I’ve seen old dude in the night

Pierwsza mokotowska życióweczka. Do tego od razu na dość pełnej kurwie.

Wyszedłem z Filipem na spacer. Zasłuchałem się w „Kosiarzu”, więc pies prowadził mnie a nie ja jego. Doszliśmy do baraku całodobowego, tego przy wyjściu z metra. Na murku siedział ziomek, którego widuję codziennie, jak oswaja swoją bezdomność lekturą. Praktycznie za każdym razem gdy go mijam idąc do sklepu albo z Filipem, siedzi na murku i czyta. Postanowiłem delikatnie wybadać ten fenomen, no bo ilu bezdomnych siedzących nad książką widujecie na co dzień?

Obywatel X ma dość ciekawą historię. Żona się z nim rozwiodła na okoliczność przemocy, chociaż zarzekał się, że muchy by nie skrzywdził. W wyniku rozwodu został wyjebany z mieszkania, od siedmiu lat żyje na ulicy.

Córka lat 30, syn 27. Nie wie gdzie są, prawdopodobnie wyjechali z Warszawy, nie utrzymują z nim stosunków, nie interesuje ich jego los.

Przez 22 lata pracował jako mistrz. Dwie nagrody ministra, no ale to był komunistyczny minister, więc się kurwa nie liczy. Spawał, toczył, wykrawał, frezował, czysty żywy zawód i talent w ręku, która to ręka nie telepie mu się od alkoholu, bo owszem, pije, jak każdy, ale nie stoczył się w alkoholizm. Jest też również jednym z nielicznych bezdomnych, z którymi miałem bliski kontakt (jakoś około 50 osób mi się przewinęło w życiorysie), który mówiąc brutalnie, nie śmierdzi. Toczy swój wózek wypełniony szmatami, żywnością, piciem i książkami, nie wadzi nikomu, siedzi na murku i czyta.

Przez 10 lat mieszkał przy placu Hallera. Potem przy Mickiewicza. Stamtąd wylot na ulice, jakoś zdarzyło się, że wylądował na Mokotowie. Dla ubezpieczenia zarejestrowany jako bezrobotny przy Ciołka. Nie jest leniem, przy każdej wizycie pyta się o pracę albo o kursy szkoleniowe. Dla człowieka w wieku 63 lat nie ma w tym kraju ani pracy, ani kursów szkoleniowych z Urzędu Pracy.

Matka zmarła w wieku 58 lat, ojciec bodaj 54. Gość jest szczęśliwy, że żyje dłużej od rodziców, chociaż podejrzewa u siebie cukrzycę. Na moją sugestię wizyty u lekarza, stwierdził że nie ma takiej potrzeby, bo jakoś sobie to wszystko ogarnia. Przy najbliższej okazji zasugeruję mu wizytę ponownie.

Co dziwne, jego bełkotliwy głos (słaba kondycja, braki w uzębieniu, wyziębienie) nie brzmi słabo i nie jest głosem człowieka przegranego. Gdzieś chodzi po ciuchy na zmianę, goli się, myje w jakichś łaźniach, ogólnie wygląda chędogo i chociaż zgarbiony, trzyma się resztek godności. Może nawet nie takich resztek.

Siedem lat na ulicy go nie złamało. Lokalne dresiki i żulerka jakoś go w ten ich chropawy sposób szanują, podczas naszej rozmowy przysiadło się dwóch typów, zbili z nim (no i ze mną) piątkę, jeden obstawił mu browara (ja też, wcześniej, wiadomo że takie rozmowy toczy się wyłącznie przy alkoholu).

I tak się zastanawiam, jaki to sobie obstalowaliśmy system, w którym ziom mieszkający na ulicy nie może dostać pracy, bo jest za stary, chociaż do tej roboty ręce mu się aż trzęsą i wyrywają.

Jeden z typów, który się w trakcie naszej rozmowy przysiadł, jest alkoholikiem i dog whispererem. Filip od razu się do niego przystawił i dał mu się wygłaskać, aż się poczułem zazdrosny. Ziomek ogarnął również wszystkie psy, które nas mijały, w tym muskularnego buldożka mojej sąsiadki. Żaden nie warknął, każdy poddał się pieszczotom jego dłoni, jest to jakiś talent. Typ nie ma zębów na froncie, no dobra, ma w sumie sześć, pokazał mi wszystkie. Wyjebał je sobie po upadku z dość szybko jadącego motocykla.

Mieszka przy Racławickiej z matką chorą na schizofrenię paranoidalną. Od dwóch dni nie wpuszcza go do domu, bo ma epizod. On miał pecha, bo wyszedł z kwadratu na moment i zostawił klucze na lodówce. Po pierwszym dniu dobijania się do drzwi, gdy widział judasza zmieniającego kolor z ciemnego na jasny i z powrotem, zrozumiał, że matka go nie wpuści, bo go nie rozpoznaje. Z rozpaczy i wkurwu udał się na banię. Po spożyciu litra wódki i 10 piw stracił kontakt z bazą i wylądował na Kolskiej. Trzech dyszek z kieszeni spodni marki Pierre Cardin (skubany okazał metkę), które pozostały mu po libacji, nie odzyskał, pielęgniarze z Kolskiej mają swoje potrzeby.

Wierzący, ochrzczony u Boboli, praktykujący u Karmelitów Bosych, pod naszym oknem. Co tydzień u spowiedzi, wierzy w Boga, Ducha Świętego, jest przeciwnikiem aborcji. Pija alkohol, z rzadka zarzuca amfę, chętnie spali gibona. Czasami chodzi nad Wisłę wędkować z bratem. Zastanawiająco kumaty typ, chociaż czasem widzi po alkoholu pająki. No dobra, przesoliłem, nie on tylko jego brat widzi pająki. I nie po alkoholu tylko po nieszczęsnej amfie. Spadają na niego z filarów Poniatoszczaka.

Pomimo braku zębów, mówi wyraźnie i przytomnie, w jasny sposób wytłumaczył mi, dlaczego ta jedna Perełka, którą miał w plecaku nie wystarczy mu do osiągnięcia stanu szczęścia i temperatury umożliwiającej drzemkę na dworze. Zgłoszenie zapotrzebowania na dwa ziko dwajścia groszy przyjąłem ze zrozumieniem. Chciałem mu kupić kolejną Perłę, ale nie przyjął, bo stwierdził, że nie będzie naciągał a za 2,20 dostanie całkiem spoko mocne piwo. Perła w puszce kosztuje 2,40 ale nie będę się kłócił.

Gadałem z nim między innymi o tym, jak ludzie nauczyli małpy języka migowego. Był zafascynowany faktem, że na podstawie poznanych słów, szympansy były w stanie tworzyć bardziej złożone pojęcia, obejmujące takie rzeczy jak smutek, zazdrość czy zrzucenie winy na inną małpę. Obiecałem podrzucić mu materiały na ten temat, trzeba będzie zacząć nosić ze sobą wydruki.

Rozmawiając o literaturze, kobietach, alkoholu i życiu, spędziliśmy na murku dwie godziny. Nie mówię, że doznałem iluminacji i wiem wszystko o chujowości życia. Wiem natomiast więcej o człowieku. To zawsze coś, nie?

Migawki z protestów

Krótkie pogłosy z wczoraj i wracam do pracy.

Zajawiony w jednym z wczorajszych filmów Marysi pomysł założenia Polskiej Partii Klaunów z programem w formie powieści paragrafowej wydaje mi się coraz mniej głupi (https://www.facebook.com/cywinska/posts/10154673282276657)
Co, że nazwa niepoważna? Młodych nie muszę przyciągać powagą.

Narracja, którą próbuje się nas obrażać, sprała się dokumentnie. Całe błoto, jakim się nas obrzuca, zbieramy z siebie i natychmiast remiksujemy i inkorporujemy na wlepki, koszulki i memy. Dziwnym nie jest, na ostatnich protestach, wbrew temu co bzdurzą propagandyści PiS, jest coraz więcej młodzieży, dla której zmemienie nawet najbardziej obrzydliwego przekazu to chleb powszedni i naturalne środowisko. PiS nie jest w stanie nas w żaden sposób obrazić, te coraz bardziej rozpaczliwe próby wzbudzają coraz większy śmiech. I, co najważniejsze, spychają PiS w śmieszność. Tego boi się każda władza, na razie obecna nie potrafi sobie z tym w ogóle radzić.

To zresztą bardziej złożony problem. Nie bez kozery od wielu lat używam sformułowania „prawicowe poczucie humoru”. Oznacza przaśny, paździerzowy wic na poziomie Rosiewicza i Pietrzaka, którzy są śmieszni jak rozkopana mogiła ofiar Gacy’ego. Prawica nie potrafi w humor lekki, abstrakcyjny. Prawie wszystko tam jest jak z podręcznika pisania zabawnych dowcipów. To pole zawłaszczyliśmy w całości. Niedowiarkom polecam memy z dowolnego prawicowego fanpejdża – mają w sobie lekkość kowadła oblepionego gównem i słomą. Tak, wiem, Petru też robił chujowe. Natomiast analizując temat w szerszym ujęciu, prawicy z poczuciem humoru nie po drodze.

Za to bardzo po drodze jest im z patriotyzmem, a właściwie paterotyzmem (do Sapkowskiego odsyłam). Ukradli sobie go i wydaje im się, że mają nań monopol. Te wszystkie koszuliny red is bad ze śmiesznymi obrazkami kalekich wilków, kotwic albo wzruszającymi hasłami o tym, że raz sierpem a raz młotem. Ci wszyscy żołnierze wyklęci, ta Inka, Kuraś, Ogień i inni. Najbardziej szkoda mi rotmistrza Pileckiego, który pewnie w grobie się przewraca, gdy widzi, jak się go zestawia z bandytami.

I tak sobie właśnie pomyślałem, że trzeba im również ten patriotyzm podebrać. Nie mam pomysłu jak, tu zwracam się do was, tych bardziej kreatywnych i marketingowych. Jak przełamać monopol na ich wersję prawdy i pojmowania patriotyzmu? Bo mówienie mi, że nie jestem patriotą tylko dlatego, że nie łykam programu patrii, trochę mnie boli. Popatrzcie gdzie my stoimy – jesteśmy patriotami, bo płacimy podatki i nie rzucamy śmieci na ulicę. No kurwa nie, nie tylko dlatego możemy się nazywać patriotami. Tutaj trzeba wymyślić taki przekaz, którego nie da się podważyć.

I tak lekko po trolersku w pierwszej kolejności ukradłbym im właśnie Pileckiego, to prawdziwy bohater, który nie zasłużył na los bycia emblematem tylko jednej strony. Bo jestem pewien, że rotmistrz byłby za utrzymaniem trójpodziału władzy i protestowałby razem z nami.

Zastanawia mnie postawa episkopatu. Jak trzeba, to potrafią dać głos. Oczywiście wiadomo, że kościół odzywa się wtedy, gdy gra pod siebie i jeżeli chodziłoby o aborcję, antykoncepcję albo Komisję Majątkową, to gardłowaliby wszędzie, aż by im żyły na szyjach wychodziły i purpurowiały twarze. Tutaj nie mają nic do ugrania, bo przecież oni się sądów nie boją, więc sobie taktycznie milczą. Jeżeli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości co do tego, jakiej Polski życzy sobie purpura, to może przestać się łudzić. Straciłem ostatni strzęp szacunku, jaki miałem do tej instytucji.

Prezydent Adrian ma dzisiaj ostatnią szansę zostać Prezydentem Andrzejem. Już tam widzę jakąś asekurację, już rzecznik mówi, że prezydent widzi fakapy w ustawie. To może być wstęp do weta, ale nie mam większych złudzeń, weta nie będzie, być może Adrian wyrazi zaniepokojenie i odeślę ustawę do TK, hehehe.

I jeszcze o zarządzaniu strachem. Przekaz o bolszewikach, ubecji, świniach odspawanych od koryta i resortowych dzieciach trochę się dezawuuje w sytuacji, w której na ulicę wychodzą nie stare dziady jak ja, tylko młodzi ludzie, urodzeni po 1991 roku. Nie da się wmówić wyborcy PiS, że to są upiory bolszewickie, no bo nikt nie kupi tak idiotycznej i grubo ciosanej propagandy poza najbardziej betonowymi wyborcami, których już nie trzeba przecież przekonywać. Pytania zadawać i wątpliwości mieć zaczynają natomiast wyborcy umiarkowani, którzy mając do wyboru mafię peowską a sektę smoleńską, postanowili dać szanse tej drugiej. I teraz widzą, że jak kradli kiedyś, tak kradną dalej, a że po dwóch kadencjach posuchy są wygłodzeni, to robią to bardziej bezczelnie, po chamsku i na rympał, natomiast zamiast naprawy państwa, jest jego kompletne zawłaszczenie i rozpierdol. Jak tutaj sterować lękami, no jak, skoro zły ubek i kwik świń przestały działać?

Ano trzeba znowu sięgnąć po uchodźców. Wczorajszy pasek z tvp info głosił: Uliczna rewolta sposobem na sprowadzenie do Polski islamskich imigrantów. To ja się ponownie spytam moich dość sensownych i umiarkowanie radykalnych znajomych, którzy głosowali na PiS – podoba wam się to szczanie wam na twarz?

Nowe standardy propagandy. Śmieszyłoby mnie bardziej, gdyby nie obrzydliwy i potencjalnie niebezpieczny przekaz.

Propaganda – pogubili się. Nie wiedzą jak nas zohydzić i oczernić, przekaz dnia jest niespójny, jeden mówi, że to wszystko sponsorowane szeklami od Sorosa i Merkel, drugi pierdoli coś o licznych spacerowiczach, trzeci wykrzykuje o ubeckich wdowach, czwarty zesrał się ze strachu i znowu schował się pod kołdrę. Działania propagandowe przekaziorów w ostatnich dniach wskazują na to, że przekaz im się rozpierdolił i gonią w piętkę, wymyślając takie rzeczy, które są obrazą dla intelektu każdego myślącego człowieka głosującego na PiS. Znaczy oczywiście możecie próbować mnie przekonywać, że to zaplanowane działanie Kurskiego i Kaczyńskiego, i gra muzyka, ale nie wydaje mnie się.

Aktualnie, według mnie, ma miejsce fatalnie realizowana kampania reklamowa bez nałożonego cappingu. Jacku – swoim gównem karmisz już wyłącznie nakarmionych.

To z grubsza tyle. Wracam do pracy. A, i jeszcze obrazek okolicznościowy dla tych, którzy mogli go wczoraj u mnie przegapić. Zwróćcie też uwagę na czerwony pasek poniżej bełkotu o imigrantach. Zapis o liczbie zgłaszanych prezydentowi kandydatów to drobna pomyłka. Spoko. Poczułem się uspokojony, ta ustawa jest przygotowana z pełną i należytą starannością.

Szczęście – będziemy go potrzebować bardzo dużo w zbliżających się miesiącach.

Protest przeciwko rozwaleniu Sądu Najwyższego – spostrzeżenia

Szliśmy na dzisiejszy protest naładowani emocjami i roznoszeni wkurwem. Kolejna istotna sprawa, w której trzeba symbolicznie zabrać głos, stojąc pod Sejmem, który właśnie robi demontaż jednego z filarów demokratycznego państwa.

Wbrew temu, w co chcą wierzyć wyznawcy Kaczyńskiego, to nie jest naprawa czy reforma. To jest rozwalanie fundamentów demokracji, niezbędnych do tego, żeby ona działała.

Ale spoko, propaganda pompuje najbardziej chyba do tej pory obrzydliwy przekaz dnia, my idziemy, razem z grupką podobnych nam bojówkarzy, pod Sejm. Wiecie, żeby dać głos, zaprotestować i pokazać, że nie będzie łatwo.

Po przybyciu na miejsce zobaczyliśmy tłum, który robił taki hałas, że słyszeliśmy głównie okrzyki i wuwuzele, których to wuwuzeli wynalazcę chętnie zamęczyłbym na śmierć za tę abominację. I za to, że granie na tej przeklętej trąbce kanalizuje gniew w najbardziej bezsensowny ze sposobów. Organizatorzy manifestacji mieli czas, żeby zorganizować jakieś głośniki i porozstawiać je gdzieś na terenie, no ale po co nam głośniki, postoimy sobie piknikowo i rozejdziemy się do domu, bo to zawsze najlepsza opcja.

Nie słyszeliśmy absolutnie niczego, co szło ze sceny, czy też podwyższenia, z którego opozycja mówiła. Aha, nie wierzcie załganym funkcjonariuszom telewizji publicznej, którzy twierdzili, że było nas tam tysiąc osób. Tłum był taki, że pod scenę, czy też podwyższenie nawet się nie pchałem. Frekwencyjnie dopisaliśmy.

Tylko co z tego?

Jestem naprawdę wkurwiony na to, co się dzisiaj stało. A właściwie nie stało. Ludzie dalej wychodzą na ulice, niektórzy sami z siebie, inni zachęceni przez znajomych, jeszcze innych przyciągają partie czy organizacje, z którymi sympatyzują. Tylko co z tego, że zmarnowaliśmy te kilka godzin, skoro nikt nie potrafi tego naszego wkurwu zagospodarować i zrobić z nim czegoś sensownego?

Powaga, byliśmy cały czas grzeczni i co nam z tego przyszło? Karzełki moralne napluły nam w twarze, roztarły tę plwocinę a potem napluły jeszcze raz, i jeszcze, i znowu. W tym samym czasie, gdy myśmy dalej byli grzeczni, ale już zaczynaliśmy się nieco irytować, Kaczyński rozgrywał lęki i frustracje swoich wyznawców w perfekcyjny sposób. Pokazywał palcem i mówił: patrzcie ludzie, tam jest wasz wróg, który sypie nam piasek w tryby, pcha kije w koła i chce zniszczyć dom wszystkich, Polskę. Ale my to załatwimy, potrzymajcie nam piwo i patrzcie.

Podczas gdy nasza strona mądrzyła się, używając wielkich i skomplikowanych słów, przekonując przekonanych a odstraszając niezdecydowanych, Kaczyński pokazywał palcem i mówił: patrzcie ludzie, jak się boją o swoje przywileje. Kwiczą odrywani od koryta, ale nie ma do niego powrotu, już my się o to postaramy i oczyścimy to bagno, potrzymajcie nam piwo i patrzcie. I czyszczą wszystko przy ziemi, przy aplauzie wyznawców i biernej postawie opozycji, która jest tak operetkowa, że nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Bo z takimi tuzami polityki na froncie, jesteśmy w dupie.

Kto ma porwać ludzi do czegokolwiek? Kto ma zdobyć poparcie społeczne i być w stanie zbudować dokoła siebie sensowny, prężny ruch, partię, z którą pójdzie wygrać wybory 2019? Bo to nie ma się co pierdolić w tańcu i robić przymiarek, że niby próba generalna przed następnymi wyborami. To ma być partia nastawiona na wygraną, a przynajmniej na poważny wynik. Tylko z kim na czele?

Z chodzącą reklamą wybielacza, człowiekiem o charyzmie gąbki i ogarnięciu politycznym dziesięciolatka, panu Schetynie? Czy może z ledwo mówiącym po polsku typie bez jakiejkolwiek właściwości, panu Petru? Zresztą nie miejmy złudzeń, ich pozorowana praca i współpraca polega nie na tym, żeby stworzyć jakiś ruch w kontrze do PiS, tylko na grze ciałem, wypychaniu przeciwnika na bandę i zabiegach mających na celu umoszczenie się na wyższej gałęzi. Plus osierocony KOD, który trwa, ale ostatnio ścichł. I jeszcze w tym wszystkim najbardziej ogarnięty Zandberg, który niestety gnije w mateczniku najniższej oglądalności.

Tak samo, jak opozycja nie ma w tej chwili niczego do zaproponowania nam, tym bardziej nie wie, jak dotrzeć do ogromnej grupy niezdecydowanych, którzy nie chodzą na wybory. Być może nawet nie dlatego, że mają to w dupie, tylko nie widzą nikogo, na kogo mogliby zagłosować. Co macie panowie dla nich? Jeszcze więcej mądrych i wielkich słów w ustach ekspertów?

Może z 15% ludzi daje faka za głos ekspertów, pozostali chcą słyszeć jasny, prosty komunikat.

Rozjebanie TK skutkuje tym, że można popchnąć niekonstytucyjną uchwałę.

Rozjebanie SN skutkuje tym, że można popchnąć sfałszowane wybory.

Ręczne sterowanie sądami skutkuje tym, że władza może wsadzać niewygodnych ludzi do więzienia

Całkowity zakaz aborcji skutkuje rozwojem podziemia aborcyjnego i śmiercią zgwałconych dziewczyn, nierzadko w męczarniach.

Likwidacja pigułki po skutkuje niechcianymi ciążami, tragediami życiowymi, rozwojem podziemia aborcyjnego.

Program 500+ jest finansowany nie tylko z kieszeni bogatych, zapłacimy za niego wszyscy w podwyższonych cenach na wszystko.

Rozwalenie systemu szkolnictwa skutkuje tym, że będziemy wychowywać tumanów i głupków.

Co, że za prosto? Tłumaczyliśmy to w skomplikowany sposób i patrzcie, gdzie jesteśmy. Świetnie nam poszło, nie? Jakiś etos w naszych głowach powoduje, że boimy się trywialnych, prostych komunikatów, nagiętych do granic prawdy, ale jej nie przekraczających. A ludzie oczekują na proste i jasne komunikaty. Jak myślicie, skąd bierze się wysokie czytelnictwo gazet typu Fakt czy Superak? Wierzycie, że wszyscy kupują je dla beki? Otóż nie, ludzie kupują je, bo są tanie i sprzedają rzeczywistość w atrakcyjnej, bo bardzo prostej i emocjonalnej formie. Więc może czas skończyć z mundrowaniem i ponieść w świat taki oświaty kaganiec, którym w razie czego można również przypieprzyć w samoobronie.

Po co ględzić o trójpodziale władzy i konieczności jego istnienia, jeżeli słuchacz nie wie czasami, czym właściwie jest ta władza wykonawcza, a z sądami to ma takie skojarzenie, że mu dowalili zaocznie mandat za wypicie piwa w parku, skurwysyny w togach, dobrze im tak teraz.

I takie postrzeganie świata i sposób jego percepcji nie wynika wcale z tego, że ci ludzie są głupi, prości i prymitywni, tylko z wygody i przyzwyczajenia. Zresztą każdy z nas używa upraszczających protez myślowych.

Z obecną opozycją będziemy się kręcić jak kurczaki bez głów, energia ludzi będzie się wypalać i w końcu nie będzie komu wyjść na ulicę. Dla mnie jesteśmy na drodze donikąd.

Druga strona rozegrała lęki i frustracje. Nam pozostał w tej chwili tylko wkurw, gniew i złość. Wiecie, że gniew to najmocniejsza emocja? I że nie zawsze musi być destrukcyjny, gniew może też budować. Tylko z taką opozycją, to my sobie możemy zbudować najwyżej domek z gówna i patyków.

Droga to niebezpieczne miejsce

Musiałem rano pojechać do Piaseczna. SAMOCHODEM! Wiedziałem, że droga będzie pełna podobnych mi, kiepskich technicznie kierowców w szybkich samochodach, dlatego trzymałem się bezpiecznie środkowego pasa. I do Mysiadła nie wadziliśmy sobie nawzajem na drodze. Tamże, tuż za Karczunkowską, zjechałem na pas lewy, żeby wyprzedzić jakiegoś dostawczaka, i zostałem już na tym pasie, bo droga pusta.

30 sekund, widzę jest, środkowym jedzie nerwowy, jakoś tak dwa razy szybciej niż tam dozwolone. To mu zjeżdżam z lewego, żeby nie musiał mnie wyprzedzać z prawej strony. Źle oceniłem jego szybkość, bo przy mojej lekko nieprzepisowej, ale tak góra 18% górką, gość dmuchał jakieś 130 km/h. To musiałem szybko odbić z powrotem na lewy, bo jemu się nie chciało ani kręcić fajerą, ani zwalniać. W zasadzie do niczego nie doszło.

No i wyprzedzając mnie pokazał mi, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, faka. Miał go już wcześniej przygotowanego i w pełni rozwiniętego, pewnie się wkurzył, że zajechałem mu drogę i być może musiał lekko przyhamować. Tylko, że jak w pewnym momencie zobaczył za kierownicą poobijanej Tojki łysego typa w bluzie z kapturem, to mu ten fak zwiędł gwałtownie, no bo on w pracy może jest i prezesem, i może pomiatać wszystkimi, ale na drodze wszyscy jesteśmy równi, a łyse typy w poobijanych wozach mogą nie poddać się tak łatwo poniewieraniu. Oraz bywają, bo ja wiem? Dresiarzami?

Mnie tam fak nie pierwszyzna, kiedyś pokazała mi go nawet sześćdziesięcioparoletnia pani siedząca na miejscu pasażera, gdy zaprotestowałem przeciwko wymuszaniu na mnie pierwszeństwa. Rowerem byłem, więc wtedy nie mogłem zrobić tego, co zawsze w takiej sytuacji zrobić chciałem, i co zrobiłem tym razem.

Zacząłem mianowicie jechać za panem. Na wysokości szkoły policyjnej chyba się zorientował, bo w skręt przy Decathlonie pomknął w prawo na czerwonym. Odstałem grzecznie swoje i dojechałem go na światłach za torami. I od tamtego miejsca siedziałem mu na zderzaku. On przyspieszał, przyspieszałem i ja, on zwalniał, zwalniałem i ja. Odeskortowałem go pod sam wjazd do garażu, gdy brama się unosiła zatrzymałem się prostopadle do niego i uporczywie się mu przygladałem, jak tak siedzi za kierownicą i nie wie, czy ja za nim do tego garażu nie wjadę.

Więc może takie rady od wieloletniego rowerzysty, który do tej pory nie mógł pojechać za samochodem, bo był za wolny. Jak się nie czujesz na siłach w obliczu ewentualnej konfrontacji fizycznej, nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka. Jeżeli nie potrafisz zgubić świeżo upieczonego kierowcy na światłach, nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka. Jeżeli w życiu jesteś wydygany, a dopiero za kierownicą włącza ci się Aleksander Wielki i Czyngis-chan, powstrzymaj chęć palenia świata i nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka. Jeżeli jesteś sfrustrowanym kierownikiem średniego szczebla, który odreagowuje na drodze, i tak nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka.

I co najważniejsze, jak wieziesz debilu rodzinę, żonę z przodu i przynajmniej jedno dziecko w foteliku z tyłu, nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka. Bo nie każdy może być tak wyluzowanym ziutkiem jak ja. I co, chcesz żeby twoja stara miała męża bez zęba?

Poza tym pokazywanie innym faka jest niegrzeczne.

Ze świątecznymi pozdrowieniami adekwatnego przeboja załączam

PS. Tak, wiem. Mógł się zatrzymać i chcieć się ze mną bić. Nie mam z tym najmniejszego problemu, bo większość ludzi tylko chce się bić i ma zajebisty problem z przejściem od słów do czynów.

Foto tytułowe: Valentin Russanov.

Mieszarka uczuć

1
1. Z przodu plac. Dalej z przodu plac budowy. Plac zabaw nie zmieścił się w obiektywie. Fot. R.Teklak
3
2. Trochę niewyraźnie, bo z lekkiego wkurwu ręka mi się telepała. Fot. R.Teklak
2
3. Nie sądziłem, że w dobie konsoli, smartfonów i kablówki zobaczę chłopca bawiącego się kałużą. Fot. R.Teklak
4
4. A, taki tam mały bazarek. Fot. R.Teklak
5
5. Tu się sika, potwierdzone info. Fot. R.Teklak
fot. R.Teklak
6. Dojście od pętli. Fot. R.Teklak

Część się domyśliła, część się nie domyśliła, część wie, bo czyta lokalne niusy, a jeszcze inna część wie, bo się tam przesiada.

Otóż nie jest to Dworzec Stadion sprzed 15 lat. Nie jest to też Dworzec Zachodni. Ani Wschodni.

Jest to bowiem dróżka z pętli Wilanowska aka Dworzec Południowy do metra. Było kiedyś drugie wejście, z nieco bardziej cywilizowanym dojściem, ale deweloper zaczął budowę i sobie teren ogrodził. Ja wiem, że to miasto jest prowadzone pod dyktando deweloperów od dawna, ale taki numer to chyba pierwszy raz, że sobie zablokował inwestor wejście do metra i chuj, zapieprzaj ziomek przez błoto.

Patrzę na to gówno i oczom nie wierzę.

5 kilometrów od centrum stolicy tego kraju. Największy węzeł przesiadkowy w kierunku południowym.

Ja pierdolę.

Legenda.
Zdj 1. Ogrodzony teren budowy odciął jedno wejście do metra.
Zdj 2. Widok z pętli, po prawej Parkuj&Jedź, po lewej budowa, na wprost polski klasyk, czyli błoto po kostki.
Zdj 3. Po lewej Parkuj&Jedź, w tle Dworzec Południowy, po prawej chuj wi co.
4. Samochody handlarzy. Większość na blachach z woj. lubelskiego. Nie ma śladów paniki.
5. Szczalnia. Po prostu.
6. Polski syf. Po prostu.

It’s fuckin’ amazonin’

Od wczoraj dostępny jest w Polsce Amazon Prime Video. Oferta na razie skromna, ale mam wrażenie, że zanim zdążymy obejrzeć to co mają, Amazon zdąży dorzucić więcej rzeczy. Zanim zdążymy obejrzeć te więcej rzeczy, dorzucą jeszcze więcej rzeczy. A zanim obejrzymy te jeszcze więcej rzeczy, zacznie się nowy sezon Gry o Tron, i wszystkie jeszcze więcej rzeczy pójdzie w kąt.

Bodaj pierwszy tydzień za darmo, taki prezent od dilera, następnie 6 miesięcy za oszałamiającą kwotę 2,99 EUR za miesiąc, finalnie 5,99 EUR z możliwością przerwania subskrypcji w dowolnie wybranym przez nas momencie. Z tego co widzę nie wspiera na razie Chromecasta, ale to pewnie kwestia czasu. Dlatego pewnie dobrze będzie się wstrzymać jeszcze na miesiąc, poczekać aż się to poukłada, i wtedy spróbować.

Netflix siedzi u nas chyba od roku, ofertę poszerzył tak, że nie da się tego przerobić na bieżąco, chyba że twój zawód to oglądanie seriali, i jeszcze ci za to płacą. Jeżeli masz taką fuchę, proszę o kontakt na priv z informacją gdzie tak się da. Netflix ma trzy plany taryfowe: 34, 43 i 52 ziko. Różnią się wyłącznie dostępnością HD i Ultra HD oraz liczbą ekranów (to określenie z ich oferty) do jednoczesnego oglądania. Można patrzeć gdzie się chce, a ostatnio dodali możliwość ściągania filmów i oglądania ich później offline, więc jesteśmy zgubieni.

Z HBO GO sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, bo stacja oferuje go tylko jako dodatek do telewizji kablowej albo, i tutaj szansa dla ludzi mających wyjebane na telewizję jako taką, ale lubiących seriale, można go sobie dokupić do abonamentu/pakietu internetowego u wybranych operatorów komórkowych. Z tego co sprawdziłem w Play i Plus, kosztuje to od 20 ziko miesięcznie. Plus koszty abonamentu 45 ziko niech to da nam razem 65 PLN.

To teraz patrzcie na tabelkę, z której jestem dumny.

opracowanie: R.Teklak
opracowanie: R.Teklak

Pakiet Cebula oznacza zakładanie co 6 miesięcy nowego konta na amazonie. Pamiętam, że nie przewidzieli polskiego sprytu, który przekształcał kindle w źródło darmowego internetu, więc pewnie tutaj też, przynajmniej na początku, będzie taka możliwość, żeby skakać z konta na konto. 21 ziko za Netflix bierze się ze zrzutki z ziomkiem, pakiet 43 złotych pozwala na HD i oglądanie na 2 ekranach (pewnie chodzi o urządzenia) jednocześnie. Możemy to nawet potanić kupując najtańszą opcję i umawiając się na netflixowe dyżury, ale to już pakiet Cebula Ultra, który będzie kosztował 88 ziko, więc wiadomo co to za kwota, pozdro dla kumatych.

Arya stanęła w obliczu zaradności Polaków, fot.HBO
Arya w obliczu zaradności Polaków, fot. HBO

Pakiet HBO (oczywiście chodzi o GO, nie chce mi się przerabiać) to wszędzie 65 złotych, bo nie chce mi się już kombinować. Pozostałe pakiety to nominalne stawki w ramach danej platformy, ale w ostatnim szarpiemy się na najbogatszego pakieta, czyli ULTRA HADE i 4 urządzenia.

To niech mi ktoś jeszcze raz opowie jak to jest w Polsce ciężko i trzeba koniecznie seriale ściągać z internetu na lewiźnie.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć

Nie jestem wielkim fanem Pottera, głównie dlatego, że mnie ten ziomek wkurwiał. Przez pierwsze trzy części irytował odrobinę, bo młode to, płoche, więc brałem poprawkę. W Czarze Ognia już mocno, a od Zakonu Feniksa do samiuteńkiego końca miałem ochotę nakopać gościowi do dupy. Przyjaciele nie muszą mu pomagać, nauczyciele się nie znają, taki Zoś Samoś, a potem nagle ‚pomocy, pomocy’. Znaczy nie zawoła ‚pomocy’, tylko czeka aż się kumple domyślą. A jak już się domyślą, to ‚a co tak późno’ albo ‚ale ja wcale nie potrzebowałem waszej pomocy’. No irytujący młody człowiek, i ja rozumiem, że on jest w trudnym wieku dojrzewania, ale litości może, co?

Filmy oglądałem bo były, a na ten nowy w ogóle nie miałem zamiaru się wybierać, bo po pierwsze nie wiedziałem, że coś zrobili, a po drugie tytułem mi się skleił z Sekretnym życiem zwierzaków domowych, tylko nie rozumiałem dlaczego zaczęli je znowu grać w czterech opcjach, i w prajm tajmie.

Wyprostowany tytułowo i zachęcony opiniami znajomych poszedłem do kina.

I znowu to samo.

Niech mi ktoś, kto sie na tym zna powie o co chodzi. Płacę za bilet jak za zboże (sprawdzić czy nie biedaśroda), a potem jeb, czterdziestominutowy maraton reklam i trailerów, które już znam na pamięć. I ani się od tego odciąć nijak, ani wyjść po herbatę. Kto wpadł na fantastyczny pomysł, żeby mnie karać (bo jako karę odbieram fakt zmuszania mnie do oglądania reklam) za to, że legalnie konsumuję kulturę? I jeszcze na dodatek sympatyczny głos zapodaje, że to fajnie, że przyszedłeś do kina, wydałeś zarobione pieniądze, i oglądasz film na legalu, dzięki czemu miliony ludzi mają pracę przy powstawaniu takiego filmu. No takie teksty odbieram jako wyjątkową szyderę.

Nie lubię się pakować do sali już po zgaszeniu świateł, bo to niegrzeczne i niewygodne. Dlatego nie jestem w stanie uniknąć bloków reklamowych. Ostatnio mam wrażenie, że reklamiarze się wycwanili, bo lecą reklamy, potem trailery, ty oddychasz z ulgą, że dzisiaj tak krótko, następnie jeb, znowu reklamy, wyciągasz komórkę, żeby poczytać czy cokolwiek, ciach, trailery, wyłaczasz komórkę i znowu reklamy. Włączasz, ale ledwo zdążysz wyklikać, znowu zaczynają się trailery. Przecież to opiździeć można.

Najprostszy patent to się spóźniać na seans, a trailery oglądać na imdb albo jutubie, ale jak pisałem wcześniej, takie rozwiązanie mi nie leży do końca, bo jeszcze nie udało mi się wejść na środek rzędu tak, żeby po ciemku nie podeptać przynajmniej trzech nóg. Chyba naprawdę zostają słuchawki i głośna nuta.

Ewentualnie można piracić filmy, bo to i bez reklam, i w dowolnie wybranym, pasującym czasie, a nie o 22:30, i w domu jesteś na 1:00, gdyż trzeba było widzom wbić w oczy półgodzinny blok, dziękuję, uszanowanko. No wszystko robicie, żebym olał kino. Ale żeby tylko kino, legalna dystrybucja filmów na dvd/blureju to też jakiś dowcip.

fot. Internet
Bardzo nietrafnie skierowany komunikat. Fot. Internet

Nieprzewijalne reklamy. Film ostrzegający przed piraceniem. NA PIEPRZONEJ LEGALNEJ KOPII JEST FILM OSTRZEGAJĄCY PRZED PIRACENIEM. Jeszcze więcej reklam. Kilka trailerów. Ostrzeżenia FBI w dziesięciu wersjach językowych. Nieprzewijalne. Nieczytelne menu, w którym na przykład okazuje się, że polską wersję językową możesz obejrzeć tylko w wersji 2.0, co mnie wali, bo ja napisy, ale są tacy, którym nie chce się czytać napisów i wybierają lektora. Ewentualnie możesz z napisami, ale są tak chujowej jakości, że masz ochotę pójść i zwrócić film do sklepu. Właśnie, czy były precedensy, że ludzie zwracali filmy, bo było położone tłumaczenie, zupełnie jak w przypadku polskiej wersji Futuramy, gdzie zabito wszystkie dowcipy i ogólnie cała polska ścieżka dialogowa była zrobiona na odpierdol. Och jakże się cieszyłem, że pierwszy sezon dostałem w prezencie.

fot. Internet
Mniej więcej o to mi chodzi. Fot. Internet

I tak to właśnie jest z zachęcaniem do legalnych treści. Ciekawe czy zagranico tak samo się do tego zabierają, czy mają jednak nieco więcej mózgu.

Co do filmu, to jest dobry, bo nie ma w nim Harry’ego Pottera i reszty wkurzających dzieciaków. Zamiast tego poznajemy historię Newta Scamandera (Eddie Redmayne), który przyjeżdża z Londynu do Nowego Jorku z walizką wypchaną magicznymi zwierzakami, żeby ratować inne magiczne zwierzaki przed marnym losem magicznych zwierzaków.

fot. materiały dystrybutora
Marny los funduje im na przykład Ron Perlman w swojej życiowej roli. Fot. materiały dystrybutora

Oczywiście Newt jest odrobinę roztargniony i bardzo roztrzepany, więc kilka zwierząt mu ucieknie. Ponadto wplącze w zadymę bogu ducha winnego mugola, pana Kowalskiego, który chciał tylko wziąć kredyt na piekarnię, a za chwilę będzie musiał odpierać amory czegoś na kształt nosorożca; i dwie siostry, pracownice Magicznego Kongresu USA (czy jak ten wynalazek się nazywał), które się nazakochują w naszych niezdarnych bohaterach. Ogólnie przygoda pogania przygodę, jest trochę śmiesznie, bardzo strasznie i mocno kolorowo.

Bawiłem się przednio, trochę jak dziecko, bo to miejscami bajka, częściej jednak jako dorosły, bo większymi miejscami to mroczna historia dla dorosłych. Dlatego odradzam branie na seans młodocianych. Przemocowa, sekciarska matka raczej się im nie spodoba. Niszcząca emanacja czarodziejskiej mocy, demolująca miasto i mordująca ludzi raczej je wystraszy. Sposób wykonania egzekucji? No dla mnie dość makabryczny. Mugol traktowany jakby go w ogóle w trakcie rozmów o nim nie było, no niezbyt to miłe, gdy rozmawiacie gnojki o wymazywaniu pamięci w obecności człowieka, któremu ją będziecie wymazywać. Ogólnie sporo tam makabry, rozważcie czy ośmiolatek będzie się dobrze bawił w sytuacji, w której ma mokre spodenki.

Gdybyście mieli wątpliwości czy oglądać ten film, w sytuacji gdy serii HP nie znacie albo nie pamiętacie, mówię wam oglądać. Będziecie mieli większą radość niż analny fan HP z bólem dupy dotyczącym mało istotnych szczegółów. Ja miałem tyle radości, ile rycerze Okrągłego Stołu po zjedzeniu giermków walecznego Sir Robina.

Aha, ma być tego pięć części, więc nie zdziwcie się, jak niektóre wątki nie zostaną domknięte.

Werdykt: słodkie jabłuszko z powtykanymi kawałkami żyletki, kupa dobrej zabawy.

fot. multikino.pl
fot. multikino.pl

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
reż. David Yates
scen. J.K. Rowling
w rolach głównych:
Eddie Redmayne
Dan Fogler
Katherine Waterston
Alison Sudol
Colin Farrell
Samantha Morton
Ezra Miller

To ja nawet nie

Wszystkich oczekujących na nowy wpis, chciałem serdecznie przeprosić. Od kilku dni zmagam się z wlokącą się za mną sprawą Europe Comic Conu, która drenuje mnie z siły, energii oraz czasu. Jutro jadę na Nordcon, na którym raczej niczego nie napiszę, bo kto był na Nordconie, to wie że tam nie ma warunków ku temu, a kto nie był, to mówię że na Nordconie nie ma warunków ku temu, żeby pisać cokolwiek poza ‚ratunku, już nie chcę więcej alkoholu’. A właściwie to nie pisać, a resztką sił rzęzić.

Dlatego proszę o cierpliwość, w przyszłym tygodniu wracam do robienia bardziej przyjemnych rzeczy, w tym pisania.

Miesiąc to za mało by ocenić ławkę

Miesiąc to zbyt krótki okres, by definitywnie stwierdzić, że wiaty „nie chronią”, „nie dają cienia” a „ławka jest wąska”. Wiaty zostały poddane ostrej krytyce, choć w ciągu ostatniego miesiąca nie odnotowaliśmy silnego wiatru, intensywnych opadów, ani palącego słońca – zwróciła mi uwagę Magdalena Potocka z biura prasowego ZTM.
I dodaje: – Odnosimy wrażenie, że przesłane uwagi zostały sformułowane nieco na wyrost.

Fejs ułatwia jak może przenoszenie części tekstów archiwalnych na stronę. Tym razem przypomniał mi, że dokładnie dwa lata temu napisałem swój najpopularniejszy kawałek. Jakiś totalny ewenement, tekst powstał w ciągu dwudziestu minut, kolejne 6 szukałem fajnej fotki w internecie, przez następne 4 nanosiłem na zdjęcie cyferki w paincie, wrzuciłem, zapomniałem, wyjechałem na Nordcon. Dopiero po dwóch dniach dotarło do mnie jaką gównoburzę rozpętałem.

Przypomnijmy sobie tekst o wiatach. I trzy zdania ode mnie.

Stałem wczoraj na Wileniaku, autobus nie podjeżdżał, obejrzałem sobie zatem dokładnie te nowe wiaty reklamowe, które udają przystanki. Pierwsza uwaga natury ogólnej – zaprojektował to ktoś, kto na pewno nie jeździ komunikacją miejską i nie ma pojęcia, jakie funkcje, oprócz reklamowych, powinna spełniać wiata przystankowa. To ładne, plastikowe gówno nadaje się wyłącznie do pokazywania na wystawach dizajnu i chwaleniu się w przekaziorach, bo na pewno nie do ochrony przed wiatrem, chłodem, deszczem czy śniegiem. No ale może po kolei. W załączniku wrzucam zdjęcie z numerkami, po kolei sprawy mają się tak:

1. (o, mam deja vu) Ta ścianka ma 1,20 metra od wspornika, co oznacza, że schronią się za nią trzy osoby. Wiecie, przed takimi rzadkimi w naszej strefie klimatycznej zdarzeniami pogodowymi jak przejmująco mroźny wiatr, zacinający deszcz, takie tam ewenementy aury. To jedyny plus tego czegoś. Szkoda tylko, że jak będzie padać, deszcz będzie się lał na plecy, bo daszek w bok jest nieprzedłużony (1A).
2. 40-50 cm od wspornika. Po co ten element frywolny, nie wiem. Nie można było dać takiego samego jak jedynka? Tutaj dla odmiany daszek 2A jest wyciągnięty po horyzont. Może na odwrót w fabryce zamontowali?
3. Ławka jest wysklepiona. Powtórzę: WYSKLEPIONA. Słusznie, wiata jest do reklam a nie od tego, żeby się ludziom wygodnie siedziało. Pomijam fakt, że oprócz tego, że jest WYSKLEPIONA, jest również wąska. I bardzo dobrze, bezdomni nie będą tam spać. Ja bym ją jeszcze pochylił. I najebał metalowych guzów. Łatwiej byłoby ją wtedy utrzymać w czystości. Również rasowej i klasowej. Jedyny plus to zastosowany materiał – drewno się tak bardzo nie wyziębia, nie będzie go wpierdalać korozja, nie wytargają złomiarze. Ładnie zaimpregnowane, pociągnięte jakimś lakierem, nie zgnije zbyt szybko. Gdyby to jeszcze było wygodne, byłby drugi plus.
4. Taka szpara, żeby ludziom wpierdalał się deszcz i śnieg za kołnierze. Nawet sprawdziłem, bo wiecie, może od tyłu daszek jest na tyle długi, że zasłania szparę na tyle, że opad musiałby występować poziomy. Otóż nie, Przy niewielkim wietrze, woda albo śnieg będzie padać prosto na ludzi. Albo na ławkę. Po tym poznałem, że projektował to ktoś, kto nie umie podstawowych funkcji stawianych przed przystankiem.
5. Hit – szklany, przezroczysty dach. Życzę powodzenia latem. No ale przecież ekstrawaganckie oczekiwanie, że wiata ma dawać jakiś cień, to pewnie jest roszczeniowość i czepianie się detali. Przecież on jest taki ładny, ten daszek. A że w gorące dni będzie tam szklarnia? To już problem starych ludzi. Zresztą nie muszą wychodzić z domu i zajmować miejsca w autobusach, lepiej niech posiedzą w chłodzie i popatrzą w telewizor.,

Wileniak, jak to Wileniak, rozkurw związany z metrem trwa cały czas, więc może się okazać, że do wiaty podłączą prąd i będzie się cokolwiek na niej świecić. Chwilowo jest pod nią ciemno. Na szczęście nikt nie zainstalował na niej rozkładów jazdy, więc nie ma kłopotu z czytaniem małych literek. Oraz cały czas liczę, że przynajmniej reklamy będą podświetlone. To wtedy i rozkład da się rozczytać.

Ładne, kompletnie niefunkcjonalne gówno w pazłotku. Wychodzi na to, że naprawdę najlepsze były te obleśne przystanki z aluminiowej trapezówki, z czasów gdy nad Wisłą prężnie wykuwał się kapitalizm. W sumie nie wiem czego oczekiwałem i dlaczego się łudziłem, że tym razem się uda. Ależ byłem naiwnym łosiem.

fot. Internet, poprawki: R.Teklak
fot. Internet, poprawki: R.Teklak

Prawie 3000 lajeczków i ponad 1000 udostępnień spowodowały, że trafiłem do głównego nurtu i chcieli ze mną robić wywiady. Stwierdziłem, że jestem wyjechany, nie jestem w stanie wrócić tylko po to, żeby nagrywać wywiady, i że do poniedziałku sprawa na pewno ucichnie. Nie pierwszy raz się pomyliłem, sprawa nie ucichła, a ja straciłem okazje do przejścia do klasy mikrocelebryckiej, gdyż ani razu nie zagadałem do sitka. Co za tandeta.

Na moje zarzuty pozwoliła sobie odpowiedzieć pani Magdalena Potocka z ZTM. W natemat nazwali mnie poirytowanym internautą, co do tej pory powoduje u mnie drgawki ze śmiechu. Ba, do moich zarzutów odnieśli się autorzy projektu wiaty, zresztą potem życie brutalnie zweryfikowało ich przekonanie o zajebistości przyjętych przez nich rozwiązań. No jednak klimat nigdy nie był u nas łaskawy, i wiało, padało i świeciło dokładnie w tych miejscach, które wskazałem w tekście, a o których panowie projektantowie nie pomyśleli, bo po co. Mam wrażenie, że to był pierwszy raz, gdy nie dość, że mój tekst przebił się do głównego nurtu, to jeszcze wywołał zmarszczki na tafli rzeczywistości.

A potem AMS i tak nastawiał w całym mieście 1600 sztuk tego gówna, więc cała moja krytyka i opór zdały się dokładnie na nic. Na Wschodzie bez zmian.

Get your motor runnin’

Niektórzy się być może domyślili, inni nie do końca, część w ogóle, zaś pozostali mają to w dupie, ale zacząłem jeździć samochodem. Tekst o oponach mógł was naprowadzić.

Prawo jazdy mam gdzieś tak od 1989 roku. Albo od 1990. Mój kurs to był taki trochę żart, bo po kilku pierwszych jazdach instruktor bał się ze mną jeździć, i robił wszystko, żebym jeździł jak najkrócej. I tak na przykład startowaliśmy spod ośrodka z pięciominutowym spóźnieniem, potem jechaliśmy do typa do domu, tam czekałem na niego 10 minut, ziomek wracał z dwoma kanistrami 20 litrów każdy, wpychał je za siedzenie, bo przypominam, że prawko robiłem na Fiacie 126p aka Maluchu, który nie miał bagażnika. Znaczy miał, ale bądźmy poważni, tam się ledwo koło zapasowe mieściło, pozdro dla kumatych. A, i apel do tych, którzy się na te gówniane samochody nie załapali – nie dajcie się zwieść romantycznym opowieściom o tym, jaki to Maluch był zajebisty i kvltovy. Chujowy był a nie kvltovy. Powtarzam – Charlie Hotel Uniform Juliett Oscar Whiskey Yankee. CHUJOWY.

fot. e-sochaczew.pl
Bagażnik w Maluchu. kkthxbye. Fot. e-sochaczew.pl

Wracając do prehistorii. Jak już instruktorowi udało się wbić kanistry za siedzenie, jechaliśmy na stację benzynową na Tuligłowy, gdzie tankowaliśmy jakieś paliwo. Mam wrażenie, że lał paliwo, którego nie dałem rady przepalić na swoich jazdach. Trochę się mogę na niego teraz wkurwiać, ale żyć jakoś trzeba było, więc nie będę małostkowy i nie powiem, że gość był złodziejem, bo może nie był, a tankował sobie te dwie dwudziestki przy okazji, za każdym razem, jak była moja kolej na jazdę. W ramach jak najkrótszego jeżdżenia ze mną, nie? Akurat jakoś niewiele wcześniej zniesiono kartki na paliwo (1 stycznia 1989), to może sobie odreagowywał te osiem lat reglamentacji, i postanowił zrobić ze swojego domu wielką bombę paliwowo-powietrzną?

fot. syrena103.republika.pl
Kartki na benzynę. Rozumiecie? Nie wystarczyło mieć hajs, trzeba było mieć również kwit upoważniający was do zakupu tej benzyny. To się nazywało reglamentacja i było naprawdę. Fot. syrena103.republika.pl

Raz to go nawet pokarało, bo tak sprytnie otwierał kanister, że sobie rozjebał zamknięciem rękę prawie do kości. Wkurwiony był strasznie, bo nie mógł się wkurwić na mnie. Oczywiście rozszarpanie dłoni do kości nie przeszkodziło mu zatankować, bo gość najwidoczniej był fanatykiem tankowania, całe mieszkanie zajebane kanistrami i bombą paliwowo-powietrzną, najgorzej, tak to widzę.

I teraz wyobraźcie sobie typa, który jedną ręką tankuje, a drugą farbuje wszystko na czerwono, i nikt nie wie, czy to jakiś gest protestu przeciwko umierającej władzy, czy może wręcz przeciwnie, mamy do czynienia z ideowym komunistą, pacykującym nasz świat na kolor międzynarodowego komunizmu. A może po prostu w końcu stracił cierpliwość i zajebał swojego kursanta?

W ciągu godziny jazdy, jeździłem maks 45 minut, finalnie niczego się praktycznie nie nauczyłem, bo gość był tak zestresowany jazdą ze mną, że zamiast mi cokolwiek tłumaczył, głównie klął pod nosem, albo zmawiał modlitwę do Matki Boskiej Bolesnej, kto go tam wie. Miesiące miałem doskonałe, bo kurs trwał od września jakoś tak do połowy listopada(?) i załapałem się na wszystkie warunku atmosferyczne. Raz na przykład instruktor powiedział, żebym uważał, bo jak silnik zgaśnie, to chuj, na pych. Jak tylko ruszyłem na miasto, oberwała się chmura i po trzech minutach ulicami waliły strumienie. Przejechałem niecały kilometr i zadławiłem silnik fachowo, podczas ruszania żabką. No i musiałem go sam na pych odpalić w tej wodzie po kostki. Reszta jazdy upłynęła do wtóru śląpiących odgłosów dobiegających z butów, śmiechom końca nie było, bo to były chińskie trampki, więc śląpały tak zabawnie, że o rany.

Innym razem dał mi się pan instruktor przejechać po obwodnicy miejskiej. Po rozwinięciu przeze mnie prędkości 90 km/h, co było możliwe po zamknięciu okien, zzieleniał i kazał zwolnić. Nie wiem o co mu chodziło, jechałem z grubsza prosto, to pewnie przez te zamknięte okna, bo od przepoconej dupami setek kursantów skajodermy, waliło niemożebnie i każdego miało prawo zemdlić.

Jeszcze kiedy indziej uparł się, że nauczy mnie, bez ostrzeżenia, skutecznego hamowania na lodzie. Jechaliśmy Sobieskiego, wzdłuż stadiona drużyny Start Krasnystaw. Dojazd do mojej podstawówki kończył się znakiem STOP. No to gość do mnie mówi ‚hamuj powoli i łagodnie’.

Wbiłem pedał hamulca w maksa w podłogę i przekonałem się empirycznie, dlaczego wbijanie pedału na maksa w podłogę, a co za tym idzie zablokowanie kół, to chujowa sprawa. Nie powiem, zatrzymałem się, pomimo lodu, praktycznie na linii. Szkoda tylko, że stałem tyłem do kierunku jazdy. Albo motzno bokiem, nie pamiętam dokładnie, bo byłem w szokuk. Instruktorowi przybył kolejny siwy włos, a ja nauczyłem się nowych przekleństw.

Ruszanie z jedynki skokami, wrzucanie jedynki zamiast trójki i epicka próba startu pod górę z ręcznego. To ja, najlepszy kierowca po tej stronie Buga. Do tego moja niechęć do redukowania biegów, co zaskutkowało… A, to może nawet opowiem.

Jadę sobie przez centrum miasta, ziomek mówi ‚teraz skręcisz w lewo’. Ja od razu wiem, że to chujowy pomysł, bo nie dość, że w lewo, to jeszcze jest tam przejście, w tej przecznicy, po którym idą piesi non stop, bo jakiś dzień handlowy był, czy inne wydarzenie pompujące nowe życie w stare kości Krasnegostawu. Ale, myślę, jak sobie chcesz. I skręcam. Nic nie jechało, to pierwszy etap miałem prosty. Wyprostowałem brykę, walę na to przejście, a przez nie kuśtyka najstarsza ze starowinek.

Ten Maluch, w którym robiłem kurs, miał coś spierdolone ze sprzęgłem, tak że ono się wysprzęglało skokowo. Jakieś tarcie czy coś. Więc ruszanie odbywało się żabką, i nie dało się instruktorowi przetłumaczyć, że to nie moja wina, że mają chujowe sprzęgło, tylko chujowego sprzęgła, że ruszam żabką zamiast płynnie. W związku z chujowym sprzęgłem, bardzo niechętnie się zatrzymywałem, bo to oznaczało, że będę musiał wbić to chujowe sprzęgło w podłogę, wrzucić ponownie jedynkę, puszczać to chujowe sprzęgło, jednocześnie próbując dodać płynnie gazu. A wszystko to w samochodzie, w którym moja podeszwa przykrywa jednocześnie hamulec i gaz, i nie ma kurwa fizycznej możliwości, żebym tym białym gównem o chujowym sprzęgle, ruszył płynnie.

JAK JA KURWA NIENAWIDZIŁEM TYCH ZASRANYCH GÓWIEN, TYCH KPIN Z ROZUMU LUDZKIEGO I MYŚLI TECHNICZNEJ. JEBAŁ WAS PIES, MALUCHY.

fot. wyszukanesamochody.pl
Obadajcie tylko te luksusy. Kultowe, też ktoś kurwa wymyślił. fot. wyszukanesamochody.pl

W związku z ogólną chujowością Malucha, sprzęgła, jedynki i przestrzeni międzypedałowej, nie zahamowałem przed staruszką, tylko się wolno toczyłem. I toczyłem się tak, że w pewnym momencie instruktor coś tam zabulgotał, ryknął potężnie, wbił swój hamulec w podłogę, pasy w Maluchu…

A pasy w Maluchu, to dopiero była chujoza…

…prawie przecięły mnie na pół. Babuszka w szoku, coś tam na nas pokrzykuje, instruktor wkurwiony coś na mnie pokrzykuje, odpierdala się inba na całego, ja nie wiem o co chodzi, bo przecież ta babcia mogła spoko przyspieszyć, jak się ma 18 lat to się myśli, że wszyscy mają siłę przyspieszać.

Jak już babcia poszła a gość ochłonął, spytał się mnie dlaczego nie hamowałem. Mogłem mu tłumaczyć, że hamowanie oznacza, że będę musiał wbić to chujowe sprzęgło w podłogę, wrzucić ponownie jedynkę, puszczać to chujowe sprzęgło, jednocześnie próbując dodać płynnie gazu. A wszystko to w samochodzie, w którym moja podeszwa przykrywa jednocześnie hamulec i gaz, i nie ma kurwa fizycznej możliwości, żebym tym białym gównem o chujowym sprzęgle, ruszył płynnie.

Zamiast tego odparowałem ‚myślałem, że zdąży’. Przestał drążyć temat, zaczął patrzeć na mnie jak na skończonego pojeba, i chyba zaczął się mnie wtedy naprawdę bać.

Fot. motoprl.cba.pl
To czarne gówno po lewej to koło jest, konkretnie jego osłona. Te kilka centymetrów po prawej to przestrzeń na wasze obie nogi. I co, dalej sądzicie, że nie wciskałem jedną nogą jednocześnie dwóch pedałów? Fot. motoprl.cba.pl

Drugi raz prawie trafiłem dziadka o kulach, szedł sobie wzdłuż targu i postanowił przejść na drugą stronę ulicy. Trochę na nielegalu, no ale to nie powód, żeby go zabijać. No i identyczna sytuacja, i identyczna motywacja, że po hamowaniu będę musiał wbić to chujowe sprzęgło w podłogę, wrzucić ponownie jedynkę, puszczać to chujowe sprzęgło, jednocześnie próbując dodać płynnie gazu. A wszystko to w samochodzie, w którym moja podeszwa przykrywa jednocześnie hamulec i gaz, i nie ma kurwa fizycznej możliwości, żebym tym białym gównem o chujowym sprzęgle, ruszył płynnie.

I znowu instruktor musiał hamować, dziadek macha kulami, instruktor krzyczy, koledzy z tylnego siedzenia krzyczą, bo tym razem z kimś na zmianę jeździłem, ja nawet tym razem próbuję im tłumaczyć, że nie lubię hamować, bo będę musiał wbić to chujowe sprzęgło w podłogę, wrzucić ponownie jedynkę, puszczać to chujowe sprzęgło, jednocześnie próbując dodać płynnie gazu. A wszystko to w samochodzie, w którym moja podeszwa przykrywa jednocześnie hamulec i gaz, i nie ma kurwa fizycznej możliwości, żebym tym białym gównem o chujowym sprzęgle, ruszył płynnie.

Rozmyślam się jednak od tych krzyków, zamiast tego stwierdzam ponownie ‚myślałem, że zdąży’ i reszta tej niepełnej godziny mija nam w milczeniu. Myślę, że instruktor się cieszył, że zbliża się koniec naszej wspólnej przygody za kierownicą, i że już niedługo przestaniemy być jak Butch Cassidy i Sundance Kid, Sherlock i Watson, Bonnie i Clyde. Skończy się nasza osiemnastogodzinna odyseja, i wszyscy wrócimy do swych domów, miejmy nadzieję, cali i zdrowi.

Mój egzamin to oddzielny rozdział świadczący o upadku rozumu i godności człowieka. Rozumiecie, osiemnaście godzin przejeździłem w jednym Maluchu. Znałem wszystkie jego usterki, wiedziałem jak chodzą pedały, biegi, że kierownica się trochę blokuje. I że jak zahamuję, to będę musiał wbić to chujowe sprzęgło w podłogę, wrzucić ponownie jedynkę, puszczać to chujowe sprzęgło, jednocześnie próbując dodać płynnie gazu. A wszystko to w samochodzie, w którym moja podeszwa przykrywa jednocześnie hamulec i gaz, i nie ma kurwa fizycznej możliwości, żebym tym białym gównem o chujowym sprzęgle, ruszył płynnie.

No wszystko wiedziałem. A na egzaminie z jazdy, te chuje wsadziły mnie w zupełnie innego Malucha, o którym nie wiedziałem nic. Oprócz tego, że na stopro jest tak samo chujowy jak mój. Albo bardziej. Okazało się, że oczywiście jest bardziej chujowy.

fot. rezerwa126p.pl
A to była wersja nazwana dla beki luksusową. W każdym Maluchu czułem się tak, jakbym miał na grzbiecie trochę większy plecak. Jak się domyślacie zapewne, nie jest to wersja z mojego egzaminu. Fot. rezerwa126p.pl

Wyjeżdżam spod ośrodka, skręcam w lewo, wrzucam dwójkę, rozpędzam się, trójka…

Chuj, nie wchodzi.

Mielę drążkiem jak moździerzem, lewo, prawo, sprzęgło do podłogi, nic z tego. Trójka oddaliła się z miejsca egzaminu i nie wchodzi. No to wlokę się 35 km/h jak pojebany, proszę skręcić w lewo, teraz w prawo, a ja cały czas piłuję na dwójce.

Egzaminatorem był dobry ziomek Ojca Mieczysława, i chyba się zorientował, że to jakaś parodia a nie jazda, bo postanowił się nade mną zlitować. ‚Radek, skręć w prawo, zahamuj, cofnij w uliczkę’. Zatrzymuję się, usadzam fachowo, prawy łokieć na oparcie, lekko skręcony w biodrach patrzę w tylną szybę, wrzucam wsteczny, jeb, lampka tylna spalona, widzę nic. No dobra, widzę błyszczące oczy dwóch ziomków, którzy siedzą na tylnym siedzeniu i czekają na swoją kolej. Myślę, dobra, albo w coś trafię i uwalę, albo nie trafię i zdam. Wszyscy jak jeden mąż obracają się w tył, bo nikt nie chce zginąć przywalony drzewem, w które zawsze mogę trafić, każdy się gapi, próbując wzrokiem przebić mrok, cofam, głupieję coś z kierownicą, kręcę jak pojeb, gdy nagle czuje dłoń instruktora na moim kola…

Wróć, nagle czuję na kierownicy dłoń instruktora, który wykręca fachowo, hamuję, typ mi dziękuje i gratuluje zdanego egzamiu. No kurwa, jak fajnie, całe dwie minuty zdawałem, rodzina będzie ze mnie dumna, że szybki taki jestem.

Takie były to czasy, że robili te kursy całym rocznikom. No i mielili nas tam jak na taśmie produkcyjnej, hurt a nie detal. Gdybyśmy wszyscy mieli zdawać tak, jak młodzi dzisiaj, czyli po 45 minut, to by ośrodek nie wyrobił ani czasowo, ani kosztowo, bo paliwo tanie nie było, a my za ten kurs płaciliśmy jednak grosze. No i jak się po egzaminie wymienialiśmy spostrzeżeniami, to okazywało się, że 5 minut to był maks, a nie zdała aż jedna osoba na samochód i bodaj AŻ DWIE na motocykl. Rzeź istna. No tak było.

Zdałem i po jakichś trzech miesiącach czy ilu, odebrałem prawo jazdy. Mogłem jeździć. Chociaż oczywiście nie powinienem.

A właśnie, przypomniała mi się zabawna historia. Po pierwszej wyjeżdżonej godzinie, Ojciec Mieczysław postanowił dać mi się przejechać swoją dumą, Fiatem 125p, tak zwanym Fiatem Dużym koloru niebieskiego, bardziej nawet błękitnego. Chciał zapewne sprawdzić jakie poczyniłem postępy w sztuce jeżdżenia, która jest najtrudniejszą ze sztuk, co w kontekście moich zmagać z chujowym Maluchem zdało mi się pomysłem wielce spoko.

Wsiadłem, grzecznie wyjechałem spod Malinki (sklep taki spożywczy pod moim blokiem), skręciłem w prawo, żeby nie stresować się od razu skrętem w lewo, wcisnąłem sprzęgło, wrzuciłem dwójkę, dodałem gazu i szeroka podeszwa buta zaklinowała się mi pod pedałem hamulca.

Jednocześnie przyciskając pedał gazu, no bo przecież kurwa bieg zmieniałem.

Na dystansie 100 metrów rozpędziłem się do 90 km/h, cudem nikogo nie potrąciłem, cudem w nic się nie wpierdoliłem, cudem ze stresu nie oślepłem, tak mi ciśnienie pieprznęło w kosmos. Z przedniego siedzenia słyszę jakieś krzyki Ojca Mieczysława. Z tyłu bulgocze coś przerażony Brat. Ja nie wiem o co im chodzi, bo koncentruję się na walce o życie i próbach wyszarpnięcia tej pieprzonej podeszwy spod pedału gazu, ludzie stojący wzdłuż ulicy patrzą się i zastanawiają, jakież to eksperymenta odpierdala klan Teklaków. A ja, cały na biało, nakurwiam już setką po wąskiej ulicy, prawie że osiedlowej.

Jak mi się udało w końcu zatrzymać, to Brat uciekł a Ojciec Mieczysław zaproponował powrót pod Malinkę, bo to nie ma sensu tak się stresować. Nie pamiętam jak się to wszystko skończyło, i czy faktycznie wróciliśmy pod Malinkę, bo byłem w takim szoku, że pamiętam tylko setkę na liczniku i te krzyki, które mnie czasem budzą w nocy, bo to są straszne krzyki przerażonych ludzi, które zbudziłyby nawet Stalina i Berię. Stwierdziłem, że musze popracować nad techniką. No i zmieniłem buty na chińskie trampki.

Nie wierzcie, gdy wam mówią, że chińskie trampki były wporzo. To były jedne z najchujowszych butów, jakie nosiłem. I nosiło całe moje pokolenie. Podeszwa przecierała się w dwa tygodnie, cholewka odrywała od pięty po miesiącu, a od pierwszego dnia jebały tak, jakby nosiła je na zmianę cała drużyna koszykarzy. Jak ja w tym gównie biegałem i nie połamałem sobie kolan, to nikt nie wie. Ale w całym tym swoim gówniactwie, były i tak lepsze od tych butów, w których się tego dnia przejechałem Dużym Fiatem Ojca Mieczysława.

Od zrobienia prawa jazdy przejechałem samochodem może 500 kilometrów wszystkiego, a to raczej optymistyczna wersja, która uwzględnia jeden kurs Warszawa-Lublin, i jeden Warszawa-Łódź. Dlatego gdy wsiadłem za kierownicę Tojki, nie czułem się komfortowo. Po pierwsze techniki brak, po drugie znam technikę innych użytkowników drogi, nie ufam im jak psom, przez co sam jeżdżę ostrożnie, zwalniam przed skrzyżowaniami bez świateł. Taki niedzielny kierowca, ale bez czapki z bobra na głowie.

(Tojka to samochód Marysi, najlepszej z moich narzeczonych. I ja, zapamiętały rowerzysta, z tej miłości zacząłem jeździć samochodem. Ja. Samochodem. To jak żenić dziki ogień z flotą Stannisa. Z miłości. Jak nastolatek.)

Ale ja nawet nie o tym.

Jak być może wiecie, co roku nakręcam setki jak nie tysiące kilometrów na koła roweru. Jeżdżę nim wszędzie kiedy tylko mogę, bo daje mi więcej swobody niż komunikacja miejska, w korkach nie stoję, pod drzwi dojadę. I mam takie spostrzeżenie, a nawet postulat, bo w wyniku przejechania kilku kilometrów samochodem, w ciągu ostatnich kilku miesięcy zauważyłem taką rzecz, że mianowicie nie widzę rowerzystów. Nie, nie dlatego, że ich na drodze nie ma, bo jest ich cały czas wcale sporo. Po prostu są sytuacje, gdy rowerzysty nie jestem w stanie dostrzec, i chcę odszczekać to wszystko, co napisałem o kierowcach.

Mówię tu o dwóch sytuacjach.

Po pierwsze omijanie samochodu prawą stroną. Od dzisiaj będę to robił z jeszcze większą czujnością (jako rowerzysta) i bez hejtu na gości, którzy mnie blokują. Sam albowiem często nie pamiętam o tym, że jak jestem przy prawym krawężniku, powinienem patrzeć zarówno w lusterko lewe, jak i prawe.

Po drugie skręt w ulicę, którą przecina DDR. Możesz się ustawić prawie prostopadle do dróżki, możesz sobie łeb ukręcić ogladając się w obie strony, czy nikt się na rowerze nie zbliża, a i tak dwukrotnie prawie zebrałem na maskę ziomeczków, którzy wychynęli znienacka i znikąd. Nie byłem zmęczony, miałem okulary, była dobra widoczność, a i tak zauważyłem ich w ostatnim momencie, bo wyjechali mi zza pieszych (którzy się skłębili na DDR-ze), i gdyby nie to, że Tojka rusza mało dynamicznie, byłby zderzak. Nie wspomnę o miejscach, w których kierowca i rowerzysta jadą równolegle do siebie, zbliżają się do skrzyżowania, i ten drugi jest osłonięty od ulicy szpalerem krzaków, które kończą się tuż przed przejazdem. Tam kierowiec nie ma szans zobaczyć rowerzysty aż do ostatniego momentu, i żaden sokoli wzrok mu nie pomoże.

Dlatego ja dalej będę robił to, co robiłem do tej pory, czyli na przejazdy będę wjeżdżał rowerem powoli, ale tym razem będę miał więcej zrozumienia dla kierowców. I taki mam też postulat, że każdy rowerzysta, w miarę możliwości, powinien rocznie przejechać kilkaset kilometrów po mieście za kierownicą samochodu. I odwrotnie, kierowcy na rowery. Tylko wtedy zaczniemy się nawzajem szanować.

A potem się obudziłem a garbaty anioł zniknął. Dziękuję za uwagę.