No elo 112

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Dobra, to jest śmieszniejsze chyba od wszystkich tych momentów, w których PiS trzaskał swoich wyborców kutasem po twarzy, a potem robił jeszcze brzydsze rzeczy, takie z wymuszonym połykiem.

Idą wybory. Notowania Partii chyba nie najlepsze, bo na Nowogrodzkiej coraz zabawniejsze rzeczy wymyślają. A to, że puścimy Prezesa w tournée po kraju, ale żeby go nie zdenerwować, będziemy mu podrzucać starannie wyselekcjonowaną publiczność, tak zwanych dowożeńców, a na prowadzących dawać tak bezwstydnych wazeliniarzy, że się nawet Karnoski ze swoim wywiadem z Żelaznym Kanclerzem Imieniem Wasyl, zarumienił ze wstydu.

Albo obiecamy ludziom furmankę gruszek na wierzbie, -naste świadczenia i po elektryku i hawajskiej dla każdego, a potem puścimy Mateosza, żeby lobbował za ujebaniem Ziobry, i przywróceniem ładu, porządku, oraz tych pieprzonych pieniędzy z KPO, bez których w przyszłym roku budżet jebnie jak domek z kart podczas sztormu. No chyba, że upchną jeszcze więcej pieniędzy w funduszach poza budżetem, konkretnie w Banku Gospodarstwa Krajowego, nad którym kontroli nie sprawuje parlament tylko Partia. Tam już teraz jest ponoć prawie 450 mld ziko, więc kilkadziesiąt w jedną czy drugą nie zrobi różnicy.

Zresztą budżet to aktualnie zabawny świstek papieru, na który nie chciałoby mi się nawet odeszczać. Ale pamiętam jeszcze czasy, gdy to był jeden z najważniejszych dokumentów w państwie, i jego podpisywanie to była duża rzecz.

Ale widzicie, nie tylko ludziom Partia obiecuje piętnastą emeryturę i całkowity zakaz aborcji dla wszystkich. Trzeba też jakoś zmotywować aktyw do działania na rzecz i w celu. Dlatego też Partia wykonała taką woltę, że śmiałem się chyba z minutę. Jednocześnie zastanawiając się, czy ci nieliczni myślący wyborcy PiS znajdą jakieś wytłumaczenie na to, co się odjebało, czy umieją już tylko krzyczeć ‘a za Peło to bili czarnych’, i są wyprani z jakichkolwiek przejawów krytycznego myślenia.

Akcja była dość prosta. Dumny syn ziemi lubelskiej, niejaki Bielecki Jerzy, zrzekł się mandatu posła. Ot tak, rok przed końcem kadencji, wziął się był i zrzekł. Zgodnie z prawem i wynikami wyborów parlamentarnych, jego miejsce powinien zająć obecny wojewoda lubelski, niejaki Sprawka Lech. Ale z powodu niepewnej sytuacji w regionie, oraz być może delikatnej sugestii Prezesa, Sprawka okazał się mieć inne sprawki na głowie, i też zrezygnował! No i cyk, wolne miejsce w Sejmie przytuli kolejny na liście, niejaki Kowalczyk Leszek, aktualnie sprawujący fuszkę radnego sejmiku województwa lubelskiego.

Czyli schemat prosty – rezygnuje Bielecki, Sprawka nie może, bo ma tematy na boku, więc służbę Polsce zacznie sprawować Kowalczyk. Leszek, żeby wam się nie pomyliło. A pomylić się może, bo nie dość, że Kowalczyków u nas dużo, to na dodatek jest w rządzie inny Kowalczyk. Tym razem Henryk, wicepremier oraz minister rolnictwa. Zbieżność nazwisk przypadkowa… A nie, czekaj. Leszek to brat Henryka.

To chyba w sumie dobrze, że mandat posła zostaje w rodzinie, co nie? Przynajmniej nie trzeba się bujać z przypadkowymi ludźmi.

Jakie są powody zrzeczenia się mandatu przez Bieleckiego? Nie wiadomo, ale na pewno ważne i ważkie. Może poczuł się zmęczony nawałem pracy, jaką wykonywał w Sejmie? 12 wystąpień w trzy lata to nie są przelewki. 50 interpelacji, którym nadano bieg, to 1,5 interpelacji miesięcznie! Do tego nieustające prace w jednej z siedmiu komisji i podkomisji, tyrka w jednej z dwóch grup parlamentarnych, całodobowy zapieprz w ośmiu zespołach parlamentarnych, w tym w zespole ds. rozwoju kół gospodyń wiejskich oraz zespole przyjaciół królewskiego miasta Sandomierza. No to się samo nie zrobi przecież.

Bielecki był też wzorowym posłem jeżeli chodzi o głosowania. Prawdziwa maszyna. 99,4 proc. frekwencji, obecny na 7082 z 7125 głosowań. Na dodatek na osiemnaście głosowań, w których nie brał udziału, ma usprawiedliwienie. Prawdziwy mąż, syn i dziad Partii karmicielki.

W nagrodę za rezygnację z mandatu i wpuszczenie na swoje miejsce brata wicepremiera, Bielecki dostanie dolę… Znaczy nie, przepraszam, nie tak.

W nagrodę za rezygnację z mandatu i wpuszczenie na swoje miejsce brata wicepremiera, Bielecki odpali Partii dolę… Nie, znowu się pomyliłem.

W nagrodę za rezygnację z mandatu i wpuszczenie na swoje miejsce brata wicepremiera, Bielecki dostanie miejsce w jakiejś radzie spółki skarbu państwa, gdzie w rok zarobi tyle, co podczas swojej całej dotychczasowej kadencji, gdy służył Polakom jak mógł. Mówi się, że to będzie jakaś spółka energetyczna, w energii bowiem jesteśmy najmocniejsi. I dopiero wtedy odpali dolę Partii.

To była chłosta wyborców partyjnym kutasem po twarzy. Teraz będzie co tam wam wasza zwyrodniała wyobraźnia podpowiada.

Michał Moskal to młoda gwiazda PiS, która dostała tak pionowego startu, że wszyscy możemy jej tylko pozazdrościć, tej gwieździe. Michał od dziecka wiedział, kim chce być. Otóż chce być człowiekiem przy władzy. Na studiach został szefem Forum Młodych PiS, od 2018 jest radnym dzielnicy Żoliborz. Jest też jednym z najbardziej zaufanych ludzi Prezesa, w 2020 roku został dyrektorem biura prezydialnego PIS, zastępując legendarną panią Basię (dla zainteresowanych: Barbara Skrzypek). Michał jest tak blisko z Jarkiem, że gdy ten drugi był pamiętnym wicepremierem do spraw niebezpieczeństwa, to Moskal był szefem jego gabinetu politycznego.

Prezes stawia na młodych, i wbrew obrzydliwym pomówieniom, nie stawia na młodych klocka, tylko stawia na nich tak wiecie, bardziej dosłownie. No żeby młodzi byli w życiu, i w polityce, takie rzeczy. Postawił też na Michała Moskala. I żeby Michał był w życiu, i w polityce, dobrze byłoby wepchnąć… znaczy jakoś spowodować, żeby on się w Sejmie znalazł, bo Sejm potrzebuje młodej krwi.

Michał Moskal zatem wystartuje w wyborach parlamentarnych. Tylko tutaj pojawiła się drobna komplikacja. W Warszawie go przecież nie wystawią, no bo Prezes nie jest taki głupi, żeby forsować go na jakieś biorące miejsce w stolicy. Ale ale, przecież Moskal do Warszawy tylko przyjechał na studia, oryginalnie jest z Janowa Lubelskiego. To go może tam wystawmy w wyborach. A kto jeszcze jest z Janowa? Zgadliście. Bielecki Jerzy jest. No i jakby też startował, to by młodemu sprawę skomplikował. A Prezes stawia na młodych, więc grzecznie poprosił Bieleckiego ‘spierdalaj’, uzacniając grzeczną prośbę stanowiskiem w SSP. No i pewnie, że lepiej mieć pewną fuchę, niż niekoniecznie biorące miejsce na liście, bo skoro Premier stawia na Moskala, to by pewnie nie było miejsce biorące. A może nawet żadnego miejsca na listach by nie było.

Czyli podsumowując. Bielecki na ciepłą miejscówkę w SSP. Brat wicepremiera idzie na posła, niech się sprawdzi w polityce i ma na zachętę rok kadencji. A młody przydupas Prezesa wskakuje na jedynkę na Lubelszczyźnie, którą zwolnił Bielecki. Polityczne perpetuum mobile za nasze pieniądze.

Tak się właśnie robi hajs i sprawuje władzę. Pokora, praca, umiar…

A wy co, dalej jogurt naturalny na końcówce okresu przydatności do spożycia i warzywa z pojemnika opisanego ‘na zupę’? Nawet mi was nie żal.  

Z tego miejsca również nieustające życzenia zdrowia i pomyślności dla wszystkich wyborców PiS. Tak, wiem, może i doprowadzili kraj do ruiny, ale się bynajmniej dzielą.

Idę popielęgnować swój ogród zen. A ponieważ nie wierzycie, że to robię, być może w którymś z następnych odcinków opiszę wam swoją metodę. Tymczasem trzymajcie się w tym sraczu zwanym Polską. Przynajmniej na Mundialu nam idzie.

No elo 111

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Dawno temu prowadziłem kącik analityczny, w którym przyglądałem się danym, robiłem wykresy albo sprawdzałem, czy jakakolwiek akcja bojkotu konsumenckiego ma sens. Co do tego ostatniego, to bojkot ma sens wyłącznie poznawczy, bo może ktoś niezorientowany usłyszy o tym, że jakiś koncern to chuj, bo wycina lasy, a inny jeszcze większy chuj, bo wycina oceany. Ale dziś nie o tym.

Kącik nie był stałym elementem mojego pisania, bo wiem, że cyferki i tabelki nikogo, ale niedawno trafił mi się temat, który mnie zaciekawił, przyjrzałem mu się, i przekonałem, że prasowe robienie gały partii rządzącej, która boryka się z brakiem sensownych mediów drukowanych, to droga do pewnego sukcesu.

Dlatego dzisiaj przyjrzymy się, ile udało się do tej pory wyssać z państwowego cycka tym wszystkim braciom kremlowskim, Lisickim, Sakiewiczowom i reszcie tej wesołej ekipy, która w 2015 roku zorientowała się, że idą żniwa, zaostrzyła pióra, po czym, maczając je w kałamarzu wypełnionym gównem, rozpoczęła akcję wchodzenia Prezesowi tam, gdzie wszyscy możemy go pocałować.

Może i teraz te pismaki śmierdzą kałem, ale hajs się zgadza.

Na początek proste technikalia, jak ktoś pamięta moje wcześniejsze objaśnienia i wie, to może przeskoczyć do wyraźnie zaznaczonego akapitu, opisanego jako JAK WSZYSTKO WIESZ, TO PRZESKOCZ TUTAJ.

Przez 13 lat życia analizowałem media, z naciskiem na prasę. Państwo zawsze się w tej prasie ogłaszało, szły komunikaty, ważne informacje, przetargi, państwowe koncerny reklamowały tańsze paliwo i najlepszy prąd. Było tego sporo, ale jeszcze za Tuska hajsy pompowano z grubsza według reguł sztuki, czyli brano pod uwagę zasięgi poszczególnych tytułów.

Zasięgi można było liczyć na dwa sposoby. Pierwszemu, czyli wynikom czytelnictwa, trochę ludzie nie ufają, bo tam wchodzi wnioskowanie statystyczne, a przecież jak mawiał WIELKI, KURWA, MONSZ STANU CZERCZIL, są kłamstwa, wielkie kłamstwa i moje pierdolenie, wynikające z nieumiejętności skutecznego wyciągania wniosków płynących z danych statystycznych. Inni mówią, że to nie Churchill popuścił takiego kleksa, tylko Mark Twain. No wszystko jedno kto, poszło w świat, ludzie w to uwierzyli, i jak się wyciągało klientom argument z czytelnictwa, to można było usłyszeć ‘Panie, jakie czytelnictwo, pokazujecie jakieś miliony a sprzedajecie ledwo 400 tys. nakładu’. I cześć, i chuj, nie przetłumaczysz.

Dlatego dla wszystkich ze wstrętem do matematyki wykraczającej poziomem poza mnożenie (powaga, statystyka związana z czytelnictwem była na poziomie podnoszenia do potęgi 3), stosowało się wskaźnik bardzo konkretny, namacalny i w pełni policzalny, czyli różne rodzaje sprzedaży. Różne, bo w niektórych była sama sprzedaż egzemplarzowa, w innych doliczało się prenumeratę, jeszcze gdzieś tam wchodziły tzw. inne płatne formy rozpowszechniania, potem zaczęliśmy uwzględniać e-wydania. No ale z grubsza dało się to policzyć co do sztuki.

I na podstawie parametrów zasięgowych, jak czytelnictwo przeciętnego wydania i rozpowszechnianie płatne razem (albo sprzedaż ogółem), można było zestawić ranking tytułów, od najbardziej do najmniej poczytnych. A potem jak się jeszcze policzyło koszty dotarcia do 1000 nabywców/czytelników, to już w ogóle bajer, bo oprócz rankingu dostawaliśmy jeszcze prościutkie studium opłacalności ekonomicznej.

Do dzisiaj słychać płacze, że Tusk był chuj, bo dawał tylko swoim (GW, Newsweek, Polityka), a dobrych chłopaków z prawicy szkalował, odsuwał na boczny tor i głodził. To oczywista nieprawda, bo jakie PO było, takie było, ale płaciło nie ‘swoim’ i nie ‘po uważaniu’, tylko z grubsza rankingowo. I oczywiście można w to nie wierzyć, i powtarzać różne brednie, ale nic nie poradzę na to, że wydatki państwa i jego firm, były w dość prosty sposób skorelowane z potencjałem poszczególnych tytułów.

A jak jest dzisiaj? Otóż wahadło wychyliło się w drugą stronę tak bardzo, że ‘swoi’ dostają furę szmalu, niezależnie od tego jak wypadają w badaniach, a zdrajcy polskiego naroda nie dostają nic. Argumenty merytoryczne zostały zastąpione ideologicznymi, ku wielkiemu zaskoczeniu nikogo.

JAK WSZYSTKO WIESZ, TO PRZESKOCZ TUTAJ

Przynudziłem we wstępie, ale przynajmniej teraz każdy kto to przeczyta, będzie wiedział o co w wydatkach państwa na media chodziło, jak były w przybliżeniu ogarniane i dlaczego tak, a nie inaczej. Ale jak wspomniałem, tak było kiedyś, bo teraz już nie. Zaraz wam pokażę, jak bardzo nie.

Na wstępie spojrzałem na czytelnictwo, sprzedaż i dane dotyczące witryn poszczególnych tytułów. Dane są ogólnodostępne na stronie PBC, obejmują okres kwiecień-wrzesień 2022 (agreguje się fale miesięczne do dłuższych okresów, choćby po to, żeby zniwelować okresowe wahania). Całość wygląda jak poniżej, jak ktoś chce sprawdzić, czy nie jestem zakłamanym agentem wpływu opłacanym szeklami Sorosa, może sobie zajrzeć pod ten adres PBC wszystkie badane tytuły oraz tutaj PBC czytelnictwo.

Dzienniki i tygodniki opinii wyglądają jak poniżej.

A jak się to przekłada na kasę? Potwierdza się to, co pisałem wcześniej. PO przynajmniej udawało, że kieruje się jakimiś wskaźnikami i optymalizuje koszt dotarcia do zainteresowanych, PiS opłaca swoich bez jakiegokolwiek poczucia obciachu.

Najpierw wydatki cennikowe podmiotów państwowych w latach rządów PO. Przyjrzyjcie się bardzo uważnie kolejności, następnie zerknijcie na obrazek powyżej i zobaczcie, jak bardzo niewiele różnią się kolejnością. Tyle, że powyżej rozdzieliłem dzienniki i tygodniki, a w przypadku wpływów dałem razem, sortując pod względem kwot łącznych.

Wszystkie wyliczenia są podawane w zaokrągleniu i są przybliżone, bo nie mam spółek państwowych zesłownikowanych. Więc o ile taki Orlen czy PKO uwzględniam, to jakieś mniejsze rzeczy mogą przemknąć pod radarem. Ale też te mniejsze podmioty wydają na tyle mało, że ich uwzględnienie bądź nie, zmienia kwoty o ułamki procenta. Więc nie przekłamuję za bardzo.

A jak wygląda odkąd PiS rządzi? Inaczej.

Kasa idzie przede wszystkim do swoich, a kwestie zasięgowe szpachluje się dość neutralnym Dziennikiem czy Rzepą. I niech was nie zmylą jakiekolwiek pieniądze dla GW. Tam się ogłasza wyłącznie GUS oraz urzędy miast, gmin, marszałkowskie i ZTM Warszawa. Orlenu czy NBP tam nie znajdziecie.

Zresztą taki Orlen to rekordzista – w roku 2021 cennikowo wydał 27 milionów, z tego 16 baniek podzielił między Sieci, Gazetę Polską, Gazetę Polską Codziennie i Do Rzeczy. Teraz poszukajcie tych tytułów w pierwszej tabelce, tej z czytelnictwem i sprzedażą. Dodajcie sprzedaż (bez GPC, bo ten tytuł nie jest monitorowany). Ile wyszło? Coś koło 80 tys., prawda? To teraz zerknijcie na wynik Polityki. Wiecie ile Orlen wydał w Polityce, było nie było największym tygodniku opinii w tym kraju.

Ani grosza.

Wiecie kto się w Polityce ogłaszał rok temu? GUS, jedno ministerstwo, jedno muzeum i urzędy miast. Widzicie wzór?

Dobra, to jeszcze Newsweek. Urzędy miast, ministerstwo i partia Prawo i Sprawiedliwość. Fakt jej zareklamowania w Newsweeku znajduje celnie wymierzonym splunięciem w twarz redaktora Lisa. Bardzo celnie wymierzonym.

I tak właśnie, drogie dzieci, wygląda pompowanie pieniędzy z kieszeni waszych do kieszonek ludzi dobrze żyjących z władzą. Opłaca się siedzieć w dupie Prezesa tak głęboko, że głową dotyka się już podniebienia. I niech to będzie pointą dzisiejszej lekcji z przedmiotu ‘Jak się ustawić w aktualnej sytuacji politycznej’, dziękuję za uwagę.

A teraz wracam do swojego kącika, żeby kultywować zen i robić ćwiczenia oddechowe oraz masować nerw błędny. No to trzymajcie się tam w tym chlewie obsranym gównem.

PS Sorry za rozjechane obrazki, chciałem żeby było coś na nich widać bez konieczności ściągania ich na urządzenie albo otwierania w nowym oknie.

CZESZCZ GRUBY, PA CZO MAM…

Fot. M.Cywińska

CZEŚĆ GRUBY! MIAUM DLA CIEBIE FAJNY PREZENT, POWIEDZ GRUBY, ŻE SIĘ CIESZYSZ Z FAJNEGO PREZENTU, GDYŻ MAM DLA CIEBIE GRZEŚKA!

Weź, daj stary spokój, nie chcę od ciebie prezentów, naprawdę, jemy już dobrze, was karmimy jeszcze lepiej, poważnie, nie przynoś nam prezentów z dworu. Kurwa, kocie, nie, nie wypuszczaj…

To jest tak, że nasze koty (Marysi od początku, moje od przysposobienia) są wychodzące od zawsze. Wychodziły zanim Marysia je przygarnęła. I nigdy nie przestały wychodzić, a jak raz przestały z powodu ucieczek Filipa, to byliśmy trzy pary butów do tyłu. Wiemy o zagrożeniach, wiemy o ryzykach, wiemy o kocim szkodnictwie. Odbyłem te dyskusje kilkanaście razy. Nie mam ochoty na kolejny. Więc na potrzeby chwili uznajmy, że narażam koty na śmiertelne niebezpieczeństwo, powoduję zniszczenia okolicznej przyrody i ogólnie jestem chujowy. Dziękuję za zrozumienie.

Nie wypuszczaj, kurwa mi w mieszkaniu żywych zdobyczy!!! Nie!!! No kurwa…

TY, GRUBY, PATRZ JAK ONA UCIEKA, GOŃ JĄ GRUBY, NO CO TAK STOISZ, JA CI POMOGĘ Z DRUGIEJ STRONY, BIEGNIJ GRUBY, CHRUPKÓW NIE JADŁEŚ, HAHAHAHA, CHCESZ CHRUPKÓW? TO DAJ I MI OD RAZU.

Nie dogoniłem Grzegorza. Zamieszkał pod naszym łóżkiem. Grzegorz to mysz.

Właściwie odkąd zamieszkałem z Marią, Miluś przynosił z podwórka prezenty. Czasami była to nadpoczęta paczka szynki pakowanej, czasami szczur. Sebcio z kolei przyniósł nam raz jeden jedyny najlepszą zdobycz świata, czyli liść. I był z niego tak dumny, że łykając łzy wzruszenia i szczerego śmiechu, chwaliłem go mocno i głaskałem energicznie. No ale mówimy tu o kocie, który dwukrotnie przegrał pojedynek z ćmą, więc liść z jego pyszczka cieszy podwójnie.

Miluś z kolei obdarowywał nas jak pojebany. Mysz na poduszce w Walentynki? MAMEŁE, KOCHAM CIĘ NAJBARDZIEJ ZE WSZYSTKICH BEZWŁOSYCH MAŁP NA ŚWIECIE, MOŻE OPRÓCZ PANI ELIZY, ALE CIEBIE KOCHAM PRAWIE NAJBARDZIEJ, A KOCHAŁBYM NAJBARDZIEJ, JAKBYŚ DAWAŁA JAK PANI ELIZA MOKRE, A NIE SUCHE CHRUPKI DLA KONIA.

Pani Eliza to sąsiadka z góry, z którą dzielimy kota. U nas mieszka, tam wpada w gości, jak do SPA, bo pani Eliza karmi go mokrym, a potem organizuje mu dwugodzinne seanse głaskania. Do nas przychodzi głównie po to, żeby wyśmiać moje chujowe zdolności miziania go gdziekolwiek.

Szczur przy posłaniu Filipa? MASZ TU DUŻY ŚMIERDZĄCY ŚMIESZNY DZIWNY KOCIE COŚ DO JEDZENIA I ZABAWY, BO CHORY JESTEŚ, TO MASZ, CHRUPKÓW CI NIE DAM, BO GRUBY DAJE MAŁO.

Ptak przy misce Filipa, pod miskami kotów albo przy zlewie? GRUBY, NO MOŻE BYŚ TAK ZACZĄŁ NAS WSZYSTKICH KARMIĆ NORMALNIE, A NIE TAK O, ŻE JAKIEŚ SUCHE WSZYSTKIM DAJESZ, JAK WOLELIBYŚMY MOKRE, TO ZNACZY MAMEŁE BY WOLAŁA MOKRE OD SUCHEGO. JA BYM WOLAŁ MOKRE OD SUCHEGO. BRAT BY WOLAŁ MOKRE OD SUCHEGO. TEN ŚMIESZNY ŚMIERDZĄCY DZIWNY KOT BY WOLAŁ MOKRE OD SUCHEGO. A TY JEDZ SOBIE TO SUCHE, TYLKO NAS NIE MĘCZ, GRUBY, NO WEŹ.

Każdy prezent coś znaczył, jak się dostosowywałem do zaleceń Milusia, prezenty ustawały.

Po jakimś czasie zorientowałem się, że kot zaczął przynosić do domu praktycznie wyłącznie żywe zwierzęta z sąsiedztwa. Wcześniej mu się to zdarzało, ale to była przeplatanka. Od kilku miesięcy nie musiałem organizować szybkich pochówków, samo żywe.

Niektórzy znają przewagi bitewne naszego walecznego kota. Któregoś razu sroki z drzewa się z niego napierdalały, naiwnie sądząc, że na drzewie to luksus, komfort i bezpieczeństwo. Szydzenie z Milusia skończyło się, gdy któregoś dnia, do dziś nie wiem jakim sposobem, przytargał jedną z tych srok za oszewkę do domu, po czym zaczął się z nią bić w przedpokoju. Wyszedłem, zobaczyłem awanturę, zarzuciłem na srokę ręcznik i uwolniłem ją na drugą stronę mieszkania. Z taką więcej sugestią, że jakby się przeprowadziły na drugi trawnik, to może byłoby to rozsądniejsze. Sroka okazała się być przytomna, zgarnęła ziomków z drzewa na podwórku i zamieszkali sobie wszyscy po drugiej stronie bloku. Dalej słyszymy te sroki, ale teraz szydzą i złorzeczą wszystkim mieszkańcom, a nie tylko Milusiowi.

Zwróciłem wolność niezliczonym myszom, nornicom, wróblom i szczurom. Sporo niestety trafiło do mojej tajemnej kostnicy, ale o tym nie będziemy rozmawiać. I nagle kocia ruletka przestała zatrzymywać się na czarnym czy czerwonym, za to regularnie padało zielone zero, czyli zero ofiar i ran ciętych.

GRUBY? CO JEST? PO CO KRZYCZYSZ MOCNO I JESTEŚ ŚMIESZNY TAKI CZERWONY?! DAJ LEPIEJ JEŚĆ MOKREGO, BO PRZYPROWADZIŁEM MYSZĘ! ŻYWĄ! DO LODÓWKI!!!

Kurwa…

Ostatnim razem gdy Miluś przyprowadził do domu jedną mysz, a chwilę potem drugą, to Marysia znalazła jedną w lodówce. Konkretnie w pojemniku z jajkami. Myszy trafiły do domu na raty. Obie żywe. Obie uwolniły się w kuchni. Obie zamieszkały pod zabudową kuchenną. Specyficzny sposób zabudowania lodówki powoduje, że mysz może przejść po tylnej ściance na szczyt lodówki a potem, gdy zostawimy otwarte drzwi, bo coś wyjmujemy, zdesantować się od góry do środka. Jedna to zrobiła, stąd zaaferowanie Marysi.

Oczywiście jestem taki śmieszke, znacie mnie, nie? Więc gdy Maria przybiegła do łóżka krzycząc, że widziała mysz w lodówce, a konkretnie w pojemniku z jajkami, odparowałem że to ja w tym domu piję, i to ja widzę myszy. Jak poszedłem i sprawdziłem, to okazało się, że faktycznie, widzę mysz. Udało się pozbyć obu, jedną złapałem własnoręcznie i wyekspediowałem za okno, druga wskoczyła do śmietnika, i tak jej tam smakowało, że jak ją wynosiłem na podwórko, to ona dalej w tym śmietniku siedziała i jadła.

EJ, GRUBY, NIE PŁACZ. PAMIĘTASZ JAK PRZYPROWADZIŁEM W GOŚCI TAKĄ SZARĄ LATAJĄCĄ MYSZ Z DZIOBEM ŚMIESZNYM? PAMIĘTASZ? I ONA NIE UCIEKAŁA WCALE, A POTEM NAGLE UCIEKŁA. NIC NIE ROZUMIEM.

Kurwa…

Od pewnego momentu wszystkim żywym zwierzętom, jakie trafiały via pysk Milusia do nas do domu, zaczęliśmy nadawać imiona. Ale takie grupowe. Wróble to Romany. Myszy i nornice to Grzegorze. Szczury jeszcze nie mają nazwy, ale jak się jakiś trafi, to będzie Albert. Bo wiecie, Einstein, a szczury szanujemy za wysoki intelekt.

No i któregoś dnia, dzięki Milusiowi, zamieszkał u nas Roman. Pod kanapą, w salonie. Jak nie było dokoła kotów, to sobie wychodził rozprostować nogi i skrzydła. Jak się pojawiały, kitrał się pod kanapę. Dostawał ziarnka słonecznika, wodę w miseczce, mieszkał dwa czy trzy dni, w końcu dał się złapać w łazience. Miałem go nieść do weterynarza pod kątem ewentualnych złamań, ale zanim się zorientowałem, Roman wystartował do lotu prawie pionową dzidą, i stwierdziłem, że chyba nic mu nie dolegało.

GŁUBY, GŁUBY, GŁUUUUBYYY!!! PA CZO MAM TU DLA WASZ, DAJ SZUCHEGO, A NAJLEPIEJ MOKREGO. CZO? ŻE NIEWYRASZNIE?

TFU.

JUŻ MÓWIĘ WYRAŹNIE, PATRZ GRUBY JAK FRUWA SOBIE, DAJ MOKREGO NAJLEPIEJ, ALBO SUCHYCH CHRUPKÓW CHOCIAŻ, BO PATRZ JAKI FAJNY PREZENT CI PRZYNIOSŁEM. WAM!

Kurwa…

Nie rozumiałem dlaczego kot targa na chatę coraz więcej żywych zwierząt. Aż niedawno Marysia przeczytała, że to wszystko dlatego, że jestem chujowym ojcem.

Popadłem w ciężką rozkminę, bo zasadniczo nie wiem o żadnych dzieciach, ale cholera wie, prowadziłem trochę rokendro… A, O KOTA CHODZI!

Otóż okazuje się, że niby Milusia za każdym razem, gdy przyniósł nam prezent, chwaliłem, ale najwidoczniej miałem kiepską mowę ciała i kot się orientował powoli, że jak przynosi zabite zwierzę, to niby go chwalę, ale nie jestem zadowolony. No po prostu nie spełnił moich oczekiwań w pełni. I Miluś, żeby te oczekiwania spełnić lepiej, zaczął w prezencie przynosić zwierzaki dużo lepszej jakości. Znaczy żywe.

Okazało się, że stawiałem kotu wygórowane oczekiwania, a na dodatek nie zwracałem uwagi na to, że on się stara jak może. Faktycznie, byłem chujowym ojcem. Zresztą oczywistym jest, że chwilę później całe ojcowanie wyszło mi jeszcze bardziej chujowo.

Gdy w ostatnią niedzielę do domu trafił Grzegorz i zamieszkał pod łóżkiem, postanowiłem zastawić na niego humanitarną pułapkę. Nasypałem ziaren i podrobiłem sera żółtego do papierowej torby, na uszach zawiązałem supełek, torbę położyłem na podłodze i czekałem aż Grzegorz wejdzie do spiżarki.

W torbie natychmiast zamieszkał kot Sebastian.

Kurwa…

Kota pogoniłem z torby, przesadziłem do koszyka, rozstawiłem ponownie pułapkę i ze sznurkiem w ręku, czekałem na Grześka.

Kot Sebastian wylazł z koszyka i zaczął bawić się sznurkiem przymocowanym do pułapki.

Kurwa…

Pogoniłem precz koty, Filipa odesłałem na miejsce i czaiłem się przy spiżarni. Tak się czaiłem, że jak Grześka zauważyłem, to właśnie objedzony opuszczał torbę. I wtedy dopadł go Miluś.

TY, GRUBY, PATRZ JAKA ŚMIESZNA MYSZA TU SIEDZI. TO JA JĄ PRZYNIOSŁEM. CHCESZ SIĘ BAWIĆ? TO PRZYNIOSĘ WIĘCEJ! ALE MUSISZ DAĆ SUCHYCH CHRUPKÓW, A NAJLEPIEJ MOKRYCH, TO PRZYNIOSĘ I BĘDZIEMY SIĘ BAWIĆ.

MIAU, bez entuzjazmu dodał Sebastian z koszyka na oknie, do którego nie wiadomo kiedy przeniósł się z korytarza.

EEE… wkitrał się we wszystko Filip.

Kurwa…

KURWA…

KURWA!!!…

DLACZEGO NIE ŁAPIESZ TEJ MYSZY TYLKO SIĘ NA NIĄ GAPISZ? ŁAP JĄ ALBO SIĘ ODSUŃ! NA CO MI TAKI KOT, CO NIE ŁAPIE MYSZY, KURWA MAĆ.

Grzegorz korzystając z rodzinnej niesnaski, udał się pod łóżko, spod którego zaczął popiskiwać, że to jest nienormalne, takie piłowanie ryja, i do takich dziwaków to go jeszcze nigdy żaden kot nie przyniósł.

Kot Miluś się na mnie obraził i wyszedł z domu.

Marysia powiedziała, że jestem nienormalny tak krzyczeć na kota, i jak kot wróci, mam go przeprosić.

Stwierdziłem, że muszę wyjść z domu i trochę odpocząć.

Łowy na Grzegorza trwały do drugiej w nocy. Nawet go raz przydybałem zaplątanego szprychy rowerowe, ale rzucony na niego ręcznik nabrał za dużo powietrza i zbyt wolną spłynął na podłogę, przez co Grzegorz uszedł z mojej pułapki. Postanowiłem się przespać, no bo przecież za chwilę idę do pracy, nie?

O trzeciej całe podwórko mogło usłyszeć triumfalne MIAU MIAU MIAU MIAU, którym Miluś obwieścił swój powrót do domu. Ale tylko naiwni mogli sądzić, że tylko wrócił po gitarę, i zaraz spada z powrotem na milongę.

GRUBY, POPASZ CZO MAM DLA CZEBE TUTAJ!

TFU!

PA JAKA ŚMIESZNA MYSZ, DAJ MOKREGO ALBO JAK JUŻ NIE MA TO SUCHEGO CHRUPKA, PATRZ CO CI PRZYNIOSŁEM… GDZIE GRUBY BIEGNIESZ SZYBKO, NIE WPADNIJ DO POJEMNIKA NA SUCHE CHRUPKI, LEPIEJ JAKBYŚ WPADŁ DO MOKREGO POJEMNIKA.

Kurwa…

Po mieszkaniu zapierdalał drugi Grzegorz. Na szczęście pomimo komicznego zaspania, nie odtworzyłem klasycznych numerów slapstickowych, tylko złapałem za ręcznik, na lewą rękę wzułem rękawiczkę rowerową i zacząłem do spóły z Milusiem go osaczać. Pierwszy Grzesiek zaciekawiony zerkał zza komody.

GRUBY, CO SIĘ TAK GUZDRASZ, GUZDRZESZ, GUZDRESZ… WOLNO BIEGASZ? NO PATRZ, TAM BIEGNIE.

Grzegorz postanowił schować się w segregatorze z fakturami z 2012 roku, na szczęście jak się przeciskał przez otwór na grzbiecie segregatora, trafił na zwartą ścianę papieru, i zanim się wywinął, miałem go. Wypuściłem go na podwórko, kotu bardzo, ale to bardzo mocno i wylewnie podziękowałem i poszedłem spać.

W poniedziałek zaczaiłem się na Grześka pierwszego. Ale jestem już stary, więc różne rzeczy w moim wykonaniu trwają długo. Inne krótko, ale większość długo. Na przykład moje mrugnięcie trwa bardzo długo. Jak siedzę na fotelu, potrafię mrugać raz na pół godziny. I to pewnie podczas jednego z tych dłuższych mrugnięć, Grzegorz zdążył wyjść spod łóżka, dobiec do progu sypialni, przeskoczyć nad blokującą wyjście deską i zacząć zwiedzać łazienkę.

Przegapiłem to, a moją uwagę zwrócił dopiero kot Miluś, który siedział przy wpółuchylonych drzwiach łazienkowych, wpatrując się w nie z uwagą, strzygąc wibrysami.

CICHO GRUBY, NA PALCACH TU CHODŹ HAŁAŚLIWA ŁYSA MAŁPO. ON TAM CHYBA SIĘ CHOWA.

Kurwa…

Łazienka to słabszy punkt obławowy, bo ma wygodne miejsce za pralką, za które nie sięgnę. Na dodatek drzwi są fantazyjnie obrobione na dole i nie licują z progiem, więc mysz się prześlizgnie. Na moje szczęście Grzesiek wpadł do wiadra mopowego, i gdy się nad nim schyliłem, zerkał tylko zaciekawiony i wyglądał, jakby chciał już sobie z tej pojebanej menażerii iść. Wyniosłem go z tym wiadrem na podwórko i zwróciłem wolność. Grzesiek zamiast uciekać w przeciwnym do kotów kierunku, zaczął skakać w moją stronę. Eee… co? Jednak nie chciał się ani mścić, ani ze mną zostać, tylko widać stwierdził, że najbezpieczniej pod latarnią, znaczy pod autem. I odkicał sobie pod zaparkowany pod naszym oknem samochód.

CZESZCZ GRUBY, PA CZO MAM…

Kurwa…

Wczoraj Miluś przyniósł nam trzeciego Grześka, ale na szczęście wypluł go z pyszczka w takim miejscu w sypialni, że Grzegorz mógł się schować tylko w rogu, który łatwo można było zablokować ze wszystkich stron. Oczywiście kot nam w tym pomagał, no bo przecież nie możemy popsuć takiego ładnego i jakościowego prezentu. Grzegorz po krótkiej obławie, został ujęty przez Marysię i wypuszczony na wolność na podwórku.

Teraz się zastanawiam, kiedy zawita u nas kolejny Roman, Grzesiek czy Albert, i jednocześnie próbuję ustalić, jak bardzo muszę kota chwalić, a jak okazywać niewerbalne niezadowolenie, żeby dalej przynosił do domu żywe zwierzęta. Badania trwają.

CZESZCZ GRUBY, PA CZO MAM…

No elo 110

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Ej, a pamiętacie jak rząd kładł stępkę pod budowę promu? W 2017 roku premier Mateusz zapowiedział, że dość polityki wstydu i imposybilizmu, dość niszczenia naszych stoczni przez rząd Tuska (który, jak zapewne się zdążyliście zorientować, rządzi do tej pory), dość wszystkiego, będzie program podniesienia przemysłu stoczniowego z upadku. I położył stępkę pod budowę promu. I przemysłu.

Oczywiście w celu budowy czegokolwiek, trzeba powołać jakieś ciało, służące do wyciągania hajsu… służące do zarządzania wyciąganiem hajsu z bud… kurwa, służące koordynacji projektu budowlanego. Powstał zatem rządowy program Batory, który miał dać nam dwustumetrowy prom kursujący między Polską a Szwecją, zabierający samochody i ludzi, ogólnie bajer. Prom miał zostać zwodowany w 2019 roku, a w 2020 powinien wypłynąć na Bałtyk.  

Oczywiście programem zarządzali specjaliści, i to nie byle jacy. Najlepsi! Partyjni. Wykonawcę promu wybrali nierzetelnie, parametry jednostki zawarte w umowie odbiegały od faktycznych potrzeb, samą umowę zmieniano później niezgodnie z interesem inwestora. Potem zaczął się jeszcze większy festiwal nieudaczności specjalistów. Wprowadzane zmiany wydłużyły proces projektowy. Do 2019 roku nie dość, że nie ruszyła budowa, to nawet nie zakończono fazy projektowania. Opóźnienia były tak duże, że PiS postanowił kupić gotowy projekt.  

I jak myślicie, co się stało? Do 2020 roku prom miał być gotowy, a w sierpniu 2019 nie mieli nawet projektu. A potem minister Gróbarczyk Marek zwalił wszystkie opóźnienia na koronawirusa, który co prawda przyszedł do nas 3 lata po rozpoczęciu inwestycji, ale nie możemy pozwolić, żeby rzeczywistość mieszała nam w planach, nie?

Wszelkie pytania o dalsze losy projektu, bardzo irytowały partyjnych bonzów. Taki Brudziński na przykład stwierdził, że nie będzie przepraszał i tłumaczył się hołocie i popaprańcom. Powaga, tak napisał. Oczywiście potem wyjaśniał, że chodziło mu o polityków Platformy, którzy według niego doprowadzili do upadku polski przemysł stoczniowy. Znowu wina Tuska.  

A najlepiej tego słomianego misia podsumowała niejaka Jacyna-Witt, radna PiS, szefowa rady nadzorczej Stoczni Szczecińskiej, mówiąc:

To były plany. I gdyby stoczni nie zniszczono, zostałyby zrealizowane. PO zablokowało w stoczni produkcję statków do 2019 roku. Ile razy jeszcze mam to tłumaczyć? Zrobiliśmy w Polsce bardzo dużo. Srał kot tę stępkę. 

No i słowo ciałem się stało. 62-tonowa stępka zostanie najprawdopodobniej zezłomowana. Całość tej przyjemnej dla jej uczestników zabawy kosztowała drobne na piwo: 1/5 Sasina, tyle co nic. Kto miał zarobić, zarobił. Jelenie sfinansowały, można grabić dalej.  

A co z promem? Spoko, Polska Żegluga Bałtycka dostała z budżetu dwa Sasiny i ma kupić nowy prom od stoczni niemieckiej. Czy to nie jest zabawne?  

Dlaczego piszę o tej prehistorii? Ano widzicie, 17 września mają otwierać przekop Mierzei. Ta inwestycja miała otworzyć Elbląg na świat, port miał rozkwitnąć, a miód i mleko miały popłynąć ulicami polskich miast i wsi.  

Rząd Mierzeję, owszem, przekopał, ale nie pogłębił ostatniego odcinka, tak tuż przed portem Elbląg, twierdząc że to leży w gestii samorządu. Ale oczywiście samorząd nic nie musi, rząd się tym wszystkim może zająć. Dofinansuje port kwotą 100 baniek z naszych pieniędzy, pogłębi cały tor do portu i przejmie udziały miasta (30 proc.) w tymże. Ale nie ma musu, jak samorząd nie chce odsprzedać portu, to do Elbląga dalej będą mogły zawijać jedynie mniejsze jednostki. I niech będzie jak było, a cały przekop Mierzei po nic.

Prezydent Elbląga stoi trochę pod ścianą, ale nie zamierza się poddać. No bo ta inwestycja jest niewątpliwie wielką szansą dla miasta i może dać mu impuls do rozwoju. Co do tego nie ma wątpliwości. Mam je jednak, myśląc o tym, kogo PiS upchnie do władz tego portu, jak już go wchłonie. Takich samych specjalistów, jacy kładli stępkę?  

Ja tam byłbym na miejscu samorządu ostrożny. A wśród mrowia przykładów nieudolności minionów tej władzy, wybrałem właśnie stępkę, bo ma ona, podobnie jak port elbląski, związek z morzem.  

I jeszcze słowo na temat sobotniego otwarcia parasola w du… Przepraszam, sobotniego otwarcia kanału. Podobno do samego końca trwały poszukiwania dzielnego kapitana, który przepłynąłby przez niego barką z węglem. Wiecie, taka symbolika, że czarne złoto, którego zapasy wystarczyłyby na 200 lat, gdyby nie Tusk, musimy spławiać wąskim gardłem… Kurwa, nie wiem sam, o co im chodzi, nieważne. Miała płynąć barka z węglem.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że żadnej barki nie będzie, bo nie znalazł się odpowiednio zdesperowany kapitan, który zaryzykowałby stanięcie na mieliźnie podczas rejsu otwarcia. Dlatego zamiast barki będzie płynął specjalistyczny statek wielozadaniowy Zodiak II. Ma nośność 350 ton, bo to nie jest żaden transportowiec, tylko taka bardziej jednostka wielozadaniowa, z naciskiem na badania hydrograficzne, kruszenie kry, stawianie oznakowania nawigacyjnego, holowania innych jednostek czy zwalczania wycieków oleju. I on nawet nie ma ładowni, do której można wcisnąć ten węgiel. Ale może przynajmniej będzie ładnie wyglądać.  

Dodatkową atrakcją jest to, że Zodiak II ma szerokość 12,8 metra, kanał 20 metrów, więc całość idzie może nie na zapałkę, ale kapitan będzie musiał zachować czujność. Dlatego od jakiegoś czasu załoga ćwiczy w kanale, żeby na uroczystości nie było przypału. Trzymam kciuki za powodzenie.  

PS Rząd jest bardzo zdeterminowany, żeby elbląski port przejąć. Dlatego negocjacje będą bardzo interesujące. Na koniec, jako ciekawostkę, zacytuję posła PiS Leonarda Krasulskiego, prywatnie przyjaciela Prezesa:  

Są możliwości siłowego przejęcia portu, nacjonalizacja, ale my chcemy rozmawiać z władzami miasta, żeby port jak najszybciej zafunkcjonował.  

No, to trzymajcie się w tym kanale.

No elo 109

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Trzeba uważnie słuchać polityków, bo czasami mówią prawdę.

Premier bez teki, Prezes Kaczyński Jarosław, przepowiedział nam wszystko to, co widzimy obecnie za oknem, tylko wtedy nikt w to nie uwierzył.

Przypadkiem trafiłem na fragmenty jego wywiadu udzielonego Reutersowi 19 grudnia 2016 roku. Czytałem go wcześniej, ale zupełnie o nim zapomniałem, a pierdolenie Prezesa zwyczajnie wyparłem, myśląc, jak wszyscy wtedy, „no przecież do tego się nie posuną”. Byliśmy piękni, młodzi i naiwni.

„To komedia, ponieważ w Polsce nie dzieje się nic, co naruszałoby normy prawa”.

„W skrócie, widzimy rewoltę przeciwko temu, że odbieramy pieniądze, które elity zagarnęły i jakoś podzieliły”.

I takie bardziej do śmiechu.

„Możecie Państwo sądzić, że sferze politycznej cieszę się poważnym autorytetem. W rzeczywistości większość decyzji politycznych podejmowana jest beze mnie i bez mojej świadomości”.

Oraz samo gęste, z dna, tak przy rogu, w który nikt nie zaglądał od lat.

„To rewolucja, którą warto zrobić, nawet kosztem spowolnienia wzrostu gospodarczego. Mówimy tu o 1 punkcie procentowym”.

Tak drogie dzieci. W celu urzeczywistnienia swojej wizji (mam problem z określeniem, na czym miałaby polegać, oprócz „Polska dla gangu swojaków”), Prezissimuss był już w 2016 roku poświęcić naszą gospodarkę. A właściwie to chyba nawet wcześniej.

Teraz łatwiej zrozumieć, co się odpierdala za oknem, nie?

No, to trzymajcie się tam ramy. Domo, kurwa, arigato pan PiS.

No elo 108

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Pomimo sezonu ogórkowego, w tym chlewie obsranym gównem trochę się dzieje. Ale nie pisałem, bo najpierw byłem na wakacjach, a potem dostałem COVID-a, co to go podobno nie ma i się go przechodzi jak lekką grypę. I się cieszę, że się zaszczepiłem, bo jak po szczypawkach przechodziłem go tak, jak przechodziłem, to bez nich mógłbym tej lekkiej grypy nie przeżyć.  

Niejaki Krasnodębski Zdzisław, ponoć profesor, w ciągu kilku dni dał dwukrotnie głos, i dwukrotnie powiedział coś z pozoru głupiego, a tak naprawdę, to trzeba lekko odchylić zazdrostki, żeby skumać co mu przyświecało.

Najpierw podsumował nasze starania o pieniądze z KPO:  

Przedtem nie mieliśmy środków z KPO, a Polska rozwijała się bardzo płynnie. Jeśli chodzi o oświadczenia, to jesteśmy bardzo zdecydowani, a jak przychodzi do negocjacji, to stajemy się ustępliwi. Do tej pory możemy powiedzieć, że niestety przegrywamy i moja pesymistyczna diagnoza się potwierdza, a w związku z tym potrzebujemy innej zdecydowanej polityki i innego sposobu negocjowania z UE. Żeby skutecznie negocjować, to trzeba mieć środki nacisku i trzeba być jednak odważnym. Czas przeciąć te negocjacje i powiedzieć, że rezygnujemy z tych środków.  

No głupota, nie? Jak to rezygnujemy? Przecież o te pieniądze rząd walczył, sukces ogłosił na bilbordach, a teraz rezygnujemy ze 120 miljordów ziko? Nie godzi się, co nie?

Godzi, godzi. Już kilka dni później w sukurs profesorowi przyszedł premier Mateusz, który w programie telewizji publicznej opierdolił Holecką, że ulega podszeptom wrażych sił. Stuknął ją mianowicie tak:  

Pani – podobnie jak skrajna prawica i skrajna nasza opozycja, totalna opozycja – również dała się wpuścić w taki nurt narracji o KPO.  

A co to za narracja o KPO, zapytacie? Ano taka: 

KPO to 120-130 mld zł zaokrąglając. Jak podzielimy to na 6 lat, to okrągło wychodzi 20 mld zł rocznie. To nie jest coś, co zmienia zasadniczo sytuację gospodarczą, finansową Polski.

– Podam tylko taki jeden bardzo konkretny przykład. Dosłownie dwa miesiące temu zatwierdziliśmy drugą transzę programu inwestycji strategicznych Polski Ład, tak nazywamy ten program. Tam było blisko 30 mld z naszych budżetowych pieniędzy. Czyli pokazujemy na zdolności finansowe Polski dużo większe niż KPO. 

No i spoko, drukarka zrobi brrrttt i będą pieniądze. Mam tylko niestety smutne wrażenie, że aktualne zdolności finansowe Polski to obligacje na w chuj procent i modły o to, żeby w obliczu zbliżającej się recesji znaleźli się na nie chętni.  

Widać więc, że gawędy profesorskie to nie jest jakiś oderwany od układu odniesienia wyskok, że coś mu się chlapnęło. Jemu się nic nie chlapie bez zgody Nowogrodzkiej. Ten facet jest od 2014 roku członkiem rady programowej PiS, wiec niczego tak grubego, bez uzgodnienia z Prezesem nie powie.  

Zresztą jego mamroty o zerwaniu negocjacji w sprawie KPO to była przygrywka do pieprznięcia dużo większego kalibru. Tego o zagrożeniu ze strony Wschodu i Zachodu. Profesor uważa, że Putin to chuj, drobiazg, naprawdę groźny jest Zachód:  

Zagrożenie dla naszej suwerenności ze strony Zachodu jest większe niż ze strony Wschodu. Pamiętajmy na przykład o tym: my bardzo często jednak po naszej prawej stronie nie doceniamy przeciwnika, że Komisja Europejska ma bardzo sprawnych urzędników, doskonałych prawników, że Parlament Europejski jest bardzo dobrze zorganizowaną instytucją.  

A czy jest na to jakaś recepta, możemy zapytać.

I wygrać z nimi jest trudniej, bo na Rosję trzeba mieć HIMAR-s, Abramsy, wiadomo, jakich środków użyć. Natomiast, żeby sobie poradzić z Unią, a Unia, nie ogólnie, ale jest w tym kształcie opanowana przez te siły, które wzięły ją w jasyr, które są nam niesprzyjające, żeby wygrać z nimi i odzyskać dla nas instytucje europejskie, to wymaga jednak większego wysiłku organizacyjnego, intelektualnego i w tym sensie to jest większe niebezpieczeństwo.  

I jeszcze coś wyjątkowo urodziwego:  

To jest paradoksalne, oczywiście, Rosja jest brutalna, Rosja może wypowiedzieć wojnę, ale Polacy wiedzą w sensie duchowym, czy psychologicznym, jak z takim niebezpieczeństwem się obejść.  

A na koniec wisienka na tym torcie z gówna.

Putin nas nie dzieli, ale łączy.  

Tak, on to naprawdę powiedział. I jeżeli to nie jest zdrada stanu, to ja nie wiem co nią jest.  

Ale jak wspomniałem wcześniej, żadne tego kalibru farmazony nie mogłyby pójść bez błogosławieństwa Partii, więc nie ograniczajmy się do prostego „co to w ogóle jest za przygłup”, tylko zastanówmy się, dlaczego Partia pozwala takie rzeczy mówić (oprócz Mateusza i profesora Zdzisława, na temat zagrożeń z Zachodu majaczył też Kuchciński).  

Z Unią nam od jakiegoś czasu nie po drodze. Domagają się od nas jakichś dziwactw, typu przestrzeganie praworządności, jakieś kamienie milowe, jakieś Turowy, no kto to w ogóle widział, żebyśmy się mieli słuchać jakiejś wyimaginowanej wspólnoty. Dlatego od jakiegoś czasu trwają mniej lub bardziej subtelne działania, mające na celu nam tę Unię obrzydzić.

Oczywiście ludzie bardziej świadomi mogą się śmiać, że taka tępa propaganda na pewno w sprawach UE nie zadziała, bo przecież na pewno korzystamy na obecności we Wspólnocie i nikt się nie da przekonać, że jest inaczej. I ja bym chciał mieć w sobie ten spokój, ale cały czas z tyłu głowy mam świadomość, że do naszego wyjścia z UE nie będzie potrzebne żadne referendum, tylko większość parlamentarna. I jak Partia uzna, że urobiła antyunijnie na tyle dużo osób, że będzie mogła to zrobić, to to zrobi. Pozbądźcie się złudzeń, że Wielkiemu Strategosowi drgnie ręka. Nie drgnie, bo on nie jest tutaj po to, żeby robić dobrze Polakom, tylko po to, żeby utrzymać władzę za wszelką cenę. I będzie skłonny zapłacić za to każdą cenę.

Znaczy zapłacimy my, ale to są nieistotne detale.  

Na koniec jeszcze tylko dodam, że profesor Krasnodębski jest naukowo związany z uniwersytetem w Bremie. Bytowo również. Pracuje w Parlamencie Europejskim. Dlatego może sobie komfortowo pierdolić o tym, że Putin zbliża ludzi i wystarczą na niego Abramsy i HIMARSy. W końcu to nie on będzie je obsługiwał, to nie on będzie płacił krwią, to nie jemu rozkurwią dom, to nie jego zgwałcą, to nie jemu każą klęknąć, żeby strzelić w potylicę i wrzucić jak tobół do bezimiennej mogiły. Tak, wielu z nas zginie, ale to ofiara, którą profesor Zdzisław gotów jest ponieść. Wyjątkowo obrzydliwa kanalia.  

Zrobiło się mrocznie, więc może dwa szorty na rozluźnienie atmosfery.  

Wiceministrowie edukacji w tym kraju są albo wyjątkowo tępi, albo wyjątkowo cyniczni. Jakiś czas temu niejaki Rzymkowski mówił o wysokich zarobkach nauczycieli, sięgających 11 tys. ziko miesięcznie. Zarabiają kupę siana, pracują po 18 godzin tygodniowo i jeszcze mają dwa miesiące wakacji. Żyć nie umierać.  

Teraz kolejny wiceminister, Piontkowski Dariusz się pomylił. Ze dwa dni temu na pytanie o to, ile zarabia na przykład polonista w podstawówce, w zawodzie od 10 lat, odpowiedział następująco:  

Jeżeli jest to stopień nauczyciela dyplomowanego, jego wynagrodzenie średnie ze wszystkimi dodatkami, to jest przeciętnie około 6,8 czy 6,9 tys. zł.  

Dopytany o to, czy to jest na rękę, odpowiedział:  

To jest oczywiście na rękę, ale to jest łącznie z dodatkami za wychowawstwa, staż pracy. Jeżeli ma nadgodziny, to jego wynagrodzenie może być zdecydowanie wyższe. 

Dlaczego wiceminister opowiada takie głupoty, a dwa dni później przeprasza słuchaczy (bo to szło w radio) i wszystkich zainteresowanych, że się pomylił i omyłkowo wskazał, że jest to kwota netto, a nie brutto? Przecież każdy człowiek zorientowałby się, że gdyby nauczyciele zarabiali siódemkę na rękę, to dyrektorzy nie mieliby problemów z obsadą na początku roku, bo by im się kolejki pod drzwiami ustawiały. Byłżeby wiceminister taki głupi, że nie odróżnia netto od brutto?  

Nie dajcie się zmylić. To nie głupota, to cynizm i element większej akcji obrzydzającej Polakom nauczycieli. Bo ci ostatni od 1 września uruchamiają ogólnopolskie pogotowie protestacyjne, mające na celu ukazać dramat w edukacji. A jakiś dramat chyba jest, skoro ocenia się, że tydzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego w polskich szkołach brakuje od 13 do 20 tys. nauczycieli.  

Nie zdziwcie się więc, jak zaczniecie w komentarzach widzieć coraz więcej tekstów o zapłakanych kuzynkach, nieudanej inwestycji nauczycieli w alkohol i wstyd Broniarzach. Co jak co, ale dzielić ludzi Partia potrafi pierwszorzędnie.  

A już zupełnie na koniec, polecam wam wszystkim najśmieszniejszą reklamę świata.

Wiceminister rolnictwa, niejaki Kaczmarczyk Norbert, wiązał się świętym węzłem małżeńskim. Wesele było kameralne w ten typowo polski sposób – pięciuset gości, w tym Ziobro, Kempa Cymański czy Bochenek, Bayer Full na majku i skromny prezent od brata – ciągnik marki John Deere za półtorej bańki.

I w sumie nawet by mi brewka nie pykła, bo może brat ministra jest na tyle bogaty, że stać go na dawanie takich prezentów, gdyby nie kilka drobiazgów. Na przykład ten, że ciągnik tej marki brał udział w kampanii promocyjnej prezydenta Dudy. Wtedy za kierownicą siedział niejaki Kaczmarczyk Norbert.  

Dalej. Kluczyki ministrowi wręczył nie brat tylko przedstawiciele dystrybutora. Sfotografowali się z nim. I zrobili z tego dwuminutowy film promocyjny, który wrzucili na jutuba i na swoje sociale, więc można to złoto obejrzeć na własne oczy.

Wydanie 8R 340 | Ciągnik dla Wiceministra jako prezent ślubny od brata

Dalej. W 2015 roku Państwowe Jednostki Wojskowe zakupiły 15 ciągników tej marki. Przetarg ogłosił Skarb Państwa, wygrał AGRO Wanicki, diler tej marki.  

Dalej. Ten sam diler podpisał umowę z Wodami Polskimi, którym sprzedał 34 nowe ciągniki.  

Jak gówno strzeliło w wentylator, nastąpiła zmiana narracji. Brat wiceministra, ten szczodry ofiarodawca, wytłumaczył motłochowi, że nie rozumie tego całego kwiku, traktor który przekazałem bratu, został przekazany symbolicznie, jest moją własnością, ja wziąłem na niego kredyt, to był mój pomysł, od bierdolta się ode mnie, od mojego ciągnika, i ode mnie.  

Minister ma luz, nie widzi w tej szopce żadnego konfliktu interesów, wszystkim którzy chcą słuchać, opowiada o zajebistym ciągniku John Deere 8R 340, a krytykom mówi krótko: od bierdolta się ode mnie, od mojego ciągnika, i ode mnie. I wydaje oświadczenie, które warto przeczytać, bo jest piękne:  

Przysięga małżeńska to jedna z najpiękniejszych chwil w życiu dwojga kochających się ludzi. Niestety nawet takie momenty są wykorzystywane do brutalnej i kłamliwej gry politycznej. Tym razem politycy opozycji i niektóre media zaatakowały mnie, moją ukochaną Żonę i całą moją rodzinę. Spieszę więc wyjaśnić, że koszty całej uroczystości ślubnej zostały pokryte z prywatnych środków obu naszych rodzin, za co serdecznie – jako para młoda – im dziękujemy. Duża liczba weselnych gości – wynika z tradycji i sposobu funkcjonowania naszej lokalnej społeczności.

Rozumiem, to wieś, tam się na wesele zaprasza wszystkich, oprócz tych chujów, którzy w 1993 roku te obrzydliwe rzeczy o naszej Marzence powiedzieli. Zresztą wesele na 500 osób to nic nadzwyczajnego – gość ma hajs od nas, za ciężką pracę w ministerstwie, to co ma z nią robić? W skarpecie od Jana Pawła II ją trzymać?

Dalej też się zaciekle broni.

Moja rodzina od pokoleń zajmuje się ciężką pracą rolniczą i angażuje się w sprawy lokalnej społeczności. Z najbliższymi kontynuujemy tę zobowiązującą tradycję. Tym bardziej cieszę się, że ten ważny moment mogliśmy świętować w tak licznym gronie. Ten wielki szacunek okazany naszym rodzinom, to dla nas ogromne szczęście i powód do dumy. Szczególnie gorące podziękowania kieruję do mojego brata, dzięki któremu ciężka praca na roli, jakiej się poświęcił, będzie mogła być efektywniejsza. Tak jak wielu polskich rolników, nasza rodzina woli inwestować w nowoczesny sprzęt, a nie w drogie limuzyny, zegarki czy ośmiorniczki tak bliskie naszym politycznym oponentom.

O ośmiorniczkach zawsze warto wspomnieć. Ale dopiero teraz idzie najlepsze, gęste, z samego dna.

Trzeba podkreślić, że to brat wyraził zgodę na film, ponieważ to formuła promocyjna firmy sprzedającej, stosowana u wszystkich jej klientów. Nie wiedziałem, że brat udostępni mi w użytkowanie ciągnik, więc jako osoba publiczna nie mogłem też nikomu zakazywać nagrywania. Ciągnik pozostaje własnością brata , więc to on podejmuje wszelkie związane z nim decyzje. Przekazanie traktora parze młodej miało charakter symboliczny, oznaczający udostępnienie go do użytku na gospodarstwie. To Konrad Kaczmarczyk jest właścicielem ciągnika i będzie spłacał za niego kredyt, jak przy wielu innych jego inwestycjach.

Czyli tak. Bracki wpierdolił mnie na minę, ja nic nie mogłem zrobić i niczego zabronić, bo jestem osobą publiczną, która co prawda ma ślub a nie załatwia sprawy publiczne, ale ja nie do końca rozumiem o co chodzi, oprócz tego, że gnój się zrobił, więc muszę wytłumaczyć się jak potrafię, a że chuja potrafię, to powiem coś o ośmiorniczkach i brutalnym ataku na moją prywatność, może się nikt nie zorientuje, że pierdolę od rzeczy gdy w jednym akapicie mówię o funkcji publicznej i swoim imposybilizmie z tym związanym, a potem o brutalnej napaści na rodzinę, i całe rolnictwo.

Dlatego brutalną napaść polityczną na mnie i moją rodzinę traktuję jako atak na całe rozwijające się polskie rolnictwo. Wbrew tej agresji będziemy się dalej rozwijać i nie damy się wypchnąć także z europejskich rynków. Jedyne czego żałuję to to, że nie ma dziś możliwości zakupu podobnej jakości sprzętu polskiej produkcji. To przez skandaliczną politykę gospodarczą prowadzoną przez liberałów takich jak Balcerowicz czy Tusk , w latach 90- tych niszczono polskie fabryki ciągników i kombajnów zbożowych. Te produkty, w owym czasie, konkurowały z najlepszymi zachodnimi tamtych czasów.

No i cyk, punkcik od szefa za dopierdolenie Tuskowi. Doskonały jest też kawałek o konkurencyjności Ursusów i Bizonów. Oświadczenie posła jest absolutnie wszystkomające i jest jednym z najlepszych oświadczeń ostatniej kadencji. Nikogo nie przepraszać, to nie moja twarz w reklamie, brutalna napaść polityczna, atak na rodzinę, Tusk i Balcerowicz chuje, ośmiorniczki, spierdalajcie.

Bardzo mi się ta bezczelność podoba. Jest odświeżająca i fajniejsza od chujowych non-apology, zaczynających się od „Przepraszam wszystkich, którzy mogli poczuć się urażeni”. Tu jest inaczej, znać rękę senseia Kukiza, bo to od Kukiza Norbert przypełzł do PiSu.

A na koniec, na wielkim torcie wypełnionym nadzieniem ze standardów moralnych i politycznych polityków partii rządzącej, ląduje wielka pecyna wysokojakościowego nawozu w postaci paska w Dzienniku TVP. Perfekcja. 

Dobra, nie wiem jak wy, ja idę odpocząć po covidzie, który miał być grypą, i leczniczo ponacieram się Polską.  

No elo 107

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Patrzę jak Polska składa się jak domek z kart, i wbrew zaklęciom Partii i jej miłośników, staje się państwem coraz bardziej upadłym, i przestaje mi się chcieć pisać. Funkcji edukacyjnej moje teksty nie spełniają, bo docierają do przekonanych. A jak już trafią do wyborców PiS, to jest tylko i wyłącznie rzucanie w moim kierunku gównem. Sumieniem niczyim nie potrząsam. Nikogo do niczego nie przekonuję. Bez sensu.

I wychodzi na to, że został tylko aspekt humorystyczny. Coraz trudniej śmiać się przez zaciśnięte zęby w domu ogarniętym jednocześnie wybiciem szamba i pożarem, ale jak powiedział kiedyś Dawid Cerny ‘Śmiech, przecież musi być jakiś powód do życia’, więc się, kurwa, w tej pozycji kolankowo-łokciowej, pośmiejmy.

To był tydzień pod honorowym patronatem Wujka Pyszna Rada.

Jak to miło poczytać i posłuchać, że rząd się o nas martwi, myśli ciągle o nas, a przede wszystkim na sercu leży mu nasze dobro. Za każdym razem, gdy rząd interesuje nasze dobro, to pamiętajcie, jeżeli wybaczycie suchara, żeby je dobrze ukryć.

Najpierw naszym dobrostanem zainteresował się prezydent, Duda Andrzej, który znalazł dla nas wszystkich dobrą radę na trudne czasy. Bo On i Partia widzą, że trudne sprawy dotykają Polskę. Co prawda do tej pory ulicami zapierdalało wyłącznie mleko z miodem, więc nikt się nie spodziewał takiego spiętrzenia, ale widzi co się dzieje. Widzi, działa i czuwa. Na co dzień widzi, działa i czuwa, taki to troskliwy ojciec. No i działa z Partią na rzecz naszego dobra. Na przykład próbuje zminimalizować presję inflacyjną. Nie żeby prawie 16 proc. to było jakoś bardzo dużo, inni mają gorzej, ale Duda przeciwdziała.

Na przykład w ramach przeciwdziałania podpisał ustawę, w wyniku której będzie emerytom wypłacona czternasta emerytura. Skąd na nią pieniądze? To niedobrze o to pytać w przeddzień wyborów, więc nie pytamy.

Ale czternastka to nie wszystko. Ojciec narodu znalazł… Kurwa, sorry, Ojciec to kto inny. Wujek narodu znalazł czas na dobre słowa, ciepłe, dające otuchę w tym trudnym dla wszystkich czasie – w obliczu rosnącej inflacji mamy być dobrej myśli, trochę zacisnąć zęby i być optymistami. Bo wiecie, ceny rosną, złoty słabnie, rząd nie ma na to wpływu i musimy to wszystko jakoś wspólnie przetrzymać.

Prawie rok temu Duda dał podwyżki posłom i senatorom, w listopadzie oni mu się odwdzięczyli, mam nadzieję, że jakoś sobie dają radę i wspólnie z nami przetrzymają ten trudny czas.

Czasami się zastanawiam, czy ktoś mu te teksty pisze, sam je sobie dzierga, czy to była improwizacja. W pierwszym przypadku to sabotaż, w drugim głupota, w trzecim wyraźny znak tego, że elicie intelektualnej PiSu wystarczy zadać pytania, na które nie mają napisanych odpowiedzi, i muszą coś szyć na fristajlo. A że ta elita intelektualna nie potrafi tego robić, wszystko co płynie z ich ust, jest czystym złotem.

Głos dał też Stryj Narodu, Morawiecki Mateusz, który na konferencji prasowej w Boronowie, zapowiadającej nową odsłonę programu ‘Czyste powietrze plus’, rzucił w kierunku zgromadzonej ludności:

‘To będzie trudna jesień i zima – Władimir Putin się o to postarał. Europa jest zależna energetycznie od Rosji. My się uniezależniliśmy, ale też odczuwamy wysokie ceny energii’.

I dalej.

‘Warto korzystać z takich programów jak Czyste Powietrze. Drodzy rodacy, postarajcie się ocieplić swoje domy w miarę możliwości jeszcze przed tym sezonem grzewczym’.

No chyba, kurwa, mchem.

O tym, że każda władza jest oderwana od rzeczywistości, wiemy od dawna. Ale jak już chcesz być Stryjem Dobra Rada, to weź Mateusz przynajmniej sprawdź podstawowe fakty.

Wiesz ile kosztuje ocieplenie domu? Styropian, siatka z włókna szklanego, zaprawa klejowo-szpachlowa, tynk silikatowy (akrylowy staje się z czasem podatny na korozję biologiczną, więc należy go unikać przy budynkach stojących w zadrzewionym terenie), obróbki, parapety. No i poszukiwania sprawdzonej ekipy a nie jakichś partaczy. Wiesz Mateusz jakie są teraz terminy na jakąkolwiek ekipę remontowo-budowlaną? Nie wiesz, bo posprzedawałeś swoje nieruchomości, ale ci powiem, że na początku pandemii goście, którzy kuli mieszkanie nade mną powiedzieli, że pierwszy wolny termin mają za 10 miesięcy. A to zwykła ekipa remontowo-budowlana. Znalezienie dobrych speców od ociepleń to cud. Więc może być trudno przed tym sezonem grzewczym kogoś sobie znaleźć.

No i porozmawiajmy o kosztach. Materiały, jak się je uda kupić to jakieś 10-15 tysięcy. A jak idziemy w wełnę mineralną albo w styropian o polepszonym współczynniku izolacji termicznej, to pewnie bliżej 18-20 tysi. Robocizna? Ekipa weźmie teraz pewnie z 30-40 złotych od metra kwadrat. To sobie policz koszt takiego ocieplenia dla domu o powierzchni ścian 200m2.

Powyższe wyceny mają charakter orientacyjny i mogą kompletnie nie odpowiadać stanowi faktycznemu, bo sytuacja zmienia się dynamicznie. Jak to w rzeczywistości inflacyjnej.  

Oczywiście ten durny tekst poleciał na okoliczność usprawnionego programu ‘Czyste powietrze plus’, z którego można dostać dużo pieniędzy na taką inwestycję w swój dobrostan. Tylko widzicie, jest jeden, hehehe, minus tego programu. Na kasę mogą liczyć ci właściciele domów, gdzie przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosi do 1564 zł na osobę w gospodarstwie wieloosobowym oraz do 2189 zł w gospodarstwie jednoosobowym, więc szału nie ma.

Ja mam lepszą radę na ten sezon. Działało w komunie, zadziała i teraz. Futryny i krawędzie skrzydeł okien trzeba okleić takimi misiami, jak są na przykład na krawędziach skrzydeł w szafach wnękowych. To będzie nasz pierwszy front izolacyjnej walki z systemem i klimatem – musimy na całą zimę szczelnie zamknąć okna. Na parapetach porozkładać zrolowane koce, żeby nie wiało dołem, bo nie wiedzieć czemu, dołem zawsze ciągnie. Liczyć na to, że sąsiedzi z mieszkań dokoła nas nie są pieprzonymi sknerami, i będą grzać, bo lubią ciepło. Ale na wszelki wypadek na wszystkich ścianach powiesić dywany. Wyjdzie tanio i da się to zrobić od ręki.

Nie ma za co.

Potem głos dał jeszcze minister, hehehe, edukacji, hehehe, i nauki, hehehe, niejaki Czarnek. Ten, w ogóle nie przejmując się niczym, rzucił że on nie będzie podczas wakacji nabijał kabzy hotelarzom, tylko będzie podczas wakacji nocować u znajomych. A co do jedzenia, to czasem coś tam sobie upichci, żeby nie jeść w knajpach. A potem podzielił się swoim pomysłem na radzenie sobie z drożyzną i inflacją.

‘Bez przesady, drożyzna nie oznacza, że nie można jeść. Można jeść trochę mniej i trochę taniej’.

Słyszeliście, pierdolona hołoto? Przestańcie tyle żreć i kupujcie tanie zamienniki.

Przypominam sobie swoje czasy studenckie, gdzie może i nie było kasy, ale za to większość z nas jadła chujowo, i mam kilka patentów na pyszne, sycące posiłki.

Absolutną królową większości obiadów była mortadela panierowana w jajku i bułce tartej. Taki wiecie, analog kotleta schabowego. Jak się szybko zjadło, na przykład z kapustą kiszoną, to nie było czuć ohydnego smaku wody uwięzionej w mortadeli, która podgrzewała się podczas smażenia i apetycznymi strużkami ściekała po brodzie i do pełnej gardzieli.

Można nagotować ziemniaków, póki tanie. Ja na bazarku płaciłem ostatnio za młode 2,60 z kilograma, a wiecie jak kilo pyrek zapycha? Do tego koperek (można sobie wysiać pod oknem), ogórki małosolne albo kiszone (można samemu zrobić), dla bogoli jajko sadzone i mamy obiad.

W akademiku lubiłem też nasiekać cebuli, zeszklić ją na patelni i zjeść z lekko czerstwym chlebem, bo ze świeżym mi w ogóle nie smakowała. Profit, bo czerstwy czasami pod koniec dnia można spróbować kupić taniej.

Parówki – evergreen, jak się te najtańsze utopi w najtańszym keczupie, to da się całość zjeść praktycznie bez bólu. Tylko pamiętajcie – parówek nie gotujemy, zalewamy na kilka minut gorącą wodą i zjadamy ze smakiem.

Kaszanka jest tania, z musztardą to w ogóle pycha. Pasztetowa, jak się gdzieś trafi. No ale ona wymaga dużych ilości chrzanu albo musztardy, bo jak 30 lat temu śmierdziała niemiłosiernie, tak teraz jebie jeszcze bardziej. Tani salceson coraz trudniej trafić, ale jak się trafi, to jak wygrana w lotka. Rzecz jasna dużo musztardy do niego.

Jabłka są tanie. Ogórki i cukinia też bez patologii. Pomidory malinowe można trafić za 7-8 ziko. No i warto rozglądać się za kontenerkami podpisanymi ‘na zupę’, tam często obsługa przekłada warzywa na skraju wytrzymałości. Można z nich zrobić zupę.

Nie ma za co.

Rady o jedzeniu mniej, udzielił nam gość, którego pysk nie mieści się już w kadrze, i który w ubiegłym roku zarobił jakieś 220 tys. ziko. Jeżeli to nie jest śmieszne, to nie wiem co jest.

I żeby mieć już komplet z tego tygodnia. Niejaka Jacyna-Witt ze szczecińskich struktur Partii, pozuje na polu golfowym i tłumaczy plebsowi, że jakby tylko przestał być plebsem, to mógłby jak ona, Trump, Tiger Woods czy Barack Obama, ‘haratać w golfa’. W tym celu wystarczy tylko przestać być plebsem i zostać elitą. Co ci przeszkadza przestać być plebsem i zostać elitą? Zastanów się nad tym.

Natomiast Gosiewska Małgorzata, oddycha na łonie natury, zapewnia że to wyjazd, na który każdego stać i namawia Polaków słowami ‘kupujcie namioty, jedźcie do lasu’. A potem pozuje do zdjęcia dla Superaka z kanapką z kawiorem.

Zaprawdę, ciekawych dożyliśmy czasów, gdy świnie karmi się kawiorem.

No elo 106

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Chciałem się ponabijać z Kaczyńskiego Jarosława rezygnującego z funkcji wicepremiera do spraw bezpieczeństwa, ale będę poważny, bo czuję ogólne zażenowanie sytuacją, w której Polska wali kursem kolizyjnym na ścianę, a politycy partii rządzącej bawią się w gierki i wbijanie sobie nawzajem szpilek. Popatrzmy o co w tym burdelu na Nowogrodzkiej chodzi.

Mówi się na mieście, że premier Mateusz dał dupy z tymi słynnymi kamieniami milowymi. Otóż zataił, że jest ich 116. Jednocześnie Nowogrodzka myślała, że ze trzy, w tym ten o neo-KRS i jakieś tam pierdoły o wolnych sądach. A tu niespodzianka, bo się okazało, że mowa jest o jakichś wyższych opłatach od samochodów spalinowych, ozusowaniu umów cywilnoprawnych, zmniejszeniu obciążeń regulacyjnych i administracyjnych dla przedsiębiorców, budowie farm wiatrowych na Bałtyku, digitalizcji szkolnych systemów egzaminowania, opiece onko- i kardio- na tym samym poziomie dla wszystkich, niezależnie od miejsca zamieszkania (o tutaj się obśmiałem nikczemnie) czy choćby nowelizacji ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Realizacja kamieni ma się odbywać stopniowo i zakończyć do roku 2026. Nawet nie próbuję zgadywać ile nowelizacji prawa i zupełnie nowych ustaw to pochłonie, ale zakładam, że sporo.

Wymieniłem kilka punktów, ale jest tego dużo więcej, wszystko podzielone na sześć komponentów, odpowiadających częściom Krajowego Planu Odbudowy. Z Brukselą negocjowali te klocki ludzie premiera, wiedzę o tym, na co się godzi rząd miała bardzo wąska grupa ludzi wokół Morawieckiego. Jak się Nowogrodzka o tym dowiedziała, to podobno Błaszczak z Suskim dwa dni nie spali, tylko gotowali bigos na uspokojenie dla Kaczyńskiego, tak się Prezes Kraju wkurwił. Oczywiście taka przewina nie mogła pozostać bez kary, bo Jarosław nie z tych wybaczających. Znaczy wybaczy, ale wcześniej sponiewiera i poprawi ułożenie, chwyt i ścisk dłoni trzymającej podpadniętego za jaj… gard… no ogólnie, trzymającej władzę w karbach.

No i w ramach czołgania, Kaczyński wykonał następujący piętrowy układ. Najpierw ogłosił, że rezygnuje z fuszki wicepremiera do spraw bezpieczeństwa. I wsadził na nią Błaszczaka Mariusza. Znaczy oczywiście najpierw to pouzgadniał gdzie trzeba, i na to stanowisko nominował Mariusza premier, trzymajmy się łańcucha dowodzenia…

Wtrącę tutaj tylko, że czasami naprawdę sam siebie rozśmieszam. Jak teraz.

Prezes Mariuszowi ostro polerował… znaczy kadził, i w dobrych słowach o nim mówił. O tak na przykład:

-Szef MON Mariusz Błaszczak z całą pewnością zastąpi mnie znakomicie. Sądzę też, że zastąpi mnie pod każdym względem, także jeżeli chodzi o wszystkie funkcje.

Jarek ucie… odszedł z rządu, bo trzeba ratować partię i ostro popracować nad nowym katalogiem korzyści i bonusów dla naroda. Logiczne, ostatnio mu się trochę tematy zaczęły rozłazić w szwach, potrzebne jest huknięcie, przywołanie harcowników do porządku, zwarcie szyków i ofensywa wyborcza. Niektórzy optymiści nawet sądzą, że odejście Kaczyńskiego z rządu to sygnał, że PiS nie jest pewny wygranych wyborów. Nie wiem z kim by mieli przegrać, no ale niech będzie.

No i aktualnie Jarosław chwali Mariusza wszędzie, również w kultowym już wywiadzie w TVP przeprowadzonym przez ewidentnie zakochaną w Prezesie Holecką, powtarza że Mariusz jest w porzo i najlepszy. Sielanka jest.

A Mateusz cały w nerwach się wkurwia, no bo przecież o co chodzi, to on, Ananiasz był pieszczoszkiem naszej pani, a tu nagle Godfryd wjeżdża cały na biało. Dlaczego już mnie Prezes nie sadza na kolanach i nie głaszcze łagodnie? Co do kurwy, przecież tak ładnie kła… opowiadam pozytywnie o sytuacji gospodarczej?

Ale to nie koniec czołgania, bo Jarosław jest bardziej mściwy niż mniej. Otóż dzień czy dwa później Prezes w wywiadzie dla Polska Times mówi, że jeżeli wszystko pójdzie dobrze (a tak zakłada plan) i jakiś wagon gówna nie jebnie w wentylator, to za trzy lata, na kongresie partii, nie będzie już kandydował na jej szefa.

W obozie premiera zapadła krępująca cisza.

-Kurwa, co jest panowie? To ja miałem być następcą Prezesa, po tym jak ten mściwy dziad umrz… znaczy jak już nie będzie więcej kandydował! A on chodzi po telewizjach i pier… opowiada o tym Błaszczaku, że zastąpi go pod każdym względem, na każdym polu i w każdej funkcji. To mi wytłumaczcie, czy jemu chodziło tylko o tego chuja wartego wicepremiera bezpieki, czy o coś więcej?

-Nie wiemy wodzu, ale chyba coś zjebaliśmy i niełaska pańska na pstrym koniu poszła cwałem w przekop Mierzei.

-Dobra, Dudała, ty mi tu poetycznie nie pierdol, tylko mów prawdę, jak jest.

-Jest chujowo, Mateusz. Z tymi kamieniami. Nawet Suski powiedział, że chuja tam a nie kamienie, to sugestie są, będziemy wprowadzać co chcemy, kiedy chcemy i jak nam się spodoba, a Unia to Stalin.

-Kurwa jego w dupę.

-No.

Pamięć ludzka jest krótka i zawodna. Za trzy lata, jak będą wybierać nowego prezessimusa, nikt z delegatów nie będzie pamiętał, że w 2022 Morawiecki wjebał Polskę w gospodarcze bagno, a Błaszczak zręcznie sterował MON podczas wojny w Ukrainie. No ale teraz to Mariusz jest ten dobry chłopak, a Mateusz właśnie montuje społeczny kryzys na dużą skalę, bo paliwo za ósemkę, zwykły chleb za dychę, a raty kredytów złotówkowych dwa razy wyższe niż pół roku temu, to trochę przepis na jebnięcie.

Ostatnim naiwnym w burdelu zwanym Polską, objaśnię tylko, że może i wybory nowego szefa Partii są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym, ale to kandydat namaszczony przez Kaczyńskiego ma gruby bonus na starcie, bo to namaszczanie to nie jest jakaś tam zawoalowana sugestia, że może byście go rozpatrzyli w swoich sercach, tylko sygnał, kogo niezależni (od własnej woli) delegaci mają wybrać. Bez dyskusji i zbędnego wnikania.

Więc na razie Błaszczak na prowadzeniu.

Pierwotnie cały tekst miał być o zajebistym stanie gospodarki krajowej, rosnących inwestycjach, zapierdalającym PKB oraz ogólnej lepkości podłoża, wynikającej z faktu, że kraj spływa mlekiem i miodem, ale po co pisać o czymś, co każdy widzi za oknem. Dlatego tylko wspomnę o jednym, no dwóch mało istotnych parametrach, i spadam.

GUS powymyślał sobie różne wskaźniki służące opisywaniu różnych zjawisk. Jednym z nich jest bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK). Urząd opisuje nim bieżące nastroje konsumentów. Jest również jego mutacja – wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej (WWUK), który pokazuje nasze przewidywania co do najbliższej przyszłości, tej za rogiem (12 miesięcy), a nie za dekadę.

Wskaźniki te wahają się między wartościami -100 (absolutnie każdy z nas widzi pogarszającą się sytuację) a +100 (wszyscy widzą mleko i miód). GUS mierzy je od 20 lat. Po drodze mieliśmy może nie rekordowe, ale na pewno kilkukrotnie wyższe niż teraz bezrobocie, kryzys finansowy 2008 i pandemię. Ale nawet wtedy nie było odczytu niższego niż aktualny.

Otóż dzięki światłym rządom Partii i sytuacji na świecie (no bo przecież nie będziemy clickbaitować i pisać o rzeczach lokalnych w oderwaniu od szerokiego kontekstu) mamy rekord. Wynik ujemny nie jest niczym nowym, bo przewaga negatywnych nastrojów towarzyszyła choćby wspomnianym zdarzeniom. Ale nawet w szczycie pandemii nie osiągnęliśmy wartości -43,8. Przewaga osób oceniających teraźniejszość z pesymizmem i obawą jest, można by rzec, znacząca. Jeszcze nie miażdżąca, ale indeks na poziomie prawie -44 robi zajebiście przygnębiające wrażenie.

Dane: GUS

A co słychać w przypadku WWUK?  -31,5 czyli chujowo ale stabilnie. No i nie najgorzej w historii, bo gorzej było w 2004 oraz w dwóch miesiącach po wybuchu pandemii (kwiecień i maj 2020). Ale ogólnie to Polacy sądzą, że ani teraz nie jest dobrze, ani za rok nie będzie. No ale bynajmniej rząd na bombelki dał.

Wrzucam wykres za okres styczeń 2018-czerwiec 2022, wcześniejszych danych miesięcznych nie chce mi się szukać, bo są porozwalane po pojedynczych pdfach, dziękuję bardzo za ułatwienia pan GUS.

Chyba Lech Wałęsa powiedział kiedyś, że po tej ekipie będziemy sprzątać dłużej, niż po komunie.

A ja mam właściwie tylko jedno pytanie – kto to niby miałby zrobić? Przypominam, że Partia ma stabilne 30 proc. i idzie po trzecią kadencję. Po której już nie będzie co sprzątać. Miłego dnia wszystkim życzę.

No elo 105

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Co złego może się stać, gdy stado fanatyków nienawidzących kobiet i chroniących życie wypoczęte za wszelką cenę (byle to nie oni musieli ją płacić), dostanie dostęp do informacji o trwającej właśnie ciąży? No pomyślmy? Co złego mogłoby się stać? Pewnie nic, no przecież nie będą robić kontroli po powrocie zza granicy, czy aby przypadkiem tam jakaś samica się nie wyskrobała, nie? No i dostępu do tych danych nikt poza lekarzami nie będzie miał, prawda? Przecież nie dadzą ich organom ścigania?

Hahaha, ja to jestem zabawny ziomek, kiedyś naprawdę spróbuję swoich sił na open majku na jakiejś imprezie standupowej.  

Który to już raz powtarzamy sobie ‘no do tego się przecież nie posuną’. I który to raz zostaliśmy przez Partię wydymani. A jak się podniesie krzyk, to powiedzą, że to żaden rejestr ciąż, i wszystko to dla dobra pacjenta. Właściwie to ustami usłużnych mediaworkerów już to robią.

Minister Zdrowia, Szczęścia i Pomyślności, niejaki Niedzielski Adam, podpisał nowelizację rozporządzenia w sprawie Systemu Informacji Medycznej. Dokument doprecyzowuje zasady przekazywania danych do systemu. Przy okazji rozszerzono katalog informacji, które będzie się zbierać. Czyli na przykład grupa krwi, alergie czy choćby, bo ja wiem, co tam jeszcze można by dodać. O, mam! Ciążę.

W idealnym świecie może i byłaby to pożyteczna wiedza, bo lekarz by zerknął w kwit i od razu wykluczył badania czy leki, których nie powinno się ordynować paniom w stanie błogosławionym. Zakładając oczywiście, że byłby w takim na przykład Luxmedzie do SIM podpięty. Albo ratownik medyczny, który ogarniałby nieprzytomną panią, zerknąłby sobie, czy może podać litr morfiny do jamy brzusznej. Oczywiście zakładając, że miałby dostęp do SIM, i miałby czas, żeby się do niego podłączyć i zerknąć. Ale dalej uważam, że to są dane zbyt osobiste.

Natomiast żyjemy w Polsce, więc chyba tylko ultrasi PiSu i dzieci mogą wierzyć w to, że taki rejestr nie stanie się kolejnym narzędziem opresji. Zwłaszcza że minister Zdrowia i Szczęścia Wieczystego nie wykluczył, że dostęp do danych zawartych w SIM może dostać kiedyś prokuratura i sądy. Oczywiście żadnych dat nie podał, będzie się to kiedyś tam, nawet nie wiadomo czy kiedykolwiek odbywać, na dodatek na mocy określonych przepisów, których też jeszcze nie ma. Wiec w ogóle nie ma strachu, no co wy, ludzie?

Szybkie pytanie retoryczne do ludzi, którzy kojarzą, co się w tym sraczu obsranym gównem dzieje: ile czasu potrzebować będzie Partia, żeby odpowiednie przepisy dopchnąć, choćby kolanem?

A być może, takie przepisy już gdzieś tam są, i się z automatu rozszerzą na dane zawarte w SIM. Wiecie, tym kurwiom nie można ufać. Słowa prawdy w życiu nie powiedzieli, jak mówią, że czegoś nie zrobią, to na bank to zrobią. Zwłaszcza jeżeli chodzi o antyaborcyjne rozliczenia z kościołem, które tanie nie są. No ale jak się je spłaca ograniczeniami swobód obywatelskich, które funkcjonariuszy Partii nie będą przecież dotyczyć, to jest to poświęcenie, na które są zawsze gotowi.

Specjaliści na tym gównie nie zostawili suchego włókna, ale co z tego? Partia sobie podpisała i przepchnęła co chciała, nie przeszkadzała jej niekonstytucyjność tego rozwiązania i kolejne zgwałcenie naszych praw obywatelskich. Nie żeby kogoś jeszcze ta śmieszna książeczka obchodziła, ale Konstytucja tego kurwidołu mówi wyraźnie, że władze publiczne nie mogą pozyskiwać, gromadzić i udostępniać innych informacji o obywatelach niż niezbędne w demokratycznym państwie prawnym. Jakiemu demokratycznemu państwu jest tak naprawdę potrzebna informacja o ciąży jego obywatelki?

Na to pytanie musicie sobie odpowiedzieć już sami. Waszej wyobraźni pozostawię również to, co ta władza może z taką wiedzą o obywatelkach zrobić.

O tym, że w Polsce rodzi się dramatycznie mało dzieci i jako społeczeństwo po prostu wymieramy, pisałem kilkukrotnie. Władza pijana władzą, i na tę władzę chora, nie myśli o tym, jak nas ratować, tylko jak wygrać kolejne wybory i kto może jej w tym pomóc. Diluje zatem z kościołem naszymi prawami, tym razem reprodukcyjnymi, i w efekcie mamy to, co mamy.

Wpadło mi w ręce badanie z tego roku, w którym Polki wypowiedziały się o macierzyństwie. Ponad połowa stwierdziła, że ten sracz to nie jest dobre miejsce do tego, by zakładać rodzinę i realizować się w macierzyństwie. Powody oczywiste dla każdego: brak systemowego wsparcia, brak dostępu do niezbędnych usług, ograniczanie podstawowych wolności obywatelskich, brak tolerancji.

Jakie widzą powody tego, że rodzi się coraz mniej dzieci? Zbyt niskie zarobki kobiet, brak dostępu do legalnej aborcji w przypadku wykrycia ciężkich wad płodu, obawa przed niepełnosprawnością dziecka w sytuacji, gdy ten kraj nie wypracował rozwiązań skierowanych do rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, brak wsparcia dla in-vitro. No i oczywiście kobiety nie chcą przez ciążę rezygnować z pracy, bo nie każdy Januszex trzyma dla nich miejsce, aż łaskawie urodzą i ruszą swoją leniwą dupę z powrotem za biurko.

Co tymczasem robią mędrcy partyjni? Mają plan. Kurwa, bardzo sprytny plan. Nie chcą rodzić? To dojebmy im rejestr ciąż. Bo oczywiście nie ma się czego bać, ziobrowe chłopaki na pewno nie dostaną do niego dostępu, a nawet jak dostaną, to tej wiedzy nie wykorzystają.

Witajcie, kurwa, w Salwadorze.

W chwili, gdy tekst już wrzucałem na stronę, wpadł mi w ręce jeszcze jeden sondaż. Tym razem o finansowaniu kościoła. Czy chcemy, żeby ta dziewięciogłowa bestia pasła się na budżecie? Czy powinna mieć przywileje podatkowe? Otóż kurwa 2 x NIE. 66 proc. ankietowanych jest przeciwna finansowaniu kościoła. 70 proc. uważa, że należy zlikwidować przywileje podatkowe dla kk.

Czy w każdym urzędzie i miejscu publicznym, obok (a czasami nawet ponad) państwowego ptaka powinien wisieć krzyż? Tutaj już jesteśmy bardziej tolerancyjni – 54 proc. mówi, że chuj, niech wisi. A religia w szkole? Połowa mówi, że spoko, niech sobie będzie. Ja też jestem za – nic szybciej nie odreligijnia tego kraju niż nieudolni księża i katecheci, którym się wydaje, że młodzież dalej daje faka za ognie piekielne i przejmuje się karą za grzech samogwałtu.

Dotarcie do dokładnych kwot finansowania kk to zadanie nietrywialne, bo ta i poprzednie władze kitrają ten hajs po różnych dziwnych funduszach, ale pismaki dotarły do kwot. Niby gdzieś tam człowiek słyszał, ale nie do końca wiadomo, czy to było wszystko, dlatego zawsze warto przypomnieć, jakie to są pieniądze.

1,5 miljorda idzie na pensje dla katechetów szkolnych, przedszkolnych, a ponoć od niedawna nawet żłobkowych. I tego ostatniego mój mózg nie ogarnia, na chuj katecheta w żłobku? 200 baniek na fundusz kościelny. Pół miljorda na kościołowe placówki edukacyjne i szkoły wyższe. Plus tam jeszcze jakieś drobiazgi, razem rocznie to około 3 miliardów ziko (słownie: 3 000 000 000 zł), aczkolwiek widziałem też szacunki bardziej dla nas litościwe, opiewające na marne 2 miliardy.

Oczywiście nie samym hajsem kościół żyje. Państwo może na ten przykład sprzedawać księżom dobrodziejom nieruchomości z bonifikatą. Jakie to bonifikaty? Nieduże, co to jest 91 proc. I tak na przykład między rokiem 2015 a 2020 polskie powiaty dokonały takich transakcji na kwotę nominalną 30,9 mln zł, ale kościół zapłacił za te nieruchomości nieco ponad 3 bańki. Tak trzeba żyć.

A wy co? Dalej serek topiony i czerstwa bułka kupiona pod koniec dnia ze zniżką? Nawet mi was nie żal, nikt wam nie bronił zostać biskupem.

Idę do ogrodu zen, żeby przez chwilę pokontemplować nieskończoną głupotę tego naroda, i pozastanawiać się, czy naprawdę nie ma już dla nas nadziei. Miłego piąteczku.

No elo 104

No elo, myślicie że to koniec?
No, kurwa, niekoniecznie.

Hehehehehe, no kto by się spodziewał.

W jednym z odcinków wspominałem o fantastycznej inwestycji PiSu, jaką była budowa elektrowni węglowej w Ostrołęce. Właściwie wszystkie ekspertyzy robione przed 2015 rokiem wyraźnie stwierdzały, że inwestycja jest nieuzasadniona, zarówno z ekonomicznego, jak i ekologicznego punktu widzenia. No ale przecież PiS jest PiSem, więc nie będą Partii jacyś specjaliści mówić, czy coś ma sens, bo sens ma wszystko, co Partia zadecyduje i zrobi. No taka logika.

Dlatego w 2016, chwilę po wygraniu obu wyborów, Kaczyński pchnął swoich ludzi na odcinek ostrołęcki, wznowiono budowę (jej wstrzymanie niejaki Duda Andrzej nazwał zbrodnią) i nawet tanio wyszło, bo co to dla nas 1,2 miliarda (słownie: 1 200 000 000) ziko? Tyle co nic. Tyle co splunąć.

Projekt ‘Ostrołęka C’ realizowały spółki skarbu państwa: Energa i Enea, które utopiły w tym po 600 mln każda, i zebrały przez to w dupę. No ale to SSP, więc nie ma sensu się przejmować wynikami ekonomicznymi, gdy Partia wzywa.
Oraz kojarzycie te nazwy, nie? Być może nawet dostarczają wam prąd. To już wiecie, kto zapłacił za kolejną wielką, słomianą inwestycję PiSu, obliczoną wyłącznie na wynik wyborczy? Pewnie, że wiecie, domyśliliście się, gdy wspomniałem pierwszy raz o spółkach skarbu państwa.

Projekt sobie trwał, no ale ile można sypać hajsu do ogniska? Dlatego w lutym 2020 inwestycję zawieszono. Ale tak po wielkiemu cichu, bo przecież trwała kampania wyborcza niejakiego Dudy, więc nie można było wkurwiać potencjalnych wyborców.

I tera czekaj szwagier, bedzie dobre. Nadchodzi marzec 2021 roku i PiS triumfalnie przecina wstęgę na imprezie otwarcia nowego bloku elektrowni Ostrołęka. Ale to w alternatywnej rzeczywistości, bo u nas rozpoczyna się rozbiórka.

Kojarzycie? Finalnie wpakowaliśmy w to jako obywatele 1,6 mld złotych tylko po to, żeby po 4 latach od wznowienia budowy, zarządzić rozbiórkę. Jak myślicie, ile kasy poszło jak krew w piach? Ile straciliśmy bezpowrotnie? Podpowiem tylko, że z jakiegoś powodu nie jest to całe 1,6 mld. Sprawdzili to dwaj posłowie: Joński i Szczerba, dlatego w ogóle o tym wspominam.

Dobra, pytałem o to, ile hajsu poszło się jebać?

(chwila na muzykę z windy)

Prawidłowa odpowiedź brzmi: miljord trzysta.

Dam wam jeszcze chwilę, niech wnika w szpik.

Oczywiście mówienie o tym, że pieniądze zostały stracone bezpowrotnie, jest mało precyzyjne. Przecież w spółce budującej elektrownię pracowali ludzie. W jej władzach zasiadali ludzie. Wszyscy ci ludzie brali za swoją pracę pensje. Całkiem spore pensje, bo średnio po 15 koła miesięcznie. Więc nie, że krew w piach. Raczej hajs do kieszeni. Czyjej kieszeni? No ja dowodów nie mam żadnych, że pracownicy i władze spółki były w jakikolwiek sposób powiązane z PiSem, ale nie mam tej pewności tylko dlatego, że nie miałem czasu na sprawdzanie, kim są ludzie, którzy byli we władzach spółki.

Bo być może jestem do PiSu uprzedzony i była to jedyna tego typu inwestycja w historii rządów Partii, do której nie powtykano swoich ludzi, i nie kazano im dobrowolnie odpalać pajdy na fundusz partyjny (to też ciekawa patologia, takie przepompowywanie środków przez osoby prywatne na konto PiS). Mogło się tak zdarzyć. Ale jakoś mam problem, żeby w to uwierzyć.

Ciekawy jest jeszcze jeden wątek. Inwestycję zakończono z powodu wystąpienia „ważnych obiektywnych czynników otoczenia rynkowego”.

Przez cztery lata pompowano w tego misia nieprzytomną kasę, bo nikt nie czyta gazet i się biedaki nie zorientowali, że UE zmienia politykę energetyczną, że będzie Zielony Ład, że będziemy odchodzić od węgla. Nowe podejście powstało w nocy z wtorku na środę, nikt się go nie spodziewał, było kompletnym zaskoczeniem dla wszystkich. A przynajmniej dla inwestorów, bo jak czytamy w komunikacie Energi:

„Przypomnieć też należy, że plany budowy bloku węglowego w Ostrołęce do momentu m.in. radykalnych zmian w polityce klimatycznej Unii pozostawały racjonalne biznesowo, a wydatkowanie środków było niezbędne”.

Mnie przekonali, wszystko wina Unii (albo Tuska, zależy na co tam teraz jest zapotrzebowanie polityczne), która wzięła ich z zaskoczenia. Pieprzone UE.

Niektórzy mogliby się dodatkowo zainteresować, czym byśmy tam palili, bo przecież do pracy elektrowni potrzebne jest paliwo. Widzicie, tak się szczęśliwie składa, że całkiem niedaleko Ostrołęki jest kopalnia w Bogdance. Znaczy nie, że jakoś bardzo niedaleko, ale co to jest 260 km w linii prostej? Polska jest szeroka na mniej więcej 700 km, więc to raptem 1/3 szerokości kraju.

Albo może plan był inny? Może mieliśmy brać węgiel z Elbląga, który jest trochę bliżej?

Zaraz, jaki węgiel z Elbląga? Przecież w Elblągu nie ma węgla.

Czyżby?

„Główny strumień masy ładunkowej w obrocie międzynarodowym portu w Elblągu będą stanowić towary w relacji z Obwodem Kaliningradzkim”.

Więc zupełnym przypadkiem mogło się zdarzyć tak, że w niedoszłej Ostrołęce mieliśmy palić tanim, rosyjskim węglem, zamiast naszego, patriotycznego polskiego? Kto to wie?

Jednocześnie dowiadujemy się, że oprócz przejebania 1,3 mld na tego misia, zmarnotrawiliśmy miliardy z UE, przeznaczone na uniezależnienie się od paliw kopalnych. Chodzi o środki z unijnego systemu handlu emisjami. Tak, to te słynne ETS-y, którymi handlowaliśmy jak pojebani gdy były tanie, bo przecież kiełbadron wyborczy sam się nie sfinansuje. Potem odkupowaliśmy je, jak były drogie, co znalazło odbicie w cenach energii dla odbiorcy prywatnego. A tak w ogóle, to pół tej kasy miało iść na transformację energetyczną kraju. Zgadnijcie czy poszło? Tak, dzisiaj są łatwe pytania.

Zresztą  znając orłów z PiSu to nawet gdyby się zdecydowali na zieloną energię, postawiliby pewnie na gaz, zwiększając nasze uzależnienie od Rosji. Więc to chyba pierwszy raz, gdy się trochę cieszę, że tak zjebali, bo trochę mniej kasy rzucimy w paszczę bestii z Kremla, a koszty zaniechania transformacji jebną również wyborców Partii. Nie, że da im to do myślenia, ale ostatnio znowu mi się zmieniło podejście i ponownie zaczęły cieszyć mnie dotykające ich nieszczęścia. Ot, taka mała mściwa satysfakcja jebanego w każde miejsce przedstawiciela spauperyzowanej klasy średniej.

A skoro już jesteśmy przy energii, to słowo o żarówce. Pamiętacie tę fantastyczną kampanię edukacyjną, podczas której wbrew świadectwu faktów, państwowe firmy oblepiły kraj kłamliwymi plakatami, zawyżającymi faktyczny udział kosztów zesłanych nam na głowy przez Unię w końcowej cenie energii? I jak się fajnie tłumaczyli, że a jakże, i owszem, może i kłamiemy, ale chuj z tym.

No więc jest tak, że może nie udało się Partii rękami swoich przedstawicieli w SSP przekonać ludzi do tego, że drożejący prąd to wina UE, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś ale. Kampania była duża, pisałem o niej, gdy wystartowała, nawet udało się policzyć przybliżone koszty (plus minus 12 baniek). Zasięgi miała duże (estymowane 17 mln Polaków). Ale efekt odrobinę odbiegający od oczekiwanego, przynajmniej według ruchu Akcja Demokracja, który zlecił sondaż badający odbiór tej kampanii.

Zrzucić winy za drożejący prąd z rządu na UE się nie udało, większość (42 proc. ankietowanych) jako winnych tego gnoju, wskazuje naszych orłów, Unię tylko 20 proc. I teraz przejdziemy do tego ale. Są bowiem dwie grupy ankietowanych, które UE wskazują jako głównego winnego, i to większością głosów, odpowiednio 45 i 33 proc. Zgadniecie jakie to grupy?

45 proc. to PiS, 33 – Konfederacja. Jak mówiłem, dzisiaj same łatwe pytania. I w sumie wypada się cieszyć, że udało im się obrzydzić jeszcze bardziej Unię głównie swojakom, którzy są już i tak przekonani do tego, że UE to zło, piekło i Szatan.

Ale oczywiście Prezes nie chce wyjść z Unii.

I tak to się żyje w tym chlewie obsranym gównem.

PS Miałem wam pisać o występie premiera Mateusza, w którym apelował do młodych, żeby pisali do swoich norweskich ziomków listy o treści ‚dej hajs, mam horom Polske’, ale nie napiszę, bo wszyscy to już słyszeli, i nie ma co robić egzegezy wypowiedzi, która sama się tłumaczy. Dlatego sobie darowałem.

%d blogerów lubi to: