardzo lubi, gdy ludzie go kochają. Ale gra twardego. Więc kochanie go bywa trudne, bo ucieka.
Samiec Alfa w chuj. Bardziej się nie da. Niezły wyczyn, jak na ziomka bez jajec. Boi się wyłącznie spryskiwacza. Spryskiwacz to jego arcywróg. Kiedyś mu pokaże. Ale to dopiero kiedyś. Chwilowo nie.
Zawsze towarzyszy mi w kuchni, najbardziej kocha mnie, gdy robię drób. I to w kuchni najczęściej ze sobą rozmawiamy. Fragmenty jego monologów możecie przeczytać w moich notkach. Wszystko co napisałem, to jego słowa.
Ktoś kiedyś zasugerował, że on jest bezwzględny, że tak morduje te pliszki i kosy, i należy mu w związku z tym zawiązać dzwoneczek na szyi. Gdybym spróbował zawiązać mu dzwoneczek na szyi, podgryzłby mi gardło. Odczekałby do momentu aż zasnę, i rozprułby mi tętnicę. Nie robi się jaj z Milusia, bo gdy zrobisz sobie jaja z Milusia, będzie to twoje ostatnie robienie jaj z Milusia, i ostatnią rzeczą, jaką zobaczysz przed śmiercią, będzie jego pyszczek wysmarowany twoją krwią. Czuj się ostrzeżony.
Gdy da dupy, i coś mu nie wyjdzie, a ktoś to widział, udaje że to nie on, tylko jakiś inny kot. Miluś nie daje dupy, i nie popełnia błędów.
Pomimo twardości i bycia bezwzględnym mordercą, garnie się do ludzi, i raz dziennie mówi KOCHAJ MNIE CZŁOWIEKU, NA CO CZEKASZ, GRUBY, NO CHOCIAŻ TY, KOCHAJ MNIE PRĘDKO.
Pomimo swojej pozy Brudnego Harry’ego, jak już wspomniałem, jest kotem do rany przyłóż. Oczywiście do rany, którą sam zrobił.

 

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Imię: Kiri
Nazwisko: nieznane
Rodzice: nieznani
Rodzeństwo: Hara
Pseudonimy: Seba, Sebiks, Sebcio, Sebon, Dlaczego Nie Ma Niczego w Miskach, Jestem Olgierd, GRUBY UMARŁEM Z GŁODU PATRZ NIE MAM SIŁY CHODZIĆ
Płeć: samiec, kastrowany
Wiek: pięć i pół roku
Rasa: kot bury

Seba to kot, z którego próbuję cały czas zrobić praskiego dresiarza. Tak, żeby był w stanie dać odpór światu, ale przede wszystkim bratu, gdyż brat nim ogólnie poniewiera. Odkąd trenuję go na dresa, nauczył się, że bratu można oddać. Zdarza mu się też jeść z pierwszej miseczki, do której nasypię karmy, ale tylko wtedy, gdy w pobliżu nie ma brata. Gdy jest, Seba ustawia się karnie do miseczki numer dwa.
Seba nie jest samcem Beta. Nie jest nawet samcem Gamma czy Delta. Obstawiam, że najbliżej mu do samca Omega. Dzięki czemu przeżyje wszystko, gdyż będzie pierwszy do michy, i ostatni do walki.
Garnie się do ludzi, ale nie wie, czego tak naprawdę chce (oprócz jedzenia).
Garnięcie odbywa się w ten sposób, że podchodzi, stuka głową w to, co akurat człowiekowi wystaje, i oczekuje… No właśnie, nikt jeszcze nie odkrył, czego Seba oczekuje od człowieka. Trochę się daje wygłaskać, trochę wyczochrać, ale nie uwali się na mojej klatce piersiowej, jakby był u siebie, tylko będzie leżał z jedną łapką na niej, a jak się gwałtowniej poruszę, to ucieknie.
Uwielbia siedzieć w pudełku, ale się w nim nie położy. Więc siedzi, i wystaje nad krawędź pudła tak, jak Olgierd wystawał ponad krawędź włazu w Rudym 102. Seba wie, że nie ma sensu się kłaść, bo i tak zaraz przyjdzie brat, i go z tego pudełka wygoni, nawet jeżeli obok leży pudełko zupełnie puste. A że Seba nie jest konfrontacyjny, da się wygonić.
Jedyne miejsce gdzie się awanturuje, to miska. Wtedy mówi do mnie mnóstwo ciekawych rzeczy, głównie uskarżając się na słabość i halucynacje z niedożywienia.
Trochę dupa wołowa, ale kocham i wychowuję jak swojego.
Gdyby zobaczył w domu ptaka albo myszkę, umarłby na serce. W ramach polowania, zadowala się gonieniem brokuła (to razem z bratem), albo kawałka suchej karmy z miseczki. Wtedy ma poczucie bycia myśliwym. Kochamy tę jego nieporadność, i próby bycia fajnym, luźnym kotem.
Ostatnio nauczył się, że jak brata nie ma w pobliżu, można mu bezkarnie wyjeść jedzenie z miski. Seba rośnie w siłę, Miluś niknie w oczach. Może to sposób Seby do zdominowania brata?
Wiem natomiast, że jakby w nocy przyszły do naszej sypialni demony i duchy, Seba by nas bronił. Prawdopodobnie odciągając je od nas przy pomocy sprytnego manewru ucieczkowego.

