187

Sroczka kaszkę warzyła.
 
A przy okazji strasznie skrzeczała. Wiecie, jak sroki skrzeczą? Ci co wiedzą, to pozdro dla kumatych, a ci co nie wiedzą, to nie pozdro, tylko wam zazdroszczę ciszy i spokoju, bo te ptaki są bezczelne, nachalne, i hałaśliwe. Do tego kradną golda i lootbagi. Ogólnie całkiem duże, inteligentne, szydercze trolle.
 
Ja to się już przyzwyczaiłem, ale dzielnego kota Milusia, na widok srok, regularnie diabli brali. Jak je słyszał, to się jeżył lekko, i zaczynał cicho gaworzyć. Wiecie, jak to kot z ptakiem. Takie ni to mruczenie, ni to ćwierkanie, ci co wiedzą, to pozdro dla kumatych, a ci co nie wiedzą, to nie pozdro, tylko współczucie, bo kot gadający do ptaka, to widok doskonały, i weźcie kiedyś tego spróbujcie, bo to śmieszne i kojące. A jak nie gaworzył, to patrzył na nie z nienawiścią.
I była wśród srok jedna Sroka, która wkurwiała Milusia najbardziej na świecie, bo z niego szydziła, zazwyczaj ze szczytu drzewa.
 
Trwała ta zimna wojna między Milusiem a Sroką, która kaszkę warzyła, i w chuja leciała. Ta Sroka była dla Milusia niczym Lex Luthor dla Supermana, niczym Joker dla Batmana, jak Babinicz dla Kmicicia, i Tusk dla Kaczyńskiego.
 
Do tego Sroka, jako ptak dość inteligentny, uprawiała trolling. Potrafiła na przykład przylecieć do nas na okno od strony kuchni, usiąść na kracie wysoko, i napierdalać się z kotów na cały głos. A one na dole w amoku (Miluś), albo w życzliwym stresie (Seba).
 
I trwała ta próba nerwów od jakiegoś czasu, aż dzisiaj trafiła Sroka na kamień.
 
-Ty, on coś naprawdę dużego poniósł w pysku.
 
Właśnie się obudziłem, i tak trochę bez kontaktu z życiem, ale jak M. mówi, że poniósł, to pewnie coś poniósł. Odkąd się wprowadziłem, Miluś nie składa już darów na poduszce, tylko niesie je do kuchni, tam zamęcza na śmierć, i się chwali zdobyczą, a my go chwalimy za dużą dzielność. Co do darów, to czasem jest to parówka, czasem na wpół wylizana saszetka z mokrym jedzeniem, najczęściej niestety jest to jednak mysz, albo mały ptaszek. Do dziś.
 
Bo dziś Miluś poszedł na rekord, i przyniósł do kuchni ogłuszoną Srokę. Z tego, co zobaczyłem, i się domyśliłem, to najpierw ją chyba chciał dobić przy miseczkach z ryżem, ale potem albo się rozmyślił, albo ptak się ocknął, i zaczął podfruwać.
Dopadł ją przy oknie, upadła mu na parapet, za kolumienkę głośnikową, odzyskała 10% życia, 5% many, i zaczęła się jazda na dwa baty. Bo ze strony Sroki, była to paniczna ucieczka przez szybę, a ze strony Milusia srogi bój z ptakiem wielkości połowy kota. My krzyczymy, żeby ją zostawił, przesuwamy rzeczy, żeby otworzyć okno, a Miluś bez umiaru lutuję Srokę łapą w dziób bolesny, i nie wygląda, jakby miał zamiar przestać. No bo nie co dzień trafia się taka zdobycz, czy moglibyście Ludzie się ode mnie odwalić, i dać ją zabić?
 
Nie daliśmy, otworzyłem okno, i Sroka sobie poleciała.
 
Miluś obdarzył nas spojrzeniem, które nie pozostawiło złudzeń: gdybym był dwa razy większy, nie dożylibyście śniadania.
 
Godzinę później, Sroka zaczęła przez lekko zmiażdżone gardło, nieśmiało szydzić.
 
Dwie godziny później, Miluś wrócił na kwadrat z piórem w pysku.
 
Od tamtej pory Sroka milczy.
 
Nie wiem, co o tym sądzić.

Ash nazg durbatulûk

Mówią, że z wiekiem człowiek staje się coraz mądrzejszy. Ja pod to konto, tego niby mądrzenia, zapuściłem nawet brodę.

Oraz postanowiłem się oświadczyć.

O moich motywacjach innym razem, dzisiaj  opowiem wam, jak prostą, łatwą, i przyjemną rzeczą jest cały ten proces dla kogoś, kto ma do wszystkiego w życiu podejście analityczne, delikatnie brzydzi się przemocą, improwizacją, i spontanicznością, oraz gdy nie ma wszystkiego zaplanowanego, męczy się jak Hiob na stercie gnoju.

Do załatwienia były dwie rzeczy: pierścień (Jedyny rzecz jasna), oraz dobry termin. Rozważania o terminie odłożyłem na inny termin, i rozpocząłem finezyjne prace zwiadowcze na temat biżuterii.

– E, laska. Mogłabyś powiedzieć jakie pierścionki ci się podobają?

Uznałem, że nie ma sensu bawić się w podchody, bo kupię jakiś ładny krążek z kamieniem szlachetnym, nie spodoba się, i będzie przypał. A tu trzeba maksymalizować swoje szanse na pozytywną odpowiedź, a nie strzelać po stopach, i przynosić na kwadrat jakiś złom nieładny.

– No wiesz kochanie. Podba mi się taki styl, i taki styl, i jeszcze… Może zrobię plik na guglu, i będę wrzucała linki.

– Mam pomysł. Zróbmy z tego plik na guglu, wrzucaj linki, ja sobie popatrzę.

– Dobrze. Ale najbardziej na świecie podoba mi się biżuteria wychodząca spod młota Jakuba Żeligowskiego. Bo wiesz, kiedyś zaszłam do jakiejś galerii, w której były różne rzeczy, i zobaczyłam kolczyki z jego kowadła, i chociaż nie miałam przebitych uszu, to tak mi się spodobały i tyle razy tam wracałam, że prawie dali mi pół etatu w tej galerii. Te kolczyki były bardzo drogie, nie było mnie na nie stać, no i jak mówiłam, nie miałam przebitych uszu. Wiec zaciągnęłam kredyt hipoteczny, przebiłam uszy, i je sobie kupiłam. Tak mi się podoba jego biżuteria. O, popatrz jakie ładne.

– No.

Pierwszy punkt odhaczony – znaleźć Jakuba Żeligowskiego, i grzecznie poprosić go o wykonanie pierścienia.

Niczym Sherlock Holmes drążyłem temat dalej.

– Ej, ale jaki materiał? Złoto, platyna, białe złoto, stal szlachetna?

– Złoto. Białe złoto też ładne.

– No.

Podczas wizyty w galerii Jacka Byczewskiego okazało się, że stal szlachetna też jest spoko. Z tego miejsca chciałem podziękować miłej pani z punktu w Złotych Tarasach, która wyjęła absolutnie wszystkie pierścionki z gablotki. Przepraszam, że niczego nie kupiłem, bo chociaż były śliczne, takie w stylu Gry o Tron, pan Jakub wtedy kuł już Jedyny swoim młotem kowalskim. No a ja stałem przy ladzie, i skwierczałem na wolnym ogniu, bo tu się zmieniają koncepcje, a tam, na Podkarpaciu praca wre tak, że aż się pali w rękach.

Bo wiecie, jakieś dwa tygodnie wcześniej wysłałem artyście metaloplastykowi złoto rodowe, przywiezione 40 lat temu z ZSRR, które przez te wszystkie lata czekało na mnie w charakterze tak zwanego wiana. Tak, moi Rodzice nie tracili nadziei, że przyjdę kiedyś do rozumu, postanowię się ustatkować, znajdę spokojną (hahaha) przystań, po czym się oświadczę. Gdy Matka Czesława usłyszała w telefonie mój głos mówiący ‘Mamo, przygotuj te obrączki’, wzruszyła się do łez. Też bym się wzruszył, gdybym się dowiedział, że syn w końcu podjął Kroki. Biżuterię przejąłem podczas jednej z wizyt w domu. Dobre, nieoszukane radzieckie złoto w końcu znalazło swoje przeznaczenie.

– A kamień to byś wolała brylant, czy jakiś kolorowy?

– No może być jakiś niebieski, na przykład tanzanit.

– (WTF?) O, a jak on wygląda? Aha, ładny, taki niebieski.

– No i jeszcze akwamaryn. A najbardziej na świecie to podoba mi się topaz niebieski.

– No.

kamienie
Tanzanit i inne szkiełka. Najbardziej podoba mi się Cytryn. Z Gumiakiem.

Moja korespondencja z panem Jakubem puchła od tekstu, i rozrastała się o wysyłane załączniki z fotkami pierścionków, kamieni, i odcieni niebieskiego. Ustalenia były coraz bardziej szczegółowe. Aż w końcu stwierdziłem, że chuj, nie będę się mądrzył, i wtrącał artyście w proces, i w kolejnej rozmowie telefonicznej powiedziałem: Panie Jakubie, ja się nie będę mądrzył, i wtrącał się panu w proces, bo to pan się na tym zna, i ja płacę za pana kreatywność, a nie za możliwość kierowania pana dłońmi. Niech pan zrobi tak, żeby kamień nie był przegięty, ale i nie zniknął w tym złocie, tylko się frywolnie mienił. Za kilka dni dam znać jaki jest rozmiar palca, i jedziemy.

Rozmiar palca zdjęliśmy u wspomnianego Byczewskiego. U którego na pewno kiedyś coś kupię, bo robi charakterne rzeczy.

Pojechaliśmy.

Po dwóch tygodniach robota była skończona. Pan Jakub zadzwonił do mnie, powiedział, że pierścień jest gotowy, i spytał się kiedy może wrzucić jego fotkę do albumu ‘Drugie życie złota’. Powiedziałem, że jak bez personaliów, to choćby zaraz. Wróciłem na kwadrat, zobaczyłem zdjęcie w mailu, i aż jęknąłem z zachwytu. Pierścionek wbity w pniak prezentował się tak, że chciałem się oświadczyć sam sobie, i żeby maj preszysss był tylko mój.

fot. J. Żeligowski
fot. J. Żeligowski

Jak mówię. Maj preszysss…

fot. J. Żeligowski
fot. J. Żeligowski

Kilka dni później odebrałem paczkę, i okazało się, że na żywo biżut prezentuje się jeszcze lepiej. Wrzuciłem do portfela, i zacząłem planować okazję.

Okazja nadarzyła się zupełnym przypadkiem tydzień temu. I dobrze, bo zaplanowałbym się na śmierć. A było to tak.

W piątek zadzwoniła do mnie M. i powiedziała, że trochę mi rozwala plan dnia, bo przyjeżdża jej siostra z Francji. A skoro będzie siostra, ściąga też dwóch braci. Trzy godziny później okazało się, że udało się przekonać Rodziców, i właśnie prują z Suwalszczyzny.

O kurwa, to musi się odbyć dzisiaj. Z wrażenia (i z delikatnego udaru, bo to był gorący dzień, a ja przekotłowałem na rowerze ze 30 km w słońcu) straciłem przytomność. A gdy się ocknąłem, okazało się, że…

O kurwa, to dziś.

Z wrażenia (i z delikatnego udaru) zapomniałem zajść do jubilera po jakieś ładne pudełeczko. Z zamroczenia (i z delikatnego udaru) zapomniałem podjechać do kwiaciarni po kwiaty. I w ogóle z tego wszystkiego (i, rzecz jasna, z delikatnego udaru) zapomniałem wielu rzeczy, oprócz jednej.

O kurwa, to dziś.

Gdy dojechałem z Pragi na Mokotów, z podjazdem do Arkadii po prezent urodzinowy…

A, bo zapomniałem wam powiedzieć, że tego dnia mieliśmy jeszcze urodziny koleżanki.

Gdy dojechałem z Pragi na Mokotów, z podjazdem do Arkadii po prezent, zrzuciłem mandżur, i pomknąłem po zakupy spożywcze dla 11 osób. Na kwadrat wróciłem na ostatnich nogach, wypluty, i z jeszcze większym porażeniem słonecznym.

Na urodzinach byliśmy godzinę, za co przepraszam. Paulina, nadrobimy.

Na chacie była już pełna chata, wszyscy siedzą, piją, lulki palą, gwar radosny, pies się plącze między nogami, koty wybrały dumne wygnanie, a ja cały czas rozkminiam kiedy i jak mam to zrobić, co powiedzieć, i w ogóle czy prosić Rodziców o pozwolenie, a potem o rękę, czy jakoś inaczej. Może klęknąć? Czy raczej nowocześnie, na stojąco? A jak zapomnę języka w gębie? Co robić? Odynie, co robić?

Przeładowany danymi, konwenansem, i wrażeniami, postanowiłem w panice zrobić rzecz u mnie niespotykaną.

Postanowiłem mianowicie iść na żywioł. I improwizować. Nawet brzmieniem tego słowa się nieco brzydzę, a co dopiero mówić o działaniu. Ale zdałem sobie sprawę z tego, że jeżeli nie puszczę tego na fristajlo, spalę się w progach, i gówno będzie a nie oświadczyny.

Bogowie głupców, analityków, i ludzi wątpiących byli jednak tego dnia po mojej stronie.

Otóż w pewnym momencie M. postanowiła coś ogłosić. Rodzina się uciszyła, i M. wydała komunikat, że jest szczęśliwa, bo właśnie zmieniła pracę, od września zaczyna robić na kieliszek chleba w szkole, i w ogóle jest tak zajebiście, że ja pierdolę, kurwa, i chuj.

TERAZ. TERAZ STARY JEST TWÓJ MOMENT. OTWIERAJ USTA I NIECHAJ PŁYNIE CZYSTE ZŁOTO.

Zeznania się będą pewnie różnić, bo niewiele pamiętam z tego wszystkiego, ale wyglądało to chyba jakoś tak:

– Eee… nooo… bo… ja też chciałem coś ogłosić, chyba tak jakby. Yyy… mam pytanie (ręka do kieszeni, gdzie w pudełeczku po tych rosyjskich obrączkach leżał pierścień). Czy chciałabyś spędzić ze mną resztę życia?

Następnie zemdlałem na stojąco.

Wszystkie przygotowane przemówienia, wszystkie te ładne słowa, i wypieszczone frazy przeminęły. Jak łzy w deszczu. Włożyłem pierścień na palec, i tak jakby jestem zaręczony.

Do tej pory nie wyszedłem z szoku.

Z tego miejsca chciałem podziękować najmądrzejszej kobiecie pod słońcem. Przed wyjściem na imprezę urodzinową, zadzwoniłem do Matki Czesławy. Zawarłem z nią bowiem dawno temu umowę, że będzie pierwszą osobą, która dowie się o tym, że się zaręczam. Słowa dotrzymałem. Porozmawialiśmy chwilę, dostałem błogosławieństwo, i dwie dobre rady, z których skorzystałem.

Mamo, jesteś najlepsza. Kocham Cię.

I tak oto w ciągu 16 miesięcy moje życie wykonało zwrot o 180 stopni. A nawet o 360. Uszanowanie.

Samojebka
Samojebka

Je suis Hodor

Dużo spojlerów dotyczących serialu Gra o Tron. W zasadzie same spojlery.
 
Wczorajszy odcinek GoTa doprowadził nas do konstatacji, że Starkowie to Polacy, i czego się nie tkną, to spierdolą. Owszem, starają się, jak mogą, walczą z przeciwnościami losu, napinają się ze wszystkich sił, jak trzeba, wygrają z liczniejszym wrogiem, ale efektem, i tak, jest wielka, parująca kupa łajna, gdyż nie myślą perspektywicznie, i działają impulsywnie. 
 
Eddard, który chciał dobrze, a dał się wydymać, zupełnie jak dziecko. I przez tą swoją szlachetność, wysłał pośmiertnie rodzinę na okrutną poniewierkę. A, no przecież jeszcze się przed śmiercią skompromitował, i żeby ratować dupę, nasrał na swoje ideały. Co mu nie pomogło, i trochę cieszyłem się, że go ścięli.
 
Robb, któremu się wydawało, że jak sobie poleci w chuja z Freyem, to tamten powie spoko ziomek, to że mnie ośmieszyłeś nic nie znaczy, i o niczym nie świadczy, wszystko się jakoś ułoży. Jak się ułożyło, widzieliśmy na Krwawym Weselu. Robb zaprzepaścił szanse na walkę o tron, przyczynił się do śmierci matki, żony, i nienarodzonego dziecka. Ma szczęście, że go zabili, bo sam bym mu pieprznął w oko. Tylko wilkora szkoda, to w końcu gatunek rzadki, a więc pewnie chroniony. 
 
Sansa, która jeszcze do przedwczoraj nie ogarniała, jak była rozgrywana na każdym kroku, przez wszystkich, łącznie z chłopcami stajennymi, którzy wiedzieli lepiej. Teraz próbują ją trochę utwardzać, ale mam cichą nadzieję, że zanim narobi gnoju w Winterfell, trafi ją w oko jakaś zabłąkana strzała.
 
Jon, który dał się zasztyletować Olliemu. Olliego nienawidzi cały internet, jeszcze do niedawna nienawidziłem i ja. Ale teraz spadły mi łuski z oczu, i zobaczyłem, że jako jeden z nielicznych się zorientował, że Starków, dla dobra Westeros, należy wydusić niczym pluskwy nie dlatego, że są poważnymi pretendentami do gry o tron, tylko dlatego że są ludzką katastrofą, i nie powinni rządzić nawet oborą, nie mówiąc o całej Północy. Która oczywiście pamięta, ale mam nadzieję, że pamięta wszystko, i kopnie Starków w dupę, uprzednio wyśmiawszy. Liczę na to, że Bolton zrobi porządek z wichrzycielami.
 
Rickon, który pałętał się gdzieś po okolicy, i dał się pojmać wrogom. Liczę na to, że Bolton obedrze go ze skóry kawałek po kawałku.
 
Bran, który był nawet spoko, szlajał się po zimnie, dotykał Drzewa, i wszyscy mieli go w dupie. Niestety, postanowił pogadać z szefem Innych, dał się obrandować (hahaha, jaka zabawna gra słowna, kurwa mać), i jak zombie zaczęli im robić z dupy jesień średniowiecza, najpierw zabił swojego wilkora, a potem zrobił Hodorowi to, co zrobił, łamiąc nam wszystkim serce. Dzisiaj wszyscy jesteśmy Hodorami. 
Z normalnego, zdrowego chłopaka, zrobił głupka tylko dlatego, że musiał sobie, kurwa, dotknąć korzenia, a potem ktoś mu musiał potrzymać drzwi. Na dodatek pojebał linie czasowe, i zwargował Hodora nie tam, gdzie zamierzał, because fuck off. Ciekawe co Bran jeszcze spierdolił w przeszłości, i jakie obecne wydarzenia są tego efektem.
Co za mała, żałosna menda. Mam nadzieję, że zamarznie w pizdu w tym śniegu. A wcześniej niech się udławi chujem.
Dla wszystkich natomiast ostrzeżenie – każdego, kto pomaga Starkom spotyka drobna nieprzyjemność. Śmierć mianowicie. Są jak zaraza.
Jedyna pociecha jest taka, że kto umiera za Murem, nie umiera naprawdę. Liczę więc po cichu, że Hodor dostanie swoją szansę na pomstę. Oby krwawą. Tak krwawą, jak dzisiaj krwawi moje serce. Do tej pory wydawało mi się, że będę w stanie przejąć się wyłącznie ewentualną śmiercią Aryi. Okazało się, że jednak nie tylko. Jestem zdruzgotany.
 
Tylko Arya wie co robi, że chce się odciąć od tej spierdoliny, zwanej rodziną Starków. Mam nadzieję, że jej szkolenie nabierze tempa, Dziewczynka bardzo szybko zapomni, skąd jej ród, i zostanie prawdziwym Człowiekiem Bez Twarzy. Oraz, że już w następnym odcinku, będzie sobie mogła zabić p.o. Cersei.
 
Zdychajcie Starkowie. Niech nie zostanie po was kamień na kamieniu, i kość na kości, a resztki po was niech rozwieje wiatr, i przysypie śnieg. Uwolnijcie Północ od swojej obecności, będzie jej bez was lepiej. 
I jeszcze errata, bo w sumie Theon Greyjoy, to też bardziej Stark niż Greyjoy. I też czego się nie tknął, to spierdolił, że przypomnę tylko jego wizytę po latach w domu rodzinnym, jak chciał wsiadać na okręty, i dowodzić wyprawą łupieżczą, po czym został sprowadzony przez pana ojca, do roli małej dziwki bez szkoły. Epizod z rządzeniem Winterfell, pominę milczeniem, bo to była żałość do entej. Jedyne czego nie spierdolił, to sfingowanie egzekucji Brana i Rickona.
Potem długi epizod z Boltonem, który skorzystał z wyrytych przez pana ojca ścieżek neuronalnych, i uczynił z Theona dziwkę do potęgi entej. Ksywa Fetor śmieszyła mnie przez wszystkie tomy książki, i cały serial. Biedak nie był nawet w stanie drgnąć, gdy Bolton gwałcił mu siostrę. A jak już się zdecydował pomóc Sansie, to ruszyli do ucieczki bez planu, bez żywności, bez koni, bez broni, bez ciepłych ubrań, bez niczego, i bez sensu.
Miał rację, gdy zrejterował, stwierdzając że dupa z niego, a nie pomocnik. Tylko kierunek chujowy wybrał, bo powinien pojechać do Bravos, gdzie mógłby spróbować zostać ninją. Zamiast tego wrócił do domu, żeby pomóc siostrze zostać królową Żelaznych Ludzi. Z jakim skutkiem, widzieliśmy w ostatnim odcinku, dość powiedzieć, że uciekali dość szybko.
Mam nadzieję, że wujek Euron dojedzie go tak, że Theon zatęskni za starym, dobrym Ramsayem.
No, i teraz to naprawdę byłoby na tyle.
%d blogerów lubi to: