Lśnienie – Stephen King – audiobook

Dawno temu zacząłem pisać tekst na bloga. Miała to być opowieść o tym, jak zakochałem się w słuchowiskach radiowych.

Nigdy go nie dokończyłem.

Komunistyczne słuchowiska

Bo musicie wiedzieć, że PRL słuchowiskami stał. Produkowaliśmy ich dużo, w dobrej jakości, ze znakomitymi aktorami w rolach głównych. A potem publiczne radio je emitowało zupełnie za darmo. Moimi dwoma podstawowymi źródłami pozysku była Powtórka z Rozrywki i Teatrzyk Zielone Oko. W Powtórce leciały słuchowiska zabawne, rozrywkowe nawet, w Teatrzyku kryminały, thrillery i chyba nawet jakieś horrory. Pory emisji przyjazne, bo Powtórka o 13:10 a Teatrzyk po Liście Przebojów Programu Trzeciego. Wtedy byłem młody, na imprezy nie chodziłem, więc sobota o 22:00 to była pora, gdy siedziałem w domu przed radioodbiornikiem i chłonąłem kolejne odcinki. Była to doskonała rozrywka dla młodego czytelnika i świetne ćwiczenie wyobraźni.

Dlatego z dużą radością powitałem kolejne słuchowisko na mojej komórce. Zwłaszcza, że Ojciec Chrzestny, o którym pisałem w poprzednim odcinku, podostrzył mój apetyt. Wyskoczyłem zatem z kolejnego punktu na Audiotece i ściągnąłem sobie Lśnienie.

Nie ukrywam, że podobnie jak w przypadku Cujo miałem poważne obawy czy książka się nie zestarzała do stanu, który uniemożliwi mi jej odsłuchanie. Bezpodstawne. To jest w dalszym ciągu przerażająca historia alkoholika, któremu odpierdala od wymuszonej samotności. I tutaj może skorzystam z okazji, i stanę trochę w obronie Kinga.

King vs Kubrick

Jak wiedzą wszyscy fani, King nienawidzi adaptacji Kubricka. Nienawidzi jej do tego stopnia, że wyprodukował własny mini-serial, w którym opowiedział tę historię tak, jak uważał, że powinna zostać opowiedziana. Popełnił oczywiście jeden błąd, obsadzając w roli głównej Stevena Webera.

Wóda… nuda ryje banie (fot. ©Warner Bros.)

Gość częściowo rolę dźwignął, ale w mojej pamięci był cały czas typem z serialu Wings, i nie byłem w stanie traktować go do końca poważnie w roli staczającego się w otchłań obłędu Jacka. Przynajmniej na początku, bo potem zaczął się rozkręcać, ale bardziej jako spoko ojciec, a trochę mniej jako szaleniec. Poza tym nie mam do serialu uwag. Było strasznie, było klimatycznie, Wendy mnie nie wkurwiała swoją nadekspresją, Danny był spoko, Weber nie próbował być drugim Nicholsonem, bo zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma sensu mierzyć się z kanoniczną rolą.

Faństwo i krytyka serial zjechali, no bo oczywiście pffft, też mi coś, poprawiać Kubricka. Nie poprawiać, tylko opowiedzieć zupełnie inną historię, to raz. Tak jak ją sobie zaplanował pierwotnie King, to dwa. Poza tym, co to kurwa jest za brąz? Oczywiście, że można poprawiać Kubricka. Każdego można. Ja na przykład wyciąłbym z wersji Kubricka 20 minut przynudzania, to tak na początek.

Lubię obie wersje, bo powtórzę – to dwie zupełnie inne historie. I każdą z nich oglądam ze zupełnie innymi oczekiwaniami i nastawieniem. Bo Kubrick zrobił świetny film a King z Garrisem zrobili niezła adaptację. To tyle wtrętu.

Redrum, redrum

Ściągnąłem gigabajty z Audioteki i zacząłem słuchać. Ło panie, co to za popieprzona jazda na kuli, to ja nawet nie wiem. Przede wszystkim role są świetnie obsadzone. Pan Krzysztof Gosztyła jako narrator robi oczywiście genialną robotę, ale muszę wam się do czegoś przyznać, i nigdy nie sądziłem, że to powiem. Otóż Woronowicz jako Jack Torrance robi robotę jeszcze genialniejszą. Kurde, co za gość. Kilka dni temu byłem na nocnym spacerze z Filipem. Uznałem za dobry pomysł wrzucenie sobie Lśnienia na słuchawki. Idziemy, pies tańczy, ja odruchowo też zaczynam, dokoła ciemna noc, zgasły wszystkie światła. Narracja sobie leci w tle gdy wtem…

Prrrrtttt, i zesrał się po same uszy. Pamiętacie scenę z Rivendell, gdy Bilbo prosi Froda, żeby ten mu pokazał po raz ostatni Pierścień? Przejście od Jacka dobrotliwego do Jacka-demona było równie zaskakujące i nieoczekiwane. Chodź gówniarzu, dostaniesz swoje lekarstwo zostało wypowiedziane tak, że prawie się zmoczyłem. Doznanie graniczne, bo jakkolwiek godzę się z tym, że twórcom udaje się straszyć mnie obrazem i dźwiękiem, tak za każdym razem dziwi mnie, gdy dają radę zrobić to tylko głosem. Woronowiczowi się udało, skok tętna o 200%, postarzałem się o kilka lat, pies nie zrozumiał, dlaczego ściągnąłem smycz, zawróciłem i prawie zawlokłem go do domu. Pierdolę nocne słuchanie Lśnienia. Serdecznie pierdolę.

Pozostała obsada

Agata Kulesza jako Wendy doskonała. Z Dannym miałem na początku problem, bo myślałem, że jego kwestie wygłasza dziewczynka i mi to okrutnie tarło. Po godzinie przyzwyczaiłem się do jego głosu, po kolejnej nie wyobrażałem sobie innego i nie rozumiałem o co się czepiałem. Dodatkową robotę robi Marian Opania jako administrator Panoramy. Pojawia się tylko na początku audiobooka, ale jest to wejście smoka. Wkurwiał mnie tak, że jakbym go był w stanie wywlec przez słuchawki za oszewkę, to bym go wywlókł i kopnął w dupę. Smętny kutasina. Doskonała kreacja i wypada mi się tylko cieszyć, że twórcy postanowili po pana Mariana sięgnąć.

Wendy. Wendy, Wendy, Wendy. Najbardziej irytująca bohaterka ever (fot. ©Warner Bros.)

Ponieważ jest to słuchowisko, wypada wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Występuje i buduje klimat, drzwi trzaskają, wiatr zawodzi, osy bzyczą, kocioł sapie i jest to świetne. Ale absolutnie kopie dupę przewodni motyw muzyczny. Czuć go w dole kręgosłupa. Czuć go w gadziej części naszego mózgu. Czuć go w kościach i na ścięgnach. Właściwie to czuć go tak, jakby ktoś piłował nas po gardle tępym nożem. Kompozytor może być z siebie dumny, bo słyszę w nim echa syren, obwieszczajcym mieszkańcom Silent Hill przybycie ciemności. Słyszę w nim skrzypienie podłogi w drugim pokoju, gdy wiem, że jestem w mieszkaniu sam. Dużo rzeczy w nim słyszę, żadna z nich nie jest przyjemna, za to każda smakuje jak pieprzone lekarstwo Jacka Torrance’a.

Oh Danny boy, the pipes, the pipes are calling (fot. ©Warner Bros.)

Lśnienie to kolejna produkcja Audioteki, którą polecam z serca, z duszy! Dobry materiał wyjściowy, kapitalny dobór aktorski, znakomite udźwiękowienie. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to kilka detali realizacyjnych. Są momenty, gdy odgłosy tła i podkład muzyczny zagłuszają kwestie wypowiadane przez bohaterów. Jasne, w niektórych przypadkach jest to zabieg uzasadniony i zakładam celowy. W pozostałych komuś palec poleciał za bardzo na konsolecie i ścieżki się źle skleiły. I niestety, im dalej w książkę, tym tego więcej, kilkukrotnie musiałem cofać się o kilkanaście sekund, żeby usłyszeć co mówią bohaterowie. Poza tym nie mam uwag. No dobra, cena chłoszcze. Ale warto. Chociaż chłoszcze.

Fot. Audioteka

fabuła – od suchego alkoholika do świra, świetna rzecz o rodzeniu się obłędu, 90
realizacja – 90, bo w kilku miejscach głosy tła tłumiły głosy autorów
lektorzy – 100, Woronowicz przebijający Gosztyłę nie zdarza się na co dzień
cena – 50, dokładnie 49,90. W porównaniu z większością oferty droga pozycja, ale warto.
uczucia towarzyszące – chodź gówniarzu, dostaniesz swoje lekarstwo

Lśnienie, Stephen King
Czas 21:08
Czyta: zespół autorów, słuchowisko

Mokotów – tu trwa piekło psów

Mokotów, kurwa.

Już życie tutaj jako człowiek jest nieznośne. Zanim zaczniecie się oburzać, pozwólcie że wytłumaczę. Gdzieś przeczytałem, że Mokotów to hipsterska dzielnica. I taka fajna. Wszędzie knajpki, restauracyjki, kafejki, przytulne miejsca, żeby przysiąść w biegu, a jedzenie, no po prostu palce lizać. No, jasne. Kawiarnie jak z jednej formy, odlane na chińskiej wtryskarce pod Mińskiem Mazowieckim. Poważnie, wolę pójść do Green Cafe Nero przy dawnej Moskwie, niż do jednego z tych miejsc, gdzie czuję się jak idiota, bo nie wiem, co barista do mnie mówi. Luwak? Kawa, którą wysrał lis? Czy ciebie, mój dobry człowieku, z przeproszeniem, pojebało do reszty? Mam pić zaparzone gówno lisa? I na dodatek przyczyniać się do cierpienia tych miłych zwierząt? Bo było rzeczą oczywistą, że jak banan jest skłonny zapłacić 50 ziko za filiżankę kawy luwak, to jakiś przedsiębiorczy, rzutki biznesmen szybko wpadnie na pomysł, żeby najebać tych lisów do klatek, karmić je WYŁĄCZNIE kawą i kazać srać na komendę. Na takiej diecie czują się tak, jak my czulibyśmy się, wypijając codziennie 100 filiżanek kawy.

Niech wam ten luwak w gardle stanie.

Drip? To taki sos do czipsów. Aeropress? Prasa ręczna, na której Gutenberg drukował Biblię. Chemex? To pergamin, na którym pisze się słowo Emet, i wkłada do ust golema, żeby go ożywić.

Nie, jednak to nie to? A co? Nowe metody parzenia kawy, żeby uwypuklić jej naturalną słodycz i lekko zminimalizować gorycz? To sobie nasyp cukru i przestań udawać, że smakuje ci kawa. A jak poczytałem, ile jest przy tym pierdolenia, to przestałem się dziwić, że kubek takiej laboratoryjnie przygotowanej kawy kosztuje 18 złotych.

Ja tu z trudem znajduję zwykłą kawę z ekspresu, a jak już znajdę, to ten pieprzony luwak i chemex powodują, że taka kawa kosztuje piętnastaka, i cześć, i chuj. O cenach jedzenia w lokalach nawet nie zacznę mówić, żeby się nie denerwować.

I na dodatek jest tu śmiertelnie nudno.

A co ma powiedzieć pies. Ten to dopiero ma przejebane. Nikt na Mokotowie nie boi się psów, bo współczynnik zapsienia tej dzielni jest zatrważająco wysoki. Psy mają wszyscy. Kolega z Kętrzyna powiedział mi kiedyś dowcip prawdziwy: jak w Kętrzynie rzucisz kamień, to trafisz albo w kurwę, albo w złodzieja. To na Mokotowie na pewno trafisz w psiarza.

Fot. M.Cywińska

I teraz patrzcie, idziemy z Filipem po ulicy, dzieci zamiast uciekać z krzykiem, pchają się z rączkami, bo Filip się prawie cały czas uśmiecha. Jacyś ludzie mnie zagadują i opowiadają o swoich kundełe. Znam wszystkich trzech dresiarzy z okolicy, wiem jakie mają psy (bokserka, labradorka, trzeci nie ma), do Filipa wołają „cześć wariat”. Starsi ludzie opowiadają mi o chorobach swoich psów i swoich własnych. Dużo jest też rozmów o śmierci, odchodzeniu i przemijaniu. Starsze osoby, którym zmarł pies nie biorą zazwyczaj nowego, bo wiedzą, że im zostało mniej lat życia, niż taki pies ma przed sobą. Więc pozostały im tylko wspomnienia.

Są też sympatyczne dziewczyny, ale o tym nie będziemy rozmawiać.

Przez trzy miesiące posiadania psa na Mokotowie, poznałem więcej osób niż przez kilka lat mieszkania w Piasecznie. Na Pradze Północ zresztą też nie byłem specjalnie towarzyski i kojarzyłem tylko znajomych. A tutaj nie dość, że mnie zaczepiają i pytają o psa, to jeszcze po jakimś czasie mnie rozpoznają i zagadują co u Filipa słychać. A w tym czasie psy się wąchają po jajcach i nieszczęście gotowe, bo w trzy sekundy potrafią splątać smycze w dobierany kłos, takie są sprytne.

Fot. M.Cywińska

Filip lubi poznawać psich ziomków i ziomalki, ale ma okres skupienia złotej rybki i szybko się nudzi. A jak się nudzi, to zaczyna olewać drugiego psa. Jak go zaczyna olewać, to przestaje go zauważać. Jak przestaje go zauważać, to bardzo się dziwi i wkurwia, że coś mu skacze przy oku. I nieszczęście gotowe, bo wkurwiony Filip nie jest agresywny, ale za to robi się skoczny. Takiego splotu, jaki udaje mu się osiągnąć po 4 sekundach skakania dokoła irytującego go psa, nie jest w stanie odtworzyć najwytrawniejszy nawet mistrz sznurkarstwa. Sznurkowstwa? No bosman nie jest w stanie.

Nic więc dziwnego, że pewnego dnia Filip wybrał wolność.

Wyrwał mi się ze smyczy i poszedł w miasto. Była 1:30 w noc, zakładam więc, że nie wkurwił go kolejny skaczący mały piesek, tylko zobaczył kotka (och, jak on lubi biegać za kotami). Ewentualnie jeża, bo jeszcze nie pozwoliłem mu się nauczyć, że jeża przelecieć się nie da. Nie mam czasu ani hajsu na wyciąganie mu z nosa igieł.

Fot. M.Cywińska

Tak czy inaczej, pies udał się na „giganta”. Najpierw stałem w tym miejscu, z którego mi spierdolił i wzywałem go czule. Po 10 minutach stwierdziłem, że to chyba nie ten przypadek, pognałem do domu, od progu warknąłem „ten debil mi spierdolił”, wsiadłem na rower i zacząłem jeździć po Mokotowie. Oczywiście M. i Z. poderwali się również i rozpoczęliśmy poszukiwania promieniste. Znaczy oni promieniste, a ja niczym elektron krążący wokół jądra, którym wyjątkowo nie był Zbyszek Boniek tylko nasz dom.

Tego dnia zdarzyły się rzeczy śmieszne. M. spotkała panów opróżniających kosze na śmieci. Jechali sobie na żółtych bombach i dobrze się bawili. Na pytanie „czy nie widzieli panowie tutaj takiego dużego psa w uprzęży”, typy popadły w srogą rozkminę, zupełnie jakby przez ostatnią godzinę mijały ich watahy psów i trzeba pokojarzyć, czy był tam jakiś w uprzęży. Po 60 sekundach wytężonego wysiłku, padła odpowiedź: „nie było żadnego psa”.

Chwilę potem M. wpadła na patrol interwencyjny, którego członek właśnie przechodził przez ogrodzenie pobliskiej szkoły, bo miał jakąś interwencję. M. nie uzyskała odpowiedzi na pytanie o psa, bo panowie byli tu nowi i wbili przed chwilą. Wypracowaliśmy później taką teorię, że nie ma opcji, żeby firmy ochroniarskie miały klucze do wszystkich ochranianych obiektów, dlatego patrolowiec przetarabaniał się przez siatkę.

W pewnym momencie M. zakrążyła pod metro. Powitało ją lekko zbulwersowane miauknięcie. To wpieniony na tego idiotę Filipa, protestował Miluś. On się czasami wypuszcza zastanawiająco daleko, zdarzało mu się wielokrotnie witać nas przy metrze i odprowadzać bezpiecznie do domu. Ten kot jest co prawda chujem i mordercą, ale czasami bywa tak wzruszający, że mam łzy w oczach. Od zadrapania oczywiście.

Tym razem Miluś nie odprowadzał M. do domu, tylko pomagał jej szukać psa. Poważnie, chodził i wkurzonym tonem wymiaukiwał jakieś wezwanie. On może nie przepada za Filipem (czyt. chce go usunąć z domu), ale stado jest stado, i jak się jakiś jego członek zgubi, trzeba pomóc szukać. Tego się po tym kocie nie spodziewałem. Przeszedł nawet na drugą stronę Kazimierzowskiej, czego normalnie nie robi, bo nie jest samobójcą.

Fot. M.Cywińska

W pewnym momencie M. i Z. wymiękli i wrócili na kwadrat, i ja im się nie dziwię. Ciemno, zimno, do domu daleko, na dodatek wargi opuchłe a gardło zdarte od krzyków i gwizdania. Ja nie ustawałem i w sumie jeździłem sobie po Mokotowie jakieś 2 godziny. Zajrzałem pod każdy krzak, obejrzałem każdy paśnik, karmnik i sralnik, jakie odwiedzaliśmy przez ten czas, jak Filip u nas mieszka. Podniosłem każdy kamień i każde ziarnko w miseczce z ryżem, ale tam znalazłem tylko paru czarnuchów od Wallace’a, tośmy się tylko przeprosili i pożegnali. Wykręciłem jakiś miljord kilometrów w mrozie i zawiei.

I kogo znalazłem?

Nie, Filipa nie znalazłem. To nie jest moje przeznaczenie. Ja jestem skazany na ratowanie ludzi. A konkretnie śpiących, nawalonych ziomków. Ten leżał u zbiegu Kazimierzowskiej i Drużynowej, i powiem wam, że chujowa to drużyna, która zostawia faulowanego zawodnika na pastwę aury.

Typ był rozkoszny, dresik na górze rozpięty, pod spodem goła klata. Policzek miał lekko zaśliniony. I leżał z jedną ręką pod głową, w pozie gościa, który właśnie wyciągnął się na leżaku na Bahamach. Albo Karaibach. Po anielsko rozpromienionej minie rozpoznałem, że jemu się wydaje, że śpi w domu na tapczanie, a te Karaiby mu się śnią. Z bólem serca zsiadłem z roweru i obudziłem typa. „Ty, ziom, pewnie ci się wydaje, że śpisz u siebie na kwadracie, ale niestety, zdrzemnąłeś się na ulicy, zaraz przyjedzie psiarnia i będzie żłobek”. Potoczył nieprzytomnym wzrokiem dokoła, wstał, wystękał „kurwa, ale przypał” i poszedł w kierunku domu. Spytałem go jeszcze, czy wszystko w porządku i czy się dobrze czuje, ale dostał takiego dziarskiego kroku, że nie miałem szans go dogonić nawet na rowerze.

Pojeździłem jeszcze trochę, żłopiąc kolejne energetyki, bo oczy mi się same zamykały. Około 3:00 stwierdziłem, że czas na chwilę przerwy, wypicie czegoś gorącego, przywdzianie koszulki termicznej i powrót na trasę. Zajeżdżam ja ci pod klatkę a tam ten pchlarz kudłaty siedzi z czymś w pysku. Patrzę, kijek ma. „O ty chuju, ja tu mało z nerwów nie umarłem, a ty mi kijek przynosisz? Dam ja ci kijek, czekaj tylko.”

To nie był kijek.

Była to albowiem przywleczona z chuj wie skąd ryba suszona. Ususzona na twardo do tego stopnia, że nie mógł jej nawet ugryźć. Wyrwałem mu ją i natychmiast skaziłem sobie rękawiczki. Wyrzuciłem ją daleko i jak je zdejmowałem, ten kutafon znowu mi się wyrwał i pobiegł po tę smrodliwą rybę. Dogoniłem go, bluźniąc plugawie, znowu wyrwałem mu tę rybę z pyska, wrzuciłem pod zaparkowany nieopodal samochód i zagoniłem Filipa do domu. Tam dostał pierwszą reprymendę. Potem jeszcze kilka razy go tyrałem.

Mam nadzieję, że typ, któremu wrzuciłem tego syfiastego sztokfisza pod samochód, odjechał rano w miarę wcześnie. Bo jak nie, to pewnie do tej pory się zastanawia, co mu w samochodzie tak jebie.

Fot. M.Cywińska

Filip zaś? No cóż. Najpierw srał rzadko na biało, jak ptak. Potem srał na biało, cementem. Potem coś jakby twardym piachem. Potem już normalnie. A cały czas karmiłem go jak zwykle. Wczoraj natomiast dostał biegunki i zaczął wyglądać jak siedem psich nieszczęść. Poważnie, smutny Cujo w ostatniej fazie przemiany w złego pieska. Szybka wizyta u weterynarza i już wszystko w porządku. Aczkolwiek trwa właśnie druga doba przymusowej, leczniczej głodówki. Jutro ostatnie zastrzyki, zapowiedziałem psu, że te dostanie w oko i nos. Jakoś zmarkotniał.

Chyba mu jednak kupię ten cholerny kaganiec.

Drugi powód mojej absencji na stronie

IgiMag, oczywiście, wiadomo. Robimy pełną parą, że aż się czasem zastanawiam, czy z dupy to mi leci jeszcze para, czy już dym.

Jest jednak drugi powód, dla którego ostatnio było tu puściej. Otóż kobieta mnie kusiła tak długo, aż skusiła. Będziemy to robić, muszę tylko przemyśleć model i zastanowić się, czy zbiorę na to hajsy na crowdfundingu, czy jakoś inaczej.

Sprawdźcie i powiedzcie sami, ma to szanse powodzenia?

Oraz dokładnie wiem, co sobie pomyśleliście, jak napisałem „będziemy to robić”.

IgiMag

Zamilkłem na prawie miesiąc. Nie pisałem tutaj. Nie pisałem na fejsie. Poza mailami służbowymi, nie pisałem w zasadzie nigdzie, bo trochę nie było czasu.

Powód mojego milczenia jest taki, że produkowałem produkt. A dzisiaj skończyliśmy go produkować i możemy pokazać światu. Jestem jednym z redaktorów naczelnych i współtwórcą serwisu igimag.pl

Nie pisałem notek tutaj, bo do serwisu pisałem takie ilości tekstów, że zapełniłbym nimi sobie stronę na trzy miesiące. Nie przesadzę jak powiem, że to były setki tysięcy znaków

SETKI! BEZ SPACJI! ONE MÓWIĄ DO MNIE W NOCY!

W tym czasie znalazłem się na krawędzi obłędu, wycieńczenia głodowego oraz pierwszy raz w życiu przedawkowałem kawę. Jakieś sto razy pokłóciłem się z partnerką biznesową i jakieś 106 razy mieliśmy siebie tak dosyć, że weź przestań. Ale udało się.

Dlatego z niejaką dumą pragnę donieść światu, że wystartowaliśmy. I chyba nam całkiem przyzwoicie wyszło.

Czytajcie, szerujcie, krytykujcie, pomóżcie nam w tym, żeby igimag był lepszy i lepszy. Jak ktoś ma pomysł na pisanie do nas, proszę o kontakt, będziemy dogadywać szczegóły. Jak ktoś ma pomysł na obrzucenie nas merytorycznym błotem, proszę o kontakt i komentarze. Jak ktoś ma ekscentryczny pomysł, żeby nas pochwalić, to też zapraszam. Potrzebuję teraz krytycznych uwag i pochwał, jak rzadko kiedy.

A teraz idę napić się alkoholu. Dużo naraz.

Niebo nad Berlinem

Miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał. W trasie mieliśmy jeszcze trochę słońca, ale na miejscu szaro, buro, mrok, ziąb, chujnia i adekwatnie do ogólnego klimatu, jaki miałem w głowie jadąc do Berlina.

Kulturalnie i bez patologii

Jak pisałem w poprzedniej części, Berlin nie oczekiwał niczego ode mnie, ja nie oczekiwałem niczego od Berlina. Chciałem się spotkać ze znajomymi i dobrze się bawić, przy czym dobra zabawa mogła oznaczać zarówno zamulanie w domu przy książce, grę planszową, wypad na obiad, jak i epicki melanż na mieście, jakąś alkokalipsę makabryczną, i powrót na kwadrat po dwóch dniach. Oprócz żeglowania po morzu alkoholu, które przestało mnie jakiś czas temu bawić tak bardzo jak kiedyś, załapałem się na wszystkie wymienione formy zamuły, plus kilka galerii i muzeów. I brydż, nie zapominajmy o tym, że po 20 latach znowu zagrałem w brydża. Weekend idealny.

Dastaprimiecziatielnosti garada

Nie będę tłukł wam o tym, co zobaczyłem w Berlinie, bo to macie w każdym przewodniku. Chcę tylko powiedzieć, że Alexanderplatz to koszmar architektoniczny, ze stojącym na nim wielkim kutasem. I my ze swoim placem Defilad i Pekinem totalnie nie mamy się czego wstydzić, bo nasze jakoś wygląda, a berlińskie to rzeź na urbanistyce i na moich uczuciach estetycznych. Trawniki na Kreuzbergu, na których topniejący śnieg obnażał sterty śmieci, starych mebli, artykułów agd oraz gówien. To wszystko oblane brunatną cieczą, która nie spływała nigdzie, bo chyba mają chujowy drenaż. A, no i Dworzec ZOO też życióweczka. To trzy doznania estetyczne porównywalne z wyrżnięciem deską kantówką w skroń.

Berlin
Klauni. Wszędzie, kurwa, klauni. Fot. R.Teklak

Reszta natomiast bez uwag. No dobra, mam jedną – muzeum Helmuta Newtona powinno mieć dziesięć pięter, bo po wyjściu miałem wielki niedosyt, że to już. Sama wystawa prac jego, i jego żony to cymes. Bo nawet jak ktoś ma wywalone na tego giganta fotografii, to są zdjęcia gołych bab.

Berlin
Zwierzęta, które mają wyjebane i chmura liżąca słońce. Luz leje się z tej wrzuty. Fot. R.Teklak
Egipt w Berlinie

Lubię tyrać muzea. Zrobiłem sobie listę miejsc do wyboru, ale tak naprawdę bardzo chciałem zobaczyć tylko jeden obiekt, a właściwie to nawet tylko jeden eksponat. Kocham się w tej pani od nastolęctwa, więc wyskoczyłem z hajsów, wszedłem do Neues Museum i zacząłem podchody. Nie będę przynudzał, powiem wam tylko, że Nefretete jest jeszcze bardziej zachwycająca niż na zdjęciach, stałem tam tak długo, pieszcząc ją wzrokiem (i dłońmi, bo w rogu sali stoi wersja dla niewidomych), że strażnicy zaczęli się dyskretnie gromadzić dokoła mnie. W sumie się nie dziwię, bo wariatów nie brak, uśmiechnąłem się do nich i opuściłem salę. 10 minut później byłem z powrotem, tym razem zaszedłem ich z drugiej strony. Postałem kolejne 5 minut i sobie poszedłem definitywnie. Jest piękna, w sklepie na dole fundnąłem sobie magnes.

Berlin
Nefretete nie wolno fotografować, więc strzeliłem z partyzanta fotkę temu typowi. To Hor-Sa-Tutu, dowódca wojsk w Dolnym Egipcie, jakieś 150 lat BC. Wygląda na wkurwionego, że wszyscy lecą oglądać Nefretete, a na niego nikt nie zwraca uwagi. Fot. R.Teklak

Oczywiście byłbym nieuczciwy stwierdzając, że Neues Museum to tylko Nefretete. Oferta jest bardziej niż bogata i zobaczyłem całą ekspozycję, chociaż przyznam się wam, że przez kawałki interesujące mnie mniej przemknąłem szybkim krokiem. Zresztą snuła się za mną jakaś obsesyjna laska, która była natarczywie męcząca, więc stosowałem nieustający manewr unikowy.

Pałętając się po mieście, zahaczyliśmy o Muzeum Rzeczy (Museum Der Dinge). Byłoby mi tam milej, gdyby nie to, że część tych przedmiotów rozpoznałem z czasów swojego dzieciństwa. I tak trochę dziwnie się robi, gdy człowiek orientuje się, że coś czego używał za dzieciaka, ma swoje miejsce w muzeum. I robi tam za pieprzony eksponat.

Berlin
Nie, to nie są rzeczy, których używałem jako dziecko. Fot. R.Teklak
Berlin
To w dalszym ciągu nie są rzeczy, których używałem jako dziecko. Mą uwagę zwróciły ust korale, nic więcej. Fot. R.Teklak
Bo ja zagranico czuje się praktycznie jak w domu

Ale ja nie o tym. Dzisiaj chciałem wam opowiedzieć o najlepszej metodzie zwiedzania miasta, z jaką zetknąłem się podczas moich wizyt zagranico. W NYC śmigaliśmy trochę metrem, bo okazało się, że odległości na mapie należy skonfrontować ze skalą tej mapy, a nie się cieszyć, że o rany, jak wszędzie blisko. Po sforsowaniu kilkunastu przecznic okazało się bowiem, że spacery są zajebiste, ale niektóre miejsca osiągnęlibyśmy szybciej wsiadając w wagonik. A tu wąż w kieszeni, bo zdecydowaliśmy się na Metro Card a nie na tygodniówkę, i za kurs leciało zbyt dużo dolarów. To się chodziło i traciło czas. Chociaż zyskiwaliśmy wrażenia. Ale gdybyśmy jeździli, wrażenia byłyby bardziej… Dobra, nie wiem co chcę tu powiedzieć, oprócz tego, że NYC fajnie, bo sprawnie zwiedza się metrem i autobusem.

W Paryżu, do metra i komunikacji naziemnej, dołożyliśmy rowery miejskie. Jakość niektórych z nich była dyskusyjna, przez co do dzisiaj mam dwie dziury w łydce. Ale jak się trafiło na sprawny sprzęt, kilometry na koła nawijało się sympatycznie i skakaliśmy z miejsca na miejsce dużo szybciej i sprawniej, niżbyśmy robili to metrem czy na nogach.

Samochód to burżuazyjny przeżytek

W Berlinie komunikacja na i podziemna jest zorganizowana dobrze. Na 3,5 miliona mieszkańców mają 5500 km ulic, 1000 km dróg dla rowerów, 15 kolejowych linii tranzytowych, 10 linii metra, 24 linie tramwajowe oraz 149 linii autobusowych. Dodajmy do tego dwa systemy wypożyczalni rowerów i mamy pełny obraz bogactwa i przepychu. No, prawie pełny.

W Berlinie funkcjonuje również osiem (słownie: 8) systemów car-sharingu. Otóż okazuje się, że tylko starym dziadom w dupie Europy imponuje posiadanie samochodu na własność, młodzi z dużych miast miewają na to wyjebane, bo po co komu samochód na własność, jak można go sobie zgarnąć z ulicy, poużywać ile tam czasu potrzebujemy, i porzucić w dowolnie wybranym miejscu.

Berlińczycy nie są głupi. Narobili im w mieście lewackich wynalazków typu ZAKAZY PARKOWANIA GDZIE SIĘ CHCE albo STREFA KURWA TEMPO 30, piekło kierowców trwa, co robić? Ludzie zaczęli rezygnować z samochodów prywatnych, bo okazuje się, że naprawdę taniej jest wziąć go sobie z ulicy. Koncepcja nowatorska i trudna do przetrawienia dla przeciętnego Polaka.

324 samochody

Obecnie w Berlinie tylko 31% podróży odbywa się samochodem. Dla porównania w Barcelonie 26%, w Londynie 37%, w Rzymie 68%. Berlin ma nędzne 324 samochody na 1000 mieszkańców. W porównaniu z innymi dużymi miastami to jakaś wiocha normalnie. Ludzie, jak jakie dzikusy, chodzą na piechotę, jeżdżą rowerami, korzystają z komunikacji miejskiej albo korzystają z wypożyczalni, które nie są wypożyczalniami. Patent jest doskonały i dość tani.

Drive Naow!

Wybierasz, z którego systemu car-sharingu będziesz korzystał, ściągasz na komórkę apkę, logujesz się, podpinasz kredytówkę, sprawdzasz gdzie najbliżej ciebie stoi wolny samochód, czynisz spacer, otwierasz drzwi aplikacją, siadasz, logujesz się do systemu, oceniasz stan zewnętrzny i wewnętrzny samochodu, palisz stacyjkę i jedziesz.

Te systemy, z których korzystaliśmy (pamiętam tylko jedną nazwę: Drive Now, reszta do swobodnego wyguglania[1]), obsługiwane są przez producentów samochodów, dzięki czemu można sobie za grosze jeździć takimi daremnymi markami jak BMW, Mercedes, Smart czy Mini, ostro wchodzą też Francuzi. Operatorzy mają w ofercie również samochody elektryczne, dzięki czemu poczujemy się pro i eco. Oraz jakie te maszynki mają przyspieszenie, czad!

Uroki tego sposobu jazdy eksploatowaliśmy bez umiaru, najdłuższy dystans jaki musieliśmy pokonać z buta, żeby znaleźć samochód wynosił bodaj 9 minut spaceru. A potem pyk do środka, fotelik dziecięcy do bagażnika, logowanie, ocena usterek, obcierek i stanu czystości samochodu, i w drogę.

Parkuj gdzie chcesz!

W ramach systemu operatorzy przedpłacają płatne strefy parkingu, więc nie trzeba szukać parkometru (czy w Berlinie mają parkometry?), samochód stawiamy praktycznie gdzie chcemy, trzaskamy drzwiami, zamykamy aplikacją i idziemy zwiedzać. Jeżeli jesteśmy ludźmi oszczędnymi i sprytnymi, możemy skorzystać z dodatkowych bonusów wynikających choćby z faktu, że go zatankujemy. Za paliwo nie płacimy na miejscu, koszt wachy nie obciąża również naszej kredytówki, bo operatorzy mają umowę ze stacjami benzynowymi i wszystko leci bezgotówkowo. Jedynym kosztem, jaki ponosimy jest nasz czas. I właśnie za to dostajemy bonusowe minuty. Są całe grupy ziomeczków, którzy wybierają samochody, w których świeci się rezerwa, podjeżdżają na stację, sprawnie tankują, odbierają gratisowe minuty i jeżdżą po mieście praktycznie bezkosztowo. Niemalże darmowa jazda po mieście brykami z wyższej półki. Jeżeli to nie jest definicja zajebistości, to nie wiem co jest.

Najdoskonalsza w tym systemie jest oszczędność czasu, bo o ile w poszukiwaniu wolnego samochodu musimy odbyć najczęściej spacer, to już na miejscu parkujemy go pod drzwiami muzeum, galerii, domu czy restauracji.

Smacznego

A, no właśnie. Restauracji. Moja krótka relacyjka z pobytu byłaby niepełna, gdybym nie wspomniał o tym, jakie jedzenie oferuje Berlin. Można tu zjeść pysznie i tanio. Nie trzeba nawet robić przesadnie długiego riserczu, żeby znaleźć sobie dwajścia miejsc, w których dostaniemy zajebiste rzeczy za maks 10 euro, i nie będzie to smętny kebsik. Co jest ceną skandaliczną, zwłaszcza gdy na stole ląduje ci zupa, która smakuje jak niebo.

Zasaniczo polecam, ten Berlin jest fajniejszy niż myślałem.

[1] Drive Now, Cambio, Multicity, Car2Go – to tak na szybko.

Ich bin ein Berliner

Dwa tygodnie temu byłem w Berlinie. Pierwszy raz w życiu. Za komuny jeździliśmy do NRD, ale do Berlina Wschodniego nas nigdy nie zabrali, bo mogliśmy przesiąknąć promieniowaniem z zachodu, co nie było dobre dla młodych umysłów. Wystarczyło przecież, że słuchaliśmy tej dziwnej, hałaśliwej muzyki, po co dokładać nam takich rzeczy jak wolność słowa, wolność osobista, wolny rynek, wolne demokratyczne wybory i ogólnie, wolność do robienia rzeczy, na które masz ochotę. I niemieckie porno, nie zapominajmy o niemieckim porno.

Berlin
Tak wyobrażaliśmy sobie wolność. Fot. Ludwig Menkhoff
Radio NRD

W Niemieckiej Republice Demokratycznej byłem trzy razy. Pierwszy raz na koloniach, drugi raz w PGR-ze na ohapie[1] wycinaliśmy koper przy pomocy, uwaga, noży kuchennych. Cięliśmy pole nożami, wiązaliśmy koper w snopki, układaliśmy je w stogi i szliśmy dalej. Do dzisiaj każdy, kto poda mi koper może liczyć na dobre słowo i kopniaka w mostek. Trzeci raz, też ohap, pojechałem do Magdeburga pracować w browarze. Najlepsza robota w życiu, i wcale nie dlatego, że waliliśmy piwo na umór, nic z tych rzeczy. Dawali nam zajebiste zadania. Na przykład mieliśmy pomalować jakieś wielkie silosy. Oczywiście nikt nas nie wpuścił na górę, więc malowaliśmy dolne segmenty. Chłodno bo zacienione wysokimi ścianami, ale ciepło, bo obok biegły rury i jak ktoś chciał, mógł się okutać w waciak i się zdrzemnąć. Siedzieliśmy tam ze trzy dni, malując artystycznie te blaszanki, każdą do wysokości jakichś 2 metrów (obwodu miały z 10 metrów). No duże to było. A my dostaliśmy małe pędzle, takie bardziej do malowania narożników. Śmiechom i żartom nie było końca, zwłaszcza gdy przy użyciu farby olejnej przerobiliśmy swoje gumowce na adidasy.

Okazuje się, że browar zamknęli w 1994 roku. Fot. rottenplaces.de
Szklana komnata

Ale i tak najlepsza robota była wtedy, jak musieliśmy rozbić jakiś tysiąc butelek, które przyjechały z napojami cytrusowymi z Kuby, ludzie wypili napoje cytrusowe, sklepy i skupy skupiły te butelki, odstawił puste do browaru, a one nie pasowały do taśmy[2]. Tłuczenie nimi o ścianę szybko nam się znudziło, więc graliśmy nimi w kręgle, rozbijaliśmy o murek, deptaliśmy gumowcami. To wtedy nauczyłem się robić tak tulipana[3], żeby nie rozpieprzyć sobie dłoni. Z jakiegoś powodu butelka o butelkę była bardziej niebezpieczna niż butelka o mur, nawet niekoniecznie dlatego, że butelki potrafiły pęknąć obie naraz. To było coś dziwnego, że po pieprznięciu w mur robił się tulipan, a po walnięciu o drugą butelkę dostawało się najczęściej szklane sztylety, jak te którymi operował Kruk z Zamieci. Oraz cieszę się, że pierwsze próby realizowałem w grubych rękawicach roboczych, bo bym pewnie dzisiaj nie miał czucia w prawej dłoni.

Drang nach gdziekolwiek

W ramach pobytu w NRD, wozili nas do różnych miejsc, niestety zazwyczaj były to jakieś malownicze zadupia. Pamiętam wycieczkę po górach Harz, jakieś rajdy polowe i raz wycieczkę do Magdeburga. Oczywiście poźniejszy pobyt w tym mieście liczę oddzielnie. Ogólnie kraju naszych zachodnich sąsiadów nie pozwiedzałem. Sytuacja zmieniła się w momencie otwarcia granic.

Berlin
Jak byłem młody, to na takie zdjęcie mówiliśmy ‚wykurwiste’. West Berlin policemen and East German Volkspolizei face each other across the border in Berlin, circa 1955. (Photo by Three Lions/Hulton Archive/Getty Images)
Ramones, kurwa!

Pierwsza, i zarazem przez wiele lat jedyna okazja wyjechania do Berlina, miała miejsce w 1992 roku. Ramones grali tam koncert, i tak sobie pomyślałem, że bliżej nie będą. Mieliśmy wtedy świeżo upieczoną wolność, i duże, znane kapele nie przyjeżdżały do nas, bo nie wiadomo co tu się właściwie dzieje. Mieliśmy też w Polsce takie piractwo, że większość zespołów omijała nas z obrzydzeniem. Ten smród ciągnął się zresztą za nami jeszcze przez kilka lat, aż w końcu przesiedliśmy się na empetrójki i problem piractwa przestał być problemem tylko polskim.

Zbierałem się trochę w sobie, biłem z myślami, ale finalnie się przestraszyłem. Nie miałem kasy, nie miałem z kim jechać, bardzo chciałem Ramonesów zobaczyć, ale spękałem jak mała dziwka bez szkoły. I mam do siebie o to żal, bo mogła być przygoda zwieńczona najlepszym koncertem w moim życiu, a pozostał niesmak.

Berlin
Nie jestem zadowolony z twojej postawy, Radosławie. Fot. Internet

Jeszcze większy żal mam do siebie o to, że nie zachowałem większej uważności, bo chłopaki zagrali w Berlinie jeszcze 2 razy, ostatni w 1996 roku. To nie był dobry rok dla mnie. Ale już 1993, gdy miałem dużo hajsu i pierwszą wycieczkę do zjednoczonych Niemiec za sobą, mogłem się ruszyć. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że nie było wtedy internetu, i o niektórych koncertach zagranico dowiadywaliśmy się kwartał po fakcie, dziękuję za uwagę.

Berlin Zachodni, i tak dalej

Do Berlina jednego, niepodzielonego, pojechałem po raz pierwszy w tym roku, na początku lutego. Bazując na opisach moich znajomych spodziewałem się… No właściwie nie wiem, czego się spodziewałem. Jakiegoś skrzyżowania Pragi Północ z Amsterdamem? Wielkiej komuny hipisowsko-hipsterskiej, i barwnych ludzi na Kreuzbergu? Poważnie, nie mam pojęcia. Przepełniony dezorietacją, do Berlina jechałem bez planu, bez listy miejsc do odwiedzenia, bez niczego. Znaczy M. wywołała u siebie wątek, w wyniku którego dwie godziny nakładałem na mapę Berlina różne ciekawe miejscówki z zabytkami, fotkami, ubraniami, kawą, pieczywem, kebsem i ramenem, ale się nie napinałem, że coś muszę.

To właśnie jest w Berlinie miłe, że to miasto człowieka do niczego nie zmusza, nie stawia ci wymagań, że koniecznie musisz zobaczyć Ermitaż, Luwr, Krzywą Wieżę, Ostankino i jeszcze Sagradę. W Berlinie niczego nie musisz. I to mi się tam spodobało najbardziej. Że sobie idziesz przed siebie i olewasz. A wszystkie fajne miejsca możesz przecież zwiedzić następnym razem, bo z Warszawy do Berlina mam pociągiem 5 godzin drogi. Czyli niewiele więcej niż w swoje rodzinne strony, dziękuję pan PKP.

Ale żeby tak coś więcej o Berlinie, to może w następnym odcinku.

Berlin
Teraz tam jest trochę inaczej. Fot. Flip Schulke
Przypisy

[1] OHP – Ochotnicze Hufce Pracy. Nie wiem jak to funkcjonowało w kraju, ale jak nas z OHP wysyłali zagranico, to miejscowi cieszyli się, bo przez 2 tygodnie mogli mieć jeszcze bardziej wyjebane na pracę, albo się smucili, bo swoją obecnością dokładaliśmy im pracy. W socjalizmie i tak każdy symulował pracę, więc te kwestie tak naprawdę były nieistotne.

[2] Dawno temu było tak, że kupowało się napój z kaucją za butelkę i po wypiciu, dajmy na to piwa bezalkoholowego, można było tę butelkę odnieść do sklepu i odzyskać kaucję. Zbieranie butelek było za komuny popularnym sportem i możliwością dorobienia do kieszonkowego. Sam zbierałem butelki, chociaż panie w Malince czasami stawiały opór, jak przynosiłem szkło po browarze. Że niby niewychowawcze to jest, czy inny chuj.

[3] Tulipan to broń uliczna, którą uzyskujemy po rozbiciu butelki o coś, o co da się ją rozbić. Trzeba to zrobić tak wprawnie, żeby nieuszkodzona szyjka została w ręku, stanowiąc zaimprowizowaną rękojeść, a wystające z niej szklane szpikulce tworzą niebezpieczne wieloostrze. Niebezpieczne, bo może się złamać w ranie. Ogólnie sprawa przejebana, spieprzaj jak widzisz tulipana.

Ojciec Chrzestny – Mario Puzo – audiobook

To był szczęśliwy dzień dla Mario Puzo

Nie znam historii powstania filmu, ale zakładam, że było jak w dobrej, sycylijskiej bajce. Pod dom Francisa Forda Coppoli zajechała grupa śniadych dżentelmenów z luparami i złożyli mu propozycję, której nie mógł odmówić. Kazali mu mianowicie przeczytać książkę Mario Puzo i zdecydować, czy z robi z niej film bardzo dobry czy wybitny.

Dalej to już wiemy jak było. FFC zrobił z książki film wybitny, regularnie lądujący w top10 najlepszych filmów w historii kina. Do tego kanoniczna już rola Marlona Brando.

I tutaj anegdota. Czytałem gdzieś, (ale nie potwierdziłem informacji, dlatego anegdota) że prawdziwi włoscy gangsterzy po obejrzeniu Ojca Chrzestnego zaczynali mówić jak Brando. W sumie nawet im się nie dziwię, Marlon niby brzmi jak dobrotliwy wujek, ale gdzieś w tle w tym głosie brzęczy stal i brzmi groza.

audiobook Ojciec Chrzestny
Kiedy ostatnio zaprosiłeś mnie na kawę? Fot. Alfran Productions

I tak oto Puzo miał wielkie szczęście, że jego książkę przeczytał Francis Ford Coppola. Bo o ile napisał rzecz bardzo dobrą, momentami wybitną, tak bez filmu nie osiągnąłby takiej popularności. Co oczywiście byłoby rzeczą fatalną, bo książka to świetna przypowieść o robieniu władzy, obrzucona niezłymi kawałkami o szacunku, honorze i miłości (ta część, zwłaszcza dotycząca miłości fizycznej, zestarzała się najbardziej).

To był jeszcze szczęśliwszy dzień dla słuchaczy

Ojca Chrzestnego audioteka postanowiła zrealizować na bogato. Zatrudnili kilku pierwszoligowych aktorów, dodali ścieżkę dźwiękową, chociaż z powodu praw autorskich nie tę, do której przyzwyczaił nas film i zrobili z książki świetne słuchowisko. Co prawda realizacja dźwięku w kilku miejscach zawiodła i głosy aktorów zagłuszają odgłosy tła, ale całość przedsięwzięcia jest poza tymi nielicznymi wpadkami bez zarzutu.

Dobór interpretatorów wyszedł dobrze, ewidentnych wpadek nie ma. Bardzo odpowiadał mi cwaniakowaty Szyc jako Sonny. Co prawda Caan przyzwyczaił mnie do bardziej eleganckiej artykulacji, ale głos Szyca bardziej mi konweniował z temperamentem Santina. Adam Woronowicz jako Tom Hagen momentami brzmiał mi zbyt płaczliwie. Jasne, konkretne sytuacje uzasadniały stres, ale od consigliore rodziny Corleone oczekuję opanowania i żelaznych nerwów. Na szczęście nie płakał zbyt długo, więc nie wrzucam tego po stronie wpadek.

Dobra Kamila Baar w roli Kay Adams. W filmach, chociaż uwielbiam na nią patrzeć, denerwuje mnie jej maniera aktorska, tutaj dźwignęła temat bez zarzutu.

Świetny Tomasz Kot w roli Nino Valentii. Bardzo dobry Mecwaldowski jako Fontaine. Michaela Corleone doskonale zinterpretował Łukasz Simlat, brzmiał mi lepiej niż Al Pacino. I chociaż w początkowych wejściach głos pana Simlata mi się nie kleił, to gdzieś od połowy książki nie wyobrażałem sobie, że Michael mógłby mówić inaczej. Dobra robota.

No i na koniec proszę wstać, Król idzie.

audiobook Ojciec Chrzestny
Who’s the King? Fot. Alfran Productions
Pedros? Nie, Gajos.

To, że pan Janusz Gajos to w tej chwili najlepszy aktor w kraju i jeden z najlepszych na świecie, powinno być oczywiste dla każdego, kto ma oczy. Jak nikt z Polski zasłużył na Oskara. Bardzo się cieszę, że miałem go okazję ostatnio zobaczyć na żywo na deskach teatru. I życzę mu stu lat życia w zdrowiu i przytomności umysłu. A za rolę Vita Corleone ma u mnie zawsze stopkę zimnej wódki. Znaczy jak go gdzieś zobaczę, to ma tę stopkę.

Bo widzicie, pan Gajos stwierdził, że Brando Szmando, jasne, mogę mówić jak on, z kulkami papieru w kącikach ust, albo mogę mówić tak, jak sobie to wymyśliłem.

audiobook Ojciec Chrzestny
Potrzymaj mnie piwo i słuchaj. Fot. Stach Leszczyński
I powiedział.

Tak powiedział, że po pierwszych trzech zdaniach przez niego wypowiedzianych stwierdziłem, że od dzisiaj głos Dona to głos Gajosa a nie Brando. Uderzyło to we mnie mocno, bo mówisz partia, myślisz Lenin, mówisz Casablanca, myślisz Bogart, a Julian to zawsze będzie Boberek. I myślałem, że tak samo na zawsze będzie dla mnie z głosem Vito Corleone. A tu jeb, i pozamiatane. A umówmy się, żeby pozamiatać Brando, trzeba samemu być zawodnikiem wagi superciężkiej. Pan Janusz Gajos dźwignął temat, proszę pochylić głowy z szacunkiem. Ja swoją kręcę z niedowierzaniem.

audiobook Ojciec Chrzestny
Tam od razu z niedowierzaniem. Fot. POLTEL

Zasadniczo i pobieżnie polecam.

audiobook Ojciec Chrzestny Mario Puzo
Fot. Audioteka

fabuła – od handlarza oliwą do Dona, świetna rzecz o robieniu władzy, 100
realizacja – 90, bo w kilku miejscach głosy tła tłumiły głosy autorów
lektorzy – 100, pan Janusz Gajos to człowiek, który potrafi wszystko
cena – 55, dokładnie 54,90. W porównaniu z większością oferty droga pozycja, ale warto.
uczucia towarzyszące – Don makes me an offer I can’t refuse

Ojciec Chrzestny, Mario Puzo
Czas 18:54
Czyta: zespół autorów, słuchowisko

Rage. Bookrage

Co to bookrage?

Zanim zacznę reklamować, to może przybliżę ideę tym, którzy jeszcze nie znają tego sposobu pozyskiwania dużej ilości literatury naraz. Bookrage to patent polegający na tym, że płacisz ile chcesz za pakiet książek.

Ale jak to ile chcesz?

Ile chcesz oznacza, że jak jesteś biedny, cwany albo tani, możesz zapłacić nawet złotówkę (bo jakąś minimalną kwotę twórcy pakietu chyba zakładają). Złotówka oznacza, że za jednego ebooka zapłacisz prawdopodobnie 20-25 groszy. Słownie: dwajścia-dwajścia pięć groszy, bo w podstawowych pakietach zazwyczaj leci 4-5 książek.

Musi być haczyk

Haczyk polega na tym, że jeżeli zapłacisz więcej niż aktualna średnia za pakiet, dostaniesz bonusy. Na przykład w pakiecie, w którym się znalazłem, po zapłaceniu kwoty wyższej od średniej można było dostać dodatkowo moje recenzje Wiedźmina. Co prawda leżą od zarania dziejów za darmo na stronie, ale to nie o to chodzi.

No nie wiem…

Warto zapłacić więcej niż ziko, bo większość kwoty trafia bezpośrednio do autora. W trakcie zakupu pakietu widzimy suwaczki. Domyślnie ustawione są następująco: 70% dla autora, 20% dla twórców bookrage (praca i serwery kosztują) i 10% na jakiś fajny cel. Tym razem jest to wsparcie dla Centrum Praw Kobiet. Oczywiście jeżeli autora nienawidzisz, a pakiet kupujesz po to, żeby mu pokazać, jak bardzo twa nienawiść jest wielka i zaraz po zakupie wszystkie te ebooki pokasujesz, możesz mu dodatkowo zagrać na nosie, i przesunąć suwaki tak, że nic z twojej złotówki nie trafi do niego, i twą hojnością podzielą się ziomki z bukrejdża, i z CPK. Ba, gościom z bukrejdża też możesz pokazać faka, i dać cały hajs na CPK. Albo jak tam sobie zażyczysz.

W bookrage miłe jest to, że hajs ze sprzedaży pakietów autor otrzymuje błyskawicznie. Przy naszym pakiecie (Legendy miejskie) pieniądze dostałem jakoś tak miesiąc po zamknięciu sprzedaży?

Pakiety

Są różne. Aktualnie leci pakiet z książkami Kuby Ćwieka, koniec akcji za 9 dni. DZIEWIĘĆ DNI! RUCHY, RUCHY! (jak to nie był dobry call to action, to nie wiem co jest dobrym call to action). Pakiet jest bajerka. W wersji podstawowej macie 4 książki. Za wpłatę powyżej średniej (aktualnie 38 ziko z groszem) dostajecie 2 dodatkowe. W tym zbiór opowiadań Gotuj z papieżem, który jest bardzo dobrym zbiorem, i warto go mieć choćby dla opowiadania tytułowego. Następny próg wyszedł trochę śmiesznie, bo pewnie nikt się nie spodziewał, że średnia wpłat będzie taka wysoka (normalnie średnia oscyluje w granicach dwóch dyszek ztcp). Otóż za wpłatę ponad 35 ziko dostajecie kolejne 2 rzeczy. Co oznacza, że płacąc powyżej aktualnej średniej macie w sumie 8 książek. Policzę to dla was: 4,82 zł za sztukę.

Moar!

Za wpłatę powyżej 45 złotych lecą kolejne 2 książki. Razem 10 pozycji i 4,50 za sztukę. No i ostatni próg, czyli pełna bajera, full opcja, automat w skórze. Po wpłacie powyżej 55 złotych dostajecie te wszystkie ebooki, 10 sztuk i dodatkowo w papierze nasze wspólne Przez stany POPświadomości z autografem Kuby. Dla niezorientowanych, jestem współautorem tej pozycji. WIĘC WARTO, RUCHY, RUCHY, DLACZEGO JESZCZE NIE WIDZĘ W TWOJEJ DŁONI KARTY KREDYTOWEJ ALBO PŁATNICZEJ!?

bookrage
W papierze. Z autografem.
Hajs się zgadza

Cena okładkowa Przez stany POPświadomości wynosi 39,90 zł. Co oznacza, że płacąc wspomniane 55 złotych, za 10 ebooków dacie 15,10 zł. Ebook za 1,51 ziko. Pomijając kompletną darmochę, taniej nie będzie. Zapraszam na zakupy. A, i zapiszcie się do newslettera, nie przegapicie żadnej nowej propozycji bukrejdżowej.

Obrazek wyróżniający pochodzi z najlepszego serialu animowanego świata Futurama.

Lauda Fasta Skuta 3 czyli szybkie czytanie

Zostałem uprzejmie poproszony o uzupełnienie tytułu o segment, w którym objaśniam, że chodzi o szybkie czytanie. Chyba muszę ograniczyć głupie tytuły dla moich notek. Poprzednie odcinki: tutaj pierwszy a tutaj drugi.

Wąskie perspektywy

Kolejną wadą tradycyjnego czytania jest małe pole widzenia, czyli ten wycinek rzeczywistości, w naszym przypadku tekstu, który ogarniamy wzrokiem.

Today’s trivia of the day: czy wiedzieliście, że ruch oczu nie ma charakteru ciągłego. Oczy poruszają się skokowo, robią to szybko, czas skoku to 0,01-0,03 sekundy. W ciągu 8 godzin czytania nasz wzrok przebiega maraton i jeszcze 5 km. Samo zaś czytanie odbywa się wyłącznie w czasie spoczynku oka (fiksacja z pierwszej części, gdy mówiłem o regresji), podczas ruchu oko nie odbiera informacji, gdyż tekst widzi bardzo nieostro.

Jak widać, czas zużywany na przesuwania wzroku do kolejnych punktów tekstu nie ma wpływu na prędkość czytania. Nic nie urwiemy z jednej setnej sekundy. Możemy za to zredukować liczbę zatrzymań oka. U osoby czytającej normalnie jeden wiersz tekstu to 10-25 zatrzymań. Czytelnik doświadczony zatrzymuje się 2-3 razy. A zatem…

szybkie czytanie
Emily nie jest zadowolona z twoich zatrzymań oka. Fot. hellomagazine.com
Raz, dwa, trzy i wystarczy

No właśnie, jak chcemy usprawnić nasze szybkie czytanie, musimy znacznie zmniejszyć liczbę zatrzymań oka podczas czytania jednego wiersza.

Możemy to zrobić zwiększając liczbę słów, które widzimy w czasie jednego zatrzymania.

Zwiększenie liczby słów możemy osiągnąć poprzez poszerzenie pola widzenia.

I tak to.

Według badań amerykańskich naukowców, szerokość pola wyraźnego widzenia to marne 7 mm (7-10 znaków drukarskich). Ogólne pole widzenia jest 60 razy szersze od ostrego i obejmuje ponad 120 stopni, czyli prawie całą rzeczywistość przed nami. Jasne, to co widzimy po boku to najczęściej niewyraźny cień, chociaż dobrze rejestrujemy wszelkie ruchy.

szybkie czytanie
SIEDEM MILIMETRÓW. POWIEDZIAŁ SIEDEM MILIMETRÓW. Fot. hellomagazine.com

Nie poddajemy się jednak, bo można oko wyćwiczyć i poszerzyć mu zasięg bocznego widzenia. Zwłaszcza w prawą stronę (tak jak czytamy). Wtedy dodatkowo odpala nam się dodatkowy mechanizm, wspomniana wcześniej antycypacja, dzięki której przewidujemy kolejne słowa. I czyta się samo.

Trochę szersze perspektywy

Nie znam metod na mierzenie pola widzenia, poszukajcie w internecie. Ja sobie niczego nie mierzyłem, tylko dzielnie złapałem Minotaura za rogi i krok po kroku łomotałem go w ten głupi pysk trzonkiem topora. To znaczy zacząłem ogarniać wzrokiem większe partie materiału. Na początku po dwa słowa. Potem po trzy. Po jakimś czasie takiego czytania, dzieliłem sobie wiersz na trzy części. Krótsze na dwie. A potem, zanim się zorientowałem, coś mi się popieprzyło w głowie i zacząłem ogarniać wzrokiem połowę dwóch-trzech wierszy naraz. Okazało się bowiem, że mózg sobie to wszystko i tak potrafi potem poskładać w sensowną całość.

Jedna rzecz. Widzenie peryferyjne jest w dalszym ciągu trochę mgliste, więc skacząc po tekście wyodrębniałem sobie kawałki zazębiające się o siebie.  Jak na obrazku poniżej.

Opracowanie: R. Teklak
Opracowanie: R. Teklak

Pewnie domyślacie się, jak wyglądają te obramowania dla osoby czytającej w sposób tradycyjny? Otóż to, jak paciorki nanizane na wiersz tekstu, do tego zachodzące bardzo na siebie.

Nie ma rady, trzeba ćwiczyć

Jak wspomniałem wcześniej, nie znam ćwiczeń na poszerzanie pola widzenia i dzielenie tekstu na 4, 3 a w końcu 2 części, bo robiłem to na fristajlo. Poszukajcie w internecie, na bank coś jest.

Ćwiczyłem to wszystko w czasie codziennych dojazdów do pracy, aczkolwiek nie korzystałem z rekwizytów, bo w autobusie jest dość zakłóceń, żebym nie musiał stukać nożem w szybę. I powiem wam, że poszerzenie pola widzenia i dzielenie tekstu na większe kawałki to ten element procesu, który najbardziej mi usprawnił szybkie czytanie.

szybkie czytanie
SIEDEM MILIMETRÓW! Fot. hellomagazine.com
Na pomoc – Palm Vx

I jeżeli mogę coś na koniec podpowiedzieć. Oczywiście wiem, że książka papierowa to fetysz, dotyk stronic, zapach papieru, kleju i farby, i w ogóle. Ja papier porzuciłem prawie całkowicie jak tylko pojawiła się taka możliwość. 30 czerwca 2004 roku kupiłem Palma Vx, na który nawrzucałem książek w formacie txt, zacząłem zapodawać, jednocześnie robiąc pierwsze przymiarki do szybkiego czytania. Sprzęt idealny do książek, zielony wyświetlacz, czarne literki, mały ekran, przewijanie przyciskiem pod kciukiem, mój prywatny prekursor Kindla. Jedyną wadą Palma było bateriożerne podświetlanie ekranu. Bo bez podświetlania nie dało się z niego czytać nawet z latarką. Bolało zwłaszcza podczas późnych, zimowych powrotów rozwalającymi się, nieoświetlonymi Ikarusami linii 709, bo na podświetleniu w pełni naładowana bateria schodziła w godzinę.

Palm Tx

Dlatego 19 maja 2006 kupiłem Palma Tx, który miał ekran podświetlony domyślnie i trzymał na baterii rekordowo długo. Zacząłem czytać jeszcze więcej, bo mogłem to robić nawet podczas wieczornych spacerów. Szybkie czytanie zostało zintensyfikowane bardzo mocno, bo jednak czytelność Tx była lepsza niż Vx. Niestety, kilka lat temu rozsynchronizował mi się wyświetlacz. Gdyby nie to, jechałbym na tym sprzęcie do dzisiaj.

Kindle i komórka (tak, komórka)

A potem pierwszy Kindełe, na którym przeczytałem objętościowy odpowiednik Biblioteki Kongresu. Niestety, rok temu podczas wakacji złamałem wyświetlacz. Kiedyś o tym pisałem, poratowaliście mnie zepsutymi egzemplarzami, żebym mógł sobie ten wyświetlacz wymienić. Nie zrobiłem tego, bo w okresie między uszkodzeniem Kindla a ogłoszeniem ‚pomocy!’ okazało się, że najlepiej czyta mi się na komórce. Dlaczego? Pole wyświetlania jest na tyle wąskie, że dzielenie tekstu na dwie części nie stanowi najmniejszego problemu i przez kolejne ekrany pruję jak burza.

Nie mam ostatnio za wiele czasu na czytanie, ale jak już siądę do książki, to lektura idzie błyskawicznie. Przykład z ostatniego tygodnia, nowy przebój Istota zła. W ciągu niecałych dwóch godzin przed snem przeczytałem z ebuka odpalonego na komórce 165 stron (przeliczone na objętość tekstu książkowego). Nie jest to tempo arcymistrzowskie, bo ani pora nie była najlepsza, ani rekordu szybkiego czytania nie chciałem bić. Ale mi to w zupełności wystarcza.

Komórka do ręki i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. To tyle ode mnie, dziękuję za uwagę, uszanowanie i do poczytania.

szybkie czytanie
Zdjęcie MM czytającej w łóżku można wstawiać zawsze, wszędzie i bez powodu. Fot. Andre De Dienes.

Obraz w nagłówku: Women Reading, Jean-Jacques Henner.

Pies w dom

Trudne początki

Psów nienawidziłem jak psów. Jeszcze dwa i pół roku temu uważałem je za stworzenia głupie, bo tylko głupie stworzenie może rzucać się i warczeć na tak słodkiego faceta, jakim byłem. Gdybym mnie na długość ręki dopuścili do wszystkich psów w Polsce to bym wziął i zapierdolił[1]. A potem bez ostrzeżenia zrobiłem coś tak głupiego, że strach. Nawet nie myślałem, po prostu zrobiło mi się psa szkoda. Jakieś dzieci uwiązały swojego kundełe do rozkładanego stojaka przed sklepem. Ja akurat pakowałem się na rower. Wiało, stojak pieprznął o ziemię, pies się wystraszył, zaplątał po maksie w smycz i cały się ze stresu telepał. A ja, zamiast pomyśleć sekundę i odjechać, kucnąłem przy nim i zacząłem go z tej smyczy odplątywać. Powinno się to skończyć dla mnie źle, minimum dziabnięciem, skończyło się zaziomieniem się z kundelkiem i pouczeniu dzieci, że jak nakurwia wichor, to do stojaka psa nie wiążemy.

pies w domu
KTO JEST DOBRYM PIESKIEM?! Fot. Internet
Mniej trudne środki

No przecież, że nie zaprzyjaźniłem się od razu ze wszystkimi psami. Niektóre, głównie te dziwaczne małe pokractwa, dalej się na mnie rzucały i chciały gryźć, te większe warczały, panowało między nami takie porozumienie, że wy sobie coś tam warczycie, ja się do was nie zbliżam[2], wszystko spoko. Aż któregoś dnia, pod innym sklepem, jakiś pies się do mnie uśmiechnął, ja kucnąłem, od podszedł na smyczy, wystraszony lekko, ja wyciągnąłem dłoń (WTF?), on mnie polizał i za chwilę się bawiliśmy.

pies w domu
BAWILIŚMY SIĘ PRZEDNIO! Fot. Internet
Dość łatwe końce

A dalej poszło czołgiem. Zanim się zorientowałem, znałem połowę psów z sąsiedztwa (jeszcze na Pradze), witałem się z nimi, czochrałem je pod sklepami za uszami albo po plecach, one mnie lizały po rękach i jakoś tak zupełnie niepostrzeżenie przestałem się ich bać. Zmienił mi się pewnie od tego zapach, bo coraz więcej psów reagowało na mnie uśmiechem a nie agresją. I jakoś tak nieco ponad rok temu wyszło, że całkiem dobrze się z psami dogaduję, oraz mniej więcej rozpoznaję który chce ze mną rozmawiać, a który niekoniecznie. Ale nie pomyślałem, że kiedykolwiek sobie jakiegoś wezmę.

pies w domu
Tak sobie wyobrażam Polaroidowego Psa. Fot. Internet
Porozmawiajmy o Kev… psie

Nie pamiętam kiedy zaczęły się pierwsze rozmowy o wzięciu psa. Zresztą wszystkie były raczej żartobliwe, bo bądźmy poważni, w domu z dwoma kotami nagle pies? Koty psa się nie bały, bo znały jednego i gdy odwiedzała nas Mucha, wychodziły na dwór i tam hasały do momentu wyjścia gości z domu. Bez strachu. Po prostu wolały dwór…

NIC NAM NIE UDOWODNISZ GRUBY! NIE BOIMY SIĘ WIELKIEGO WŁOCHATEGO POTWOREGO CO TAK DZIWNIE PACHNIE, PO PROSTU WYGODNIEJ NAM U WAS W POKOJU GRUBY. U WAS W POKOJU.

AHYR!

pies w domu
SOON, FILIP. SOON. Fot. M.Cywińska
Risercz jest najważniejszy

Wziąć psa o tak ło to każdy potrafi. Ja nie. Ja robię trzydniowy research gdy potrzebuję kupić nóż za 130 ziko. Tygodniowy w przypadku zakupu zegarka za 440 ziko. Pamiętacie opony zimowe? No właśnie. Nie zrobię niczego poważnego na chybcika, bo bym chyba się udusił. Dlatego psa też musiałem poszukać kompleksowo, i to jedno mi się nie udało. Po krótkich namowach M. dałem komunikat na fejsie, posypały się propozycje, i nie grymasząc przesadnie wybraliśmy Fundację Zwierzęca Polana, która dopasowuje zwierzęta do ludzi. Było mi to bardzo potrzebne, bo to miał być mój pierwszy pies ever. I raczej nie miałem ochoty wziąć jakiegoś ziomka, a potem go oddawać, bo coś tam.

Cześć Filip®

Spotkaliśmy się z Gosią, zrobiła wywiad, opowiedziała nam o psach, które sobie upatrzyliśmy (sorry Rydz, wybacz Fender, nie byliśmy sobie jednak pisani) i zaproponowała innego, trochę skocznego wspinacza. Pojechaliśmy pod Radom obejrzeć typa. Oględziny odbyły się w czasie półtoragodzinnego spaceru, po którym decyzja była w zasadzie formalnością. Filip się nam wszystkim spodobał. Tydzień później przywieźliśmy go na kwadrat.

pies w domu
Ziemia rusza się zdecydowanie za szybko, Tato, przypał! Fot. R.Teklak
Koty

GRUBY, TY TO JESTEŚ JAKIŚ DZIWNY, ŻEBY TAK NA ZAWSZE A NIE NA PÓŁ DNIA PRZYWOZIĆ TO COŚ, ILE TO TUTAJ ZOSTANIE.
Na zawsze.
AHA, JASNE, NA ZAWSZE, GRUBY TY TO ŚMIESZNY JESTEŚ BARDZO, JAK NA ZAWSZE, JAK MY TU JESTEŚMY NA ZAWSZE, TO JAK TO COŚ MA BYĆ NA ZAWSZE.
No, na zawsze.
HAHAHA
HAHA
HA

AHYR!

No dobra, ale co z kotami?

Po tygodniu mamy stan chwiejnej równowagi i pozwalamy wszystkiemu dziać się swoim tempem. Seba ma coraz bardziej na psa wyjebane, bo głód jest silniejszy i do miseczek dojść przecież trzeba. Miluś patrzy na Filipa koso, chodzi trochę sztywno, głównie na niego syczy, na co Filip skamle, no bo tato, tato, dlaczego ten mały nie chce się ze mną pobawić. Dzisiaj Miluś rozjebał się na krześle, Seba stanął przy komodzie, Filip(R) między nimi, i one na niego tak syczały, że się cały zestresował. Powoli odzyskują należne im terytorium, za miesiąc Miluś będzie rządził bratem i Filipem, Seba Filipem, a Filip swoim kojcem.

Dla Filipa cały świat jest wielką zabawką. Filip jest jedną wielką uśmiechniętą psią miłością. Chce koty pokochać i się z nimi bawić. W końcu przełamią lody.

NIE MÓW MI GRUBY CO MAM PRZEŁAMYWAĆ, BO PRZEŁAMAŁEM OSTATNIO SROCE SKRZYDŁA I NIE BYŁA WCALE Z LODU. WIĘC NIE MÓW GŁUPIO, BO PRZEŁAMIĘ NIE LÓD TYLKO MU KRĘGOSŁUP I WTEDY ZOBACZYMY. I NIE SYCZĘ TYLKO ROBIĘ TAKIE HHHHHSSHHHHYYYSHHH

AHYR!

pies w domu
Chyba będziemy ze sobą na zawsze, co nie? Fot. M.Cywińska

PS. Większość pewnie rozpoznaje obrazek wyróżniający, ten niby w nagłówku. Wziąłem go z Futuramy. Imię psa też. Wyjaśniałem to już na fejsie, wrzucę dla porządku i tutaj.

Jako że celowałem raczej w szczeniaka, obmyśliłem mu, tak na wszelki wypadek, bo przecież nie planowałem psa, imię. Pies, którego nie miałem mieć, miał nazywać się Bender. With blackjack and hookers. Wiadomo, Futurama to najlepszy serial świata, więc jak inaczej miałbym nazwać psa, którego zresztą i tak nie miałem w planach, więc cała zabawa w wymyślanie imienia miała walor czysto rozrywkowy.

I nagle mam psa. Który ma na tyle dużo lat, że chyba się przyzwyczaił do imienia, więc nie będę mu go zmieniał na Bender, nie? I trochę szkoda. Ale z drugiej strony tak się szczęśliwie składa, że trzecim najfajnieszym ziomkiem w Futuramie jest Philip J. Fry (po Benderze i Profesorze), a nasz kundel bury ma na imię Filip. Z trzeciej strony chciałbym jednak uhonorować w jakiś sposób najzajebistszego robota ever.

No to dodałem na końcu (R). Mam więc skrzyżowanie Filipa J. Fry’a, Bendera i jeszcze na dodatek mogę dzięki temu (R) na końcu wołać na psa Fliper. No to jak to nie jest duży wygryw, to nie wiem co jest.

[1] Oddychajcie. Cytat.
[2]Opcja niezbliżania się do psów nie ma zastosowania w przypadku najzajebistszego amstaffa świata. Asgard to pies naszego prywatnego Ruska Ozona, i ten pies jest taki fajny, że weź przestań. Nie masz fajniejszego amstaffa nad Asgarda. Nie boję się go zupełnie, wkładałem mu wielokrotnie rękę do paszczy i nic.

Obrazek wyróżniający pochodzi z Futuramy. Wszyscy płakaliśmy.