W księżycową jasną noc

Srać mi się chciało.

Jako stary harcerz, załatwiłem temat liściem łopianu, ale cały wieczór, noc, i poranek bez papieru były zbyt straszną perspektywą, by traktować ją poważnie. Szybka rozkmina, i Rossmann na ratunek.

Zrobiliśmy zakupy, noc młoda i piękna, zróbmy, rzekła, koło, gdyż spacer jest dobry na wszystko. Uszliśmy wszystkiego ze sto metrów. No słownie 100, więcej nie było, gdy na drodze stanął nam barczysty antykwariat Gryf, którego nigdy wcześniej nie widziałem, bo najdalej na Dąbrowskiego, to ja dochodziłem do sklepu z kocim żwirem.

-Ty, patrz jakie dobre i piękne książki. Kurde, obczaj, Ceramy, mam kilka w domu. O, takie samo wydanie Paragrafu 22, tylko moje już rozwalone, to bym sobie kupił, ciekawe ile kosztuje, ale chyba drogo, bo jakiś wielki ten antykwariat, patrz jak się długo ciągnie. Pewnie więc niezbyt będzie tanio, nie?
-O, a tutaj Dali z Arkad. Ładnie wydają te albumy w Arkadach.
-Znam kogoś z Arkad.
-Spoko, nie ma zmartwienia, mam kartę zniżkową na ich książki, ale tutaj chyba nie będzie obowiązywać, nie?
-A jak patrzyłeś u mnie, to widziałeś, czy ja mam to Narrenturm całe, czy nie?
-Nie wiem, ja nawet nie wiem, czy ja u siebie mam wszystkie, czy tylko pierwszy, a potem to już tylko pożyczałem.
-O, a to, i jeszcze to, oraz tamto. Ewentualnie też mogłabym mieć owamto.

Ochom i achom nie było końca, bo faktycznie, na witrynie samo grube, ślady wyrysowane naszymi nosami na szybach zaczęły przypominać symulacje komputerowe wyników zderzenia cząstek w LHC, o jak bardzo muszę tutaj przyjść jutro, i zobaczyć co się wewnątrz kotłuje, o jak bardzo…

-O, widzę, że Państwo, podobnie jak ja, lubią się przyglądać dobrym książkom. I co? Ten sam problem co u mnie? Kiedyś pieniądze miałem, ale kupić cokolwiek było trudno. Teraz wszystko w zasięgu ręki, ale pieniędzy na wszystko brakuje.

Ki chuj, pomyślałem, przyzwyczajony do tego, że jak ktoś do mnie zagaduje u mnie na dzielni, to albo chce blachę na browara, bo go suszy, czasem sępi fajka, pyta się, czy mam jakiś problem, ewentualnie, ale to już bardzo rzadko, proponuje mi odrobinkę zapomnienia słowami ‚chono kutasiarzu, to ci najebe’. A tutaj niespodzianka, sympatyczny, szpakowaty pan, żaden tam nur, fajeczka z ładnie pachnącym tytoniem, spoko ubrany, bez ostentacji, tak akurat na wieczorny spacer w połowie rozchwianego pogodowo lutego, no inteligent przed emeryturą, taki z lekko wyższej cenowo półki.

Otwarcie miał solidne, więc nastąpiło krótkie rozpoznanie bojem, a potem już normalnie, jak to u moli książkowych, zaczęło się prężenie erudycyjnych muskułów. To znam, to czytałem, to widziałem, a to mam nawet w domu, pozdro dla kumatych. Na szczęście krótko, bo gość okazał się być człowiekiem wysokiej kultury osobistej, do tego faktycznie inteligentny, wszystkie słowa na swoich miejscach. Pianista, ale jak sam stwierdził, z felerem, bo technika dobra, ale pamięciowo nie wyrabia. Wielki miłośnik Chopina, i wszystkiego co z nim związane.
Gdy doszło do rozmowy o strojeniu pianina, którego wytwórcy nie potrafiliśmy sobie przypomnieć, chociaż stoi w salonie, pan Krzysztof wymienił chyba z osiem nazw, i żadna z nich nie była Calisią ani Steinwayem, więc on chyba faktycznie kojarzy. Oraz okazało się, że zna chyba wszystkich stroicieli w mieście. Zna również ojca M. No i na dokładkę jest autorem dwóch książek.

