Gra o Tron – We few, we happy few, we band of brothers

Jakby ktoś miał mieć boleści, to zaznaczam: SPOJLER.
 
Poniedziałkowy odcinek Gry o Tron tak mi się spodobał, że ostatecznie porzuciłem koncepcję napisania recenzji a’la Wiedźmin do ostatniego sezonu. Zamiast tego stworzyłem impresję na temat. Poniżej zaś objaśnienie pewnej palącej kwestii.
Kilka osób podejrzewa mnie o to, że chuja tam wymyśliłem smoka-zombie, bo on był w trailerach i wycieku. Jedyne trailery do GoTa obejrzałem przed drugim sezonem. Bardzo się zajarałem. Potem już nie oglądałem, bo nie czułem takiej potrzeby. Nie wiem więc, czy w trailerach do siódmego sezonu był smok-zombie.
 
Nie dawałem faka za wycieki, bo jedna wersja zaprzeczała drugiej, po czym wszystko falsyfikowała trzecia, a całość jeszcze raz odkręcała czwarta. Moja rozkmina szła nieco innymi drogami.
Daenerys ląduje w Westeros. Wlecze ze sobą potężną siłę: Nieskalanych, dziki i gwałtowny tłum Dothraków, flotę z Żelaznych Wysp a do tego trzy wielkie smoki, które stoją na szczycie łańcucha pokarmowego i praktycznie nie mają naturalnych wrogów. Wszystko to spowodowało przepakowanie Daenerys. To jest zupełnie tak, jakbyście w Diablo II postacią, którą przeszliście Hell, wrócili na Normal. Baal pada od jednej serii młotków Hammerdina. Tak samo tutaj – Daenerys spuszcza całą swoją menażerię ze smyczy i po niecałym tygodniu może sobie usiąść na lekko nadtopionym Żelaznym Tronie.
 
W trakcie sezonu Varys z Tyrionem tłumaczą jej, że nie może podbijać Westeros Dothrakami, bo to ją ustawi w złym świetle w oczach poddanych. A jak wiemy, Daenerys twardo walczy o równość i sprawiedliwość społeczną, więc ma skrupuły. To było pierwsze nerfienie postaci.
Następnie wujek Euron topi flotę, niwelując obecność Danerys na wodach, którymi Westeros opasan. No i Dany traci dwie sojuszniczki, które niby były trochę kwiatkami do kożucha, a trochę jednak nie – Olena była jednak zawodniczką wagi superciężkiej, której siła tkwi nie w armii stojącej za jej plecami a w zabójczo precyzyjnym intelekcie i wyrobioną przez lata umiejętnością knucia intryg. Matka Smoków to przy niej nawet nie terminatorka, hehehe.
 
Jednak to trochę za mało, bo przecież w dalszym ciągu wypalenie kawałków Królewskiej Przystani do szkła nie stanowiłoby dla niej problemów. Jasne, byłyby postronne ofiary, ale to jest przecież wojna, do kurwy nędzy, na wojnie cywile giną. No więc trzy smoki zaorałyby Lannisterów w minutę osiem. Co prawda ich maester wymyślił działko przeciwlotnicze rodem z Hobbita i jego ograniczoną skuteczność widzieliśmy podczas nierównego starcia z Jamiem. Tam Bronn dał radę zranić jednego smoka. Ale dalej są dwa, żeby wojna o tron miała jakikolwiek sens Daenerys musi stracić jeszcze przynajmniej jednego.
Nie ma bata, żeby dała sobie go ponownie strącić zwykłą strzałą, dlatego naturalnym kierunkiem, w którym podążyły moje myśli była daleka Północ. Tam jest Nocny Król, który ma moce, które mogą zmóc smoka. Nie wiedziałem tylko, jakim cudem Dany zapałęta się za Mur i bardziej liczyłem na to, że Jon z ekipą przywlecze jednego zombie, przy pomocy którego udowodni bezspornie gdzie leży prawdziwe zagrożenie.
 
Z powodu krótkości sezonu stało się inaczej i straciła Viseriona podczas wyprawy ratunkowej. Tutaj też chciałbym wyśmiać wszystkich robiących sobie podśmiechujki z tego, że Nocny Król jest w stanie miotać magiczne włócznie tak celnie i tak daleko. Celnie nie zawsze, bo drugi smok dał radę zrobić unik. A tak daleko? Magiczne stworzenie, liczące sobie tysiące lat jest w stanie miotać włócznią tak daleko, jak tylko zechce. Niekonieczenie zawsze celnie, ale daleko na pewno tak.
 
No i last, but not least. W jaki inny sposób Nocny Król miałby przełamać magiczną potęgę Muru jak nie przy pomocy pieprzonego smoka? Owszem, tłum nieumarłych tworzących piramidę podobną do tej z World War Z, byłby atrakcyjny, ale smok zamrażający obrońców będzie atrakcyjniejszy.
 
To ustaliwszy, życzę miłej lektury.

Ania z A na końcu

Nigdy nie rozumiałem tej fascynacji. Czym tu się jarać? Jakaś laska prowadzi nudne życie na pagórku a dziewczyny się ekscytują tymi książkami, jakby czytały Władcę Pierścieni, gdzie życie pod pagórkiem było przynajmniej preludium do rozpierdalatorskiej wyprawy.

Totalnie bez sensu, już lepiej czytać Pana Samochodzika, Winnetou, Niziurskiego albo chociaż mity greckie.

Jak jest

Typiara mieszka z rodzicami w domku jednorodzinnym. Domek jest w Anglii, więc koniecznie otoczony płotkiem z ładną furtką, pod którą mleczarz zostawia mleko. Przed domem ogród, sporo drzew ozdobnych i owocowych, żeby można było sobie w cieniu pierdolnąć i wypocząć. Za domkiem pola, łąki, kwietne gaje, las, wilki jakieś i inne chuje muje, akurat tyle, żeby bohaterka mogła łazić po wykrotach i przeżywać przygody.

Ania z zielonego wzgórza
Miało być tak (fot. Pixabay)

Oczywiście żeby przeżywać przygody, trzeba mieć ekipę przyjaciół. Więc ma jedną zajebistą przyjaciółkę od serca, best friends forever, te klimaty. Do tego jeszcze ze dwie inne i jednego kolesia, może to być syn stajennego, niezbyt rozgarnięty, taki brat-łata, którego wszyscy wykorzystują, więc dziewczynkom go żal. No i tak sobie biegają po polach i lasach, i przeżywają przygody, jak Tomek Sawyer i Huck Finn. Właściwie bohaterka może jest nawet taką Becky?

Rodzina

Rodzice majętni, stare pieniądze, ale nie jakieś przesadnie duże. Pani matka zajmuje się domem, ale bez fanatyzmu. Ot, jakaś herbata dla sąsiadek ze wsi, podwieczorek, jakieś garden party. W ciągu dnia dziarga na tamborku albo ładnie pachnie na szezlongu, chociaż nie jest melancholijną globusowiczką. Nie, raczej taka konkretna babka, którą hajsy troszkę rozleniwiły, ale dalej stąpa dość twardo po ziemi.

Do pomocy ma gosposię, która ogarnia dom, gotuje, sprząta, pali w piecu. Do tego stajenny, który rozgarnia końskie gówno i dba o to, żeby dom nie popadł w ruinę. Fornal może bardziej? Żona mu zmarła jakiś czas temu, sam wychowuje syna, tego z którym przyjaźnią się dziewczyny. Syn ciężkawy na umyśle, więc ojciec nie żałuje mu pasa i wychowuje go twardo, ale z miłością.

Ania z zielonego wzgórza
Albo jakoś tak (fot. Pixabay)

Ojciec bohaterki? Robi coś dla Korony, bo jak wybucha wojna, to znika z domu, ale nie walczy na froncie. Na front trafia mięso armatnie. Czyli fornal. No i wtedy matce trochę ciężej się żyje, bo czasem musi wyjść do stajni i dać koniom wiecheć siana.

Bohaterka wie, że coś tam się odpierdala i huczą niemieckie bombowce, ale nie czuje trudów wojny, bo ojciec robi dla Korony, więc reglamentacja całą rodzinę chuj boli.

Przygody trwają przez kilka tomów, każdy z nich to kolejny rok, ale jako że nigdy się tak naprawdę nie interesowałem ile tych tomów LMM nawaliła, to nie wiem czy z bohaterką rozstajemy się, gdy idzie do szkoły z internatem, czy może później.

Bo, jak wspomniałem we wstępie, zupełnie nas, chłopaków, ta historia nie interesowała.

Jak jest naprawdę

Naprawdę jest tak, że jest ciężko. Bohaterka jest sierotą, którą rzuca od jednego domu zastępczego do drugiego. Rzuca, bo jest krnąbrną, bezczelną, wyszczekaną gówniarą, do której nikt nie ma cierpliwości.

W tych domach zastępczych zasuwa tak, że krew się jej leje spod paznokci. Od przybranych rodziców dostaje wpierdol. Gdy wraca do bidula, pada ofiarą bullingu i też wpierdol. Całe jej dotychczasowe, krótkie życie to wpierdol i ciężka praca, dlatego szuka ucieczki w książki i wymyślane fantazje o księżniczkach i księciach. Ogólnie temat smutny do tego stopnia, że osoby wrażliwe płaczą podczas oglądania serialu jak bobry.

Ania z zielonego wzgórza
Jest natomiast mniej więcej tak (fot. Pixabay)

Gdy nie dostaje wpierdolu, słucha jak pijany przybrany tata posuwa przybraną mamę. W końcu trafia do domu dziwnego, podstarzałego rodzeństwa, które po kilku perturbacjach przyjmuje ją jak swoją i adoptuje. Co dalej nie wiem, bo zatrzymałem się na piątym odcinku.

WTF?

Wiecie, że nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby sprawdzić o co właściwie chodzi z tą całą Anią z Zielonego Wzgórza? Gdy byliśmy dziećmi, była to lektura babska. Potem, gdy podrosłem, tym bardziej nie miałem powodu się tymi książkami interesować. Historię wyobrażałem sobie tak, jak przeczytaliście to w pierwszych dwóch częściach. Dlatego nie zajarałem się przesadnie na wieść o tym, że Netflix zrobił serial, bo nie jestem w targecie.

Anne with an E

Pierwsze pięć odcinków obejrzałem przypadkiem. Znaczy zacząłem oglądać przypadkiem, a potem to już mnie zassało i nie mogłem się oderwać. I teraz wystawcie sobie moją konfuzję, gdy moje wyobrażenia na temat tego, o czym jest Ania z Zielonego Wzgórza, zderzyły się z tym, o czym naprawdę jest Ania z Zielonego Wzgórza.

Nawet kilka razy dopytywałem M. czy to się zgadza z książką, no bo kurde, przecież Ania miała wieść szczęśliwe życie córki posiadaczy ziemskich a nie być sierotą, która ma przejebane. Na szczęście te rozterki nie przeszkodziły mi w oglądaniu kolejnych odcinków z wielką radością.

Ania z zielonego wzgórza
Z czasem u Ani zaczyna dziać się lepiej (American Gothic, aut. Grant Wood)

Nie mam pojęcia, czy Ania z A na końcu jest serialem, który spodoba się hardkorowym fanom książek. Bo jak wspomniałem, nigdy w życiu nie dotknąłem ich nawet kijem. Książek, nie fanów. Ja natomiast Ania z A na końcu jestem zachwycony. Świetna historia, świetna obsada, świetna nuta, świetne, dojrzałe aktorstwo głównej bohaterki i w ogóle wszystko świetne.

A, no i oczywiście Ania przeżywa przygody. Nie tak rokendrolowe jak Tomek z Huckiem, bo przecież w końcu jest tylko dziewczyną, nie?

No właśnie.

Ten straszny feminizm

Leje się z każdej minuty serialu, co musi niektórych strasznie wkurwiać. No bo przecież koncepcję, że kobieta może robić to, co chce robić w życiu, a nie to, czego oczekuje od niej społeczeństwo (żona, matka, gosposia) niektórzy znajdują obrzydliwą nawet w XXI wieku. Mam mnóstwo radości z wyłapywania tych wszystkich fragmentów, w których bohaterka się emancypuje. Czy to sama (mówiłem, pyskata i dość niezależna), czy to z pomocą i za poduszczeniem przybranej matki.

No i w swoich przygodach wykorzystuje swój mózg i intelekt, a nie knajacki spryt.

Z mojej strony wyłącznie aplauz i aprobata. Idźcie i oglądajcie przygody Ani z A na końcu, bo tak pozytywnego przekazu dawno nie widziałem w serialu.

„Anne with an E” do znalezienia na Netflixie. Kupa radochy gwarantowana.