Napisz, że To

Bałem się tej ekranizacji, jak chyba każdy, kto śledzi to, co filmowcy wyprawiają z książkami i opowiadaniami Kinga. W ciągu ostatnich 10 lat katastrofa goniła katastrofę.

W roku 2007 pojawiła się pełnometrażowa „The Mist”, która była ostatnią dobrą adaptacją, jaką widziałem. Potem sypały się jakieś krótkie metraże, do których szybko się zniechęciłem, bo o ile nie mam nic przeciwko nieopatrzonym aktorom, to mam wiele przeciwko nieopatrzonym aktorom, którzy grają gorzej ode mnie. A to już pieprzona sztuka.

W latach 2010-2015 wyprodukowano 78 odcinków serialu „Haven”, który był tak bardzo luźno oparty na opowiadaniu „Kolorado Kid”, że nawet nie wiem, czy mam to liczyć jako adaptację, czy raczej bardzo luźną inspirację. Skłaniam się ku temu drugiemu. Powiem wam, że wytrwałem bardzo długo, poległem dopiero na koniec czwartego z pięciu sezonów. Haven to było moje guilty pleasure, coś w zastępstwie Warehouse 13. Jednak to nie był King.

W 2011 dostaliśmy rozczarowujący „Worek kości”. Znaczy mnie rozczarował. Potem znowu cała kupa shortów i w 2013 największa chyba w historii kinematografii i filmografii obraza rozumu i godności człowieka, czyli makabrycznie zła adaptacja powieści „Pod kopułą”. Z przerażającej historii o małym Hitlerze, zrobili kino familijne. Biorąc pod uwagę, że w tej rzezi własnego dzieła brał udział sam King, do dzisiaj nie rozumiem co się tam stało. Nie wiem, może był aż tak niezadowolony z tego, co napisał cztery lata wcześniej, że postanowił to wywrócić na nice, ale fakt pozostaje faktem, że to co dostaliśmy, było niestrawnym knotem. Przetrwałem półtora sezonu, bo myślałem naiwnie, że coś się rozkręci. Niestety, działo się gorzej i gorzej, więc oddaliłem się godnie, chociaż na tarczy.
Rok 2016 przynosi najlepszą rzecz w tym zalewie przeciętności i kiepskości, czyli ekranizację powieści „11.22.63”. Ładna, zwarta i zamknięta całość, bez rozwlekania, kombinowania z trzema sezonami. Konkret, osiem dobrych odcinków na podstawie dobrego materiału wyjściowego. Najlepsza rzecz, jaką na podstawie Kinga zrobiono przez te 10 lat.

Czasami się człowiekowi przypominają te mityczne stare, dobre czasy, które faktycznie były dobre

Kilka tygodni temu firma Dimension Television wypuściła swoją wersję Mgły i zrobiła z tego serial. Twórcy zmnożyli wątki, rozrzucili ludzi po całym miasteczku, żeby mogli przez 4 odcinki jechać do supermarketu, gdzie matka z choro curko czekają. W oryginale Mgła to kameralna psychodrama, w której z osaczonych ludzi wyłazi to co w osaczonym człowieku najlepsze – zło i głupota. W tym siła opowiadania, w tym siła filmowej adaptacji Darabonta z 2007 roku. Tutaj bohaterowie przeżywają coraz głupsze przygody, z których wychodzą cało niczym doborowa ekipa Supermanów. Sama mgła? Będzie spojler – najpierw miała to być siła wkurzonej natury, jak w nieszczęsnym „The Happening” pana Shyamalana. Potem, w jakimż o jakimż końcowym cliffhangerze, okazuje się, że mgła to jakaś bezcielesna siła, którą wojsko dokarmia jakimiś skazańcami w pomarańczowych kombinezonach. Czyli może jednak eksperyment, który się trochę nie udał? Tyle pytań, które mnie nie interesują.

Zbulwersowany tłum komentatorów z prawej strony, rzucił się na serial z powodu „leftismu”. Znaczy jasne, mówi się w nim o trudnych sprawach gwałtu, jest trochę high school drama, jest odrzucony przez ojca gej-got, ale żeby to jakieś lewactwo w opór było, to nie wiem skąd pomysł. Robienie z tego zarzutu też nie ma sensu, bo serial nie jest zły z powodu jego lewicowego skrętu, tylko dlatego, że ma źle zaplanowany scenariusz, bohaterowie działający niespójnie i bez sensu nie obchodzą nas przez sekundę, właściwie to z powodu ich głupoty, życzyłem im wszystkim nagłego zgonu. No i z naprawdę pełnokrwistego horroru zrobić nudną historię o niczym, okraszoną fatalnym CGI, to trzeba mieć specyficzny talent. O grze aktorskiej litościwie zmilczę. Sugeruję mijać szerokim łukiem i nie oglądać nawet dla beki czy eksperymentu. Wystarczy, że ja to zrobiłem, wy nie musicie.

No i wreszcie niedawna premiera „Mrocznej Wieży”, o której napisałem oddzielny tekst, powstrzymując się ze wszystkich sił.

Przyznacie sami, że te próby zmierzenia się z Kingiem nie nastrajały zbyt pozytywnie i kolejnej ekranizacji jednej z jego najlepszych książek oczekiwałem z lekką sraczką. Niepotrzebnie. Było dobrze, miejscami bardzo dobrze, a wady, chociaż dla mnie dość poważne, nie spaczyły filmu, co najwyżej go spłyciły albo zakłamały w stosunku do książki. O tym później.

Z dobrych rzeczy, to wiadomo – scenariusz. Siedem lat się pieprzyli z tą ekranizacją, dlatego tym bardziej jestem pozytywnie zaskoczony, że zamiast niezbornego, polepionego na odpierdol produktu podobnego do scenariusza, dostaliśmy coś, co ma sens oraz ręce i nogi. Zmiany wprowadzone w stosunku do książki nie bolą bardzo, raczej odczuwa się ból z powodu braku pewnych rzeczy. Miałem nadzieję, że w końcu pokażą mi dymną jamę i przybycie Tego, ale się nie udało. Liczyłem na kilka innych drobiazgów, ale mogę bez nich żyć. Ogólnie wyszło dobrze, chociaż dla widza, który nie zna książki, niektóre sekwencje mogły być konfundujące. O tym później.

KLAUNI, KLAUNI SĄ ŚMIESZNI (fot. WarnerBros)

Obsada – też dobrze. Dzieciaki dobrane fajnie do ról, Ben w końcu był grubasem a nie tęgim ziomkiem, Richie ma faktycznie niewyparzoną gębę, Beverly jest doskonała, Bill daje radę, Eddie zaskakująco dobry, Bowers bardziej popieprzony niż poprzednio, jego gang trochę nijaki. Najbardziej żal, że Mike i Stan kompletnie nie istnieją. O tym później.

Efekty – to co mieli w monecie, wydali dobrze. To czego nie mieli, mieli wydać właśnie na dymną jamę, której twórcy bardzo chcieli, ale studio powiedziało, że nie da rady. Uwaga do trędowatego. Trochę za bardzo przegięty i uważam, że można było go zrobić po prostu przez charakteryzację a grozę wyprodukować motywem książkowym, czyli sugestią zrobienia Eddiemu laski za ćwiartkę. Wygrała natomiast pokrzywiona pani z synagogi, każde jej wejście na ekranie to wisząca w powietrzu brązowa nuta.

Właśnie, ścieżka dźwiękowa – dupy nie urywająca, ale dobra nuta. Zarówno kawałki, będące podkładem muzycznym znanym i lubianym, jak i oryginalna ścieżka dźwiękowa, która miejscami brzmiała, jakby ktoś drapał szkłem po tablicy. Z drugiej strony miałem żal, że nikt chyba już nie robi takiej muzyki jak Goblin. Ta ekranizacja bardzo zasłużyła na dźwięki z ekstraklasy, dostała muzykę klimatyczną, ale tylko poprawną.
Właśnie, klimat – dużo bardziej mroczny niż w poprzedniej wersji, dość mroczny w porównaniu z książką. Ale tylko w wybranych scenach, bo najczęściej groza jest szybko przełamywana śmieszkami. Mnie taki zabieg nie wadził, młodociani miłośnicy horroru strasznie pomstują, zapominając że wydarzenia oglądamy z perspektywy kilkunastoletnich dzieciaków, które świetnie sobie radzą z oswajaniem horroru humorem. Ja bym radził poczekać na część drugą, z dorosłymi. Tam pewnie będzie bardziej poważnie.

Zresztą i tutaj mamy ciężkie jazdy – flirtujący otwarcie z nieletnią farmaceuta, przemocowy ojciec Bowersa, grożący swojemu synowi bronią. Zaborcza mama Eddiego, która w końcu jest taka, jaką ją sobie wyobrażałem. No i na końcu największy creep w tym filmie, czyli papcio Marsh. W książce King niuansował, w poprzedniej ekranizacji Ojciec Beverly był po prostu żałośnie brutalny. Tutaj jest to pedofil molestujący własną córkę. Finałowe wyemancypowanie się Bev dało mi mnóstwo mściwej satysfakcji. Tak, potwory nie zawsze chowają się w szafie.

No właśnie, co z Bowersem (mat. dystrybutora)

Podobała mi się też dosłowność niektórych scen. Tak, bardzo chciałem, żeby pokazali mi, jak To obrywa Georgiemu rękę. Tak, chciałem dosłownej makabry w tej konkretnej scenie. I bardzo się cieszę, że ją dostałem, dzięki czemu nie musiałem się przyglądać duchowi George’a i się zastanawiać „dlaczego ten rękaw mu tak wisi.”

O kwestiach technicznych, typu montaż, praca kamery, światło i dźwięk się nie wypowiadam, bo się na tym kompletnie nie znam, ale poczucia jakiejś srogiej padaki nie miałem. Tutaj jednak głos oddam fachowcom, bo co się będę wygłupiał.

Co mi nie podeszło, od najmniejszej przewiny twórców.

Przeciągnięta końcówka. Zupełnie jak w Powrocie Króla. Miałem wrażenie, że twórcy zorientowali się, że mają 1:46 h materiału i jak to tak? Taki klasyczny format? Nichuja, dajemy minimum 2 godziny. I podokładali jakichś absurdalnych scen, jak choćby walka Bowersa z Mikiem.
Właśnie, nie wiem, jak to zamierzają rozegrać, ale po tym co zaszło, średnio widzę Bowersa w części drugiej. A było nie było, jest w niej dość istotną postacią.

Kompletnie nieistniejący Mike i Stan. Mike pojawia się przypadkiem w grupie i bez słowa wytłumaczenia zostaje do niej przyjęty. A potem go tam prawie nie ma. Stan jest w grupie od początku, ale jakby go nie było. Postać źle napisana, średnio zagrana, rozhisteryzowany gnojek z pretensjami do świata, że ten nie układa się logicznie i racjonalnie. Bardzo duże niewypały, a przecież obie te postaci są bardzo istotne w kontekście przyszłych zdarzeń. Mike zostaje obserwatorem i zwołuje Klub po latach. Obejrzyjcie film i powiedzcie mi, że przyjechalibyście na wezwanie kogoś tak bezbarwnego jak on? Nawet jeżeli byście ślubowali. Potraktowanie ich po macoszemu to poważna wada scenariusza.

Brak magii, która przesyca i przepaja książkę. Jasne, jak się operuje słowem, łatwiej wytłumaczyć ludziom, że była magia i dlatego dzieciaki dały radę się spotkać, stanąć do walki z Tym i poważnie je zranić. Tutaj brakuje mi rodzenia się przyjaźni wewnątrz ekipy. Bardzo żałuję, że zrezygnowano ze sceny wspólnego budowania tamy, podczas której nastąpiła przekonująca konsolidacja grupy. Tutaj mamy pojechane w drugą stronę – niektóre dzieciaki nienawidzą Billa i mają do niego pretensje o rzeczy. Sorry, ale tego nie kupuję zupełnie.

To wyjątkowo nie Richie tylko Eds (zrzut ekranu z trailera)

No i wreszcie finałowy pojedynek. To porywa Beverly, ziomki idą ją ratować. Każdy bierze jakąś broń i finałowe starcie zamienia się w jednoosobowe pojedynki z klaunem. No nie. Klub Frajerów wystąpił przeciwko Temu razem i tylko dlatego dał radę je ciężko zranić. Gdyby próbowali robić to tak, jak spróbowali, ich flaki walałyby się dokoła legowiska Tego na jakieś pół strzału z łuku. A można było zrobić to dyskretniej. Nie wiem czy Rytuał Chud byłby dobrym rozwiązaniem, bo to jednak za mało widowiskowa sprawa. Ale przecież gdyby Billy złapał To za metaforyczny język i zaczął toczyć mentalny pojedynek, można to było rozegrać bardziej efektownie a mniej dosłownie. Przecież nawet jego przyjaciele mogli dodawać mu otuchy i pojawiać się podczas takiej walki. Nie wiem, może teraz są takie oczekiwania, że mają być takie komandoskie akcje.

Oraz wszystko wyglądało tak, jakby To można było po prostu zranić kawałkiem ogrodzenia. Nie twierdzę, że chciałbym oglądać sceny przelewania mocy w kij baseballowy, to by było zbyt głupie. Ale nie obrażajcie mojej inteligencji twierdząc, że długowieczne, wszechmocne stworzenie da się po prostu podziurawić włócznią.

I GDZIE SĄ TRUPIE ŚWIATŁA?

Na koniec słowo o Tańczącym Klaunie Pennywise. Skarskard miał po Currym ciężkie zadanie, zupełnie jak Ledger po Nicholsonie. Wybrnął z tarczą, bo nie spróbował być bardziej przerażającym od Curry’ego na siłę, tylko jakoś mu to samo wyszło. Hehehe, żartuję z tym samo. Gość jest obłędnie pojebany. W czasie swoich przemów i mamrotań, wrzuca do dialogów/monologów szwedzkie słowa, które brzmią na tyle obco, że potęgują efekt grozy. Jego Pennywise jest infantylny i dziecinny, a jednocześnie nieludzki i obcy. Te jego chichoty.

Jest szansa, że na takich obrazkach Skarskard nie będzie miał wymalowanego kutasa na czole. Dźwignął temat godnie.

No i proszę zwrócić uwagę na to, jak się ślini. Znaczy jeszcze raz To muszę obejrzeć, żeby potwierdzić swoją hipotezę, że Pennywise ślini się w momentach, w których ofiary się go boją. I ten strach pobudza jego apetyt aż do fazy toczenia śliny.

Skarskard dał nam kreację absolutnie nieludzką. Dzięki czemu straszy jak należy. Zostałem fanem.

Ogólnie daleki jestem od okrzykiwania tego filmu arcydziełem i dawania mu dyszki. To solidny film z kilkoma wpadkami, które trochę mnie podrażniły, ale nie zepsuły odbioru. Najlepsza ekranizacja prozy Kinga od 10 lat, jeden z pięciu najlepszych filmów na podstawie prozy Kinga ever. Idźcie do kina. I nie wierzcie dzieciakom wychowanym na „Pile” i „Annabelle”, że ten film nie straszy. Straszy, chociaż może niekoniecznie tym, czego oczekiwaliśmy.

Mroczna Wieża something something

Oczekiwania były wielkie, niczym Wieża. Zamiast epickiej epopei na miarę Władcy Pierścieni, dostaliśmy poprawnie zrealizowany film akcji, który równie dobrze mógłby dziać się gdziekolwiek, bez konieczności mieszania do tego Rolanda, Jake’a i Waltera. Trzeba było zrobić historię o rewolwerowcu i olać Kinga.

Będą jakieś tam spojlery, ale chyba nie takie duże.

Zmylili mnie, jak dzieciaka zmylili. Koniec Mrocznej Wieży to początek nowego obrotu koła. Roland znajduje po bitwie na wzgórzu Jerycho, Róg Elda i wyrusza w kolejną wyprawę, która będzie prawdopodobnie ostatnią iteracją jego przygód. W trailerze do filmu Róg pokazano bardzo wyraźnie, dzięki czemu nie miałem problemu z wzięciem na klatę odstępstw od pierwowzoru książkowego. Robią po prostu ostatnie okrążenie i akcja może pójść zupełnie innymi torami. W pierwszej części możemy mieć z całej Trójki tylko Jake’a, Susan i Eddie dobiją do nas później. W pierwszej części możemy mieć zmęczonego życiem Rolanda, który nie ma ochoty bronić Mrocznej Wieży i napędza go jedynie chęć zemsty na Człowieku w Czerni. Spoko, też to kupuję, Walter zabił mu ojca, Roland sunie przez świat i chce go zabić. Nie mam problemu z tym, że wpada na Jake’a, który znalazł w Nowym Jorku portal, przez który przebił się na pustynię. Bez mrugnięcia okiem oglądam sceny, w których Deschain demoluje bazę na Ziemiach Jałowych, w której pracują Łamacze Promienia, w tej iteracji może nie być Callahana, zawsze to zaoszczędzimy kilka dolarów na epickiej bitwie z Wilkami z Calla.

Nie pyknie mi zbytnio brewka i przyjmę do wiadomości, że ten film był bardzo długim teaserem, i jak sprzeda się dobrze w box office, to Sony zrobi dalsze części, w których będzie w stanie pokazać nam rozmach i bogactwo świata stworzonego przez Kinga.

Zniosę ogólną biedę scenograficzną i nie będę się cisnął, że wszystko wygląda tanio, bo film kosztował 60 mln. $, co plasuje go kosztowo na poziomie przeciętnej produkcji kinowej. Zresztą pewnie większość kasy poszło na gaże, bo ani Elba, ani McConaughey nie pracowali za paciorki, więc tym bardziej rozumiem brak rozmachu w scenografiach i scenach masowych.

Mam też odrobinę mózgu i nie płaczę w internetach, że jak to WZIĘLI SIEDEM CZĘŚCI I SKLEILI TO W JEDEN FILM CO ZA DURNIE! bo to nieprawda. Wzięli tyle, żeby zainteresować ludzi światem i pokazać im, czego mogą spodziewać się w kolejnych częściach, jeżeli dojdzie do skutku ich realizacja. Oraz wzięli tyle, żeby fan miał też radochę z oglądania i mógł się powymądrzać „o, a tutaj odniesienie do tego, natomiast tutaj pozmieniali i nie zgadza się”.

To rzekłszy, powiem wam, jakie mam problemy z Mroczną Wieżą.
Po pierwsze, wcale nie to, że WZIĘLI SIEDEM CZĘŚCI I SKLEILI TO W JEDEN FILM CO ZA DURNIE! Bardziej bolała mnie bieda wyzierająca praktycznie z każdej sceny. W filmie nie ma niczego wyciskającego dech z piersi. Brakuje scen epickich. Brakuje scen wzruszających. Brakuje scen poruszających. No, może oprócz tej, gdy Jake orientuje się, że jego matka nie żyje. Oczekiwałem blockbustera, z całym dobrodziejstwem inwentarza, jaki niesie w sobie blockbusteryzm. Dostałem epickość klasy C albo nawet i D. Poza scenami strzelaniny i szybkiego przeładowywania broni przez Rolanda, nie ma w MW niczego, co robiłoby efekt WOW, KURWA, ALE JAK TO?!

Po drugie dialogi i scenariusz. Bardzo niedobre dialogi i scenariusz. Trochę mną wstrząsnęło, że pracowało przy tym aż czterech scenarzystów, bo efekt końcowy jest rozczarowujący. Wszedłem na imdb i obejrzałem wcześniejsze dokonania tych panów, bo myślałem, że to jakieś kelnery, które na Mrocznej Wieży uczyły się pisania. Gdzie tam, popatrzcie tylko na te tytuły: Adam’s Apples, I, Robot, The Da Vinci Code, Beautiful Mind, The Client, I Am Legend czy takie seriale jak Alias, Lost, Fringe. Raczej pro niż amatorszczyzna. A tu taki bąk. Jasne, biorę pod uwagę, że w montażu wycięto tyle scen, że scenariusz przestał się kleić, ale jeżeli wśród scenarzystów jest również reżyser arcydzieła, to może by tak z łaski swojej panował nad materiałem, co?

Roland już nie jest głównym bohaterem opowieści, zamiast niego w te buty wskakuje Jake. Jake był fajny, ale ja chcę Rolanda, który bierze młodziaka do terminu i przekuwa go w młodego rewolwerowca.

Aktorzy są dobrzy, a nawet bardzo dobrzy. Co z tego, skoro grają w filmie, który średnio ich interesuje. Wiadomo, że zagrają poprawnie, to przecież solidni zawodowcy. No ale jakby nie o to do końca mi chodziło.

Wspominałem o biedzie wyzierającej z każdej sceny? No właśnie, jest biednie.

A jak sobie pomyślę, że przejmowaliśmy się tym, w jaki sposób rozegrają problem jaki ma z białoskórym Rolandem Susanna, to śmiać mi się chcę, bo nie ma problemu. A jak nie ma problemu, to nie ma zmartwienia koleś.

Doniesienia z box office’u nie są krzepiące. Jasne, film zarobił, co miał nie zarobić. Kupa fanów i casuali poszła na niego, w USA zgarnął 47,5 miliona, na świecie 53,5 mln, razem nieco ponad 100 baniek, przy budżecie 60 mln daje nadwyżkę. I pewnie będzie kontynuacja, bo recenzje mogą być miażdżące, grunt żeby hajs się zgadzał. Ale ogólnie zawód. Bo to ani film dla fanów książki (za płytki, za trywialny, za biedny), ani nic specjalnego dla tych, którzy książek nie znają. Ot, dostali kolejny produkcyjniak sf-fantasy, wakacje są, można skoczyć. Jestem delikatnie niezadowolony.

Smaczki dla czytelników, które powpychali twórcy do filmu, to trochę za mało. Zobaczymy na dniach co nawywijali z „To”.

Korzystając z okazji, że po MW mam taki posmak w ustach, jakbym się najadł pyłu z Ziem Jałowych, opowiem w skrócie o dwóch dobrych filmach, takich wakacyjnych cukiereczkach.

The Hitman’s Bodyguard (u nas jako Bodyguard Zawodowiec, because fuck you) jest filmem do bólu przewidywalnym, wypełnionym kliszami, kalkami i wytartymi schematami. Dzieło absolutnie wtórne, bez grama oryginalności. Na szczęście grają w nim Samuel L. Jackson jako Samuel L. Jackson i Ryan Reynolds jako sympatyczny, uśmiechnięty i miły Ryan Reynolds. Do tego Gary Oldman, jako operetkowo przerysowany, zły białoruski dyktator i mamy dość solidne killer combo, uzupełnione przez wulgarną i wyraziście doskonałą Salmę Hayek.

Przez większość filmu ma miejsce strzelanina, wybuchy, eksplozje i rozpierdol. Samuel L. Jackson kopiuje swoje poprzednie role i zupełnie nikomu to nie przeszkadza. Radośnie bluzga, bijąc albo wyrównując rekord użycia słowa fuck w jednym filmie, w czym dzielnie mu wtóruje Hayek, jako jego filmowa żona. Dawno nie oglądałem tak zabawnego i bezpretensjonalnego filmu. Przez pół seansu śmiałem się jak hiena, przez pozostałe pół z mojego śmiechu śmiała się reszta sali. Bo z jakiegoś powodu sala nie śmiała się w tych samych momentach co ja, ale to problem sali a nie mój. Jak ktoś jeszcze nie był, to niech śmiało idzie do kina, dwie godziny zabawy murowane. Jest w filmie nawet jakiś scenariusz, ale nie przejmowałem się nim zbytnio, bo poszedłem do kina na Jacksona, Reynoldsa, Hayek i Oldmana. Dostałem dokładnie to, co chciałem.

Sto penisów w czoło i kotwica w plecy dystrybutorowi za polski tytuł rodem z mrocznej dupy. Dużo smacznych i pięknych rzeczy dla Martyny Łukomskiej, która zrobiła dobre, soczyste tłumaczenie dialogów, a specjalny pucharek za wciśnięcie do filmu, niekoniecznie nawet zgodnie z kontekstem, mojej ukochanej frazy „chuje muje dzikie węże”.

Na koniec „Barry Seal: król przemytu”. Nie guglałem Barry’ego, bo nie chciałem wiedzieć, co się będzie w filmie działo. I dobrze zrobiłem, i wam też polecam. Bo z gugla moglibyście się dowiedzieć, że film zbyt koloryzuje wydarzenia a tytułowy bohater wcale nie był podobny do Toma Cruisa.

Barry Seal był pilotem linii lotniczej TWA po czym zaczął latać prywatnie i przemycać broń i narkotyki do i z Ameryki Południowej. I to w zasadzie cała fabuła filmu. Jak mówi Cruise na początku filmu „część z tych rzeczy zdarzyła się naprawdę”. Nawet nie wnikałem, czy prawdziwy Seal poznał Noriegę, Olliego Northa, Ochoę i Escobara, bo nie chciałem, żeby mi prawda popsuła dobrze opowiedzianą historię. Polecam.

Dla wszystkich którzy mają problem z Cruisem – nie macie się co przejmować. Aktorem nigdy nie był dobrym, dlatego gra w filmach, w których może się pokazać ze swoich mocnych stron (czyli fizyczności). Tutaj zaskakująco miło daję radę i awaryjnie lądować na ulicy małego, amerykańskiego miasteczka, po czym, spowity w welon z kokainy, odjechać na młodzieżowym rowerku w siną dal, jak również zagrać twarzą. Oraz to chyba pierwszy od stu lat film, w którym aktor nie biega.

Bardzo dobry, rozrywkowy kawałek kina, nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej i wybierzcie się na seans. Warto.

I’ve seen old dude in the night

Pierwsza mokotowska życióweczka. Do tego od razu na dość pełnej kurwie.

Wyszedłem z Filipem na spacer. Zasłuchałem się w „Kosiarzu”, więc pies prowadził mnie a nie ja jego. Doszliśmy do baraku całodobowego, tego przy wyjściu z metra. Na murku siedział ziomek, którego widuję codziennie, jak oswaja swoją bezdomność lekturą. Praktycznie za każdym razem gdy go mijam idąc do sklepu albo z Filipem, siedzi na murku i czyta. Postanowiłem delikatnie wybadać ten fenomen, no bo ilu bezdomnych siedzących nad książką widujecie na co dzień?

Obywatel X ma dość ciekawą historię. Żona się z nim rozwiodła na okoliczność przemocy, chociaż zarzekał się, że muchy by nie skrzywdził. W wyniku rozwodu został wyjebany z mieszkania, od siedmiu lat żyje na ulicy.

Córka lat 30, syn 27. Nie wie gdzie są, prawdopodobnie wyjechali z Warszawy, nie utrzymują z nim stosunków, nie interesuje ich jego los.

Przez 22 lata pracował jako mistrz. Dwie nagrody ministra, no ale to był komunistyczny minister, więc się kurwa nie liczy. Spawał, toczył, wykrawał, frezował, czysty żywy zawód i talent w ręku, która to ręka nie telepie mu się od alkoholu, bo owszem, pije, jak każdy, ale nie stoczył się w alkoholizm. Jest też również jednym z nielicznych bezdomnych, z którymi miałem bliski kontakt (jakoś około 50 osób mi się przewinęło w życiorysie), który mówiąc brutalnie, nie śmierdzi. Toczy swój wózek wypełniony szmatami, żywnością, piciem i książkami, nie wadzi nikomu, siedzi na murku i czyta.

Przez 10 lat mieszkał przy placu Hallera. Potem przy Mickiewicza. Stamtąd wylot na ulice, jakoś zdarzyło się, że wylądował na Mokotowie. Dla ubezpieczenia zarejestrowany jako bezrobotny przy Ciołka. Nie jest leniem, przy każdej wizycie pyta się o pracę albo o kursy szkoleniowe. Dla człowieka w wieku 63 lat nie ma w tym kraju ani pracy, ani kursów szkoleniowych z Urzędu Pracy.

Matka zmarła w wieku 58 lat, ojciec bodaj 54. Gość jest szczęśliwy, że żyje dłużej od rodziców, chociaż podejrzewa u siebie cukrzycę. Na moją sugestię wizyty u lekarza, stwierdził że nie ma takiej potrzeby, bo jakoś sobie to wszystko ogarnia. Przy najbliższej okazji zasugeruję mu wizytę ponownie.

Co dziwne, jego bełkotliwy głos (słaba kondycja, braki w uzębieniu, wyziębienie) nie brzmi słabo i nie jest głosem człowieka przegranego. Gdzieś chodzi po ciuchy na zmianę, goli się, myje w jakichś łaźniach, ogólnie wygląda chędogo i chociaż zgarbiony, trzyma się resztek godności. Może nawet nie takich resztek.

Siedem lat na ulicy go nie złamało. Lokalne dresiki i żulerka jakoś go w ten ich chropawy sposób szanują, podczas naszej rozmowy przysiadło się dwóch typów, zbili z nim (no i ze mną) piątkę, jeden obstawił mu browara (ja też, wcześniej, wiadomo że takie rozmowy toczy się wyłącznie przy alkoholu).

I tak się zastanawiam, jaki to sobie obstalowaliśmy system, w którym ziom mieszkający na ulicy nie może dostać pracy, bo jest za stary, chociaż do tej roboty ręce mu się aż trzęsą i wyrywają.

Jeden z typów, który się w trakcie naszej rozmowy przysiadł, jest alkoholikiem i dog whispererem. Filip od razu się do niego przystawił i dał mu się wygłaskać, aż się poczułem zazdrosny. Ziomek ogarnął również wszystkie psy, które nas mijały, w tym muskularnego buldożka mojej sąsiadki. Żaden nie warknął, każdy poddał się pieszczotom jego dłoni, jest to jakiś talent. Typ nie ma zębów na froncie, no dobra, ma w sumie sześć, pokazał mi wszystkie. Wyjebał je sobie po upadku z dość szybko jadącego motocykla.

Mieszka przy Racławickiej z matką chorą na schizofrenię paranoidalną. Od dwóch dni nie wpuszcza go do domu, bo ma epizod. On miał pecha, bo wyszedł z kwadratu na moment i zostawił klucze na lodówce. Po pierwszym dniu dobijania się do drzwi, gdy widział judasza zmieniającego kolor z ciemnego na jasny i z powrotem, zrozumiał, że matka go nie wpuści, bo go nie rozpoznaje. Z rozpaczy i wkurwu udał się na banię. Po spożyciu litra wódki i 10 piw stracił kontakt z bazą i wylądował na Kolskiej. Trzech dyszek z kieszeni spodni marki Pierre Cardin (skubany okazał metkę), które pozostały mu po libacji, nie odzyskał, pielęgniarze z Kolskiej mają swoje potrzeby.

Wierzący, ochrzczony u Boboli, praktykujący u Karmelitów Bosych, pod naszym oknem. Co tydzień u spowiedzi, wierzy w Boga, Ducha Świętego, jest przeciwnikiem aborcji. Pija alkohol, z rzadka zarzuca amfę, chętnie spali gibona. Czasami chodzi nad Wisłę wędkować z bratem. Zastanawiająco kumaty typ, chociaż czasem widzi po alkoholu pająki. No dobra, przesoliłem, nie on tylko jego brat widzi pająki. I nie po alkoholu tylko po nieszczęsnej amfie. Spadają na niego z filarów Poniatoszczaka.

Pomimo braku zębów, mówi wyraźnie i przytomnie, w jasny sposób wytłumaczył mi, dlaczego ta jedna Perełka, którą miał w plecaku nie wystarczy mu do osiągnięcia stanu szczęścia i temperatury umożliwiającej drzemkę na dworze. Zgłoszenie zapotrzebowania na dwa ziko dwajścia groszy przyjąłem ze zrozumieniem. Chciałem mu kupić kolejną Perłę, ale nie przyjął, bo stwierdził, że nie będzie naciągał a za 2,20 dostanie całkiem spoko mocne piwo. Perła w puszce kosztuje 2,40 ale nie będę się kłócił.

Gadałem z nim między innymi o tym, jak ludzie nauczyli małpy języka migowego. Był zafascynowany faktem, że na podstawie poznanych słów, szympansy były w stanie tworzyć bardziej złożone pojęcia, obejmujące takie rzeczy jak smutek, zazdrość czy zrzucenie winy na inną małpę. Obiecałem podrzucić mu materiały na ten temat, trzeba będzie zacząć nosić ze sobą wydruki.

Rozmawiając o literaturze, kobietach, alkoholu i życiu, spędziliśmy na murku dwie godziny. Nie mówię, że doznałem iluminacji i wiem wszystko o chujowości życia. Wiem natomiast więcej o człowieku. To zawsze coś, nie?

Gra o Tron – We few, we happy few, we band of brothers

Jakby ktoś miał mieć boleści, to zaznaczam: SPOJLER.
 
Poniedziałkowy odcinek Gry o Tron tak mi się spodobał, że ostatecznie porzuciłem koncepcję napisania recenzji a’la Wiedźmin do ostatniego sezonu. Zamiast tego stworzyłem impresję na temat. Poniżej zaś objaśnienie pewnej palącej kwestii.
Kilka osób podejrzewa mnie o to, że chuja tam wymyśliłem smoka-zombie, bo on był w trailerach i wycieku. Jedyne trailery do GoTa obejrzałem przed drugim sezonem. Bardzo się zajarałem. Potem już nie oglądałem, bo nie czułem takiej potrzeby. Nie wiem więc, czy w trailerach do siódmego sezonu był smok-zombie.
 
Nie dawałem faka za wycieki, bo jedna wersja zaprzeczała drugiej, po czym wszystko falsyfikowała trzecia, a całość jeszcze raz odkręcała czwarta. Moja rozkmina szła nieco innymi drogami.
Daenerys ląduje w Westeros. Wlecze ze sobą potężną siłę: Nieskalanych, dziki i gwałtowny tłum Dothraków, flotę z Żelaznych Wysp a do tego trzy wielkie smoki, które stoją na szczycie łańcucha pokarmowego i praktycznie nie mają naturalnych wrogów. Wszystko to spowodowało przepakowanie Daenerys. To jest zupełnie tak, jakbyście w Diablo II postacią, którą przeszliście Hell, wrócili na Normal. Baal pada od jednej serii młotków Hammerdina. Tak samo tutaj – Daenerys spuszcza całą swoją menażerię ze smyczy i po niecałym tygodniu może sobie usiąść na lekko nadtopionym Żelaznym Tronie.
 
W trakcie sezonu Varys z Tyrionem tłumaczą jej, że nie może podbijać Westeros Dothrakami, bo to ją ustawi w złym świetle w oczach poddanych. A jak wiemy, Daenerys twardo walczy o równość i sprawiedliwość społeczną, więc ma skrupuły. To było pierwsze nerfienie postaci.
Następnie wujek Euron topi flotę, niwelując obecność Danerys na wodach, którymi Westeros opasan. No i Dany traci dwie sojuszniczki, które niby były trochę kwiatkami do kożucha, a trochę jednak nie – Olena była jednak zawodniczką wagi superciężkiej, której siła tkwi nie w armii stojącej za jej plecami a w zabójczo precyzyjnym intelekcie i wyrobioną przez lata umiejętnością knucia intryg. Matka Smoków to przy niej nawet nie terminatorka, hehehe.
 
Jednak to trochę za mało, bo przecież w dalszym ciągu wypalenie kawałków Królewskiej Przystani do szkła nie stanowiłoby dla niej problemów. Jasne, byłyby postronne ofiary, ale to jest przecież wojna, do kurwy nędzy, na wojnie cywile giną. No więc trzy smoki zaorałyby Lannisterów w minutę osiem. Co prawda ich maester wymyślił działko przeciwlotnicze rodem z Hobbita i jego ograniczoną skuteczność widzieliśmy podczas nierównego starcia z Jamiem. Tam Bronn dał radę zranić jednego smoka. Ale dalej są dwa, żeby wojna o tron miała jakikolwiek sens Daenerys musi stracić jeszcze przynajmniej jednego.
Nie ma bata, żeby dała sobie go ponownie strącić zwykłą strzałą, dlatego naturalnym kierunkiem, w którym podążyły moje myśli była daleka Północ. Tam jest Nocny Król, który ma moce, które mogą zmóc smoka. Nie wiedziałem tylko, jakim cudem Dany zapałęta się za Mur i bardziej liczyłem na to, że Jon z ekipą przywlecze jednego zombie, przy pomocy którego udowodni bezspornie gdzie leży prawdziwe zagrożenie.
 
Z powodu krótkości sezonu stało się inaczej i straciła Viseriona podczas wyprawy ratunkowej. Tutaj też chciałbym wyśmiać wszystkich robiących sobie podśmiechujki z tego, że Nocny Król jest w stanie miotać magiczne włócznie tak celnie i tak daleko. Celnie nie zawsze, bo drugi smok dał radę zrobić unik. A tak daleko? Magiczne stworzenie, liczące sobie tysiące lat jest w stanie miotać włócznią tak daleko, jak tylko zechce. Niekonieczenie zawsze celnie, ale daleko na pewno tak.
 
No i last, but not least. W jaki inny sposób Nocny Król miałby przełamać magiczną potęgę Muru jak nie przy pomocy pieprzonego smoka? Owszem, tłum nieumarłych tworzących piramidę podobną do tej z World War Z, byłby atrakcyjny, ale smok zamrażający obrońców będzie atrakcyjniejszy.
 
To ustaliwszy, życzę miłej lektury.

Migawki z protestów

Krótkie pogłosy z wczoraj i wracam do pracy.

Zajawiony w jednym z wczorajszych filmów Marysi pomysł założenia Polskiej Partii Klaunów z programem w formie powieści paragrafowej wydaje mi się coraz mniej głupi (https://www.facebook.com/cywinska/posts/10154673282276657)
Co, że nazwa niepoważna? Młodych nie muszę przyciągać powagą.

Narracja, którą próbuje się nas obrażać, sprała się dokumentnie. Całe błoto, jakim się nas obrzuca, zbieramy z siebie i natychmiast remiksujemy i inkorporujemy na wlepki, koszulki i memy. Dziwnym nie jest, na ostatnich protestach, wbrew temu co bzdurzą propagandyści PiS, jest coraz więcej młodzieży, dla której zmemienie nawet najbardziej obrzydliwego przekazu to chleb powszedni i naturalne środowisko. PiS nie jest w stanie nas w żaden sposób obrazić, te coraz bardziej rozpaczliwe próby wzbudzają coraz większy śmiech. I, co najważniejsze, spychają PiS w śmieszność. Tego boi się każda władza, na razie obecna nie potrafi sobie z tym w ogóle radzić.

To zresztą bardziej złożony problem. Nie bez kozery od wielu lat używam sformułowania „prawicowe poczucie humoru”. Oznacza przaśny, paździerzowy wic na poziomie Rosiewicza i Pietrzaka, którzy są śmieszni jak rozkopana mogiła ofiar Gacy’ego. Prawica nie potrafi w humor lekki, abstrakcyjny. Prawie wszystko tam jest jak z podręcznika pisania zabawnych dowcipów. To pole zawłaszczyliśmy w całości. Niedowiarkom polecam memy z dowolnego prawicowego fanpejdża – mają w sobie lekkość kowadła oblepionego gównem i słomą. Tak, wiem, Petru też robił chujowe. Natomiast analizując temat w szerszym ujęciu, prawicy z poczuciem humoru nie po drodze.

Za to bardzo po drodze jest im z patriotyzmem, a właściwie paterotyzmem (do Sapkowskiego odsyłam). Ukradli sobie go i wydaje im się, że mają nań monopol. Te wszystkie koszuliny red is bad ze śmiesznymi obrazkami kalekich wilków, kotwic albo wzruszającymi hasłami o tym, że raz sierpem a raz młotem. Ci wszyscy żołnierze wyklęci, ta Inka, Kuraś, Ogień i inni. Najbardziej szkoda mi rotmistrza Pileckiego, który pewnie w grobie się przewraca, gdy widzi, jak się go zestawia z bandytami.

I tak sobie właśnie pomyślałem, że trzeba im również ten patriotyzm podebrać. Nie mam pomysłu jak, tu zwracam się do was, tych bardziej kreatywnych i marketingowych. Jak przełamać monopol na ich wersję prawdy i pojmowania patriotyzmu? Bo mówienie mi, że nie jestem patriotą tylko dlatego, że nie łykam programu patrii, trochę mnie boli. Popatrzcie gdzie my stoimy – jesteśmy patriotami, bo płacimy podatki i nie rzucamy śmieci na ulicę. No kurwa nie, nie tylko dlatego możemy się nazywać patriotami. Tutaj trzeba wymyślić taki przekaz, którego nie da się podważyć.

I tak lekko po trolersku w pierwszej kolejności ukradłbym im właśnie Pileckiego, to prawdziwy bohater, który nie zasłużył na los bycia emblematem tylko jednej strony. Bo jestem pewien, że rotmistrz byłby za utrzymaniem trójpodziału władzy i protestowałby razem z nami.

Zastanawia mnie postawa episkopatu. Jak trzeba, to potrafią dać głos. Oczywiście wiadomo, że kościół odzywa się wtedy, gdy gra pod siebie i jeżeli chodziłoby o aborcję, antykoncepcję albo Komisję Majątkową, to gardłowaliby wszędzie, aż by im żyły na szyjach wychodziły i purpurowiały twarze. Tutaj nie mają nic do ugrania, bo przecież oni się sądów nie boją, więc sobie taktycznie milczą. Jeżeli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości co do tego, jakiej Polski życzy sobie purpura, to może przestać się łudzić. Straciłem ostatni strzęp szacunku, jaki miałem do tej instytucji.

Prezydent Adrian ma dzisiaj ostatnią szansę zostać Prezydentem Andrzejem. Już tam widzę jakąś asekurację, już rzecznik mówi, że prezydent widzi fakapy w ustawie. To może być wstęp do weta, ale nie mam większych złudzeń, weta nie będzie, być może Adrian wyrazi zaniepokojenie i odeślę ustawę do TK, hehehe.

I jeszcze o zarządzaniu strachem. Przekaz o bolszewikach, ubecji, świniach odspawanych od koryta i resortowych dzieciach trochę się dezawuuje w sytuacji, w której na ulicę wychodzą nie stare dziady jak ja, tylko młodzi ludzie, urodzeni po 1991 roku. Nie da się wmówić wyborcy PiS, że to są upiory bolszewickie, no bo nikt nie kupi tak idiotycznej i grubo ciosanej propagandy poza najbardziej betonowymi wyborcami, których już nie trzeba przecież przekonywać. Pytania zadawać i wątpliwości mieć zaczynają natomiast wyborcy umiarkowani, którzy mając do wyboru mafię peowską a sektę smoleńską, postanowili dać szanse tej drugiej. I teraz widzą, że jak kradli kiedyś, tak kradną dalej, a że po dwóch kadencjach posuchy są wygłodzeni, to robią to bardziej bezczelnie, po chamsku i na rympał, natomiast zamiast naprawy państwa, jest jego kompletne zawłaszczenie i rozpierdol. Jak tutaj sterować lękami, no jak, skoro zły ubek i kwik świń przestały działać?

Ano trzeba znowu sięgnąć po uchodźców. Wczorajszy pasek z tvp info głosił: Uliczna rewolta sposobem na sprowadzenie do Polski islamskich imigrantów. To ja się ponownie spytam moich dość sensownych i umiarkowanie radykalnych znajomych, którzy głosowali na PiS – podoba wam się to szczanie wam na twarz?

Nowe standardy propagandy. Śmieszyłoby mnie bardziej, gdyby nie obrzydliwy i potencjalnie niebezpieczny przekaz.

Propaganda – pogubili się. Nie wiedzą jak nas zohydzić i oczernić, przekaz dnia jest niespójny, jeden mówi, że to wszystko sponsorowane szeklami od Sorosa i Merkel, drugi pierdoli coś o licznych spacerowiczach, trzeci wykrzykuje o ubeckich wdowach, czwarty zesrał się ze strachu i znowu schował się pod kołdrę. Działania propagandowe przekaziorów w ostatnich dniach wskazują na to, że przekaz im się rozpierdolił i gonią w piętkę, wymyślając takie rzeczy, które są obrazą dla intelektu każdego myślącego człowieka głosującego na PiS. Znaczy oczywiście możecie próbować mnie przekonywać, że to zaplanowane działanie Kurskiego i Kaczyńskiego, i gra muzyka, ale nie wydaje mnie się.

Aktualnie, według mnie, ma miejsce fatalnie realizowana kampania reklamowa bez nałożonego cappingu. Jacku – swoim gównem karmisz już wyłącznie nakarmionych.

To z grubsza tyle. Wracam do pracy. A, i jeszcze obrazek okolicznościowy dla tych, którzy mogli go wczoraj u mnie przegapić. Zwróćcie też uwagę na czerwony pasek poniżej bełkotu o imigrantach. Zapis o liczbie zgłaszanych prezydentowi kandydatów to drobna pomyłka. Spoko. Poczułem się uspokojony, ta ustawa jest przygotowana z pełną i należytą starannością.

Szczęście – będziemy go potrzebować bardzo dużo w zbliżających się miesiącach.

Protest przeciwko rozwaleniu Sądu Najwyższego – spostrzeżenia

Szliśmy na dzisiejszy protest naładowani emocjami i roznoszeni wkurwem. Kolejna istotna sprawa, w której trzeba symbolicznie zabrać głos, stojąc pod Sejmem, który właśnie robi demontaż jednego z filarów demokratycznego państwa.

Wbrew temu, w co chcą wierzyć wyznawcy Kaczyńskiego, to nie jest naprawa czy reforma. To jest rozwalanie fundamentów demokracji, niezbędnych do tego, żeby ona działała.

Ale spoko, propaganda pompuje najbardziej chyba do tej pory obrzydliwy przekaz dnia, my idziemy, razem z grupką podobnych nam bojówkarzy, pod Sejm. Wiecie, żeby dać głos, zaprotestować i pokazać, że nie będzie łatwo.

Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy tłum, który robił taki hałas, że słyszeliśmy głównie okrzyki i wuwuzele, których to wuwuzeli wynalazcę chętnie zamęczyłbym na śmierć za tę abominację. I za to, że granie na tej przeklętej trąbce kanalizuje gniew w najbardziej bezsensowny ze sposobów. Organizatorzy manifestacji mieli czas, żeby zorganizować jakieś głośniki i porozstawiać je gdzieś na terenie, no ale po co nam głośniki, postoimy sobie piknikowo i rozejdziemy się do domu, bo to zawsze najlepsza opcja.

Nie słyszeliśmy absolutnie niczego, co szło ze sceny, czy też podwyższenia, z którego opozycja mówiła. Aha, nie wierzcie załganym funkcjonariuszom telewizji publicznej, którzy twierdzili, że było nas tam tysiąc osób. Tłum był taki, że pod scenę, czy też podwyższenie nawet się nie pchałem. Frekwencyjnie dopisaliśmy.

Tylko co z tego?

Jestem naprawdę wkurwiony na to, co się dzisiaj stało. A właściwie nie stało. Ludzie dalej wychodzą na ulice, niektórzy sami z siebie, inni zachęceni przez znajomych, jeszcze innych przyciągają partie czy organizacje, z którymi sympatyzują. Tylko co z tego, że zmarnowaliśmy te kilka godzin, skoro nikt nie potrafi tego naszego wkurwu zagospodarować i zrobić z nim czegoś sensownego?

Powaga, byliśmy cały czas grzeczni i co nam z tego przyszło? Karzełki moralne napluły nam w twarze, roztarły tę plwocinę a potem napluły jeszcze raz, i jeszcze, i znowu. W tym samym czasie, gdy myśmy dalej byli grzeczni, ale już zaczynaliśmy się nieco irytować, Kaczyński rozgrywał lęki i frustracje swoich wyznawców w perfekcyjny sposób. Pokazywał palcem i mówił: patrzcie ludzie, tam jest wasz wróg, który sypie nam piasek w tryby, pcha kije w koła i chce zniszczyć dom wszystkich, Polskę. Ale my to załatwimy, potrzymajcie nam piwo i patrzcie.

Podczas gdy nasza strona mądrzyła się, używając wielkich i skomplikowanych słów, przekonując przekonanych a odstraszając niezdecydowanych, Kaczyński pokazywał palcem i mówił: patrzcie ludzie, jak się boją o swoje przywileje. Kwiczą odrywani od koryta, ale nie ma do niego powrotu, już my się o to postaramy i oczyścimy to bagno, potrzymajcie nam piwo i patrzcie. I czyszczą wszystko przy ziemi, przy aplauzie wyznawców i biernej postawie opozycji, która jest tak operetkowa, że nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Bo z takimi tuzami polityki na froncie, jesteśmy w dupie.

Kto ma porwać ludzi do czegokolwiek? Kto ma zdobyć poparcie społeczne i być w stanie zbudować dokoła siebie sensowny, prężny ruch, partię, z którą pójdzie wygrać wybory 2019? Bo to nie ma się co pierdolić w tańcu i robić przymiarek, że niby próba generalna przed następnymi wyborami. To ma być partia nastawiona na wygraną, a przynajmniej na poważny wynik. Tylko z kim na czele?

Z chodzącą reklamą wybielacza, człowiekiem o charyzmie gąbki i ogarnięciu politycznym dziesięciolatka, panu Schetynie? Czy może z ledwo mówiącym po polsku typie bez jakiejkolwiek właściwości, panu Petru? Zresztą nie miejmy złudzeń, ich pozorowana praca i współpraca polega nie na tym, żeby stworzyć jakiś ruch w kontrze do PiS, tylko na grze ciałem, wypychaniu przeciwnika na bandę i zabiegach mających na celu umoszczenie się na wyższej gałęzi. Plus osierocony KOD, który trwa, ale ostatnio ścichł. I jeszcze w tym wszystkim najbardziej ogarnięty Zandberg, który niestety gnije w mateczniku najniższej oglądalności.

Tak samo, jak opozycja nie ma w tej chwili niczego do zaproponowania nam, tym bardziej nie wie, jak dotrzeć do ogromnej grupy niezdecydowanych, którzy nie chodzą na wybory. Być może nawet nie dlatego, że mają to w dupie, tylko nie widzą nikogo, na kogo mogliby zagłosować. Co macie panowie dla nich? Jeszcze więcej mądrych i wielkich słów w ustach ekspertów?

Może z 15% ludzi daje faka za głos ekspertów, pozostali chcą słyszeć jasny, prosty komunikat.

Rozjebanie TK skutkuje tym, że można popchnąć niekonstytucyjną uchwałę.

Rozjebanie SN skutkuje tym, że można popchnąć sfałszowane wybory.

Ręczne sterowanie sądami skutkuje tym, że władza może wsadzać niewygodnych ludzi do więzienia

Całkowity zakaz aborcji skutkuje rozwojem podziemia aborcyjnego i śmiercią zgwałconych dziewczyn, nierzadko w męczarniach.

Likwidacja pigułki po skutkuje niechcianymi ciążami, tragediami życiowymi, rozwojem podziemia aborcyjnego.

Program 500+ jest finansowany nie tylko z kieszeni bogatych, zapłacimy za niego wszyscy w podwyższonych cenach na wszystko.

Rozwalenie systemu szkolnictwa skutkuje tym, że będziemy wychowywać tumanów i głupków.

Co, że za prosto? Tłumaczyliśmy to w skomplikowany sposób i patrzcie, gdzie jesteśmy. Świetnie nam poszło, nie? Jakiś etos w naszych głowach powoduje, że boimy się trywialnych, prostych komunikatów, nagiętych do granic prawdy, ale jej nie przekraczających. A ludzie oczekują na proste i jasne komunikaty. Jak myślicie, skąd bierze się wysokie czytelnictwo gazet typu Fakt czy Superak? Wierzycie, że wszyscy kupują je dla beki? Otóż nie, ludzie kupują je, bo są tanie i sprzedają rzeczywistość w atrakcyjnej, bo bardzo prostej i emocjonalnej formie. Więc może czas skończyć z mundrowaniem i ponieść w świat taki oświaty kaganiec, którym w razie czego można również przypieprzyć w samoobronie.

Po co ględzić o trójpodziale władzy i konieczności jego istnienia, jeżeli słuchacz nie wie czasami, czym właściwie jest ta władza wykonawcza, a z sądami to ma takie skojarzenie, że mu dowalili zaocznie mandat za wypicie piwa w parku, skurwysyny w togach, dobrze im tak teraz.

I takie postrzeganie świata i sposób jego percepcji nie wynika wcale z tego, że ci ludzie są głupi, prości i prymitywni, tylko z wygody i przyzwyczajenia. Zresztą każdy z nas używa upraszczających protez myślowych.

Z obecną opozycją będziemy się kręcić jak kurczaki bez głów, energia ludzi będzie się wypalać i w końcu nie będzie komu wyjść na ulicę. Dla mnie jesteśmy na drodze donikąd.

Druga strona rozegrała lęki i frustracje. Nam pozostał w tej chwili tylko wkurw, gniew i złość. Wiecie, że gniew to najmocniejsza emocja? I że nie zawsze musi być destrukcyjny, gniew może też budować. Tylko z taką opozycją, to my sobie możemy zbudować najwyżej domek z gówna i patyków.

Polacy wolą wyjście z UE od uchodźców – sprawdź MEMY

Polacy znowu pokazali, że mają jaja i nie będzie Niemiec pluł nam w twarz ni dzieci nam islamił.

Sondaż dla Polityki zrobił IBRIS. Aż poszedłem sprawdzić, co to za instytucja, bo przecież to mogli być jacyś szemrańcy. No nie, badania zlecał im PWC, Deutsche Bank, mBank, Rzeczpospolita. A więc nie jakieś chujaszcze biznesiki tylko duże firmy, które raczej nie są skłonne płacić miljorda ziko za raport, który nadaje się wyłącznie do podtarcia dupy. Próba tysiącosobowa, czyli standard. Zakładam również, że potrafią taką próbę dobrać dobrze, bo gdyby nie potrafili, już by ich na rynku pewnie nie było. Ale jak ktoś wie coś skandalicznego czy dyskredytującego o IBRIS, proszę o komentarz.

Ustaliwszy zatem, że goście są raczej spoko, popatrzyłem w pytania, jakie zadano respondentom. Brzmiały one tak:

Czy Polska powinna odmówić przyjęcia uchodźców, nawet jeżeli wiązałoby się z utratą funduszy unijnych?

Czy Polska powinna odmówić przyjęcia uchodźców, nawet jeżeli wiązałoby się to z koniecznością opuszczenia przez nasz kraj struktur Unii Europejskiej?

Po burzliwych obradach w gronie, doszliśmy do wniosku, że postawienie pytań w opcji „Czy Polska” zamiast „Czy powinniśmy” oraz wrzucenie do nich słowa „nawet” spowodowało zwiększenie liczby odpowiedzi „zdecydowanie i raczej tak.” Dlatego nie wkurwiam się, że ponad połowa. Wkurwiam się, że w ogóle. No ale dziwnym nie jest, propagandowe pranie mózgów robi swoje.

Nasza dzielna husaria, która zanieczyszcza pantalony na widok opalonego sąsiada, odpowiedziała jak poniżej. Odpowiedzi pozwoliłem sobie ująć w zgrabne wykresy kołowe, których nie powinno się robić, ale zrobiłem wyjątek, bo dobrze widać skalę chujozy, nawet biorąc pod uwagę zastrzeżenia dotyczące pytań.

Poniżej odpowiedzi na pytanie o utratę funduszy unijnych

Zajebiste wykresy mojego autorstwa na podstawie danych IBRIS.

A tutaj konieczność wyjścia z UE

Zajebiste wykresy mojego autorstwa na podstawie danych IBRIS.

Jakaś połowa moich rodaków (zakładamy, że metodologia nie kulała i wynik się skaluje na społeczeństwo) to przestraszeni głupcy, którzy dali sobie wmówić, co następuje:

Nie wszyscy muzułmanie to zamachowcy, ale wszyscy zamachowcy to muzułmanie

Przyjadą do nas wyłącznie silni i wysportowani mężczyźni, którzy natychmiast ściągną swoje wielodzietne rodziny, które zniszczą polską tkankę społeczną

W Małochwieju i Radecznicy powstaną sharia law no go zone

Łunia (koniecznie Łunia, nigdy Unia) nas niewoli, bo jak to tak urzędnik z Brukseli będzie nam mówił, co mamy robić.

Na przykład nie będzie nam nikt mówił, żeby nie rozwalać TK czy KRS-u. Czy też innych instytucji będących gwarantem nowoczesnej demokracji.

Ślimaki to ryby i bada się krzywiznę bananów w Łunii, więc co oni wiedzą

Za komuny było lepiej

Dalibyśmy sobie radę bez ich pieniędzy, zresztą w telewizji powiedzieli, że więcej wpłacamy niż dostajemy od tych złodziei…

Tutaj warto by wytłumaczyć, skąd chwilowa zadyszka w 2016 roku, w wyniku której po raz pierwszy wpłaciliśmy więcej niż wyciągnęliśmy, ale nie chce mi się wszystkiego tłumaczyć, bo to 5 sekund guglania i pierwsze linki robią robotę.

Napiszę tylko, że przez pierwsze 11 lat naszej obecności w UE zyskaliśmy NETTO około 74 mld euro. Napiszę to z zerami, może się przebije do niektórych tępych mózgów: 74 000 000 000 euraczy. Po obecnym kursie 314 287 000 000 złotych, nie uwzględniam wahań kursu i inflacji, bo mi się nie chce bawić w skomplikowane cyfry, to krótka notka na stronie a nie analiza polskiego wkładu w UE.

Z tych pieniędzy powstało kilka niszowych projektów, jak na przykład SIEĆ PIERDOLONYCH AUTOSTRAD I JEBANYCH DRÓG EKSPRESOWYCH. Niektóre gminy fundnęły sobie w końcu kanalizację, oczyszczalnie ścieków, zrewitalizowały zapuszczone ryneczki, połatały drogi i ulice. No takie tam drobiazgi, bez których świetnie sobie do niedawna radziliśmy.

W zasadzie mógłbym z tego zrobić trawestację skeczu z Żywota Briana, o tym co nam dali Rzymianie, ale to nie ma sensu, bo przeciwnicy Łunii Monty Pythona raczje nie widzieli, a w wyliczenia i tak nie uwierzą.

Tak patrzę na te wyniki i myślę sobie o biednych Anglikach, którzy uwierzyli Nigelowi Farage’owi i zafundowali sobie Brexit. Przy czym część z nich kombinowała, że ten Brexit będzie wyglądał tak, że sobie z tej Łunii, czy też Unioon wyjdą, ale dopłaty unijne zostaną (jak myśleli mieszkańcy rolniczych rejonów Walii).

Może czas wytłumaczyć Polakom, że jak wyjdziemy z Łunii, i zostaniemy z palcem w dupie, to przy bliższych oględzinach może okazać się, że to nie palec tylko kutas. Putina.

Nie sądziłem, że damy radę tak się wystraszyć siedmiu tysiącom uchodźców.

Gratuluje, Polacy. Szczerze nam, kurwa, gratuluję.

Ania z A na końcu

Nigdy nie rozumiałem tej fascynacji. Czym tu się jarać? Jakaś laska prowadzi nudne życie na pagórku a dziewczyny się ekscytują tymi książkami, jakby czytały Władcę Pierścieni, gdzie życie pod pagórkiem było przynajmniej preludium do rozpierdalatorskiej wyprawy.

Totalnie bez sensu, już lepiej czytać Pana Samochodzika, Winnetou, Niziurskiego albo chociaż mity greckie.

Jak jest

Typiara mieszka z rodzicami w domku jednorodzinnym. Domek jest w Anglii, więc koniecznie otoczony płotkiem z ładną furtką, pod którą mleczarz zostawia mleko. Przed domem ogród, sporo drzew ozdobnych i owocowych, żeby można było sobie w cieniu pierdolnąć i wypocząć. Za domkiem pola, łąki, kwietne gaje, las, wilki jakieś i inne chuje muje, akurat tyle, żeby bohaterka mogła łazić po wykrotach i przeżywać przygody.

Ania z zielonego wzgórza
Miało być tak (fot. Pixabay)

Oczywiście żeby przeżywać przygody, trzeba mieć ekipę przyjaciół. Więc ma jedną zajebistą przyjaciółkę od serca, best friends forever, te klimaty. Do tego jeszcze ze dwie inne i jednego kolesia, może to być syn stajennego, niezbyt rozgarnięty, taki brat-łata, którego wszyscy wykorzystują, więc dziewczynkom go żal. No i tak sobie biegają po polach i lasach, i przeżywają przygody, jak Tomek Sawyer i Huck Finn. Właściwie bohaterka może jest nawet taką Becky?

Rodzina

Rodzice majętni, stare pieniądze, ale nie jakieś przesadnie duże. Pani matka zajmuje się domem, ale bez fanatyzmu. Ot, jakaś herbata dla sąsiadek ze wsi, podwieczorek, jakieś garden party. W ciągu dnia dziarga na tamborku albo ładnie pachnie na szezlongu, chociaż nie jest melancholijną globusowiczką. Nie, raczej taka konkretna babka, którą hajsy troszkę rozleniwiły, ale dalej stąpa dość twardo po ziemi.

Do pomocy ma gosposię, która ogarnia dom, gotuje, sprząta, pali w piecu. Do tego stajenny, który rozgarnia końskie gówno i dba o to, żeby dom nie popadł w ruinę. Fornal może bardziej? Żona mu zmarła jakiś czas temu, sam wychowuje syna, tego z którym przyjaźnią się dziewczyny. Syn ciężkawy na umyśle, więc ojciec nie żałuje mu pasa i wychowuje go twardo, ale z miłością.

Ania z zielonego wzgórza
Albo jakoś tak (fot. Pixabay)

Ojciec bohaterki? Robi coś dla Korony, bo jak wybucha wojna, to znika z domu, ale nie walczy na froncie. Na front trafia mięso armatnie. Czyli fornal. No i wtedy matce trochę ciężej się żyje, bo czasem musi wyjść do stajni i dać koniom wiecheć siana.

Bohaterka wie, że coś tam się odpierdala i huczą niemieckie bombowce, ale nie czuje trudów wojny, bo ojciec robi dla Korony, więc reglamentacja całą rodzinę chuj boli.

Przygody trwają przez kilka tomów, każdy z nich to kolejny rok, ale jako że nigdy się tak naprawdę nie interesowałem ile tych tomów LMM nawaliła, to nie wiem czy z bohaterką rozstajemy się, gdy idzie do szkoły z internatem, czy może później.

Bo, jak wspomniałem we wstępie, zupełnie nas, chłopaków, ta historia nie interesowała.

Jak jest naprawdę

Naprawdę jest tak, że jest ciężko. Bohaterka jest sierotą, którą rzuca od jednego domu zastępczego do drugiego. Rzuca, bo jest krnąbrną, bezczelną, wyszczekaną gówniarą, do której nikt nie ma cierpliwości.

W tych domach zastępczych zasuwa tak, że krew się jej leje spod paznokci. Od przybranych rodziców dostaje wpierdol. Gdy wraca do bidula, pada ofiarą bullingu i też wpierdol. Całe jej dotychczasowe, krótkie życie to wpierdol i ciężka praca, dlatego szuka ucieczki w książki i wymyślane fantazje o księżniczkach i księciach. Ogólnie temat smutny do tego stopnia, że osoby wrażliwe płaczą podczas oglądania serialu jak bobry.

Ania z zielonego wzgórza
Jest natomiast mniej więcej tak (fot. Pixabay)

Gdy nie dostaje wpierdolu, słucha jak pijany przybrany tata posuwa przybraną mamę. W końcu trafia do domu dziwnego, podstarzałego rodzeństwa, które po kilku perturbacjach przyjmuje ją jak swoją i adoptuje. Co dalej nie wiem, bo zatrzymałem się na piątym odcinku.

WTF?

Wiecie, że nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby sprawdzić o co właściwie chodzi z tą całą Anią z Zielonego Wzgórza? Gdy byliśmy dziećmi, była to lektura babska. Potem, gdy podrosłem, tym bardziej nie miałem powodu się tymi książkami interesować. Historię wyobrażałem sobie tak, jak przeczytaliście to w pierwszych dwóch częściach. Dlatego nie zajarałem się przesadnie na wieść o tym, że Netflix zrobił serial, bo nie jestem w targecie.

Anne with an E

Pierwsze pięć odcinków obejrzałem przypadkiem. Znaczy zacząłem oglądać przypadkiem, a potem to już mnie zassało i nie mogłem się oderwać. I teraz wystawcie sobie moją konfuzję, gdy moje wyobrażenia na temat tego, o czym jest Ania z Zielonego Wzgórza, zderzyły się z tym, o czym naprawdę jest Ania z Zielonego Wzgórza.

Nawet kilka razy dopytywałem M. czy to się zgadza z książką, no bo kurde, przecież Ania miała wieść szczęśliwe życie córki posiadaczy ziemskich a nie być sierotą, która ma przejebane. Na szczęście te rozterki nie przeszkodziły mi w oglądaniu kolejnych odcinków z wielką radością.

Ania z zielonego wzgórza
Z czasem u Ani zaczyna dziać się lepiej (American Gothic, aut. Grant Wood)

Nie mam pojęcia, czy Ania z A na końcu jest serialem, który spodoba się hardkorowym fanom książek. Bo jak wspomniałem, nigdy w życiu nie dotknąłem ich nawet kijem. Książek, nie fanów. Ja natomiast Ania z A na końcu jestem zachwycony. Świetna historia, świetna obsada, świetna nuta, świetne, dojrzałe aktorstwo głównej bohaterki i w ogóle wszystko świetne.

A, no i oczywiście Ania przeżywa przygody. Nie tak rokendrolowe jak Tomek z Huckiem, bo przecież w końcu jest tylko dziewczyną, nie?

No właśnie.

Ten straszny feminizm

Leje się z każdej minuty serialu, co musi niektórych strasznie wkurwiać. No bo przecież koncepcję, że kobieta może robić to, co chce robić w życiu, a nie to, czego oczekuje od niej społeczeństwo (żona, matka, gosposia) niektórzy znajdują obrzydliwą nawet w XXI wieku. Mam mnóstwo radości z wyłapywania tych wszystkich fragmentów, w których bohaterka się emancypuje. Czy to sama (mówiłem, pyskata i dość niezależna), czy to z pomocą i za poduszczeniem przybranej matki.

No i w swoich przygodach wykorzystuje swój mózg i intelekt, a nie knajacki spryt.

Z mojej strony wyłącznie aplauz i aprobata. Idźcie i oglądajcie przygody Ani z A na końcu, bo tak pozytywnego przekazu dawno nie widziałem w serialu.

„Anne with an E” do znalezienia na Netflixie. Kupa radochy gwarantowana.

Biały rower i pedały dwa

Gdy organizowałem swoje ostatnie urodziny, poprosiłem ludzi, żeby nie kupowali mi prezentów (nie mam miejsca na nowe książki), tylko wrzucili do słoja hajsy, które chcieli przeznaczyć na prezent dla mnie (naprawdę nie mam już miejsca na nowe książki).

Zbiórka była na rower. Biały.

White Rower

Pewnie wszyscy stracili nadzieję, że go kupię, tak jak niektórzy stracili nadzieję na to, że będę się wywiązywał ze zobowiazań patronajtowych. Patrząc na moje poczynania i brak kontaktu z bazą, wcale się tej nieufności nie dziwię, ale robię co mogę.

W przypadku roweru było tak, że bardzo nie chciałem pozbywać się leciwego Wheelera, ale miałem świadomość tego, że w tej formie nie pojeżdżę już długo. Pozycja, w której ciężar spoczywa na rękach, z powodu wady lewego łokcia nie wchodziła w rachubę w dłuższej perspektywie. Mówiąc kolokwialnie, po 10 kilometrach lewa ręka napierdalała mnie tak, że musiałem powstrzymywać się, żeby się z bólu nie zesrać.

Przyznacie, że to sytuacja mało komfortowa, taka jazda na ogonie.

Pomyślałem, że może by mu tak urwać widelec i wstawić amory. Pomysł wydawał mi się sensowny, nawet jeszcze w ubiegłym miesiącu rozmawiałem z literatem Kosikiem na temat jego składaka miejskiego (zajebisty ma rower, o jak bardzo zajebiście madmaxowy on jest), o ewentualnych kosztach, gdzie szukać przechodzonych ale niezajechanych elementów, z kim rozmawiać, no wszystko było na dobrej drodze. Niestety.

Mokotów, kurwa

No właśnie, Mokotów. Ta dzielnica jest radioaktywna i promieniuje hipsteryzmem bardzo mocno. Najpierw kupiłem sobie pierwsze od dekady dżinsy. Następnie białe buty sportowe. Potem sweter. Ja, kurwa, i sweter. Na studiach swetry nosiłem. Jakoś przy ubiegłych wakacjach zacząłem chodzić na fancy bazar na Olkuskiej, pozdro dla kumatych.

Kolejnym etapem staczania się w otchłań moralnej degrengolady było wzięcie psa. Co tam jeszcze? A, już wiem. Na winklu stały ziomeczki handlujące zieleniną. Nie jakoś przesadnie tanią, ale jakościowo niezłą, to po co mam łazić na bazarek albo do Biedry, jak mogę sobie kupić na rogu za ziko drożej. Kupowałem, bo sprzedawiec wyglądał jak z Pragi Północ, to mi swojsko było.

Po zimie skład się zmienił i na winklu stoją panie, matka z córką, sympatyczne bardzo. I ja zacząłem z nimi rozmawiać. Jak w jakimś Paryżu. Znaczy na Pradze też rozmawiałem z praktycznie wszystkimi sprzedawcami i sprzedawczyniami w pobliskich małych sklepikach, ale to nie o to chodzi. Tam rozmawiałem tak bardziej życiowo, po prasku. A tutaj rozmiękle, po mokotowsku.

Zacząłem kupować oliwki faszerowane papryką i piec fokaczię. Kupiłem sobie czerwone Conversy. Takie szmaciane trampki, znacie. No czy można upaść niżej?

Otóż owszem, można.

Kupujesz sobie nowy rower będąc martwym w środku

Bo miały być nowe amory a nie nowy rower. I miałem się nauczyć czegoś nowego, bo plan był taki, że zacznę te amory montować, piłować, tłuc dłutem, potem wrzucę tę ruinę do torby Ikei i pojadę do warsztatu, wszyscy zadowoleni. Zamiast tego, kupiłem sobie rower. I to nie jakiś taki do ścigania się.

Rower miejski do jazdy po mieście sobie kupiłem. Kojarzycie? Miejski.

Rower i Filip, który jak zwykle nie wie o co mi chodzi (fot. R.Teklak)

Promocja była na mieście

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to był weri gud bargan, maj frend, gardło sobie podrzynam, okazja taka, że grzech nie skorzystać.

Po drugiej jeździe na nim, nie wyobrażam sobie powrotu na Wheelera, wybacz stary druhu, z tobą to już tylko szybkie przeloty w odległe miejsca, po mieście tylko Vanmoof. Już tłumaczę dlaczego.

Pomimo bycia rowerem miejskim, ergo gorszym sortem rowerowym, ten rower wygląda jak pierdolony twardziel. Wyobraźcie sobie czerwiec 1941. Hitler wpada na głupi pomysł i dojeżdża ZSRR. Nadchodzi zima, niemieckie sprzęty jeżdżące coraz częściej odmawiają posłuszeństwa, bo mróz ścisnął jak sam skurwesyn. Zdesperowani żołnierze rozbierają niesprawne bądź zniszczone transportery i czołgi, i z tych elementów spawają ramy do rowerów. Potem tylko wstawiają koła i spierdalają spod Moskwy do Berlina.

Tak właśnie wygląda Vanmoof. Jak rower pospawany z odpadów frontowych. Totalny badass. Grube, widoczne i wyraźnie zarysowane spawy, rury o jakichś absurdalnych średnicach, toporny, grubo ciosany prostak. Zupełnie jak ja. Do tego ten zajebisty prostokątny kształtownik łączący przód i górę ramy, do którego…

Legenda niżej (fot. R.Teklak)

Jak sobie powiększycie, to zobaczycie numerki, których będę używał w dalszej części moich zachwytów.

Właśnie, słowo o udogodnieniach. Wygodne siodło. Kierownica umożliwiająca jazdę w pozycji wyprostowanej, dzięki czemu przestałem cierpieć. Siedem biegów schowanych gdzieś w tylnej kasecie. Hamulce tarczowe. Łańcuch w osłonie(6). Wydajne, oświetlające szeroki kąt lampki na DYNAMO(1 i 2). Normalnie naciskasz guzik (2, śmieję się, że zapłonu) i lampki zaczynają świecić gdy pedałujesz. Zatrzymujesz się – gasną. I rzecz najważniejsza. Łańcuch do przypinania chowany we wspomnianym kształtowniku prostokątnym(4). Nie ma opcji, żeby go zapomnieć, bo jest zintegrowany z ramą. Wyciąga się go, opasuje stojak i wpina z powrotem w miejsce z boku ramy. Potem wkłada się kluczyk z drugiej strony ramy(3), przekręca i zamknięte.

Przy odrobinie chęci do śmieszkowania, mógłbym ściemniać, że mam rower elektryczny na stacyjkę.

I co najważniejsze, ten rower jest takim brzydactwem, że nikt nie przechodzi obok niego obojętnie. Zaliczył zresztą pierwszą sesję zdjęciową, ja siedziałem w lokalu na posiłku regeneracyjnym, jakiś ziomek go obfotografował. Jasne, pewnie po to, żeby pokazać kumplom, na jakich brzydkich i na pewno czterokrotnie przepłaconych rowerach jeździ hipster z Moko, ale mimo wszystko.

W związku ze wszystkim powyższym mam pytanie – da się mnie jeszcze odratować?

Alien: Covenant – co właściwie się stało

Pisałem przedwczoraj tekst o maratonach filmowych do serwisu. Trochę dołożyłem sobie pracy, bo musiałem nurkować w imdb. Ale nie ma tego złego.

W trakcie riserczu dowiedziałem się, że „Rogue One” jest już na DVD, więc będzie można powtórzyć sobie seans. No i oczywiście piątkowa premiera filmu Obcy: Przymierze.

Pomyślałem, że to jest ten moment, w którym przyda się karta CC Unlimited, zarezerwowałem miejsce, wsiadłem na rower (przyjemne z pożytecznym, wiadomo) i pomknąłem do Sadyby. Miałem nadzieję, że po „Prometeuszu”, o którym mogę powiedzieć tylko, że obejrzałem go dwukrotnie, raz w szoku, drugi raz w niedowierzaniu, że można zrobić coś tak złego, Scott zrobi coś, co będzie dało się oglądać. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Weźmisz czarno kure…

Zacznę może od plusów, bo są plusy. Wizualnie przepiękne. FX-y bez zarzutu, dwóch Fassbenderów rozmawiających ze sobą, to żadne wow. Ale jak wspólnie grają na flecie (proszę o powagę) i nie widać w scenie sztuczności ani komputerowych nakładek, to jest człowiekowi satysfakcjonujaco przyjemnie. Muzyka albo nie przeszkadza, albo uzupełnia wizualia. Pięknie komponowane sceny, na przykład otwierająca. Dwóch Fassbenderów. Danny McBride. Sekwencja otwierania żagla słonecznego. Obcy. Raz migają kobiece piersi. Świetnie komponowane sceny, na przykład lądowanie na planecie. To chyba wszystko. A, no i wizualnie jest to piękny film.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Apone i Hicks podzielają moją opinię, film jest wizualnie przepiękny (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Operator kamery w większości przypadków wie co robi, ja natomiast nie wiem skąd ta maniera, że jak Obcy kogoś zjada, to trzeba robić szybki, teledyskowy, szatkowany montaż. Jak już wyskoczył i przebił ofiarę szponem albo szczęką, to nie musimy dawać krótkich cięć i efektu rozbujanej lampy. Niechże ją już sobie doje na spokojnie, przecież wszyscy wiemy jak ksenomorf wygląda, żadnej tajemnicy efektem stroboskopowym w XXI wieku się nie zbuduje.

A potem ją zarżniesz…

Cała reszta to jakieś dramatyczne nieporozumienie i piramidalna głupota. Od razu chciałbym ustalić, że w powyższym komentarzu nie odnoszę się do mitologii powstania Obcych, tylko do braku logiki zdarzeń mających miejsce w filmie. Załoga odbiera tajemniczy sygnał, dawaj, skręcamy i lecimy na miejsce, to nic, że wieziemy kilkuset osadników i tysiące ludzkich zarodków, skręćmy, to nasz moralny obowiązek.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Wszyscy wiemy, jak to się skończy (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Ojej, patrzcie, taka podobna do Ziemi, planety ludzi, może olejmy nasz prawdziwy cel i zostańmy tutaj. W sumie co za różnica, nie?

Na miejscu większość składu wsiada do lądownika i zjeżdża windą do piekła. Nie ma co prawda śpiącego Hicksa, bo i pojazd cywilny, i pani pilot daleko do Ferro, więc w środku trzęsie i dymi. Na powierzchni otwierają trap i wychodzą na zewnątrz bez żadnej ochrony. Bo to przecież oczywiste, że mikroorganizmy zamieszkujące obcą planetę, niepokojąco przypominającą Ziemię, nic nam nie zrobią. Przecież u nas nie ma eboli, hiv czy ospy.

Bez logiki…

Żołnierz na posterunku, ochraniający panią naukowiec, idzie w krzaki zajarać. Tam oczywiście łapie infekcję, w wyniku której błyskawicznie rozkłada się od środka. Patogen działa w tempie ognia przegryzającego się przez suchą trawę latem. Świeżo wykluty albinotyczny Obcy, albo Przedobcy rośnie w oczach. Dosłownie. Bohaterka chcąca go odjebać z szotgana, ślizga się na plamie krwi i strzela w sufit. Potem zamykające się drzwi przycinają jej stopę, przez co kuleje. Na koniec podpala jakieś walające się luzem kanistry z gazem, w wyniku czego cały lądownik wylatuje w powietrze. Bracia Marx nie zrobiliby tego lepiej.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Vasquez zrobiłaby to na pewno lepiej (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Jesteśmy jakoś tak w trzydziestej piątej, może czterdziestej minucie filmu.

Nie jestem pewien, czy oglądałem kiedykolwiek coś taki idiotycznego. Znaczy oczywiście widziałem mnóstwo idiotycznych, kampowych filmów klasy pozaklasyfikacyjnej. No ale w takich przypadkach nie oczekuję od scenariusza pisanego za hamborgira i czteropak browaru, nie wiadomo jakiej jakości. Tutaj scenariusz sprawia wrażenie produktu napisanego na kolanie i na odpierdol. Miał być ciąg dalszy tworzenia mitologii Obcego, wyszło jakieś nieporozumienie.

Bez ładu w tworzeniu bohaterów…

No właśnie, o ile jesteśmy w stanie wskazać Davida i Waltera jako dwóch Fassbenderów, i przy okazji głównych bohaterów, to co z resztą? W jedynce najpierw na pierwszy plan wysunął się niefortunny John Hurt. Potem pierwsze skrzypce, również krótko, rozegrał kapitan, Tom Skerritt. Ellen Ripley wchodzi w to wszystko w połowie filmu. Po drodze może jeszcze liczyć na wsparcie Yapheta Kotto. Każdy członek załogi ma swoje wady, ograniczenia i lęki. Dzięki czemu wszyscy wypadają wiarygodnie.

W dwójce co postać, to oryginał. Oślizgły Burke, nieporadny Gorman, zabójczy team Vasquez i Drake, wycofany Hicks, mający skłonność do przesady w obie strony Hudson, wredy sierżant Apone, i niefartowni Spunkmayer i Ferro. Plus bardzo ludzki Bishop i bardzo dobra Newt.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Pamiętamy nazwiska wszystkich bohaterów ze zdjęcia, potrafimy też podać ich króką charakterystykę (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

W trójce Charles Dance i dość charyzmatyczny Charles Dutton. W czwórce Ryder, Wincott, Perlman, Pinon i Dourif. W każdej części oczywiście coraz bardziej zahartowana w bojach Sigurney Weaver.

A tutaj, po zapłaceniu hajsów dwóm Fassbenderom, nie wystarczyło grosza na obsadzenie nikogo, kto miałby w sobie choć trochę charyzmy i charakteru. No dobra, Danny McBride spełnia trochę rolę takiego gościa, który nie jest cięty z kartonu, ale scenarzyści postanowili, że będzie siedział na orbicie i podejmował samobójcze decyzje.

Waterston miała być chyba w zamyśle drugą Ellen Ripley, ale ani nie ten format, ani nie ta zaciekłość. Może nawet byłaby możliwość rozwinięcia jakoś tej postaci, ale znowu postarali się scenarzyści, i wszystko poszło się paść. Bo jak już zaczyna coś sensownego robić, to chwilę później huśta się na linie pod pokładem lecącego lądownika i obija o silniki.

Alien: Covenant Obcy Przymierze
Taka akcja mnie przekonuje, superbohaterskie fruwanie na linie trochę mniej (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Ja rozumiem, że teraz musi być więcej, mocniej i bardziej efektownie, ale takie pajacowanie na sznurku to można robić w Spidermanie, mi by wystarczył kameralny pojedynek w stylu Matka kontra Ellen w robocie załadunkowym. Efektownie na maksa, a przy okazji dość prawdopodobnie i bez przegięć. Da się? W XXI wieku nie, moc komputerów za bardzo potaniała.

I w ogóle

W czasie gdy bohaterowie nie robią durnych rzeczy (kapitanie, zajrzy pan do tego kokonu, nic panu nie grozi, mówię to panu ja, lekko tylko szalony android), dwóch Fassbenderów toczy ze sobą filozoficzne rozmowy i sadzi ćmoje-boje o kreacji, niedoskonałych stwórcach, ich superdoskonałych dziełach i granicach bycia twórczym z powodu wmontowanych bezpieczników i autoograniczeń.

I ja teraz nie wiem, czy to jest letni blockbuster, w którym są wybuchy, ociekający lubrykantem Obcy, seks pod prysznicem i jeszcze trochę wybuchów, czy może pseudofilozoficzny traktat o… No właśnie, o czym? A może jednak slapstickowa komedia pomyłek?

O powstawaniu gatunków

Powtórzę – nie mam żadnych uwag do tego, jak sobie Scott tworzy genezę ksenomorfa. Może to być produkt Inżynierów, może to być broń biologiczna, może to być kosmiczny odkurzacz, szczerze mówiąc już mnie to nie obchodzi, ale wiem, że jest kupa ludzi zajarana biotechnologicznymi opowieściami o pochodzeniu gatunków. Spoko.

To mówisz, że powstaliśmy z purchawek? (printscreen, R. Teklak, ®Twentieth Century Fox)

Wiem też, że ultrasi cyklu są żywo zainteresowani czymś innym, niż tylko repetycjami z kosmicznego horroru w innym anturażu, i zarówno „Prometeusza”, jak i zapewne „Przymierze”, obejrzą z zainteresowaniem i z wypiekami na twarzy.

Problem polega na tym, że Scott zrobił film nie wiadomo dla kogo. Rozumiem konieczność pożenienia ze sobą szerokiej publiczności (kasa) i fandomu (mniejsza kasa). Nie rozumiem natomiast, dlaczego wybrał taką drogę. Bo przyjął do realizacji szkic scenariusza, a potem na jego podstawie zrobił film. Film dla nikogo.

Jestem zasmutkowany.