Autentyczny erudyta. Ale taki, że z zazdrości aż się wkurwiłem, bo od imponowania M. to ja tu jestem, a nie jakiś szpakowaty cwaniaczek, literat, cholerny artysta metaloplastyk.

Na szczęście, jak to czasami bywa z ludźmi, na których wpadam na ulicy, był również złodziejem.

Ale wiecie, taki inteligencki złodziej, więc w życiu zajumał dwie książki, których mu bardzo brakowało do kolekcji, i jeszcze w stanie wojennym podpieprzył 300 litrów paliwa, tylko że z tym paliwem było tak, że on chciał zapłacić, ale ziomek zamiast przyjąć pieniądz, najpierw kazał mu spierdalać, następnie oddał na niego mocz, a na koniec kazał mu spierdalać, albo go zajebie. W tej sytuacji przy płaceniu upierałby się wyłącznie święty męczennik.

Jako nieufni i wrodzy sobie nawzajem Polacy, pogadaliśmy krótko, niecałą godzinę, M. wręczyła mu wizytówkę, i pożegnaliśmy się, obiecując sobie ponowne spotkanie, które mam nadzieję, że dojdzie do skutku, bo mądrego to naprawdę miło posłuchać. Zresztą, jak znam życie, to pewnie lada chwila wpadniemy na siebie w tym antykwariacie. W końcu muszę się za Sprężynową Pomarańczą rozejrzeć, pozdro dla kumatych.

Powiem wam, że ten Mokotów, w porównaniu z Pragą Północ to jednak dzicz i barbaria.

Gdzie jest ser?

Witam w kolejnej odsłonie kuchni confusion, i muszę powiedzieć, że tym razem konfuzja była faktycznie wielka. Dostałem link do sernika dietetycznego, w wydaniu fit, fat free, bez sera, i bez kalorii. Porcja stugramowa (słownie: 100 gramów) zawiera 72 kcal, co jak na ciasto jest wynikiem wręcz śmiesznym. Śmieszny jest też brak sera w serniku. A najśmieszniejszy jest stopień trudności prac kuchennych, gdyż taki sernik bez kalorii może zrobić każdy.

Najbardziej skomplikowanym produktem, jakiego będziemy potrzebować są otręby, reszta pewnie jest w każdym domu.

Składniki są przewidziane na tortownicę o średnicy 21 centymetrów. O tym, jak odmierzyć 21 centymetrów nie będę mówił, bo jak powiedziałem o tym w innym miejscu, to się do tej pory rumienię. Państwo sobie radzą sami.

Spód
6 łyżek otrębów owsianych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 żółtka
1 łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego, można też walnąć 10 kropli zaprawy w płynie. Nie wiem czy to adekwatna ilość, lałem na oko.
4 łyżki mleka

Masa
2 duże jogurty naturalne (po 400g)
4 białka
1/2 szklanki brązowego cukru
2 budynie śmietankowe w proszku
szczypta soli

Co do masy, to mam uwagę. W oryginale przepis był na sernik w wydaniu dietetycznym. Od razu wam mówię, że sernik w wersji dietetycznej jest taki sobie. Znaczy spód spoko, sama konsystencja ciasta jak w ptasim mleczku, i w ogóle jest nieźle optycznie. Ale smak jakiś taki nijaki. Dlatego, po zebraniu opinii zwrotnych od piątki testerów, sugeruję zwiększenie ilości zapodanego cukru do co najmniej jednej szklanki. Bo kalorie kaloriami, ale smak też jest ważny. Ja na przykład w następnej iteracji, mam zamiar dosłodzić masę miodem, oraz dodać soku z cytryny.

A teraz robimy.

Tortownicę o średnicy 21 centymetrów, które sobie odmierzcie we własnym zakresie, trzeba wyłożyć papierem do pieczenia. Oczywiście rozdarłem przy upychaniu. Nie rozdzierać, bo się potem rozlewa i brudzi blachę.
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Temperaturę sprawdzamy na wyświetlaczu, a nie ręką.
Wszystkie składniki spodu wrzucić do miski, wymieszać dokładnie łyżką, wylać na ten niepodarty papier, piec przez 10 minut.

