Nanga Parbat. Zgodnie z przewidywaniami Polacy dali głos i znowu mam ochotę zwymiotować na rodaków. Ale ja nie o tym.
W dyskusji pada często Pytanie Ostateczne: dlaczego nie byli ubezpieczeni? Byli. Natomiast ubezpieczenie nie pokrywało kosztów transportu ekipy ratunkowej spod K2. MSZ udzielił gwarancji na 50 tys. dolców, Pakistan dostanie hajsy i prawdopodobnie nie pójdą one nawet z naszych podatków. Widziałem dwie zbiórki pomocowe – w złotówkach kilka godzin temu było 264 tys., w eurosach z zaplanowanych 100 tys. mieli już 83 tys. Więc ustaliwszy to, skończmy ten żenujący festiwal pierdolenia o „kradno mi z podatków na głupie hobby zamiast dać na horom curke”.
Natomiast mam inny temat do poruszenia. Jak wszystkie mędrki od „powinni się byli ubezpieczyć” wyobrażają sobie akcję ratunkową w wysokich górach? Że co, na 7000 metrów na każdym ośmiotysięczniku stoi baza murowana, taka bacówka czy też schronisko, w której siedzą ratownicy pracujący dla konkretnych ubezpieczycieli i ściągają himalaistów jak jest bieda?
Czy może baza stoi na 500o metrów? Albo na 3000? I siedzą w niej ludzie od ubezpieczycieli, którzy tylko czekają na sygnał, żeby popędzić w góry i ściągać himalaistów jak jest bieda?
Czy może, kurwa, u podnóża góry stoi balon, którym przedstawiciele ubezpieczyciela lecą sobie do góry, po czym desantują się, przypinają zziębniętych himalaistów do lotni i fruną z nimi w dół? Albo zjeżdżają na nartach, wlokąc za sobą tobogany?
Dochodzi do zabawnych sytuacji, gdy utkną dwie wyprawy jednocześnie, ale jedna ma chujowe połączenie w Playu i nie może się dodzwonić do Axa (niebieskie kurtki), więc gniją w śniegu, a druga ma telefon satelitarny i ratownicy z Compensy (żółte kurtki) już jadą na sygnale ratować niefortunnych podróżników.
Poważnie, jak sobie wyobrażacie akcję ratunkową w sytuacji, gdy jesteście ubezpieczeni od wszystkiego?
Na Nanga Parbat nie ma bazy TOPR-u, GOPR-u czy tam NPOPR-u, gdzie siedzą ratownicy i czekają na sygnał od ubezpieczyciela: ruszajcie, ino wartko, ale tylko ci z PZU (granatowe kurtki), MetLife (zielone kurtki) czeka, bo coś się w polisie nie zgadza, i chyba w tej tanioszce, którą podpisały te naiwne łosie akcja ratunkowa powyżej 7k metrów jest wyłączona z ubezpieczenia.
Akcja ratunkowa w takich sytuacjach opiera się wyłącznie na uczestnikach innych wypraw, i to pod warunkiem, że są w pobliżu. Francuzka (w chwili gdy to piszę, chłopaki zeszli bez Mackiewicza i fruną do Skardu[1]) miała gigantyczne szczęście, że akurat po sąsiedzku nasi szykowali się do ataku na K2 i byli zaaklimatyzowani na odpowiedniej wysokości. Na dodatek zaprezentowali nadludzką wytrzymałość i po przybyciu pod Nanga Parbat, 1100 metrów w górę, częściowo po ciemku przebiegli niczym cyborgi. Nieludzkie szczęście, bo w tej chwili „po sąsiedzku” jest tylko jeszcze jedna wyprawa, która tak się składa, przebywa w Obozie 1 na wysokości 6050 metrów i ma do Nanga Parbat w linii prostej półtora tysiąca kilometrów. Bo są, kurwa, pod Mount Everestem. W tej chwili nie ma tam nikogo więcej, bo zimą na ośmiotysięczniki wspinają się tylko Polacy, Rosjanie i pojeby.
„Noale przecież śmigłowiec”
W okolicy Nanga Parbat lata tylko armia. Indie i Pakistan napierdalają się tam od lat o Kaszmir, więc lotów cywilnych nie ma. Pechowo składa się tak, że pakistańska armia korzysta z helikopterów[2], które nie są w stanie wspiąć się powyżej 6000 metrów. Tak zwyczajnie, po helikopterowemu – nie są w stanie polecieć wyżej. Do tego pogoda. Naszą ekipę spod K2 Pakistańczycy wysadzili na Nanga Parbat na wysokości 4800 nie dlatego, że pilotowi nie chciało się lecieć wyżej.
Podsumowując. To, czy byli ubezpieczeni (byli) czy nie, nie ma w tej konkretnej sytuacji najmniejszego znaczenia. Mogli sobie zapłacić nawet miljord dolarów, a i tak niczego by to nie zmieniło. Jak w Pakistanie nie masz dojść do generała, śmigłowiec nie wystartuje po kwadransie.
Oraz jeszcze jedno. Art. 36 Konstytucji mówi: podczas pobytu za granicą obywatel polski ma prawo do opieki ze strony Rzeczypospolitej Polskiej.
Pamiętajcie o tym podczas pobytów ZAGRANICO. Nieważne, czy zgubicie paszport w Australii, zaatakujecie Mount Blanc w Kubotach, czy utkniecie w lodowej jamie na Nanga Parbat. Jako społeczeństwo powinniśmy dbać o swoich. Nawet jeżeli nie mają ubezpieczenia (mają).
Aha, wszelkie próby dyskusji o tym, czy himalaizm to hobby bezpieczne, pożyteczne, sensowne, czy wręcz przeciwnie, będą kasowane. To nie ten wątek a himalaistów wolę od piłkarzy nożnych. Są tańsi w utrzymaniu a ich kibice nie rozpierdalają mi miasta po tym, jak ich idole wejdą zimą na K2.
[1] Giambiasi twierdzi, że próbuje zorganizować śmigłowiec, który poleci po Mackiewicza. Szuka czegoś, co wleci powyżej 7000 metrów.
[2] Mają następujące maszyny: Aerospatiale, Mi-17 i Bell, te pierwsze latają maksymalnie na pięciu tysiącach metrów, Mi-17 i Bell na sześciu. Ergo – armia pakistańska nie ma na stanie maszyn, które byłyby w stanie podjąć ludzi powyżej sześciu kilometrów. Mackiewicz i Revol utknęli na wysokości 7300 m.
Gewałt okrutny, bo Piekara ma zapłacić PÓŁ MILJONA ZŁOTYCH. PÓŁ MILJONA! DOSTAJESZ AWANS SKURWYSYNU! JEBANY AWANS!
Tu obrazek, z którego pochodzi powyższy tekst. Wolę dmuchać na płatki śniegu (rys. Jakub Dębski aka Dem, http://demland.info/)
Nie pierwszy raz Jacku niepokornemu wyrwał się z krtani chujowy tekst. Wcześniej nawywijał z nagrodą Zajdla i nałgał na temat Witka Siekierzyńskiego. Głową Borysa Budki chciał tłuc tak długo o mur, aż by się mózg wylał, ot, taki śmieszek.
Jacku postanowił podzielić się również swoimi światłymi myślami na temat Doroty Wellman. Nie spodobało mu się, że popiera protesty przeciwko zaostrzeniu ustawy aborcyjnej i wyrzygał taką oto laurkę.
Wellman chyba się trochę wkurwiła, a może postanowiła po prostu dać Jacku nauczkę, tego nie wiem. Dość powiedzieć, że odbył się proces i literat Piekara dostał PÓŁ MILJONA KARY ZA WOLNOŚĆ SŁOWA!!!
W ogóle cała akcja była hilaryjna. Nie odbierał zawiadomień z sądu, bo ten wysyłał je na adres jego zameldowania a Piekara się tłumaczył, że on tam nie mieszka i że ta pani przyszła w tym futrze. Tłumaczenie, że się gdzieś nie mieszka i dlatego się nie odbiera zawiadomień o procesie i rozprawach rozbawiło sąd i wszystkich ludzi mających mózgi, do łez. No bo jakby nieodbieranie korespondencji dawało immunitet, to mielibyśmy zajebisty burdel w tym archeo. Aha, o wysyłce na adres zameldowania mówi sąd, literat twierdzi, że taki chuj, on tam nigdy nie mieszkał a adres sąd wyssał z brudnego palucha. Nie przestawił jednak dowodów, że mieszka gdzie indziej a w innym pokrzywdzonym wywiadzie twierdzi, że jednak kiedyś tam mieszkał, ale już nie mieszka. Więc ja się jednak przychylę do wersji sądu.
Wyrok też skandal, PÓŁ MILJONA ZA WOLNOŚĆ SŁOWA!!! I co ciekawe, literat mógł go na luzie uniknąć, kasując feralny wpis i przepraszając za niego Dorotę Wellman. Ale pewnie stwierdził, że nikt mu nie będzie groził, nie usunął, nie przeprosił i teraz zabuli PÓŁ MILJONA ZA WOLNOŚĆ SŁOWA, SKURWYSYNU!!!
Tyle, że niekoniecznie.
Koszty wyglądają bowiem następująco:
– wpłata 25 tys. na cel charytatywny
– 6 tys. kosztów procesu
– przeprosiny w dwóch zasięgowych pismach, podobno w tym przypadku sąd w wyroku podał bardzo szczegółowe informacje dotyczące tytułów, formatów i częstotliwości ukazywania się przeprosin.
I to ostatnie Piekara wyliczył sobie na 427 tys. złotych.
Sąd okazał się być prawdziwym zwyrolem i powiedział „Piekaro, emituj całą trzecią stronę w piątkowej Wyborczej (289 500 zł) i trójkę w czwartkowym Fakcie (185 000 zł). Wtedy faktycznie, wychodzi pół miliona. Mam jednak wrażenie, że nawet jeżeli sąd podał format, to nie wnikał na której ma to być stronie i w jaki dzień. Ergo mówienie o PÓŁ MILJONIE ZA WOLNOŚĆ SŁOWA jest prawdopodobnie taką samą prawdą jak to, że Franz miał strzelać do papieża.
No bo popatrzmy. Według słów Piekary sąd wskazał tytuły, formaty i częstotliwość ukazywania się reklam. Według mnie częstotliwość oznacza w tym przypadku jedna w tym tytule, druga w tym. Jeżeli sąd wskazał faktycznie Fakt i GW, to zamiast płakać jak mała dziwka bez szkoły, Piekara powinien walnąć czarno-białe przeprosiny na stronach redakcyjnych w sobotę, co będzie go kosztować w GW 82 500.
W Fakcie może z kolei przycelować w wydanie wtorkowe, środowe albo sobotnie i za jedną stronę w drugiej połowie pisma zapłacić 90 000 zł.
Jeżeli sąd stwierdził, że Fakt jest mało poważnym i jeszcze mniej poważanym tytułem, i wskazał Rzepę, to Piekara ma jeszcze luksusowiej, bo tam odległa strona redakcyjna kosztuje 72 400 zł. A jak wyemituje reklamę w wydaniu sobotnio-niedzielnym to ma z cennika automatyczny rabat 20%. Czyli 57 920 zł.
Właśnie, rabat.
Po działach reklamy wszystkich firm krążą legendy o kliencie, który zapłacił za reklamę kwotę cennikową. Nikt go nigdy nie widział, ale poszukiwania tej mitycznej istoty trwają nieustannie. Niech mnie koleżanki i koledzy pracujący w sprzedaży poprawią, ale wydaje mi się, że klient z ulicy bez jakiegokolwiek skilla negocjacyjnego, może według mnie liczyć na jakieś 10% rabatu za to, że w ogóle chce się ogłaszać jak zwierzę w papierze.
Załóżmy, że literat Piekara ma takie umiejętności negocjacyjne jak potrafi w twittera i dostał z litości 10%. Co oznacza, że za emisje w GW i Rzepie (tutaj dali mu tylko 20% za weekend) zapłaci 132 170 zł.
Razem z kosztami procesu i charytatywką wyjdzie mu w sumie 163 170 zł. No ale PÓŁ MILJONA ZIKO ZA WOLNOŚĆ SŁOWA brzmi lepiej i bardziej sensacyjnie, nie?
Mógłbym tak sobie siedzieć i liczyć długo, ale bez szczegółowych danych nie ma to sensu. A jeżeli sąd nakazał konkretne tytuły, formaty, strony i dni tygodnia, to Piekarze zawsze zostaje negocjowanie rabatu ze sprzedażą zamiast krzyczenia na pół internetu o PÓŁ MILJONA ZIKO ZA WOLNOŚĆ SŁOWA.
I ja bym nawet się tak nie natrząsał z literata gdyby nie fakt, że ten człowiek był naczelnym w magazynach Click! Fantasy, Fantasma i Fantasy oraz dziennikarzył w Świecie Gier Komputerowych, Gamblerze i Click! I jako taki, powinien o rynku prasy wiedzieć cokolwiek.
Rok i tydzień temu byliśmy na pierwszym spacerze. Rok temu przyjechał do nas.
Z tego co pamiętam, nasze narady pospacerowe nie były jakieś długie. Owszem, wyraziliśmy między sobą zdziwienie, że na zdjęciach był mniejszy i jakiś taki bardziej kanapowy, ale po pierwszym spacerze byliśmy na Filipa zdecydowani.
Trochę miałem tremę, jak z Młodym jechaliśmy po psa, bo to wiadomo – obce ciało na pokładzie, nie wiadomo, jak zareaguje na jazdę, czy będzie szalał, czy go będę musiał morderczym wenusjańskim chwytem przydusić do siedzenia i złamać mu kręgosłup. Wiecie, typowe rozterki człowieka, który w życiu nie miał psa i wydaje mu się, że ich, tych psów niby, ulubioną zabawą jest zagryzanie właścicieli we śnie.
Droga spod radomskiej wsi była pełna przygód i psich straszków, no bo przecież zabierają mnie, ale pół litra śliny na szybach i kilogram sierści na siedzeniu i na mnie później, dojechaliśmy do domu.
Pierwsze kroki na nowym kwadracie. GRUBY, DZIE MNIE PRZYWIOZŁEŚ, TU TERAZ BĘDĘ? (fot. M.Cywińska)
Pierwsze tygodnie Filip spędził w Guantanamo, bo dostaliśmy zalecenie, żeby trzymać go w klatce, ale tylko na początku wyglądał na zasmutkowanego. Potem, jak mu tę klatkę ogaciłem kocem, dzięki czemu zyskał „ścianki” i miał kryty tył i bok, zaczął ją traktować jak dom a nie więzienie.
Jeszcze jedno słowo na temat tego, jak nam się Filip zaprezentował po wejściu do domu. Oczywiście ucieszył się, jak już skumał, że tutaj teraz będzie mieszkał. Roztaczał dokoła siebie dyskretny zapach kiełbasy wędzonej gorącym dymem, bo jako lepszy cwaniak w domu tymczasowym wyżebrał sobie miejsce obok pieca. Więc nie dość, że pachniał jak kiełba, to jeszcze był cały w tłustej sadzy.
To nie była moja łapa, proszę sądu ostatecznego (fot. M. Cywińska)
I jak go umyliśmy pierwszy raz (po epickim boju), to wystraszyłem się, że pastowanego kabana nam dali. Otóż cały barwnik zszedł z Filipa, i zamiast typowego psa marki Cygan, uzyskaliśmy jakiegoś podpalanego Burka. Filip odbarwił się tak, że byłem przekonany, że kupiłem jakiś zjebany szampon, który najpierw zmył z niego kolor, a za chwilę pozbawi psa skóry. Przy zachowaniu proporcji wiem, co czują rodzice, jak mają pierwsze dziecko. Chaos, panika i nikt nic, kurwa, nie czai.
Na szczęście Filip jest psem bezproblemowym i miał w dupie to, że zmył się z niego kolor. Pół godziny po wyschnięciu, ponownie bryzgał entuzjazmem i miłością.
Tak wyglądały nasze koty gdy zorientowały się, że pies zostaje w domu. Był przypau (fot. M.Cywińska)
Oczywiście nie tylko koloru go pozbawiłem. Filip okrutnie pylił, sierść wychodziła z niego garściami, mieszkanie przypominało legowisko Szeloby, wszędzie w powietrzu unosiły się kłaki. Swoje dołożyły też koty. Słyszałem coś o Terminatorze, czy tam Furmicośtam, ale nie będę płacił stówki za zgrzebło. Po dających mi wiele radości, ale i rozczarowań próbach wyczesania go zwykłymi szczotkami, wyplułem w promce siedem dyszek i kupiłem najlepszy wynalazek świata. Po pierwszym użyciu mogłem z pozyskanej wełny, czy co tam z Filipa zdrapałem, ulepić sobie nowego, trochę tylko mniejszego psa. I głupi byłem, że nie ulepiłem, Filip miałby się z kim bawić, bo do dzisiaj koty go olewają i nie chcą wspólnie z nim pląsać po kwadracie.
Po lekko traumatycznych początkach (koty się na tydzień wyprowadziły z domu), zaczęło się wszystko układać. Nas Filip pokochał od razu, całą ludzkość trzy sekundy później. Przez trzy miesiące chodził i płakał, że Seba z Milusiem nie chcą się z nim bawić, potem zrozumiał, że owszem, jesteś w naszym stadzie, ale między nami kosa a nie przyjaźń i uważaj we śnie. Koty do dzisiaj nie lubią zalotów Filipa, Filip z tego powodu cierpi niewymowne katusze.
CO ŻEŚ GRUBY ZROBIŁ, CO TO LEŻY NA TOBIE NA MOJEJ KANAPIE, GRUBY MÓW OD RAZU (fot. M.Cywińska)
Poza tym jest psem do rany przyłóż, kocha wszystko i wszystkich (najbardziej jedzenie z trawnika, im obrzydliwsze, tym lepsze) i nie rozumiem, jak mogłem przeżyć 44 lata bez niego. To bez sensu.
Ludzie, patrząc na moje sportowe wygłupy, często pytają się mnie, jak znaleźć w sobie motywację do tego, żeby się ruszyć z domu i zacząć się ruszać. Oczywiście nie znam uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, bo przecież takiej nie ma. Ale mogę opowiedzieć o tym, co napędza mnie.
Musimy cofnąć się do początku fajnej imprezy, na której się kiedyś znalazłem. Zaczęła się mniej więcej w roku 1994 i skończyła 21 lat później. Podczas niej robiłem rzeczy skandaliczne, niewybaczalne, żenujące a przede wszystkim bardzo niezdrowe. Po latach okazało się, że ciało ma ograniczoną wytrzymałość na wycisk i zaczęły się problemy. Na moje szczęście jestem z dziada pradziada wieśniakiem. Życie w siole nigdy nie było łatwe w tym kraju, dlatego moi przodkowie wykształcili w sobie taki zestaw cech, że ciężko nas zaorać, nawet bimbrem, w którym pół objętości to metyl. Mamy powtarzające się przez pokolenia problemy zdrowotne, ale ogólnie trzymamy się życia raczej mocno.
Dlatego wystawcież sobie moje zdumienie, gdy okazało się, że ciało katowane naprzemiennie sportem i alkoholem, zbuntowało się i wylądowałem w szpitalu z zapaleniem płuc, którą to historię znacie z bloxa i nie będę się powtarzał.
Jeszcze chwilę zajęło mi dojście do przytomności i skonstatowanie, że gnębię swoje ciało, jakby wieczne było a to nie jest tak. Po wyjęciu głowy z dupy, fajka z ust i kielona z ręki, zacząłem napierdalać.
Pierwszą, najważniejszą motywacją jest dla mnie zdrowie. Jestem w takim wieku, że raczej nie mogę liczyć na osiągnięcie oszałamiających rezultatów i cały mój chuligański trud tobie moja Ojczyzno. Ewentualnie cały mój treningowy wysiłek idzie na zbudowanie poprawnej konstrukcji fizycznej, która poniesie mnie jeszcze chwilę przez życie, a następnie jej podtrzymanie w stanie przynajmniej niepogorszonym. Przy czym nie jest też tak, że nic już nie można zrobić, bo można. O czym dalej.
Zdrowie jest moją pierwszą motywacją.
Swoje sporty uprawiam w wydaniu amatorskim a nie zawodowym, więc nie obawiam się kalectwa. Od zawsze bowiem wierzę, że trzeba mieć wyjątkowego pecha, albo robić coś źle, żeby się skrzywdzić podczas zabawy. Ja nie trenuję, żeby wystartować w Igrzyskach Olimpijskich. Wszystko, co robię, robię dla siebie, rodziny, bliskich, przyjaciół, znajomych i dla was, moich często anonimowych czytelników, żebyście mogli się cieszyć albo wkurwiać moją obecnością i pisaniną jeszcze przez wiele lat. Ćwiczę zatem na poważnie, na odpowiednim obciążeniu, czasami przesadzam, ale to wszystko jest dla zabawy, dla radości z wysiłku fizycznego a nie po to, żeby się zajebać na śmierć pod sztangą.
Mamy więc drugi punkt – rodzina, bliscy i znajomi.
Trzecim powodem jest przyjemność. Mam to szczęście, że należę do ludzi, którym po wysiłku fizycznym, eksplodują w głowie wszystkie możliwe hormony szczęścia. Ponoć z tymi endorfinami to ściema, ale na szczęście moje ciało o tym nie wie i po godzinie kettli, mózg zalewa mi taki koktajl chemii, że wiozę się na nim przez następne pół dnia.
Jako osoba z dużymi skłonnościami do uzależnień muszę bardzo uważać. Dlatego zamieniłem sobie jeden narkotyk (alkohol) na drugi (chemia mózgu), ogólna liczba się zgadza, organizm zmylony, wszystko jest w porządku.
Ta chemia to moja trzecia motywacja.
Pamiętacie, jak nam za młodu mówili: twoje ciało się zmienia, nie ma w tym nic złego, tak będzie, nie ma powodów do niepokoju. A myśmy potem chodzili niezbornie, kończyny się nas nie słuchały, głos się łamał, w końcu wyrastały włosy na jajach i może nawet byśmy się z nich ucieszyli, gdyby nie permanentny wkurw, który nas rozsadzał, i który sobie jakoś musieliśmy kanalizować.
Teraz ciało też się zmienia, szczęśliwie bez nastoletniej niezborności i rozedrgania. Brzuch maleje, klata i bice rosną, człowiek nabiera siły i mocy. Co jest bardzo przyjemne, bo wolę jak się w marynarkę nie mieszczę na górze, niż jak mi się ona na kałdunie nie dopina. Fajnie jest móc podnieść więcej niż pół roku temu i się przy tym nie spocić. A najfajniej jest wtedy, gdy w trakcie wchodzenia po schodach, na których jeszcze rok temu musiałem zakładać obóz i robić aklimatyzację przed atakiem na szczyt, nagle zaczynam na nie wbiegać, czasami nawet po dwa. Po dwa schody nie wbiegałem od studiów.
Lżej śmiga się przez życie, gdy jest się naładowanym taką energią, że aż się człowiek iskrzy na krawędziach.
Moja czwarta motywacja to moc, energia, amfetamina i kondycja, zaś piąta to polepszająca się estetyka ciała.
Kolejny temat jest trudny, bo niektórzy do niego podchodzą zbyt spięci. Ja zresztą do niedawna też popełniałem ten błąd. Wyznaczacie sobie dzień zerowy, jest to najczęściej dzień rozpoczęcia regularnych ćwiczeń. Stajecie na wadze, notujecie masę startową, po czym zaczynacie trenować. Czasami masa efektownie spada, zwłaszcza gdy do ćwiczeń dokładacie zmianę stylu żywienia. A czasami gubicie kilka kilogramów, a potem chuj – zwalnia tak, że zadajecie sobie pytanie, po co ta męczarnia.
W moim przypadku o efektownym spadku masy mowy być nie może z dwóch powodów. Nie przeszedłem na jakąś radykalną dietę, żywię się w miarę zdrowo i racjonalnie, ale nie mam ochoty mdleć na treningach, więc jem pożywnie. Ćwiczę 4-5 razy w tygodniu. Dwukrotnie kettle, czyli sport siłowy. Dwukrotnie krav magę, czyli bardzo energiczny sport walki. I jak mam jeszcze po tym wszystkim siłę, raz w tygodniu idę biegać.
Inwestuję więc w odbudowanie kondycji i zbudowanie masy mięśniowej. Taka sama objętość tłuszczu waży pewnie ze dwa-trzy razy mniej niż tyle samo mięśni (strzelam, możecie mnie poprawiać). Dlatego w momencie, w którym dokładam tych drugich i redukuję ten pierwszy, masa drga mi nieznacznie. Ale za to dość szybko i radykalnie zmniejszają się niektóre obwody. Dlatego przestałem się ważyć i moim jedynym probierzem postępów są moje ubrania. Według mnie to najlepszy miernik.
Gdybym gapił się we wskazania wagi, zniechęciłbym się już dawno. Nie ma takiego zagrożenia w sytuacji, w której odzyskałem dwie dziurki na pasku i zacząłem mieścić się w niektóre koszulki rozmiaru XL. Bo oznacza to, że zmalały mi boczki i cycki, nawet jeżeli waga nie spada tak szybko, jakbym sobie tego życzył. Jeżeli ktoś nie dowierza ubraniom (bo na pewno rozciągnęły się w praniu), niech pojedzie do Ikei i weźmie sobie w sklepie centymetr krawiecki, notes i ich ołówek, po czym niech co kilka dni mierzy sobie obwody i zapisuje wyniki.
U mnie działa.
Dlatego szóstym aspektem motywującym mnie do ćwiczeń jest zmiana masy i proporcji ciała.
Na koniec wspomnę o efekcie perpetum-mobile. Ja sobie dobrałem dyscypliny, które uprawiam w taki sposób, że wszystko się nawzajem samonapędza. Kettle przydają mi siły i precyzji ruchów, bo technika jest w nich bardzo ważna i zależy od niej pewnie jakieś 90% efektów. Dzięki temu, że zyskuję coraz większą świadomość swojego ciała i prowadzę ruch możliwie najbliżej optimum, zyskuję na krav madze, gdzie przecież technika jest również istotna. Dodatkowo buduję sobie kondycję, bo bardzo dużo i intensywnie się ruszamy podczas boju z partnerem. Biorę tę kondycję i niosę ją na kettle, dzięki czemu mogę ćwiczyć dłużej i intensywniej. Z tego bierze się dodatkowa moc i dynamika, które to zabieram ze sobą na kravkę. A ekstra moc i dynamika zawsze się przydadzą na treningach, na których przecież przez większość czasu walczymy z partnerem. No i nie zapominajmy o bieganiu.
I tak w kółko.
Jak widać wyjęcie jednego elementu z tej układanki, zaburza cały misterny plan, który wyszedł mi zupełnie niechcący. Ale nie narzekam i w zasadzie życzyłbym sobie, żeby więcej takich fajnych rzeczy mi tak niechcący wychodziło.
Siódmym motywatorem jest koncepcja kół zębatych – wyjmiesz jedno i cały misterny plan w pizdu.
Pewnie coś by się jeszcze znalazło, ale to co jest wystarcza mi, żeby się rano albo wieczorem zebrać w sobie, spakować rzeczy do plecaka i pójść poprzerzucać żelazo albo dać sobie obić ręce.
Dla porządku dodam szkoły, w których się katuję. To wam może chociaż częściowo konieczność przeprowadzenia researchu odpadnie:
Zarząd Osiedla Powstańców w Łomiankach chciał dobrze, ale wyszło po polsku, czyli jak zwykle.
Pomysł był niezły – walnijmy na murze otaczającym osiedle, serię murali z jakimiś epizodami powstańczymi, będzie i tematycznie, i ożywimy przestrzeń, coś jak wrzuty na murze otaczającym teren Wyścigów Konnych na Służewcu od strony Puławskiej. Okazji zamalujemy daremne mazajki zrobione przez domorosłych artystów, którzy jak tylko dostaną puszkę farby do ręki zaczynają zachowywać się jak pies na spacerze – na wszystko podnoszą nogę (pozdro serdeczne dla Kraca).
Na nowym muralu pojawił się między innymi obrazek z pomnikiem Małego Powstańca , kotwica Polski Walczącej, biało-czerwona flaga z napisem „Chwała i Cześć Bohaterom” i duży obraz przedstawiający żołnierzy szykujących się do akcji.
Nie wiem jaka była procedura, czy grafik zrobił projekt a Paganini pędzla to odmalował, czy też wszystko zrobiła jedna osoba, dość powiedzieć, że na murze wylądował taki oto malun.
Choć na Tygrysy mają Visy (fot. TVN)
Zasadniczo na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Powstańcy jak malowani, przepaska na ramieniu jest, pozycje bojowe, broń mierzy w serce germańskiego, kurwa, oprawcy, niech malują. No i namalowali.
Podejrzenia mógł wzbudzać dziwny mundur pana stojącego na pierwszym planie. Małe czerwone światełko mogło zapalić się na widok czapki. Jakimś tam sygnałem ostrzegawczym był dzierżony przez niego Schmeisser. No ale niczego nie wzbudziło i nie zapaliło.
Po czym, po zatoczeniu efektownej krzywej balistycznej, gówno trafiło w wentylator i obryzgało wszystkich. Dostało się zarządowi osiedla, dostało się artyście, i zupełnie nie wiem dlaczego, dostało się również burmistrzowi Łomianek, zupełnie jakby miał cokolwiek wspólnego z tym niefortunnym muralem. Otóż artysta-metaloplastyk mając do wyboru mnóstwo zdjęć, jak na przykład takie:
Ewentualnie takie:
Albo takie
Wybrał takie:
Przedstawia ono najobrzydliwszą formację Powstania Warszawskiego i jedną z najbardziej parszywych jednostek wojny – brygadę Dirlewangera, odpowiedzialną za zbrodnie przeciwko ludności cywilnej i rzeź Woli. Jak macie odporne żołądki, poczytajcie o ich dokonaniach, jeżeli ruszają was opisy zbydlęcenia przekraczającego wszelkie granice człowieczeństwa, darujcie sobie. Wystarczy, że ja się przez to przebiłem.
Nie ma stuprocentowej pewności, że na zdjęciu są faktycznie Dirlewangerowcy, na pewno jednak nie są to powstańcy. Malowanie murala przedstawiającego siły tłumiące PW jest idiotyzmem, na opisanie którego trochę brakuje słów.
W wyniku solidnego kałszkwału w internetach, zarząd postanowił szybko mural zamalować. Chwali mu się to, że nie mówił, że białe jest czarne, nie trwał w uporze, nie twierdził, że wie lepiej, tylko zamówił kubeł białej farby i malunku już nie ma, została po nim wielka biała plama. Tak trochę nawet symbolicznie się zrobiło.
Ponadto zarząd przeprosił wszystkich, którzy mogli się poczuć dotknięci, wyjaśnił jaki cel im przyświecał (zadbanie o wspólną przestrzeń) i moim zdaniem jest to sensowne załatwienie sprawy.
Chciałbym natomiast wziąć w obronę nieszczęsnego artystę. Widzicie, nie każdy zna ikonografię Powstania. Niektórych to zszokuje, ale istnieją mieszkańcy Warszawy, którzy zupełnie nie kojarzą zdjęcia przedstawiającego trafienie Prudentialu, będącego, było nie było, jednym z najbardziej rozpoznawalnych zdjęć z Powstania. Dla nich fotka przedstawiająca gości z karabinami, choćby nie wiem jak charakterystyczna, nie porusza żadnej struny i nie wywołuje refleksji „ej, ale oni mają dziwne mundury”. Bidny pacykarz wklepał w googla „powstańcy warszawscy”, wyrzuciło mu serię zdjęć, wybrał jedno, na którym „powstańcy” wyglądają dość bojowo i tak fajnie, i przerobił na mural. Typ nie musiał być wcale paterotą nowego sortu, żołnierzem wyklętym żyjącym prawem wilka, fanem „Ognia”, „Inki” czy „Kurasia”, noszącym ubrania z Red is bad. Miał do zrobienia malunek to zrobił tak, jak umiał najlepiej.
I fakt, że my jesteśmy tacy zajebiści, że od razu rozpoznaliśmy w tym rysunku fragment kadru (to zdjęcie jest bardzo charakterystyczne), absolutnie nic nie znaczy. Ziom popełnił błąd. Na pewno z niedouczenia, być może z powodów artystycznych (to zdjęcie ma piekielnie dobrą kompozycję). Ja tam by się ani na nim, ani na zarządzie nie wyżywał. Zdarza się.
Chociaż oczywiście od samego początku afery pieszczę w głowie myśl, że autor murala postanowił wszystkich strollować i wiedział dokładnie co robi.
Bardzo lubię road tripy z Marysią. Są ożywcze, kształcące, trochę twórczo fermentujące. No i oczywiście stanowią kompas dla związku – jeżeli podczas pakowania i wychodzenia z domu nie zerwiemy ze sobą przynajmniej cztery razy, oznacza to, że jesteśmy martwi. Tak, bardzo lubię te nasze wspólne wyjazdy.
W ubiegły weekend zawiało nas do Rynu. Ale tak literalnie, bo na miejscu dmuchało tak, że wyrwało mi głowę z płucami.
Wieje. Chociaż nie widać, to wieje. (fot. M.Cywińska)
Mała dygresja na boku. Ryn był dla mnie od zawsze końcem Mazur, bo nawet jak nam się udało wykręcić taką czasową nadróbkę, żeby na Tałtach skręcić na północ, to na jeziorze Ryńskim robiliśmy kółko i zawracaliśmy, ewentualnie cumowaliśmy w krzakach. W samym Rynie byłem podczas rejsu może raz, żeby dokupić piwa i płynąć dalej. Samo miasto w sezonie jeszcze jakoś przędzie i żyje, ale nie jest żadną atrakcją dla żeglarzy, ot keja, jakaś knajpa, kilka sklepów spożywczych w miasteczku, krótki postój, rzut oka na hotel górujący nad miastem, halsujemy dalej. Jesienią miasto warto zobaczyć głównie dla takiego miejsca jakim jest Hotel Zamek Ryn. Dla wszystkich, którzy wzorem Zagłoby nie lubią tłoku, jest to rozwiązanie idealne, bo o tej porze roku miasteczko jest ludne niczym Prypeć. Nic tylko zaznawać wypoczynku w błogiej ciszy.
Nie,że jakiś tam bosman. To jest Pan Bosman. I z Panem Bosmanem nie ma żartów, wie to każdy żeglarz i załogant (fot. M.Cywińska)
Dlatego informacja o tym, że będziemy byczyć się w hotelu na końcu Mazurów (Mazur?) skwitowałem delikatnym uniesieniem brwi i wzruszeniem ramion, coś na zasadzie „czy aby na pewno się duszko nie przegrzałaś na słońcu”. Do tego nie jakiś tam zwyczajny sieciowy hotel, tylko hotel zamek! I jeszcze w czasie trwania mini-Oktoberfestu! Degustacje! Warsztaty! Zwiedzanie! Kurde, a ja miałem nadzieję, że poleżę i przeczytam w spokoju „Śpiące królewny” Stephena i Owena Kingów. A tu przypał, nie spać, zwiedzać, łoić browar i się weselić.
Nasza wyprawa zaczęła się oczywiście od poślizgu i trzech rozstań, dlatego na miejsce dojechaliśmy ciut później niż planowaliśmy. Poza godzinami szczytu droga z Warszawy (koniecznie przez Mrągowo) zajmuje 3,5-4 godziny. Dojechaliśmy jednak na tyle wcześnie, żeby załapać się na zwiedzanie hotelu z przewodnikiem.
Koty. Wszędzie koty. (fot. M.Cywińska)
Z tego miejsca chciałbym wspomnieć, że załapaliśmy się na zwiedzanie z dreszczykiem, które było bardziej zabawą dla dzieci z gatunku światło-dźwięk-dużo dymu. Pojawiający się podczas wycieczki Czarny Mnich albo duch Białej Damy są sympatycznym dodatkiem do opowieści przewodnika, ale wolałbym materiał bardziej akuratny i bogatszy historycznie, nawet kosztem obłoków dymu i sympatycznej dziewczyny w białym gieźle. Takie wrażenia oferuje zwiedzanie klasyczne, będące spotkaniem z historią i legendami. Można sobie zatem wybrać, myśmy trochę na oślep poszli w ten dreszczyk, bo akurat klasycznego zwiedzania nie było. Trzeba się dowiadywać.
W zadawaniu sobie bólu jesteśmy bezkonkurencyjni. Na zdjęciu „bocian” – pierwszy z prawej (fot. M.Cywińska)
Apropo białego giezła. Każdy szanujący się zamek ma swojego ducha, wiadomo. W Rynie postawiono na księżną Annę, żonę wielkiego księcia litewskiego Witolda Kiejstutowicza, która według opowieści przewodnika, miała być żywym gwarantem tego, że Witold wywiąże się ze swoich zobowiązań w stosunku do Zakonu. Nie wywiązał się, Krzyżacy się zirytowali tak bardzo, że Annę i jej dzieci zamurowali żywcem w piwnicach zamkowych. To zupełnie jak z tym Ordonem, który w 1831 roku wysadził w powietrzę redutę nr 54, sam przy tym ginąc tak nieskutecznie, że przeżył jeszcze 56 lat. Księżną Annę Światosławowną zamurowali nie z dziećmi a z dzieckiem, bo z Witoldem dorobiła się jedynie Zofii. No i zamurowali ją tak nieskutecznie, że zmarła w Trokach 8 lat po wbiciu Zakonu w piach pod Grunwaldem. Sama zaś Zofia przeżyła nawet obronę Moskwy przed Tatarami w 1451 roku i zmarła dwa lata później. Więc ogólnie spoko.
Co ciekawe, prawdziwą historię Anny podają na tabliczce (fot. M.Cywińska)
Jeżeli więc szukacie prawdy historycznej, to nie podczas tej wycieczki. Natomiast śmiało możecie zabrać na nią dzieci, jeżeli jakieś macie. Gwarantuję, że będą bawić się przednio. I żeby nie było, sam też skorzystałem, dowiadując się o nowym dla mnie sprzęcie do tortur – bocianie. Oraz wypróbowałem na sobie zgniataczkę do palców, czucie w nich odzyskałem przedwczoraj, bardzo pożyteczna lekcja.
Po wycieczce poszliśmy na obiadokolację i tutaj miałem już więcej radości, bo jedzenie mają charakterne i w dużym wyborze. Żadnych tam fensi kart, z których muszę wybierać potrawy o obco brzmiących nazwach i udawać, że wiem co za chwilę będę jadł. Zamiast tego typowy bufet szwedzki na bogato, przy którym naje się i mięsożerny, i wegetarianin. Tak jak patrzyłem, to nawet coś wegańskiego dałoby się tam zmontować, chociaż oczywiście byłoby to zdecydowanie montowanie a nie gotowe rzeczy.
Idea kolejek wiecznie żywa (fot. M.Cywińska)
Dlatego dla każdego, kto mięsa nie tknie kijem, w restauracji jest dostępne menu SPA, w którym można przebierać między daniami dietetycznymi, wegańskimi czy bezmięsnymi. Szef kuchni zawsze coś tam smacznego zmontuje, nie ma zmartwienia.
Wracając do bufetu, to jest właśnie to, za co lubię stół szwedzki. Jak mam ochotę na mięso, to nakładam sobie talerz mięsa po czym rwę je kłami na strzępy i wyję radośnie. Jak zechcę warzyw gotowanych na parze, to zjem je dystyngowanie po czym wyjdę na dwór i przytulę się do drzewa.
Po kolacji udaliśmy się na wypoczyn do komnaty. A, właśnie, nie wspomniałem. Mieszkaliśmy w komnacie komtura Leopolda von Reitenbacha, do której mam tylko jedno zastrzeżenie – do pokoju dwuosobowego powinno być wstawione łóżko dwuosobowe a nie zestawione dwa jednoosobowe. Ewentualnie zestawione dwa jednoosobowe, ale materac dwuosobowy. A nie, że przez pół nocy śpię z dupą na podłodze, bo się łóżka rozjechały, a przez drugie pół nocy próbuję je zsunąć razem bez wstawania. Znacie to na pewno – nie będę wstawał, bo się rozbudzę, chociaż gdyby człowiek się podniósł, załatwiłby temat w 5 sekund a tak się miota bez sensu przez 5 minut i rozbudza jeszcze bardziej. No bo po co zrobić coś łatwo, jak można zrobić to niełatwo.
Szanowne Państwo mają relaks w komnacie kumotra, niesforne łóżko w tle (fot. M.Cywińska)
Bo widzicie, temat mogłem załatwić w minutę osiem, wykonując telefon na recepcję. Bo oczywiście jest możliwość i złączenia łóżek, i położenia na nich dużego materaca. Noale jako klient nieawanturujący się, nie mogłem się przełamać. Nie wiem czy też tak macie, że jest wam przykro, jak musicie prosić obsługę o cokolwiek, ja zawsze mam z tym problem. Następnym razem będę pamiętał, że telefon służy do łączenia się z centralą a nie tylko zajmuje miejsce na stoliku.
Poza łóżkiem doskwierał mi jedynie brak półki pod prysznicem. Powiedzcie, skąd się to bierze, że nie ma w hotelach, hostelach, kwaterach czy w arenbi półek pod prysznicem? Mała półka montowana do ściany albo do stelaża prysznicowego robi robotę, uszczęśliwia wszystkich i kosztuje pewnie 10 złotych za 100 kilogramów towaru. To ze względów bezpieczeństwa, że klient może się poślizgnąć i urwać sobie o taki cyngwajs głowę? Marysia zgłaszała też zastrzeżenia do półki nad zlewem, ale dla kogoś kto potrzebuje postawić na niej szczoteczkę, pastę do zębów i dezodorant, jest tej półki aż nadto. Więc ja nie narzekałem. A, co do wielkości kabiny prysznicowej. Mam jeden test – jeżeli jestem w stanie schylić się w kabinie i nie wywalić drzwi dupą, to jest to kabina odpowiedniej wielkości. W tym hotelu drzwi nawet nie musnąłem.
Młody pisarz każualowo ścięty ze zmęczenia, akwarela (fot. M.Cywińska)
W hotelu jest SPA, do którego śmignęliśmy po osiągnięciu sześciu punktów wypoczynu na łóżkach. Nie było czasu na długie zabiegi, bo mieliśmy zaplanowany jeszcze jeden punkt programu, więc daliśmy się tylko po ajurwedyjsku wymasować. Wszystko szło dobrze do momentu, w którym okazało się, że muszę się przebrać w jednorazowe stringi. I to nawet nie byłby problem, z tą nitką w półdupku. Ale okazało się, że te stringi są robione w jakimś dziwnym kroju nieuwzględniającym szczegółów męskiej anatomii. Dość powiedzieć, że ich front był mało pakowny i wyglądałem w nich tak bardzo zabawnie, że nawet nie próbujcie sobie tego wyobrażać.
Masaż odbył się po całości z taktycznym pominięciem słabo osłoniętych miejsc rozrywkowych i wydobył ze mnie radosne pomruki oraz całe zmęczenie. Tak byłem po nim naolejony i wyluzowany, że miałem problemy z trafieniem rękami i nogami w odpowiednie otwory ubrań. Zdecydowanie polecam.
Wieczorem poszliśmy na mało poważne, ale bardzo pouczające spotkanie przy rulecie życia. W budynku obok hotelu jest duża bawialnia, w której można się bawić i poszliśmy właśnie tam do udawanego kasyna. Wystawcie sobie, że nawet przez chwilę chcieli mieć kasyno prawdziwe, ale pojawili się jacyś sympatyczni i oczytani ludzie, którzy zaczęli cytować Vetinariego. Że niby wszystko fajnie, ale wiemy gdzie mieszkacie wy, wasze bliższe i dalsze rodziny, przyjaciele i znajomi, więc zachowajmy stan dynamicznej równowagi, w której my nie wchodzimy w branżę hotelarską a wy trzymacie się z dala od hazardu. Nauka Black Jacka nie kosztowała mnie ani grosza, więc gdy się kiedyś wybiorę do prawdziwego kasyna, nie będę stał jak młot, tylko siądę do stolika na pełnym luzie i przegram wszystko, co sobie zaplanuję do przegrania.
Fotka niezwiązana z nitką narracyjną, ale przy pierwszym spotkaniu chciałem bronić misia przed typem, który go bez powodu żgał dzirytem (fot. M.Cywińska)
Krupier od Black Jacka miał mniej osób do ogarnięcia, bo graliśmy tylko w trójkę, dzięki czemu mógł uraczyć nas kilkoma dykteryjkami portowymi i kilkoma dobrymi radami, dotyczącymi ewentualnej taktyki rozgrywki. Oczywiście rady te nie przydały się nam tego wieczoru na nic, bo pomimo tego, że na naszych oczach karty zostały potasowane i przełożone przez nas dwukrotnie, rozgrywka wyglądała tak, jakby jednak były ułożone. Na szczęście nauka hazardu odbyła się bez konsekwencji finansowych. Siedliśmy potem do ruletki, ale tu już nie było takiej radości, bo w jej przypadku trudno o jakąkolwiek taktykę.
Ze śmiesznych rzeczy – w rzeczonej bawialni wypiłem najdroższe piwo ostatniej dziesięciolatki, za pospolitego Kasztelana w butelce wybecelowałem szesnaście ziko, co rozśmieszyło mnie bardziej niż powinno.
Typy pilnujące wejścia na dziedziniec, w końcu sobie obejrzałem dokładnie te zbroje i powiem wam, że to kawał płyty jest (fot. M.Cywińska)
W sobotę dzień postanowiliśmy zacząć od wysiłku fizycznego. Ja poszedłem wypróbować hotelową siłownię, Marysia obczaić trasę biegową dokoła mniejszego jeziora Ołów. Siłownia jest niewielka, ale na poranny rozruch wystarczająca. Bo jak niektórzy wiedzą, od niedawna mam nową rozrywkę, którą są kettle. I oni w tej siłowni mieli akurat takie odważniki, jakich potrzebowałem do moich obwodów, dzięki czemu po godzinie byłem akurat wypompowany tak, żeby pójść na krótki spacer po mieście, wrócić do hotelu lekkim podbieganiem, umyć się i strzelić zasłużonego browara. Zrobiłem wszystko oprócz browara, bo przed południem piją alkoholicy, studenci, artyści i ekscentrycy a nie szanowani obywatele. W siłowni oprócz ciężarków jest bieżnia, ławeczka, kilka gryfów, odważniki, skrzynia do wskoków, maty, jakieś przyrządy do ćwiczeń i drążki. Akurat tyle, żeby rano albo wieczorem zejść i sobie godzinę poćwiczyć rozruchowo. Nie planujcie tam jednak niczego wielkiego.
Podczas śniadania była powtórka ze szlaku dobrobytu i spróbowałem prawie wszystkiego. Za serce ujęły mnie zwłaszcza naleśniki, które miła pani robiła na bieżąco, drugą ręką ogarniając ludziom jajecznicę. W zasadzie nie miałbym żadnych uwag, gdyby nie kawa, która w zasadzie spełniła swoją rolę i postawiła mnie na nogi. Tyle tylko, że nie dzięki smacznej kofeinie a potężnemu telepnięciu, jakie mną szarpnęło po wypiciu pierwszego łyka. Tak bardzo nie dowierzałem, że można z przyzwoitego ekspresu wydobyć kawę o smaku tej, którą serwują nam za złoty pisiąt biedaszyby biurowe, że wypróbowałem oba stojące w restauracji ekspresy. Ten po lewej nawet dwukrotnie, bo za pierwszym razem siknął mi do kubka czymś pijalnym, ale to była jakaś zmyłka, bo powtórka była symfonią grozy. Za to wybór herbat i napojów zimnych mają niezły.
DOSTAŁEM TĘPY NÓŻ (fot. M.Cywińska)
Po śniadaniu mieliśmy iść na basen, ale znacie te opowieści o wchodzeniu do wody z pełnym żołądkiem. Nie chcieliśmy ryzykować, więc zwiedziliśmy Ryn. Po kwadransie wróciliśmy do hotelu i zaczęliśmy realizować główny punkt programu, czyli mini-Oktoberfest. W salach konferencyjnych odbywały się warsztaty warzenia piwa, prezentacja dotycząca produkcji piwa, połączona rzecz jasna z degustacją, warsztaty kulinarne, na których robiliśmy przekąski do piwa (paszteciki z mielonym mięsem i jalapeno, posypane siekaną papryczką chili, maczane w ostrej salsie pomidorowej albo guacamole zdecydowanie prosiły się o popicie piwem). Rozstawiły też swoje stoiska regionalne browary, na których mogliśmy i podegustować, i kupić ich piwa. Z uwagi na realizowany od niedawna sportowy tryb życia, degustowałem w sposób umiarkowany, na przykład pijąc samą pianę. Zaskakująco smaczną pianę.
Sama piana (fot. M.Cywińska)
Zresztą nie czarujmy się, nie mogłem pójść na piwną poniewierkę, ponieważ o 15 miałem zaplanowaną partyjkę golfa na symulatorze a potem wybieraliśmy stroje na wieczorną imprezę, o czym za moment.
Golf okazał się być niespodziewanie przyjemną rozrywką, przydało się szkolenie, które odbyliśmy rok temu podczas dni otwartych na podwarszawskim polu golfowym, którego nazwy nie pamiętam. O tyle się przydało, że właściwie za każdym razem trafiałem w piłkę, chociaż nie za każdym razem leciała tak daleko, jak sobie zaplanowałem. Nie znam się na symulatorach golfa, więc nie wiem na ile prawdziwe są zapewnienia hotelu, że to jedna z najlepszych maszyn w Polsce, ale zabawy miałem co niemiara. W tym sensie, że podchodziłem, waliłem kijem z całej techniki, jakiej się nauczyłem wcześniej, piłka leciała 90-100 metrów, po czym czekałem przez kolejne dwie minuty aż Marysia doturla swoją piłkę za moją. Mój strzał i siedem Marysi. Mój i sześć Marysi. I tak dalej. Ostatni dołek w regulaminowym czasie dała mi zagrać za mnie i za siebie, i tak się ucieszyłem, że prawie sobie skręciłem nadgarstek.
Z biodra, ziomku. Z biodra (fot. M.Cywińska)
Gdy wychodziliśmy z golfa, zobaczyliśmy zamieszanie w magazynie strojów. Nominalnie przymierzanie i wybieranie miało się zacząć później, ale stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy to zajdziemy. Po wejściu na pięterko zostałem dwukrotnie przewrócony i stratowany przez grupę Łotyszek, które biegały po sali w poszukiwaniu najlepszej kreacji. Niby nie powinno mnie dziwić, że kobieta chce się pokazać z jak najlepszej strony, ale i tak trwałem w niemym zachwycie obserwując to inferno z bezpiecznej odległości. Gdy kurz nieco opadł zdjąłem z wieszaka dwie tuniki, które na mnie pasowały, wybraliśmy jedną i wróciliśmy do pokoju.
Nie da się ukryć, że na tej focie wyglądam jak zdrowo pojebany (fot. M.Cywińska)
Do biesiady mieliśmy jeszcze 3 godziny, czyli akurat tyle, żeby sprawdzić basen i wypić to piwo, co to je sobie przed śniadaniem obiecałem. Basen jest mały, więc nie nastawiajcie się na pływanie a raczej na siedzenie. Ma kilka dysz pompujących bąbelki oraz dwa bicze i kurtynę wodną, dlatego sugeruję wam co następuje – najpierw sauna, potem zimny prysznic, następnie 5 minut bicza wodnego, 10 minut bąbelków i 10 minut siedzenia pod akwarium stojącym przy basenie. Akurat tyle, żeby się wyluzować i nie zdążyć się zmęczyć towarzystwem innych. Bo dłuższy pobyt jest męczący i wiąże się to z zajebistością miejscówki. Otóż basen jest w jakiejś piwnicy, która ma prześliczne łukowe sklepienie. I po tych łukach głos się niesie tak, że jedno dziecko w wodzie sieje akustyczną destrukcje na całym obiekcie. To zupełnie jak w restauracji, gdzie po podobnych łukach głos rozchodzi się tak zabawnie, że wyraźniej słyszeliśmy ludzi siedzących po drugiej stronie sali niż tych ze stolika obok. Fenomen znany, ale zawsze mnie raduje.
Za chwilę będzie tu siedzieć tłum ludzi (fot. M.Cywińska)
Na koniec zostawiłem najlepsze. Ukoronowaniem mini-Oktoberfestu była Biesiada Piwna, czyli wydarzenie, na które nie byłem do końca gotowy. Na szczęście w trakcie dałem się porwać absurdowi, dzięki czemu przetrwałem ją bez trwałych uszczerbków na zdrowiu, nie licząc delikatnego przejedzenia. Wyobraźcie sobie szeregi stołów ustawione na wielkim, zadaszonym dziedzińcu. Nad głową macie jakby wzorzysty dach namiotu, na ścianach tarcze, herby i zdjęcia z renowacji/odbudowy hotelu. Na wejściu dostajecie powitalny kufel piwa, siadacie do stołu, pojawia się jakaś przystawka (zupa piwna i miski z mięsem), po czym zaczyna się część artystyczno-rozrywkowa.
Jeżeli byliście kiedyś w Kompanii Piwnej albo w Bierhalle, bez trudu wyobrazicie sobie muzykę, którą zaiwaniała kapela. Wodzirej ubrany w tyrolskie, skórzane spodnie i kapelusz z piórkiem odpala kolejne konkursy, zabawy i intonuje następne piosenki, czy też nawet pieśni. Ze zdumieniem konstatujesz, że licznie zgromadzeni na imprezie ludzie je znają, chociaż ty słyszysz je pierwszy raz. To jest jak odkrycie równoległego wszechświata, z którego istnienia nie zdawałeś sobie do końca sprawy.
Mała biblioteka z widokiem na dziedziniec, można było sobie nawet coś wybrać, bo mieli kilka sensownych pozycji a nie tylko pięćdziesięcioletnie nowości (fot. M.Cywińska)
Ponieważ bycie dupkiem z zadartym nosem, który tymże nosem, z poczuciem własnej wyższości, kręci na plebejskie zabawy zawsze mnie irytowało, postanowiłem się wyluzować, co prawie mi się udało. Prawie, bo mimo najszczerszych wysiłków, nie mogłem opuścić lekko uniesionej ze zdumienia brwi.
A potem przypomniały mi się moje rodzinne Chmielaki, czyli Krasnostawskie Dożynki Chmielowe, na których dzieje się z grubsza tak samo i zdumienie przeszło zupełnie. Ludzie bawili się przednio, co i raz ktoś wyrywał do tańca i krzesał laczkami iskry z podłogi, wodzirej nie przeszkadzał w zabawie i wchodził wtedy, gdy tempo słabło, konkursy były typowe, nagrody również (piwo), piosenki odpowiednio biesiadne i ogólnie zabawa trwała w najlepsze przez całe zaplanowane 4 godziny. Najtwardsi zawodnicy przenieśli się z imprezą do basenu oraz do klubu nocnego w hotelowej Winiarni. My jako mniej twardzi zawodnicy, przenieśliśmy się z imprezą do pokoju, gdzie padliśmy jak podcięci na łóżko i tak już zostaliśmy.
Niedziela była krótka, bo planowaliśmy wystartować do Warszawy w samo południe. Właściwie poza śniadaniem i rytualnym przeszukaniem pokoju „no bo przecież na pewno coś w nim zostawiłem”, nic specjalnego nie zdziałaliśmy. Jeszcze tylko szybki podjazd po zakupy do sklepu we młynie (lokalny podpiwek i kwas chlebowy oraz syrop z pędów sosny ujęły mnie za serce i portfel) i koniec.
Janina, bo tak na imię babie, myśli tymczasem o tym podejrzanym chamie na pierwszym planie (fot. M.Cywińska)
Szybkie podsumowanie. Na plus zaliczam malownicze położenie hotelu, wzniesienie z widokiem na oba jeziora robi robotę, proście o widok na jedno z jezior podczas rezerwacji. Korytarze zamkowe to klasa sama w sobie, można się trochę zgubić, z moją orientacją przestrzenną nigdy nie wiedziałem, gdzie właściwie za chwilę wyjdę. Podczas pobytu zdecydowanie polecam przechadzkę po wszystkich skrzydłach i piętrach zamku, to dodatkowa, darmowa rozrywka, bo tutaj jakieś schodki, tam nagle poddasze a za rogiem znienacka baszta wewnętrzna. Puszczacie dzieciaki i macie je z głowy na cały pobyt, trzeba tylko zostawiać im jedzenie w losowych miejscach. Otoczenie zamku spodoba się wszystkim, którzy chcieliby pokombinować z bieganiem, dokoła jeziora Ołów prowadzi trasa o długości 4,5 kilometra, są również dwie dłuższe, ale to już dla wyczynowców. Jak już biegać, to zdecydowanie fajniej jest robić to dokoła jeziora, nie?
Podobał mi się cały kompleks barowo-zabawowy umieszczony w starej stajni. Nominalnie budynek nazywa się Zbrojownia, bo stajnia nie brzmi tak rokendrolowo. Jest tam bar, siłownia, dwa stoły bilardowe, piłkarzyki, trzy tory do kręgli, symulator golfa oraz kasyno, w którym najfajniejsze jest to, że nie da się w nim przegrać pieniędzy. Sprzęty, oprócz symulatora, leciwe, ale ja tak już mam, że wolę grać w bilarda, którego sukno nosi delikatne ślady użytkowania. Nie boję się wtedy, że jak mi chlapnie na nie piwo, to zapłacę miljord za wymianę albo czyszczenie.
Zdecydowanie plusuje kuchnia, bo karmi smacznie i oferuje duży wybór. Gdyby jeszcze kawa była lepsza, byłoby prawie idealnie.
Na plus zaliczam wielkość i wystrój kwatery, oczywiście trzeba wziąć poprawkę na fakt, że mieszkaliśmy w komnacie, która pewnie jest większa od zwykłych pokojów. Za serce ujęła mnie przede wszystkim stara szafa zamykana na skobelek, wypoczynkowa kanapa oraz obraz na ścianie, będący całkiem udanym pastiszem „Błazna grającego na lutni” Fransa Halsa.
Young man playing the lute, oil on canvas, 70 x 62 cm, signed t.r.: FH F, ca. 1623-1624, Luwr. Bawiąc, uczy (fot. André Hatala)
Grube mury skutecznie izolują, dzięki czemu w pokoju po minimalnym nagrzaniu jest ciepło a po przewietrzeniu chłodno. Grubość murów powoduje również ten specyficzny zapach z delikatną nutą starych murów. Nuta jest na tyle delikatna, że mi nie przeszkadzała. Poza tym śpię w zamku przerobionym na hotel, czym ma w nim pachnieć? Old Spicem? Przy okazji grube mury potrafią skutecznie wygasić zasięg telefonu, dzięki czemu nikt nie może się do nas dodzwonić. Podczas weekendu wypoczynkowego to bonus nie do przecenienia. Hotelowe wi-fi zostało ulepszone i mury już mu nie przeszkadzają.
Marysia skarżyła się na zapachy kuchenne na korytarzu. Nie wiem czy to kwestia bezpośredniego sąsiedztwa baszty, która prowadzi wprost do restauracji, czy takiej a nie innej wentylacji, dość powiedzieć, że w pokoju było spoko a na korytarzu czułem żurek. Milszy mi zapach żurku od kwiatowego środka do mycia posadzek, więc nie narzekałem.
W internetach czytałem niepochlebne opinie o obsłudze. Nie wiem o co chodzi, bo obsługujący nas pan giął się w ukłonach, prześcigał w uprzejmościach, był sympatyczny i kompetentny. Być może trafiliśmy na inną zmianę, bo z mojej strony brak uwag.
Zdecydowanym plusem są ceny w minibarku, półlitrowe piwo za ósemkę to akceptowalny poziom narzutu.
Cena za dwójkę poza sezonem to 400 ziko, więc bez patologii, chociaż oczywiście nie jest to cena hostelowa.
No i można przywieźć zwierzę.
Mają specjalne zawieszki. Ujęły mnie za serce (fot. M.Cywińska)
Minusy w kolejności losowej.
– niepijalna kawa
– brak półki pod prysznicem
– dwa jednoosobowe łóżka miast jednego dwuosobowego, ale to załatwia jeden telefon na recepcję
– za mały basen
– zbyt strywializowane opowieści przewodnika podczas zwiedzania zamku, wybierajcie zwiedzanie klasyczne dla siebie a to z dreszczykiem, jeżeli chcecie się wybrać z dziećmi
– absurdalne ceny w barze
– telefon gubiący zasięg (w pewnych okolicznościach jest duży plus)
Komu miałbym polecić wizytę w Hotelu Zamek Ryn? Na pewno wszystkim, którzy lubią sobie wyjechać z miasta na weekend i pozamulać w fajnym miejscu, w którym inni robią rzeczy za ciebie a ty możesz aktywnie próżniaczyć. Z uwagi na dużo ciekawych miejsc na Mazurach, wrzucacie rowery na dach i Ryn może być fajną bazą wypadową dla jednodniowych wycieczek. Dobrze będzie się w hotelu bawił ktoś, kto chce odpocząć, zrelaksować się i odstresować. SPA plus sauna plus basen plus siłownia to zajebiste combo. Nie mam dzieci, ale mam wrażenie, że miejsce jest im przyjazne, więc wypad rodzinny też wchodzi w rachubę, chociaż raczej latem. Fajnie jest zabrać dzieciaki na łódkę albo kajak, a poza sezonem jest z tym problem. Myślę również, że jest to dobre miejsce na integrację firmową, bo można tam zmieścić ludzi z całkiem dużej korporacji, a i tak nie będzie tłoku.
Pamiętamy, że jest to zamek przerobiony na hotel, więc pewnych rzeczy zrobić się w nim nie dało, jak choćby dużego basenu. Mi się akurat podobają takie drobne niedoskonałości, nieotynkowane miejscami ściany i skrzypiące meble w pokoju. Ale jak ktoś woli większą „sterylność” (tu brakuje mi odpowiedniego słowa) i pokoje szyte od linijki, w Rynie będzie mu przeszkadzać zbyt dużo rzeczy, żeby się mógł wyluzować.
Czy bym do hotelu w Rynie wrócił? No pewnie. Najchętniej w sezonie letnim, bo widok żagli na jeziorze zajebiście mnie uspokaja. A jakby jeszcze zrobili w plenerze to, co kilka lat temu mieli w piwnicy, byłoby idealnie. Otóż kiedyś można było sobie w tej piwnicy postrzelać z łuku. Totalnie postrzelałbym sobie z łuku pod zamkiem. A nawet obok.
PS Ponieważ trochę podróżujemy, postanowiliśmy z Marysią zacząć pisać o naszych wycieczkach, a nuż komuś się przyda.
PPS Wpis powstał we współpracy z Hotelem Zamek Ryn.
Przed państwem pomnik dzieci wypoczętych[1], stojący na cmentarzu komunalnym. Można było postawić coś, co nie będzie powodować u ludzi szoku posttraumatycznego, ale to nie w tym kraju. Tutaj trzeba pieprznąć monument pełen symboliki dla ubogich, w oparciu o sześć instytucji, w tym ZHP, które nie wiedziało, z błogosławieństwem burmistrza i kurii, bo w tym kraju nic bez kurii się nie odbędzie.
I stoi sobie taki momumencik z dumnie wyprężonym kutasem sterczącym w górę, i straszy. No bo popatrzcie – Matka Polka, do której tulą się dzieci wypoczęte, i powiadam wam, wyglądają na bardzo zrelaksowane a nie jak ofiary haków brutalnych ginekologów, którzy szatkują płody bez litości. Aż dziw, że twórca nie przerobił tych dzieci na farfoclowatą, psychodeliczną mielonkę w czerwonym marmurze.
Sama Matka Polka nie ma rąk, bo albo je sobie urobiła po łokcie ciężką, niewdzięczną robotą, albo tak je załamywała nad spierdoleniem tej formy rzeźbiarskiej, że jej odpadły.
Pod koszulą pręży się zdrowy, okrągły i sterczący polski cyc nizinny, bo w tej rzeźbie jest jak w polskim filmie z lat siedemdziesiątych – musi być cyc, bober i jedna bezsensownie żenująca scena seksu.
Najlepsze zaś dzieje się na górze.
Bo widzicie, Matka Polka nie ma głowy. W sumie logiczne, po co kobiecie głowa? Chyba tylko do przymocowania łańcucha, żeby z kuchni nie wychodziła za daleko, no maks do pokoju dziecięcego. Głowa u kobiety jest niebezpieczna, kobieta z głową zaczyna myśleć i na przykład dochodzi do wniosku „Ale jak to? Grupa starców zagląda mi pod sukienkę i do łóżka? W imię czego? I kto im dał do tego prawo?”. Albo na przykład bezwstydne panie zaczynają się domagać równej płacy, równego traktowania, trzymania przez szefa rąk przy sobie i innych nowomodnych wynalazków, którymi zaraziły je sufrażystki, feministki i geje. No bo wiadomo, jak co złe, to na pewno są w to zamieszani geje.
Zamiast głowy, Matka Polka ma waginę. Dużą, taką żeby móc przez nią przepychać jedno dziecko co roku, a jak bóg pozwoli, to może i bliźnięta.
Wagina przechodzi płynnie w rozdarty pień sosny brzozy, że niby kobieta, która wyskrobała dziecko jest rozdarta jak sosna brzoza. Taki chujowy analog traumy postaborcyjnej, bo czemu nie? Twórca był zbyt ubogi intelektualnie, żeby wymyślić coś innego, więc pieprznął kobietę bez rąk, ale za to z cipą zamiast głowy.
I jakby tego jeszcze było mało, jeden z odchodzących pniaczków to chuj jak malowanie. Przepraszam, penis. To chyba ma symbolizować udział mężczyzny w całym tym procederze zapłodnienia i abortowania krzyczących płodów.
No więc, proszę państwa, ja pierdolę.
[1] Dopiszę, żeby znowu nie było, że błędy albo się nabijam. Tej formy używał Rewiński w programie Ale plama i odkąd to usłyszałem po raz pierwszy, nie mówię inaczej. Możecie się oburzyć.
PS Nie chce mi się szukać nowego obrazka eksplozji przy każdym temacie, który wywala mi mózg przez uszy. Dlatego będę używał jednego. Taki znak rozpoznawczy i pozdro dla kumatych.
PPS Ktoś na fejsie przytomnie zauważył, że pomnik pochodzi z drugiej połowy roku 2010, więc rozdarta jest brzoza a nie sosna. Jeszcze więcej symboliki.
W poniedziałek na fejsie rządził tag #metoo. Mówię rządził i jest mi w chuj smutno. Nie zdawałem sobie bowiem sprawy ze skali problemu wśród znajomych. Zarówno kobiet, jak i mężczyzn.
Słowo ostrzeżenia dla wrażliwych, którzy mi często pod takimi tekstami kiełkują i przychodzą z pretensją. W tekście przeklinam i mówię brzydko o bliźnich. Jeżeli jesteś człowiekiem skromnym i kulturalnym, przestań czytać w tym miejscu. Jeżeli zdecydujesz się czytać dalej, nie przychodź później z płaczem, że wystawiłem ciebie na działanie wulgaryzmów. Tak, wiem że bywam chamski. Tak, wiem że mógłbym pisać ładniej. Nie, nie interesują mnie twoje opinie na mój temat w tych tematach. A teraz do rzeczy.
Dla tych, którzy fejsem gardzą, słowa wyjaśnienia. Wspomnianym tagiem oznaczały się panie, które doświadczyły jakiejś formy molestowania seksualnego. Wiadomość brzmiała tak:
Ja też. Jeśli wszystkie kobiety, które były kiedyś molestowane seksualnie, napisałyby „Ja też” w statusie, być może ludziom łatwiej przyszłoby zrozumieć, jaką skalę ma to zjawisko (więc kopiuj i wklej, jeśli dotyczy to także i ciebie). Me too. If all the women who have been sexually harassed or assaulted wrote »Me too« as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem (copy and paste, if it’s your experience too)!
Niektóre wklejały suchą formułkę. Inne opisywały konkretne sytuacje, i powiem wam, że jak wrażliwy przesadnie nie jestem, to przy niektórych obrzydzenie brało, oszczędzę szczegółów. Jeszcze inne dzieliły się sposobami radzenia sobie z bycia atrakcyjną w jakikolwiek sposób (krótkie włosy, workowate swetry, maskowanie kobiecych kształtów) po to, by iść przez życie w miarę bezpiecznie, część opisywała, jak się broniła przed niechcianymi zalotami (wszystko, łącznie z prętami ze stali zbrojeniowej). Ogólnie jedna wielka, pierdolona kronika zwyrolstwa, które dotyka dziewczynki (tak, tak), dziewczyny i kobiety na każdym kroku.
Z jednej strony poraziła mnie skala problemu, pół walla miałem zajebane tagami, najgorzej. Jeszcze w niedzielę wydawało mi się, że coś tam wiem o skali molestowania w Polsce, teraz mogę sobie powiedzieć ‚you know shit’. Z drugiej, przytłacza ogrom krzywdy, jaki się z tych tekstów wylewał. Niektóre kobiety od 15 lat nie mogą się otrząsnąć i wyszczotkować sobie mózgu ze złogów tego, co je spotkało. I się zastanawiam, jakim trzeba być skurwielem, żeby tak potrzaskać komuś rozwijającą się pewność siebie, atrakcyjność, seksualność i kilka innych rzeczy.
Nie musiałem zastanawiać się długo.
Na scenę bowiem wkroczyli panowie, i zrobili to z typowym dla siebie rozmachem – z fajerwerkami i na pełnej kurwie.
Z początku oczywiście nieśmiało, że jak to tak, dzielić molestowanie na kobiece i męskie, przecież facetów też dotyka. Zupełnie jakby nie potrafili czytać. Zresztą kilku moich znajomych oznaczyło się w ten sposób, nie robiąc z tego powodu zagadnienia, nie zauważyłem też jakichś wściekłych ataków na nich, że zawłaszczają samczo akcję uświadamiającą. No dobra, jeden atak zanotowałem.
Następnie zaczęły się podśmiechujki, że o co wam chodzi, jesteście przewrażliwione, więcej dystansu, jak się na was spojrzymy, to jest oznaka uwielbienia i w ogóle powinnyście być nam wdzięczne, bo to znaczy, że jesteście dla nas atrakcyjne. Klasyczny festiwal bucerii, braku zrozumienia drugiej strony, zerowej a nawet ujemnej empatii i ogólnego samczego posapywania, od którego kobiety mdliło, a mężczyznom dłonie zaciskały się w pięści. Bezrefleksyjna kretyniada bandy chłopaczków.
Potem pojawiły się następne pozycje z klasycznego w takich sytuacjach katalogu chujowych wymówek i pomysłów na rozwiązanie sprawy. Czyli na przykład do mojej koleżanki przylazł jakiś typ i zaczął głęboko rozwodzić się nad tym, że jego kochanie to by takiemu molestatorowi przywaliło w ryj a potem obcasem w słabiznę by go zmacało. Nie, no jasne, świetna rada wujku, pyszna rada. Co jednak w sytuacji, gdy kobieta nie używa przemocy, bo się boi albo nie umie? Co w sytuacji, gdy kobieta użyje przemocy i trafi na ziomka, który nie ma oporów przed oddaniem? Jak groch o ściane ‚dać w ryj, gdzie wasza godność, gdzie wasze poczucie wartości‚. A, no i oczywiście był gotów doradzać wszystkim bezradnym kobitkom, jak mają sobie radzić z molestowaniem werbalnym. Pierdolący te durnoty jest ewidentnym socjopatą, więc tłumaczenie mu czegokolwiek było procesem tak boleśnie trudnym, jak i pozbawionym kompletnie sensu. Obrzydliwy kutasina bez wrażliwości.
Po 13 panowie zaczęli się rozkręcać jeszcze bardziej. 30 lat temu stwierdziłbym, że otworzyli monopole, chłopaki walnęli po haku dla kurażu i poszli wypisywać durnoty w internetach, których rano będą się wstydzić, albo i nie. Ale to nie była kwestia najebania się, tylko badania gruntu – jak daleko mogę się posunąć w byciu durniem. Niepokornym i bezkompromisowym, który wyśmiewa akcję, żeby pokazać, że jest alternatywny i anty. Tutaj też była gradacja chujozy.
A więc obowiązkowy w tych sytuacjach victim blaming, bo to przecież oczywiste, że faceci tacy są i nic się nie da na to poradzić, a ty przestań histeryzować, nic ci od tego nie ubędzie, zresztą nie musiałaś zakładać sukienki z takim dekoltem, gdybyś go nie prowokowała, na pewno by ci nie wsadził ręki w cycki. Albo spuścił się w autobusie na książkę, którą czytałaś.
Trochę umarłem, gdy na sugestię koleżanki, wyrażoną w tych słowach: Może po prostu wystarczy by się powstrzymać od niektórych zachowań i tekstów
kolega Michał zareagował pytaniem: Jakich?
No i co można takiemu powiedzieć, że jak łazisz po internecie i pytasz się, jakich tekstów i zachowań nie uskuteczniać, to prawdopodobnie molestowałeś kobiety, nawet sobie z tego nie zdając sprawy, geniuszu?
Był też oczywiście mansplaining, bo czymże byłyby takie dyskusje bez grupy facetów, którzy tłumaczą kobietom o co tak właściwie chodzi z tym molestowaniem. Skąd baby mają to wiedzieć, nie? Co ciekawe, tępota tych gości była tak wielka, że ani nie widzieli, że robią z siebie pajaców, ani nie dali sobie przetłumaczyć po dobroci, że robią z siebie pajaców. Brnęli, a na próby wyjaśnienia, że robią źle, reagowali coraz większą agresją. No bo jak to tak, nie wszystko kręci się dokoła mojego kutasa? Jak to?
Po 15 był obiad, tempo błaźnienia się panów nieco osłabło, gdyż cukry i węgle weszły motzno. Przetrwali do końca pracy, wsiedli do samochodów, wrócili na kwadrat, pocałowali swoje partnerki/żony/kochanki na powitanie, odpalili kompa i wyluzowali się kompletnie. Mam wrażenie, że po 18 puściły wszelkie hamulce.
Na przykład do jednej ze znajomych przyszedł sympatyczny pan Dominik i zagaił bardzo miło, w taki oto sposób: Z całym szacunkiem dla problemu i współczuciem dla poszkodowanych, ale co teraz jeśli sa takie kobiety które nigdy nie były molestowane? Czy one teraz nie poczuja się mniej atrakcyjne?
Trudno było zatrzymać tę karuzelę śmiechu, zwłaszcza gdy pojawił się kolejny sympatyczny chłopiec i zalecił wszystkim babom ze wściczem macicy, żeby zachowały dystans. Gdy zawtórował mu śmieszek Mihu, przemiły na pewno na co dzień fotograf, który rzucił dowcipnie „Eeee tam… „Być molestowaną…” Dużo gorzej być narkomanką!„, ledwo wytrzymałem i gdyby nie moje stalowe mięśnie brzucha, już bym nie żył. Wiecie, pierdolnęłoby mi wszystko w środku od śmiechu.
Pojawili się też kolesie w czapeczkach z folii aluminiowej, którzy zwęszyli spisek i zarzucili kobietom uleganie modzie z zagranico, gdyż jak wszyscy doskonale wiemy w Polsce molestowania nie było, nie ma i nigdy nie będzie, gdyż szacunek dla kobiet wysysamy z mlekiem matki. Ci bardziej radykalni, w czapeczkach z dwóch warstw i z bardzo konserwatywnym światopoglądem, zaczęli szlochać pod niebiosa, że jedna baba drugiej babie wmówiła, że komplement na temat nóg to też molestowanie i niedługo nie będzie można powiedzieć paniom już żadnego miłego słowa. Nic, pustka, zero pola do manewru dla prawdziwie szarmanckiego, przedwojennego dżentelmena, sic acan zawżdy!
Pojawili się wystraszeni. Jak to tak?! Nie będzie się już można pozalecać do kobiet, bo dojebią trzy roki bez zawiasu za molestowanie. Ród ludzki wymrze przez te jebane histeryczki i pierdolone feministki.
(wiem, że niektórym trudno w to uwierzyć, ale niczego nie zmyślam, wszystko to przeczytałem wczoraj w komentarzach u moich znajomych, może poza niektórymi epitetami, bo feministki raczej były włochate niż pierdolone)
Od czasu do czasu pojawiali się zagubieni w akcji, którzy wprowadzali odrobinę folkloru. Ot, choćby takimi komciami z dupy, jak ten: takie akcje sluza tylko temu, zeby ktos sie poczul lepiej „cos zrobilem przeciez”.
Co dokładnie ktoś zrobił, by poczuć się lepiej, pozostaje słodką tajemnicą sympatycznego Bartosza, który nie ogarniał zbyt dobrze rzeczywistości. Zresztą Bartosz zaplątał się również do sąsiedniego wątku, w którym rzucał takimi perłami mądrości: To może od razu niech powiedzą, że jest to lub nie jest molestowanie – w zależności kto się uśmiecha 🙂
Gdy kilka osób zwróciło mu uwagę, że pierdoli od rzeczy (ale kulturalnie, to byli mili ludzie, a nie ja), Bartosz się spiął i odwinął następująco: No i już widzę, o co chodzi: o kolejny pretekst, żeby się wywyższyć nad innymi, pokazać komuś że nie spełnia standardów klasy uprzywilejowanej, zapluwającej się swoim poczuciem wyższości. Pierdolę was wszystkich, serdecznie i entuzjastycznie.
Podzielić się mądrościami przyszedł też domorosły filozof, bezkompromisowy kolega Ernest, który w pogardzie ma pedałów galopujących na białych konikach na ratunek marksistkom. Sorry, nie potrafie tego syntetycznie streścić, przeczytajcie sami: Nic tak nie trywializuje napaści seksualnej jak różnego rodzaju egocentryczne marksistki małpujące celebrytki i nie znoszące innej opini bo muh feelings. Dorzućmy do tego białorycerskie spierdoliny i mamy kolejną dramę pt. „problemy pierwszego świata”. „Fart rape”, „mansplaining” to jest maksimum wysrywów lewackiego intelektu. Aha, no i oczywiście media i rządy zajmują się tylko zadowalaniem kobiet (tzw. równo uprawnienie), te ciągle są wystraszone i boją się o włąsne życie, mimo iż statystyki mówią że to raczej mężczyzna zostanie napadnięty. No ale w Orwellowskim świecie, w którym moralność i prawda są relatywne a subiektywne odczucia są traktowane z powagą, nie ma co liczyć na rozum i godność człowieka. Moja dobra rada, jeśli jesteś niezależnie od płci ofiarą napaść – zgłoś to na policję, od tego jest prawo aby przestępców puszkować i nie mam tu dla nich cienia litości.
A na końcu pojawił się Paweł, którego nazwę ochłapem ludzkim, i zakończył dla mnie wszystko swoim bezdusznym skurwysyństwem:
A jeśli niektóre dołączyły dlatego, że to teraz trendi?
„W sumie to nigdy się nic nie stało, ale pamiętam jak się na mnie patrzył żul w autobusie, na pewno miał sprośne myśli. Wrzucę hasztaga, bo wszyscy wrzucają.”
Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jak można tak zbagatelizować, wyśmiać i wytaplać w gnoju czyjąś krzywdę.
O prymitywach zbyt nieskomplikowanych, by napisać coś ponad ‚durne feministki, was trzeba porządnie wyruchać’, nie będę tutaj mówił, bo nie ma o czym mówić. Przecież w tym kraju kobietę się szanuje, a takie teksty zarezerwowane są wyłącznie dla głupich kurew, dziwek, szmat i wszystkich tych pojebanych, włochatych babochłopów. Na pewno zaś tak bym nigdy nie odezwał się do porządnej dziewczyny, no przecież wszyscy mnie znają, kultura cechuje mnie od małego.
Choćbym nie wiem, jak się starał, nie jestem w stanie wrzucić tutaj wszystkich wykwitów mądrości wyprodukowanych przez nie mających sobie niczego do zarzucenia facetów. No bo przecież wiadomo, że nikt nie molestuje ich matek, sióstr, sąsiadek, koleżanek z pracy, dziewczyn, córek czy żon. One są porządne a nie od dzisiaj wiadomo, że ofiarą molestowania padają wyłącznie dziewczyny i kobiety kobiety nieporządne, wyzywająco ubrane, prowokujące, w krótkich sukienkach i z głęboko wyciętymi dekoltami. A więc na pewno nie nie ich matki, żony, kochanki i córki. Musieli się mocno zdziwić, że molestowanie nie jest zarezerwowane dla „łatwych dziewczyn, dziwek i szmat”. Pewnie stąd to zaczadzone oszołomienie.
Ogólnie wczoraj i przedwczoraj odjebał się jeden gigantyczny rzyg. Dla mnie dodatkowo spotęgowany moją przeszłością.
Bo widzicie, sam też mogę śmiało użyć hasztaga #metoo. Tylko wstyd się przyznać, z tej drugiej strony, więc raczej #ididit. W moim okresie imprezowo-alkoholowym, trwającym dobre 10 lat, robiłem rzeczy dalece wykraczające poza strefę komfortu kobiet, które padały obiektem mojego zainteresowania. Nie wszystkie, rzecz jasna to spotkało, bo nie jestem aż tak pojebany. Ale już jedna to było za dużo.
Teksty, które mogły wydać się szarmanckie wyłącznie upitemu chujowym piwem i krwawym zwycięstwem Wikingowi, który tylko zgwałcił werbalnie. A mógł zabić.
Zaloty, które mogły wydać się szarmanckie wyłącznie upitemu chujowym bimbrem i krwawym zwycięstwem żołnierzowi Armii Czerwonej, który dotyka niekoniecznie tam, gdzie powinien. A mógł zabić.
Awanse, które mogły wydać się szarmanckie wyłącznie upitemu dobrym alkoholem i imprezą firmową koledze z pracy, który robi rzeczy, których raczej robić nie powinien.
Szybkie ręce, których ruchliwość mogła zaimponować wyłącznie iluzjonistom i żonglerom, a nie kobietom, które tej ruchliwości z mojej strony zaznały.
I wiele, wiele innych, o których nie będę opowiadał, bo się tego wstydzę i wstydzić będę po kres dni. Brałem nie licząc się z długiem, bo nie sądziłem, że kiedyś przyjdzie go spłacać. Wszak planowałem życie pełne uciech, kobiet, alkoholu i braku wyrzutów sumienia, dlaczego miałbym się przejmować czymkolwiek?
Jakiś czas temu wyjąłem głowę z dupy i zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy: muszę w końcu wyjść z tej imprezy i pora najwyższa przestać krzywdzić innych. Jakoś się udało i jedno, i drugie. Wstyd, ponieważ jestem odpowiedzialny za kilka postów okraszonych tym tagiem. Zadośćuczynić nie potrafię, mogę jedynie przeprosić.
Stąd moja rada dla młodszych, dla których jest jeszcze nadzieja. Zanim zadziałacie coś z kobietą, pomyślcie sobie, czy czulibyście się komfortowo gdybyście to wy byli na jej miejscu, ale wszystko działoby się w więzieniu San Quentin. Na odludnym kawałku spacerniaka.
PS Właśnie przeczytałem u koleżanki coś takiego: I nie mam na myśli „tylko” głupich komentarzy, zaczepek, czy dosłownych propozycji, które są często bardzo obrzydliwe. I nawet nie mam na myśli „tylko” bycia łapaną za tyłek, biust czy inne prywatne miejsca, co niestety wydaje się być niczym szczególnym, bo zdarza się tak często i tak wielu osobom.
No więc to przekonuje mnie ostatecznie, że problem molestowania w tym kraju szczególnie ukochanym przez boga nie istnieje i nigdy nie istniał.
Z tą myślą pozostawiam i przepraszam za chaotyczny wpis. Wkurwiłem się.
Coś mnie podkusiło i poszedłem do kina. Normalnie chodzę, ale tym razem coś mnie podkusiło i poszedłem na horror. Gdyby tylko pozostawił mnie obojętnym, to wzruszyłbym ramionami i stwierdził ‘meh, kolejny słaby film’. Jednak zamiast obojętności, w trakcie seansu czułem nieprzemijający wkurw na cynizm twórców. Już opowiadam.
The Crucifixion, u nas chodzący pod tytułem Krucyfiks, reklamowany jest przez dystrybutora jako film twórców serii Annabelle i Obecność. Które to filmy pokazują sprawy nawiedzeń, którymi zajmowało się małżeństwo Warrenów.
Edward Warren był weteranem II WŚ i oficerem policji, który pewnego dnia odnalazł nową ścieżkę życiową i został demonologiem-samoukiem. Współpracowała z nim jego żona, Lorraine, która tytułowała się jasnowidzem i medium. Do spółki stworzyli superwydajną maszynę, specjalizującą się w badaniu nawiedzeń, obecności, złych duchów i laleczek Chucky. W 1952 roku założyli New England Society for Psychic Research i twierdzą, że w trakcie swej kariery zinwestygowali ponad 10 000 spraw. Bardzo pracowite pszczółki.
Do najgłośniejszych śledztw należą sprawy: Amityville, rodzina Perronów i lalka Annabelle. Przez najgłośniejsze rozumiem te, z których zrobiono głośne filmy. Seria o Amityville liczy bodaj 17 części, Obecności są dwie, Annabelle też dwie.
Poznajcie Annabelle, lalkę którą z entuzjazmem postawicie w pokoju swojego dziecka, ku jego wielkiej radości (fot. materiały dystrybutora)
Sami Warrenowie napisali sześć książek i oczywiście użyczyli swoich historii (byli konsultantami) do filmów. Oraz, uwaga, wyszkolili też kilku demonologów, w tym Dave’a Considine, który jest jednym z nielicznych świeckich demonologów uznanych przez kościół katolicki.
Nie będę się nad nimi znęcał, bo nie mam zamiaru podkładać się ich wyznawcom, których w Polsce sporo, zwłaszcza po roku 2013, gdy premierę miała pierwsza Obecność. Ludzie usłyszeli o fantastycznym małżeństwie i powiedzieli ‘łał, jacy oni są zajebiści’. Więc nie, nie skrytykuję ich żerowania na wierze zdesperowanych ludzi w nadprzyrodzone zjawiska, ani cynicznego wykorzystywania tychże ludzi. Bo przecież wszyscy wiedzą, że prawda lerzy po środku i jeden wierzy, a drugi nie wierzy, nikt nikogo do niczego nie zmusza. Co oczywiście nie zmienia faktu, że takich hochsztaplerów szczułbym psami i pędził pod batogami po śniegu.
Brzydzi mnie natomiast cynizm twórców, którzy uczepili się pomysłu robienia filmów opartych na prawdziwych zdarzeniach i tłuką bez opamiętania jeden po drugim. Dałem się nabrać tylko raz, na Obecność. Pocieszam się, że obejrzałem to na DVD i nie zaniosło mnie do kina. Drugą część spiraciłem i poczułem takie osłabienie, że na Annabelle i Annabelle: Narodziny zła nie chciało mi się nawet podnieść nogi, żeby się na te filmy odeszczać. Tak, wiem. To nieprofesjonalne krytykować filmy, których się nie obejrzało, ale nie muszę oglądać filmu robionego według jednego wzoru, żeby wiedzieć, że to będzie gówno rodem z nowej szkoły horroru.
Czyli klimat budujemy topornymi takimi więcej dopowiedzeniami, lalka czasami będzie tu, a innym razem tam, dziecko będzie się z nią komunikować, ale oczywiście dorośli nie będą wierzyć, że lalka mówi dopóki nie będzie za późno, gdyż TEH HORROR! Narastające zagrożenie, kulminacja, niesatysfakcjonujące rozładowanie napięcia, końcówka otwierająca drogę do kolejnych części. Wszystko okraszone sztampową muzyką, mnóstwem shockerów, screamerów i scarejumpów, bo współcześni twórcy nie znają innych metod straszenia widza, oraz obowiązkowo szybki montaż. A, no i sugestię złego ducha robi się, pokazując go za firanką, w odbiciu w lusterku wstecznym, albo stojącego w ciemnym rogu pokoju. Widz musi wiedzieć, czego ma się przestraszyć, musi to widzieć, bo w przeciwnym wypadku czego miałby się bać? Sugestii? No przecież bez sensu.
Tutaj niby, że głowa okręcona o 180 stopni, ale nie. To tylko włosy na twarzy, po gwałtownym siadzie na łóżku. DEMON!!! (fot. zrzut ekranu z trailera)
Przyczyna takiego cynizmu twórców i chodzenia na łatwiznę jest oczywista – widz lubi te melodie, które już kiedyś słyszał. Nie ma sensu dawanie mu czegoś nowego, bo a nuż by tego nie zrozumiał. I hajs się nie zgodzi, a na to wytwórnia nie może się zgodzić. I ja nawet twórców rozumiem – najlepszą grupą konsumencką w kinie jest młodzież, która nie jest zainteresowana budowaniem psychologicznej głębi postaci i długimi dialogami. Ma być szybko, głośno i strasznie w standardowy sposób, a nie jakieś psychologiczne durnoty z sugestią trochę gęstszego cienia za drzwiami i odrobinę tylko przyspieszoną muzyką.
Nie zdziwiło mnie więc to, co dostałem w Krucyfiksie, filmie szytym pod widza standardowego, i rzecz, jasna opartym na prawdziwych wydarzeniach, które wyglądały następująco.
Maricica Irina Cornici pochodziła z rozbitej rodziny, po samobójstwie ojca, wraz z bratem wychowywała się w sierocińcu. W wieku lat 19 wyjechała do Niemiec i pracowała tam jako opiekunka. Gdy jej przyjaciółka została zakonnicą w klasztorze w Tanacu i ściągnęła Irinę do siebie, ta postanowiła również wstąpić do zakonu. Wkrótce po tym, jej stan zaczął się gwałtownie pogarszać. Wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zdiagnozowano u niej schizofrenię. Po dwóch tygodniach terapii, wypisano ją i odesłano do klasztoru. Tam, na swoje własne nieszczęście, trafiła na ojca Corogeanu. Uznał on, że Irina jest opętana przez szatana, którego nie da się wypędzić pigułkami (to jego autentyczne słowa).
Poznajcie ciągle jeszcze księdza Corogeanu (fot. zrzut ekranu z autentycznego filmu z egzorcyzmu)
Potrzebny był egzorcyzm.
Zakonnice związały Irinie ręce i nogi, i zamknęły ją w celi klasztornej. Kilka dni później, przypięły ją łańcuchami do krzyża i zaniosły do kościoła. Namaszczono ją świętymi olejami i trzymano w kościele trzy dni. Aha, ponieważ Irina złorzeczyła i przeklinała (kto by tego nie robił, gdyby pojebana banda przywiązała go do krzyża?), czym przeszkadzała w modłach i egzorcyzmach, wepchnięto jej ręcznik do ust. I kontynuowano egzorcyzmy, skrapiając Irinę wodą święconą. Na plus liczy się egzorcyzmującym, że zwilżali nią jej również wargi, to im się nie odwodniła przedwcześnie.
Po trzech dniach ksiądz Corogeanu uznał, że szatan został wypędzony i Irina jest ‘wyleczona’. Zdjęto ją z krzyża i przeniesiono z powrotem do celi. Tam zaczęła umierać, co jest strasznie smutne i strasznie ironiczne w kontekście ‘wyleczenia’. Wezwano karetkę, ale było już za późno. Do szpitala Irina dojechała martwa. Przeprowadzona autopsja wykazała, że zmarła z powodu odwodnienia, wycieńczenia i niedoboru tlenu.
Ta scena znalazła się w filmie. Żarciki z poziomu higieny aż się cisną, ale się powstrzymam, bo patrząc na tę fotkę nie mogę wydobyć z siebie ani słowa. Tak, to są pająki. (fot. zrzut ekranu z trailera)
Kościół zamknął klasztor a księdza zawiesił, co jest karą straszną, tyle że nie. Organy państwowe nie były tak wyrozumiałe i zamknęły ojczulka z pomagającymi mu zakonnicami, oskarżając o morderstwo i ograniczenie wolności osobistej Iriny. Prokuratora domagała się dożywocia, ale sąd był łaskawszy i w 2007 roku wymierzył obywatelowi Corogeanu karę 14 lat w więzieniu, zaś siostrom od 5 do 8 lat. Sąd apelacyjny zmniejszył karę do lat 7 (nie wiem o ile ścięli zakonnicom). Corogeanu nie odsiedział nawet tego, w 2011 wypuszczono go warunkowo. Spoko, możesz zabić człowieka ze szczególnym okrucieństwem, jeżeli wiążą się z tym obrzędy religijne.
Film Krucyfiks dodatkowo wybiela Corogeanu, bo sugeruje, że Irina była faktycznie opętana, i że on jej chciał tylko pomóc. No więc ja pierdolę taką pomoc, jak kiedyś zostanę opętany, zacznę mówić bluźnierstwa, kląć i pluć gwoździami, nie dopuszczajcie do mnie księdza, tylko dajcie mi się wyspać.
Bulwersującym znajduję fakt, że w 2005 roku, w sercu Europy, odpierdalają się takie rzeczy. Możemy się podśmiewywać z procesji na Boże Ciało, że niemądrzy ludzie chodzą po mieście. Możemy śmieszkować z różańca w obronie granic. Znaczy nie powinniśmy, bo szydzenie z cudzej religii znajduję niesmacznym, nawet jeżeli sam jestem agnostykiem czy tam ateistą. Ale to są rzeczy niewinne. Jednak gdy po wyjątkowo okrutnym zakatowaniu niewinnej kobiety, kościół zawiesza swojego funkcjonariusza a państwo wsadza go na całe 4 lata, to już jest chujoza wyższego rzędu.
Tyle na temat prawdziwych wydarzeń.
Sam film jest skrojony według schematu, który znamy jak zły szeląg. Mam wrażenie, że takie schematy do samodzielnego pokolorowania sprzedają w sklepach dla scenarzystów. Najpierw mamy egzorcyzmy, które sugerują, że coś jest na rzeczy. Ba, ksiądz poznał imię demona. Antares, czy jakoś tak. Nie żeby mnie to interesowało, więc wybaczcie moją dezynwolturę. Następnie widzimy młodą amerykańską dziennikarkę, która prosi swojego wujka, wydawcę gazety, żeby ją puścił do Rumunii, bo te egzorcyzmy to świetny temat. Tam napotyka mnóstwo osób mówiących po angielsku, co jest świetną reklamą dla kraju. Śledztwo prowadzi ją do dramatycznej konstatacji, że demon przenosi się przez dotyk…
Taaaaajm, is on maj sajd, jes it is…
No właśnie, jeżeli chcecie obejrzeć fajny horror o demonie, zapuśćcie sobie Fallen z 1998 roku. Dobra obsada (Washington, Goodman, Sutherland, Gandolfini, krótko Koteas), dobra detektywistyczna historia z solidną dawką nadprzyrodzonego konkretu. I Azazel śpiewający ‘Time is on my side’, podczas przechodzenia z ciała do ciała, w jednej z najlepszych scen w historii horroru. A nie takie łajno jak Krucyfiks.
Co tam jeszcze było? A, no przecież. W trakcie śledztwa, nasza bohaterka zaczyna czuć dokoła siebie obecność czegoś mrocznego. I dzieją się rzeczy. A to w czasie kąpieli zgaśnie jej światło w hotelu (stary hotel w którym ciągle pali się w kominku, spore zaskoczenie). A to na drodze pośrodku pola kukurydzy umrze samochód (co się nie zdarza nigdy) i będziemy mieli bezsensowną scenę łapania jej za kostki przez demona (nie miałem siły się śmiać) i ucieczki przez to pole. Obowiązkowe spięcie w komputerze podczas poszukiwań informacji o demonie Ancymonie (czy jak on tam się nazywał), które spotęgowało niemały zamęt i grozę.
Zartefakcenia na zdjęciach krzyża, które wyglądają jak demon Amaros (ktoś pamięta, jak on się nazywał?). Trzaskające drzwi (przeciąg). Trzaskające okno (przeciąg). Dziwne sny (za dużo wina przed snem). No ogólnie nie wiemy, czy to wszystko jest naprawdę, czy bohaterka ulega sugestiom z powodu okolicy, otoczenia, nastroju, zmęczenia i wypijanego alkoholu. Nie miałem pomysłu co mi chcieli twórcy pokazać – faktyczne wydarzenia czy jakiegoś supernaturala. Na szczęście scenarzyści już pędzili do mnie z wyjaśnieniem.
… Pies leżący w sypialni zachrapał i mi się przypomniało. Ten demon nazywał się Agares. I tak jak czytam trochę o nim, to przypał. Upadły anioł, książe piekła pod zwierzchnictwem wschodu, cokolwiek to znaczy, przed upadkiem przynależał do drugiego kręgu, chóru mocy. Uważany za demona odwagi, rządzi wszystkimi duchami ziemskimi. Zły jest, bo potrafi wywoływać trzęsienia ziemi. Może niszczyć duchowe i doczesne godności, co nie wydaje mi się już takie złowieszcze. Naucza wszystkich języków, więc tutaj to już w ogóle spoko ziomek. Potrafi zmieniać bieg wydarzeń i sprowadzać uciekinierów, więc nie ma się do czego przyczepić. I na deser jednoczy rozbite armie, przywraca im siłę i wiarę w zwycięstwo. Na domiar złego (hehehe) jego wygląd sprawia miłe wrażenie, ukazuje się pod postacią starego męża na krokodylu z krogulcem w dłoni.
Złowrogi i mroczny Agares, my ass (fot. Wikipedia)
Kurwa mać, twórcy nie potrafili nawet wybrać odpowiednio złowieszczego demona. Mogli wziąć każdego innego, na przykład Astaroth jest niedaleko w spisie. Też na literę A i ma dodatkowo złowieszcze th na końcu. Albo Azmodan, demon nieczystości i pożądania, siejący niezgodę między mężczyzną a kobietą.
Wracając do głównego wątku. Okazuje się, że demon jest rzeczywisty i wnika w naszą dzielną dziennikarkę. Na szczęście w trakcie śledztwa, poznała ona ojca Antona (którego zresztą chce przelecieć, dzięki czemu demon ma do niej ułatwiony dostęp), który ją szybciutko wyegzorcyzmuje. Dosłownie w minutę osiem. W stodole, w strugach deszczu, bo demon przyzywa deszcz jako szyderstwo z wody święconej (WTF?) będziemy świadkami egzorcyzmów, połączonych z fruwaniem pod sufitem.
Przepraszam, ale nie potrafię pisać zbornie o tym półprodukcie i marnej imitacji filmu. Omijać z dala i szerokim łukiem. A twórcom kotwica w plecy. Za żerowanie na widzach. Za obiecywanie czegoś, czego nie dostarczają, czyli składnej historii. I za wpisywanie się w nurt horrorów, które nie potrafią straszyć inaczej niż czymś wyskakującym zza kadru. Nie ma się co dziwić, że młode pokolenie kinomanów umiera z nudów na Egzorcyście, albo ze śmiechu na Duchu. Mają przecież Krucyfiks i Paranormal Activity.
Produkowanie takich rzeczy uważam za obrazę rozumu i godności człowieka, co samo w sobie nie byłoby takie złe. Gorzej, że takie sziteksy programują młodego widza i jeszcze kilka lat, a każdy horror będzie musiał wyglądać tak, jak Krucyfiks. Modlę się do starszych bogów, żeby tak się nie stało.
W ubiegłym roku akademickim wynajmowałem mieszkanie ziomeczkom. Rozstaliśmy się z końcem owego roku, dokonaliśmy niezbędnych rozliczeń, które pożarły kaucję i jeszcze chłopcy byli mi winni w sumie jakieś 700 ziko. Jeden z nich rozliczył ze mną większość hajsów, została mu do zapłacenia końcówka, drugi płakał, że teraz to on nie ma piniondza, ale się rozliczy, jak tylko miał będzie. Do tej pory płacił w terminie i bez szemrania, więc nie miałem powodów, żeby mu nie ufać. Ale byłem naiwnym łosiem. Rada na przyszłość, w takich sytuacjach, nieważne jak dobry był to lokator, wyrwać hajs z gardła, zatrzymać dowód (pewnie tak nie wolno) albo niech podpisze weksel. Jebać przyzwoitość i dobre serce, wszyscy bądźmy skurwielami.
Minęły wakacje, wysłałem chłopcom maila z numerem konta, na które moga przelać piniondz. Jeden, ten który wisiał grosze, nie zaszczycił mnie odpowiedzią, drugi, chłopiec Maciej, odpowiedział mi prawniczym slangiem, pozwólcie że zacytuję: W związku z Pana roszczeniem dodatkowej zapłaty, wnoszę o szczegółowe rozliczenie naszej kaucji wraz z dowodami.
Po mojej dość wyważonej odpowiedzi, w której strasznie się obśmiałem, dostałem następujący kawałek: Po przejrzeniu umowy uważam, że wszelkie roszczenia Wynajmującego są bezpodstawne, gdyż powinien je zgłosić w dniu odbioru mieszkania od Najemcy (30.06.2017). Ponadto zatrzymaną kaucję też winien rozliczyć przedstawiając odpowiednie dowody, że najemcy coś nie uregulowali. Proszę przedstawić swoje roszczenia w formie pisemnej na adres:
Wytłumaczyłem, że zgłosiłem roszczenia, rozliczyłem kaucję, a w razie wątpliwości możemy pójść do administracji i Innogy, gdzie dokładnie wytłumaczą co, jak i za ile. No i że teraz będziemy już sobie pisać listy najeżone prawniczym slangiem.
Ale ja nie o tym.
Wystawcież sobie moje zdumienie i radość, gdy wczoraj…
Przyjechałem na Pragę, parkuję brykę nielegalnie, więc trochę mi się spieszy, patrzę dokoła, bagiety nie jadą, strażaków brak, zerkam w stronę wejścia i, eee… to chyba niemożliwe. W drzwiach stoją dwie laski i typ. I ja jestem prawie pewien, że dwie osoby z tej grupy kojarzę. Wypadam z samochodu, podbiegam do drzwi wejściowych do budynku, wbijam kod, widzę zamieszanie przy windzie. Zaobserwowana przeze mnie grupa nie wchodzi do niej, tylko kieruje się w stronę klatki schodowej. Idę za nimi. Ha, nie wchodzą do klatki, tylko wbijają do tylnego wyjścia. No kurwa, hilarion, bo już widzę, że to laska, która u mnie mieszkała. I oni ewidentnie przede mną uciekają, bo kto wchodzi przodem po to, żeby wyjść tyłem.
Podbijam do typa, który w międzyczasie narzucił na głowę kaptur, bo to kurwa taki świetny patent na maskowanie. Klepię go w ramię, odwraca się, mówię mu z lekko tylko niepokojącym uśmiechem „cześć, zamierzasz się ze mną rozliczyć, czy chcesz mnie ojebać na hajsie? Od razu mówię, że na takie drobne kwoty się nie opłaca, bo to później wróci do ciebie w przejebany sposób”.
Zapadła taka cisza, że wessała wszystkie głosy z otoczenia w promieniu 5 metrów.
-Wysłałem niedawno maila, jak normalny, biały człowiek, z numerami kont, rozliczeniem hajsu i informacją o zaległościach, częściowo się ze mną rozliczyłeś po zdaniu mieszkania a teraz na drobne hajsy chcesz mnie przewalić? – mówię mu grzecznie.
-Ale ja nic nie dostałem. – odparowuje gość z miną wyrażającą tak bezbrzeżne zdumienie, że ledwo tylko powstrzymuję wybuch śmiechu.
-A jakiego mi maila podawałeś na rozchodne, bo może coś pomyliłem?
Gość trzęsie się coraz bardziej, bo uśmiecham się coraz radośniej i literuje mi swój adres, myląc się dwukrotnie.
-Ty, no popatrz tutaj (podsuwam mu komórkę pod nos), chyba się zgadza, to jak nic nie dostałeś, jak się mail zgadza? Dwa razy do ciebie i do Maćka wysyłałem info, i nic nie masz w poczcie?
-Może mi wpadło do spamu.
-To sprawdź spam i przelej mi pieniądze, które jesteś mi winny. A z Maćkiem to już będę sprawy załatwiał indywidualnie. To jak, uda się, czy mam przesłać maila jeszcze raz?
-Mumble, mumble (nieczyt.)
-No to prześlę jeszcze raz. Cześć i trzymajcie się.
Akcja trwała może 45 sekund, w tym czasie przekonałem się, że jestem w stanie samym tylko uśmiechem sterroryzować trójkę młodych ludzi tak skutecznie, że dziewczyna tego typa wyglądała, jakby się miała za chwilę rozpłakać. A ja przecież ani nie groziłem, nie okazałem agresji, nie dobyłem noża ani cegły, co najwyżej byłem szyderczy, ironiczny, złośliwy i prześmiewczy.
Powiem tak, gość wisi mi naprawdę jakieś drobne, 150 ziko, czy coś w podobie. Do tego jest najgorszym rodzajem cwaniaczka, czyli głupim cwaniaczkiem, który nie ogarnia, że jego zachowanie nie klei się z historyjką. No bo gdyby faktycznie niczego nie dostał w mailu, to nie uciekałby przede mną i nie chował łba pod kapturem, tylko przybił piątkę i się spytał, dlaczego się nie odezwałem, bo miałem dać info o tym, jak się rozliczamy do końca a tu cisza. O, to jest cwaniactwo, które mógłbym uszanować, na tego małego chujka nawet nie chce mi się odeszczać, bo kwota dziadowska i gość jest durniem.
Drugi chłopiec, Maciek, wisi mi 350 ziko i myślę, że skoro wybrał metodę kłamania, zaprzeczania faktom i prawniczy slang, to z pomocą serdecznej przyjaciółki, którą urzekła historia mojej z Maćkiem korespondencji, podejmę rękawicę.
Być może niektórzy z was zastanawiają się, czego ci młodzi ludzie szukali w moim bloku. Otóż wyobraźcie sobie, oni tam mają, na jedenastym czy trzynastym piętrze znajomych. Których to znajomych często odwiedzają, o czym przypadkowo wiem z rozmów, które odbyłem w czasie ich najmu. No to jak trzeba być głupim, żeby nie przewidzieć tego, że jak odwiedzamy tych znajomych, możemy wpaść na typa, którego postanowiliśmy wywałować? No jak? Wpisujcie porównania.
Dzieciaki wybrały metodę zaprzeczania faktom. Maciek zablokował mnie na fejsie, zapominając że mam znajomych. Zapomniał, że wiem, na jakich uczelniach studiuje, a ja się zastanawiam, czy się tam nie odezwać z pytaniem czy wiedzą, że uczy się u nich oszust. Ba, ja na okoliczność najmu mam przecież wszystkie jego dane i mogę spytać się rodziców, czy pochwalają takie wały w wykonaniu sprytnego synka. Muszę tylko sprawdzić, czy wszystko to, co zamierzam zrobić jest dozwolone, bo nie będę robić niczego z partyzanta i chcę wystąpić z otwartą przyłbicą. Więc wolałbym się nie podłożyć.
Na przyszłość dla wszystkich zaś kilka rad: nie wypuszczać najmitów z mieszkania, dopóki nie rozliczą się do końca. Brać weksel. Zapomnieć o dobrym sercu, to nie ma sensu, o czym przekonuję się po raz kolejny. Być miłym, ale stanowczym wynajmującym, którego interesują dwie rzeczy: czy mieszkanie nie jest rozjebane i czy wszystkie rachunki są opłacone na czas, reszta chuj, żadnych sympatycznych gestów, żadnych dobrych uczynków. Bo finalnie za dobre uczynki najprawdopodobniej zapłacicie z własnej kieszeni. Chociaż oczywiście w tym konkretnym przypadku poziom beki wynagrodził mi do tej pory wszystkie straty, teraz będę wyłącznie do przodu.
A morał? Nie próbujcie traktować dzieci jak dorosłych, to nie ma sensu.