W czasie gdy spód nam się piecze, przygotujemy masę zasadniczą. Bierzemy większą miskę, mikser, i ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywno. Na sztywno oznacza, że nie wypadają nam z miski, ale nie odwracajcie jej koniecznie do góry nogami, bo to bez sensu, i jak nie jest do końca na sztywno, to trzeba zbierać białko z blatu. Nie należy też młócić za długo, bo jak się białko ubija za długo, to ono potrafi rozbić się na frakcje, i otrzymujemy jakieś białe, mętne coś, i lejącą się pianę, która nie nadaje się do niczego. Udało nam się tak kiedyś zrobić, jak biliśmy białka na bezy. Ale to było za komuny, więc może teraz jajka są lepsze.

Gdy ubijemy pianę na sztywno, dodajemy powoli cukier. Piana wyraźnie zbrązowieje, bo cukier brązowy. Następnie powolutku sypiemy budyń. Piana lekko zgęstnieje. Na koniec dodajemy jogurty. Piana zrzednie. Nie dajemy faka, tak ma być.

Nasz spód powinien akurat się upiec. Wyjmujemy tortownicę z piekarnika, uważamy na lewy palec wskazujący, bo oparzenia fatalnie się goją, staramy się też, żeby papier nie dotykał ścianek albo góry piekarnika, bo zjarany pergamin śmierdzi. W zasadzie przed pieczeniem spodu, najlepiej go przystrzyc, żeby nie sterczał na boki i wzwyż.

Jak już ogarniemy trudne sprawy, wlewamy masę na upieczony spód, wrzucamy do piekarnika na 50 minut, i czekamy na sukces.

GRUBY! GRUBY! CO DZISIAJ ROBISZ BEZ SENSU Z TEGO GĘSTEGO MLEKA? BEZ MIĘSA? TYLKO GĘSTE MLEKO? PIECZONE GĘSTE MLEKO? JESTEŚ GŁUPSZY NIŻ CHUDE GOŁĘBIE Z DRZEWA, POCZEKAJ, PRZYNIOSĘ CI COŚ Z DWORU, BO UMRZESZ Z GŁODU SZYBKO, GRUBY NIE UMIERAJ, BO KTO MI BĘDZIE DAWAŁ TO PYSZNE Z BIAŁEGO WIADRA, GRUBY NO WEŹ NIE GIŃ!

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Przyniósł martwego wróbla. Zdjęć nie zrobiliśmy, zbyt drastyczne widoki.

Po pięćdziesięciu minutach wyłączamy piekarnik, otwieramy i o ja pierdolę, jak to wyrosło, że aż wyszło z tortownicy. Nie znam się, więc zacząłem kląć głośno, a potem kombinować, że trzeba będzie wyciąć kawałek ze środka. Kuchnia confusion w pełnej krasie.

Uczcie się na moich frustracjach, nie panikujemy, wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki, i zostawiamy tortownicę wewnątrz. Po kilku minutach ciasto opadnie. Niech sobie stygnie, my w tym czasie zrobimy improwizowaną polewę czekoladową, która mi nie wyszła (pewnie czekolada się zwarzyła), i dlatego mój sernik wygląda, jakby był oblany gównem z makiem.

fot. M.Cywińska

Polewę zrobiłem z połowy kostki czekolady gorzkiej Wedla, niecałej łyżki masła, i mleka, bo śmietanki nie miałem. Roztopiłem to wszystko na małym gazie, zrobił się jakiś farfocel, rozmazałem to po szczycie ciasta, które było gładkie, czekolada nie chciała się przylepiać, do tego miała konsystencję kawioru, no i efekt jest taki, jak na zdjęciu. Jak ja sobie wymyśliłem, że pół kostki czekolady wystarczy również na boki sernika, nie wie nikt.

Polewę fachową robi się w sposób następujący. Bierzemy duży garnek, nalewamy do niego gorącej wody, gotujemy. Wkładamy do środka trochę mniejszy garnek, uzyskujemy w ten sposób kąpiel wodną, dzięki czemu nie spalimy niczego. Wrzucamy do mniejszego garnka 200 gramów czekolady, 50 gramów masła, oraz 50 gramów śmietany kremówki, rozpuszczamy to wszystko, po czym wylewamy na ciasto. Powinno ładnie rozlać się na szczycie, i aligancko spłynąć na boki. Obiecuję, że następny wypiek nie będzie improwizacją na stopro, i że zrobię go zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki.

Gratulacje. Właśnie zrobiliście swój pierwszy sernik bez sera.

GRUBY, WYRZUĆ TO GĘSTE MLEKO I ZJEDZ WRÓBLA CHUDEGO.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska