Hamborgir gościnny

Spraszał Bratanek, to pojechałem. Przyjęcie okazało się być sukcesem, poszliśmy po linii najmniejszego oporu, i zapodaliśmy hamborgiry. Od opisanych przeze mnie poprzednio różniły się dwiema rzeczami: boczkiem (no bo kurwa, ile można jeść bekon), oraz sosem. Badajcie sos.

Sos z czerwonej cebuli
4 duże cebule czerwone (koniecznie czerwone, nie ma zastosowania zasada better dead than red)
1 łyżka oliwy
1 puszka pomidorów (bo musi być sok)
1 łyżka cukru (albo dwie, jak ktoś lubi słodziej)
2 łyżki octu balsamicznego

Cebulę kroimy w półtalarki, czyli najpierw po osi pionowej, od końca z zieleniną, do tego smętnego pędzelka, następnie kładziemy płaskim do deski, i jedziemy w poprzek krążków. Są blogi, na których możecie się dowiedzieć, jak kroić cebulę w różne fikuśne historie, typu talarki, krążki, piórka i inne rzeczy. Guglajcie.

Pokrojoną cebulę wrzucamy na olej i nie smażymy, tylko dusimy na małym ogniu pod przykryciem. Jak cebula zmięknie, dodajemy cukier, i dalej dusimy. Jak się zrobi taka wiecie, witkowata, dorzucamy pomidory, które uprzednio blendujemy na miazgę. Trochę dusimy pod przykryciem, a potem rozpoczynamy redukcję. Czyli odparowujemy to całe sosiwo, w którym nam się cebula tapla, gdyż nie chcemy, żeby to wszystko nam się wylewało spomiędzy bułki a hamborgira, nie?

fot. R.Teklak

W rezultacie otrzymujemy sos, który się nie leje. Pomysłowe, co? Zostawiamy go w spokoju na bardzo małym ogniu, i w czasie, gdy redukuje się do postaci kostki rosołowej… Ma nie cieknąć. W czasie gdy nie cieknie, my robimy bułki według przepisu, który już znamy. Kilka fotek, celem wypełnienia wpisu.

Tutaj chyba udało mi się wepchnąć palec w obiektyw. Mad foto skillz lvl pro.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Oczywiście bułki najlepiej zacząć robić wcześniej, ale pamiętamy, że gościnny hamborgir jest dumnym reprezentantem kuchni confusion, i dlatego bułki zaczęliśmy robić tuż pod koniec redukowania sosu. Bez sensu, ale nigdzie się nam nie paliło.

W misce rozkłócone jajko. Bardzo podoba mi się słowo ‚rozkłócone’, takie polskie.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Bułki spoczywają na silikonowej macie. Dobry patent, sama się nie pali, blacha zostaje czysta, nie trzeba szorować, wygryw kuchenny.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Minęło mnóstwo strzałów znikąd, sos się zredukował, bułki wystygły, przystąpiliśmy do smażenia hamborgirów. Wtręt organizacyjny.

Po krytycznych głosach dotyczących męczenia mięsa, zrobiłem eksperyment. Jednego kotleta stłukłem tak, że zaczął się pocić kolagenem, i osadzać tłuszcz na ściankach miski, drugiego zmiętosiłem delikatnie, tak żeby się trzymał kupy, ale nic więcej. Usmażyłem do identycznego stanu. Przygotowałem dwa identyczne hamborgiry. Spróbowałem obu.

Ja zdecydowanie wolę te ze zmęczonego mięsa, wy zróbcie sobie sami eksperyment, i odpowiedzcie sobie na to zajebiście ważne pytanie.

I dlatego też zasugerowałem Bratankowi, żeby wymęczył mięso, (ja wiem, jak to brzmi), bardzo aligancko mu wyszło.

Oczywiście należy pamiętać, że jak chce się mieć czizborgira, należy po przewróceniu kotleta na drugą stronę, położyć na pierwszej ser żółty i przycisnąć do mięsa. A potem pozwólcie działać siłom fizyki.

Poniżej siły fizyki w działaniu.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

A potem to już z góry. Bułka na pół, sos z cebuli, kotlet, boczek…

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

No właśnie, przecież wcześniej trzeba boczek jeszcze zrobić. Do piekarnika nagrzanego wrzucamy kilka plastrów na kilka minut, żeby się przypiekły, a że piekarnik mamy już rozgrzany po bułkach, to kolejny wygryw kuchenny na koncie. Po wyjęciu, odstawiamy tackę na bok, żeby boczek stwardniał, bo on jest taki trochę miękkawy, jak się go wyjmie.

Na boczek ogórek konserwowy, na górną bułkę majonez, do kupy, długa wykałaczka, parasolka do drinków i smacznego.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Natychmiast po wyjęciu kija, hamborgir mi się rozjebał na kawałki, ale że to była męska impreza, nikt się nie przejmował tym, że z wąsów kapał nam majonez.

Smacznego.

Zdjęcia robione szpikiem kostnym, przez fotografa, który nie umie. I ja wiem, że na tych fotach jedzenie wygląda tylko trochę mniej apetycznie od ofiary utonięcia, leżącej na stole sekcyjnym. Ale to się zmieni, gdy znajdę i naładuję swojego BenQ, który może nie ma odstrzelonej optyki, ale przynajmniej dobrze odwzorowuje kolory, nawet w kiepskim oświetleniu. Będzie lepiej.

Bawiąc, uczy

Bawiąc, uczy.

Jakiś czas temu wymyśliłem sobie, żeby co czwartek na fejsie wrzucać nowe, trudne słowo, i coś tam sobie o nim pisać. A przy okazji dać fotkę klauna, bo to zawsze zabawne. No i chyba będę reanimować pomysł.

W dzisiejszym słowie tygodnia, zapoznamy się ze słowem ogólnie znanym, ale tak mi pasuję do tego, o czym przed chwilą przeczytałem, a na dodatek bardzo mi się podoba jego brzmienie.

Konsternacja, fr. consternation, z łac. consternatio. Jest to zakłopotanie, zmieszanie, wywołane zwykle zaskakującym wydarzeniem.

Takim zaskakującym wydarzeniem jest dla mnie informacja, że projekt dużej ustawy medialnej zakłada, że każdy z nas będzie płacił miesięcznie 15 ziko w rachunkach energetycznych, na wielką telewizję narodową. Nieważne, masz telewizor, czy nie masz, zapłacisz. Czyli de facto, dobra zmiana ugaszcza nas nowym podatkiem, którego nie unikniemy, bo jak nie uiścimy z rachunkiem, energetyka będzie zobowiązana podpieprzyć nas do urzędu skarbowego.

Co jest bardzo śmieszne. Wiecie co jeszcze jest śmieszne?

KLAUNI, KLAUNI SĄ ŚMIESZNI.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

 

HaraKiri

 

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Imię: Hara
Nazwisko: nieznane
Rodzice: nieznani
Rodzeństwo: Kiri
Pseudonimy: Miluś, Macie Tu Ptaszka, Dlaczego Miski Są Puste, GRUBY DAJ MIĘSA
Płeć: samiec, kastrowany
Wiek: pięć i pół roku
Rasa: kot bury

Miluś, bo tak na niego mówię, żeby robić sobie z niego bekę, to miniaturowy ekwiwalent kota Greebo. Ponieważ został wykastrowany, i nie może zgwałcić całego świata zewnętrznego, postanowił go albo wykorzystać, albo zabić. Wykorzystuje sąsiadkę z pierwszego piętra, do której wdrapuje się po drzewie, skacze na gzyms, po czym otwiera sobie balkon, i już jest w środku. Gdy balkon jest zamknięty, na przykład w niedzielę o 10 rano, awanturę słyszy cały blok. Czasami przynosi nam od sąsiadki kawałek kiełbasy, albo szynkę.
Sąsiadkę i nas toleruje, gości nie atakuje, wszystko co za oknem, jest jego ostrygą.
Jest kochanym kotem. Gdy widzi, że sobie nie radzimy w życiu, dokarmia nas wróblami, sikorkami i myszami. Gdy straci czujność, co następuje prawie wyłącznie gdy śpi, daje się pogłaskać. Kotem do rany przyłóż jest przy miskach, tam daje robić z sobą wszystko. Do momentu, gdy dostanie karmę. Wtedy kończą się żarty, bo nigdy nie należy wkraczać między Milusia a jego łup, w tym wypadku suche jedzenie. Oczywiście udaje, bo bardzo lubi, gdy ludzie go kochają. Ale gra twardego. Więc kochanie go bywa trudne, bo ucieka.
Samiec Alfa w chuj. Bardziej się nie da. Niezły wyczyn, jak na ziomka bez jajec. Boi się wyłącznie spryskiwacza. Spryskiwacz to jego arcywróg. Kiedyś mu pokaże. Ale to dopiero kiedyś. Chwilowo nie.
Zawsze towarzyszy mi w kuchni, najbardziej kocha mnie, gdy robię drób. I to w kuchni najczęściej ze sobą rozmawiamy. Fragmenty jego monologów możecie przeczytać w moich notkach. Wszystko co napisałem, to jego słowa.
Ktoś kiedyś zasugerował, że on jest bezwzględny, że tak morduje te pliszki i kosy, i należy mu w związku z tym zawiązać dzwoneczek na szyi. Gdybym spróbował zawiązać mu dzwoneczek na szyi, podgryzłby mi gardło. Odczekałby do momentu aż zasnę, i rozprułby mi tętnicę. Nie robi się jaj z Milusia, bo gdy zrobisz sobie jaja z Milusia, będzie to twoje ostatnie robienie jaj z Milusia, i ostatnią rzeczą, jaką zobaczysz przed śmiercią, będzie jego pyszczek wysmarowany twoją krwią. Czuj się ostrzeżony.
Gdy da dupy, i coś mu nie wyjdzie, a ktoś to widział, udaje że to nie on, tylko jakiś inny kot. Miluś nie daje dupy, i nie popełnia błędów.
Pomimo twardości i bycia bezwzględnym mordercą, garnie się do ludzi, i raz dziennie mówi KOCHAJ MNIE CZŁOWIEKU, NA CO CZEKASZ, GRUBY, NO CHOCIAŻ TY, KOCHAJ MNIE PRĘDKO.
Pomimo swojej pozy Brudnego Harry’ego, jak już wspomniałem, jest kotem do rany przyłóż. Oczywiście do rany, którą sam zrobił.

 

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Imię: Kiri
Nazwisko: nieznane
Rodzice: nieznani
Rodzeństwo: Hara
Pseudonimy: Seba, Sebiks, Sebcio, Sebon, Dlaczego Nie Ma Niczego w Miskach, Jestem Olgierd, GRUBY UMARŁEM Z GŁODU PATRZ NIE MAM SIŁY CHODZIĆ
Płeć: samiec, kastrowany
Wiek: pięć i pół roku
Rasa: kot bury

Seba to kot, z którego próbuję cały czas zrobić praskiego dresiarza. Tak, żeby był w stanie dać odpór światu, ale przede wszystkim bratu, gdyż brat nim ogólnie poniewiera. Odkąd trenuję go na dresa, nauczył się, że bratu można oddać. Zdarza mu się też jeść z pierwszej miseczki, do której nasypię karmy, ale tylko wtedy, gdy w pobliżu nie ma brata. Gdy jest, Seba ustawia się karnie do miseczki numer dwa.
Seba nie jest samcem Beta. Nie jest nawet samcem Gamma czy Delta. Obstawiam, że najbliżej mu do samca Omega. Dzięki czemu przeżyje wszystko, gdyż będzie pierwszy do michy, i ostatni do walki.
Garnie się do ludzi, ale nie wie, czego tak naprawdę chce (oprócz jedzenia).
Garnięcie odbywa się w ten sposób, że podchodzi, stuka głową w to, co akurat człowiekowi wystaje, i oczekuje… No właśnie, nikt jeszcze nie odkrył, czego Seba oczekuje od człowieka. Trochę się daje wygłaskać, trochę wyczochrać, ale nie uwali się na mojej klatce piersiowej, jakby był u siebie, tylko będzie leżał z jedną łapką na niej, a jak się gwałtowniej poruszę, to ucieknie.
Uwielbia siedzieć w pudełku, ale się w nim nie położy. Więc siedzi, i wystaje nad krawędź pudła tak, jak Olgierd wystawał ponad krawędź włazu w Rudym 102. Seba wie, że nie ma sensu się kłaść, bo i tak zaraz przyjdzie brat, i go z tego pudełka wygoni, nawet jeżeli obok leży pudełko zupełnie puste. A że Seba nie jest konfrontacyjny, da się wygonić.
Jedyne miejsce gdzie się awanturuje, to miska. Wtedy mówi do mnie mnóstwo ciekawych rzeczy, głównie uskarżając się na słabość i halucynacje z niedożywienia.
Trochę dupa wołowa, ale kocham i wychowuję jak swojego.
Gdyby zobaczył w domu ptaka albo myszkę, umarłby na serce. W ramach polowania, zadowala się gonieniem brokuła (to razem z bratem), albo kawałka suchej karmy z miseczki. Wtedy ma poczucie bycia myśliwym. Kochamy tę jego nieporadność, i próby bycia fajnym, luźnym kotem.
Ostatnio nauczył się, że jak brata nie ma w pobliżu, można mu bezkarnie wyjeść jedzenie z miski. Seba rośnie w siłę, Miluś niknie w oczach. Może to sposób Seby do zdominowania brata?
Wiem natomiast, że jakby w nocy przyszły do naszej sypialni demony i duchy, Seba by nas bronił. Prawdopodobnie odciągając je od nas przy pomocy sprytnego manewru ucieczkowego.

W księżycową jasną noc

Srać mi się chciało.

Jako stary harcerz, załatwiłem temat liściem łopianu, ale cały wieczór, noc, i poranek bez papieru były zbyt straszną perspektywą, by traktować ją poważnie. Szybka rozkmina, i Rossmann na ratunek.

Zrobiliśmy zakupy, noc młoda i piękna, zróbmy, rzekła, koło, gdyż spacer jest dobry na wszystko. Uszliśmy wszystkiego ze sto metrów. No słownie 100, więcej nie było, gdy na drodze stanął nam barczysty antykwariat Gryf, którego nigdy wcześniej nie widziałem, bo najdalej na Dąbrowskiego, to ja dochodziłem do sklepu z kocim żwirem.

-Ty, patrz jakie dobre i piękne książki. Kurde, obczaj, Ceramy, mam kilka w domu. O, takie samo wydanie Paragrafu 22, tylko moje już rozwalone, to bym sobie kupił, ciekawe ile kosztuje, ale chyba drogo, bo jakiś wielki ten antykwariat, patrz jak się długo ciągnie. Pewnie więc niezbyt będzie tanio, nie?
-O, a tutaj Dali z Arkad. Ładnie wydają te albumy w Arkadach.
-Znam kogoś z Arkad.
-Spoko, nie ma zmartwienia, mam kartę zniżkową na ich książki, ale tutaj chyba nie będzie obowiązywać, nie?
-A jak patrzyłeś u mnie, to widziałeś, czy ja mam to Narrenturm całe, czy nie?
-Nie wiem, ja nawet nie wiem, czy ja u siebie mam wszystkie, czy tylko pierwszy, a potem to już tylko pożyczałem.
-O, a to, i jeszcze to, oraz tamto. Ewentualnie też mogłabym mieć owamto.

Ochom i achom nie było końca, bo faktycznie, na witrynie samo grube, ślady wyrysowane naszymi nosami na szybach zaczęły przypominać symulacje komputerowe wyników zderzenia cząstek w LHC, o jak bardzo muszę tutaj przyjść jutro, i zobaczyć co się wewnątrz kotłuje, o jak bardzo…

-O, widzę, że Państwo, podobnie jak ja, lubią się przyglądać dobrym książkom. I co? Ten sam problem co u mnie? Kiedyś pieniądze miałem, ale kupić cokolwiek było trudno. Teraz wszystko w zasięgu ręki, ale pieniędzy na wszystko brakuje.

Ki chuj, pomyślałem, przyzwyczajony do tego, że jak ktoś do mnie zagaduje u mnie na dzielni, to albo chce blachę na browara, bo go suszy, czasem sępi fajka, pyta się, czy mam jakiś problem, ewentualnie, ale to już bardzo rzadko, proponuje mi odrobinkę zapomnienia słowami ‚chono kutasiarzu, to ci najebe’. A tutaj niespodzianka, sympatyczny, szpakowaty pan, żaden tam nur, fajeczka z ładnie pachnącym tytoniem, spoko ubrany, bez ostentacji, tak akurat na wieczorny spacer w połowie rozchwianego pogodowo lutego, no inteligent przed emeryturą, taki z lekko wyższej cenowo półki.

Otwarcie miał solidne, więc nastąpiło krótkie rozpoznanie bojem, a potem już normalnie, jak to u moli książkowych, zaczęło się prężenie erudycyjnych muskułów. To znam, to czytałem, to widziałem, a to mam nawet w domu, pozdro dla kumatych. Na szczęście krótko, bo gość okazał się być człowiekiem wysokiej kultury osobistej, do tego faktycznie inteligentny, wszystkie słowa na swoich miejscach. Pianista, ale jak sam stwierdził, z felerem, bo technika dobra, ale pamięciowo nie wyrabia. Wielki miłośnik Chopina, i wszystkiego co z nim związane.
Gdy doszło do rozmowy o strojeniu pianina, którego wytwórcy nie potrafiliśmy sobie przypomnieć, chociaż stoi w salonie, pan Krzysztof wymienił chyba z osiem nazw, i żadna z nich nie była Calisią ani Steinwayem, więc on chyba faktycznie kojarzy. Oraz okazało się, że zna chyba wszystkich stroicieli w mieście. Zna również ojca M. No i na dokładkę jest autorem dwóch książek.

Autentyczny erudyta. Ale taki, że z zazdrości aż się wkurwiłem, bo od imponowania M. to ja tu jestem, a nie jakiś szpakowaty cwaniaczek, literat, cholerny artysta metaloplastyk.

Na szczęście, jak to czasami bywa z ludźmi, na których wpadam na ulicy, był również złodziejem.

Ale wiecie, taki inteligencki złodziej, więc w życiu zajumał dwie książki, których mu bardzo brakowało do kolekcji, i jeszcze w stanie wojennym podpieprzył 300 litrów paliwa, tylko że z tym paliwem było tak, że on chciał zapłacić, ale ziomek zamiast przyjąć pieniądz, najpierw kazał mu spierdalać, następnie oddał na niego mocz, a na koniec kazał mu spierdalać, albo go zajebie. W tej sytuacji przy płaceniu upierałby się wyłącznie święty męczennik.

Jako nieufni i wrodzy sobie nawzajem Polacy, pogadaliśmy krótko, niecałą godzinę, M. wręczyła mu wizytówkę, i pożegnaliśmy się, obiecując sobie ponowne spotkanie, które mam nadzieję, że dojdzie do skutku, bo mądrego to naprawdę miło posłuchać. Zresztą, jak znam życie, to pewnie lada chwila wpadniemy na siebie w tym antykwariacie. W końcu muszę się za Sprężynową Pomarańczą rozejrzeć, pozdro dla kumatych.

Powiem wam, że ten Mokotów, w porównaniu z Pragą Północ to jednak dzicz i barbaria.

Gdzie jest ser?

Witam w kolejnej odsłonie kuchni confusion, i muszę powiedzieć, że tym razem konfuzja była faktycznie wielka. Dostałem link do sernika dietetycznego, w wydaniu fit, fat free, bez sera, i bez kalorii. Porcja stugramowa (słownie: 100 gramów) zawiera 72 kcal, co jak na ciasto jest wynikiem wręcz śmiesznym. Śmieszny jest też brak sera w serniku. A najśmieszniejszy jest stopień trudności prac kuchennych, gdyż taki sernik bez kalorii może zrobić każdy.

Najbardziej skomplikowanym produktem, jakiego będziemy potrzebować są otręby, reszta pewnie jest w każdym domu.

Składniki są przewidziane na tortownicę o średnicy 21 centymetrów. O tym, jak odmierzyć 21 centymetrów nie będę mówił, bo jak powiedziałem o tym w innym miejscu, to się do tej pory rumienię. Państwo sobie radzą sami.

Spód
6 łyżek otrębów owsianych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 żółtka
1 łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego, można też walnąć 10 kropli zaprawy w płynie. Nie wiem czy to adekwatna ilość, lałem na oko.
4 łyżki mleka

Masa
2 duże jogurty naturalne (po 400g)
4 białka
1/2 szklanki brązowego cukru
2 budynie śmietankowe w proszku
szczypta soli

Co do masy, to mam uwagę. W oryginale przepis był na sernik w wydaniu dietetycznym. Od razu wam mówię, że sernik w wersji dietetycznej jest taki sobie. Znaczy spód spoko, sama konsystencja ciasta jak w ptasim mleczku, i w ogóle jest nieźle optycznie. Ale smak jakiś taki nijaki. Dlatego, po zebraniu opinii zwrotnych od piątki testerów, sugeruję zwiększenie ilości zapodanego cukru do co najmniej jednej szklanki. Bo kalorie kaloriami, ale smak też jest ważny. Ja na przykład w następnej iteracji, mam zamiar dosłodzić masę miodem, oraz dodać soku z cytryny.

A teraz robimy.

Tortownicę o średnicy 21 centymetrów, które sobie odmierzcie we własnym zakresie, trzeba wyłożyć papierem do pieczenia. Oczywiście rozdarłem przy upychaniu. Nie rozdzierać, bo się potem rozlewa i brudzi blachę.
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Temperaturę sprawdzamy na wyświetlaczu, a nie ręką.
Wszystkie składniki spodu wrzucić do miski, wymieszać dokładnie łyżką, wylać na ten niepodarty papier, piec przez 10 minut.

W czasie gdy spód nam się piecze, przygotujemy masę zasadniczą. Bierzemy większą miskę, mikser, i ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywno. Na sztywno oznacza, że nie wypadają nam z miski, ale nie odwracajcie jej koniecznie do góry nogami, bo to bez sensu, i jak nie jest do końca na sztywno, to trzeba zbierać białko z blatu. Nie należy też młócić za długo, bo jak się białko ubija za długo, to ono potrafi rozbić się na frakcje, i otrzymujemy jakieś białe, mętne coś, i lejącą się pianę, która nie nadaje się do niczego. Udało nam się tak kiedyś zrobić, jak biliśmy białka na bezy. Ale to było za komuny, więc może teraz jajka są lepsze.

Gdy ubijemy pianę na sztywno, dodajemy powoli cukier. Piana wyraźnie zbrązowieje, bo cukier brązowy. Następnie powolutku sypiemy budyń. Piana lekko zgęstnieje. Na koniec dodajemy jogurty. Piana zrzednie. Nie dajemy faka, tak ma być.

Nasz spód powinien akurat się upiec. Wyjmujemy tortownicę z piekarnika, uważamy na lewy palec wskazujący, bo oparzenia fatalnie się goją, staramy się też, żeby papier nie dotykał ścianek albo góry piekarnika, bo zjarany pergamin śmierdzi. W zasadzie przed pieczeniem spodu, najlepiej go przystrzyc, żeby nie sterczał na boki i wzwyż.

Jak już ogarniemy trudne sprawy, wlewamy masę na upieczony spód, wrzucamy do piekarnika na 50 minut, i czekamy na sukces.

GRUBY! GRUBY! CO DZISIAJ ROBISZ BEZ SENSU Z TEGO GĘSTEGO MLEKA? BEZ MIĘSA? TYLKO GĘSTE MLEKO? PIECZONE GĘSTE MLEKO? JESTEŚ GŁUPSZY NIŻ CHUDE GOŁĘBIE Z DRZEWA, POCZEKAJ, PRZYNIOSĘ CI COŚ Z DWORU, BO UMRZESZ Z GŁODU SZYBKO, GRUBY NIE UMIERAJ, BO KTO MI BĘDZIE DAWAŁ TO PYSZNE Z BIAŁEGO WIADRA, GRUBY NO WEŹ NIE GIŃ!

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Przyniósł martwego wróbla. Zdjęć nie zrobiliśmy, zbyt drastyczne widoki.

Po pięćdziesięciu minutach wyłączamy piekarnik, otwieramy i o ja pierdolę, jak to wyrosło, że aż wyszło z tortownicy. Nie znam się, więc zacząłem kląć głośno, a potem kombinować, że trzeba będzie wyciąć kawałek ze środka. Kuchnia confusion w pełnej krasie.

Uczcie się na moich frustracjach, nie panikujemy, wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki, i zostawiamy tortownicę wewnątrz. Po kilku minutach ciasto opadnie. Niech sobie stygnie, my w tym czasie zrobimy improwizowaną polewę czekoladową, która mi nie wyszła (pewnie czekolada się zwarzyła), i dlatego mój sernik wygląda, jakby był oblany gównem z makiem.

fot. M.Cywińska

Polewę zrobiłem z połowy kostki czekolady gorzkiej Wedla, niecałej łyżki masła, i mleka, bo śmietanki nie miałem. Roztopiłem to wszystko na małym gazie, zrobił się jakiś farfocel, rozmazałem to po szczycie ciasta, które było gładkie, czekolada nie chciała się przylepiać, do tego miała konsystencję kawioru, no i efekt jest taki, jak na zdjęciu. Jak ja sobie wymyśliłem, że pół kostki czekolady wystarczy również na boki sernika, nie wie nikt.

Polewę fachową robi się w sposób następujący. Bierzemy duży garnek, nalewamy do niego gorącej wody, gotujemy. Wkładamy do środka trochę mniejszy garnek, uzyskujemy w ten sposób kąpiel wodną, dzięki czemu nie spalimy niczego. Wrzucamy do mniejszego garnka 200 gramów czekolady, 50 gramów masła, oraz 50 gramów śmietany kremówki, rozpuszczamy to wszystko, po czym wylewamy na ciasto. Powinno ładnie rozlać się na szczycie, i aligancko spłynąć na boki. Obiecuję, że następny wypiek nie będzie improwizacją na stopro, i że zrobię go zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki.

Gratulacje. Właśnie zrobiliście swój pierwszy sernik bez sera.

GRUBY, WYRZUĆ TO GĘSTE MLEKO I ZJEDZ WRÓBLA CHUDEGO.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Mam bóle współczulne

Z zawodu jestem dyrektorem, więc nie mogę przejść obojętnie obok jeziora w otoczeniu zieleni, w miejscu którego mógłby stać spółdzielczy punktowiec.

Serwis natemat, w alarmistycznym tonie napisał, że ‚Wiadomości’ straciły w styczniu aż 410 tysięcy widzów. Gewałt, Kurski to funkcjonariusz partyjny a nie menadżer, czystka, program nie przypomina tego sprzed kilku tygodni, wszystko jak w stanie wojennym, aż dziw że nie noszą jeszcze mundurów.

I od razu widać efekty. Polacy nie chcą oglądać programu przygotowanego przez nowych reporterów, sprzedawczyków, którzy powinni się wstydzić patrzeć w lustro, wszystko się wali, telewizja tfu publiczna na skraju bankructwa. Czerwony świt się z nocy budzi, larum grajmy.

Nie jestem w stanie ocenić zawartości nowego dziennika, bo w telewizji oglądam czasami sport, oraz Grę o Tron, ale GoTa to w innej, bardziej zagranicznej. Dlatego nie wiem jaka jest jakość zmian, i zamiast gadania o wrażeniach, skoncentruję się na cyfrach.

Natemat powołuje się w tekście na dane z serwisu wirtualnemedia. Znam wirtualnemedia, i znam ich podejście do sposobu prezentowania danych, który czasami jest, delikatnie mówiąc, lekko ekscentryczny. Byłem dziwnie spokojny, że autor nie zada sobie trudu, żeby przyjrzeć się dokładnie liczbom, tylko przeklei informacje z wirtualnych, doda chwytny tytuł, i już kliki lecą. Ewentualnie się przyjrzy, ale stwierdzi, że nawet jeżeli nie mają sensu, to nie możemy pozwolić na to, żeby jakieś głupie dane stanęły na drodze sensacyjnego artykułu.

Obadajmy na spokojnie wykres.

oglądalność
fot. wirtualnemedia.pl

Dokładne wyniki Wiadomości w ostatnim półroczu wyglądają następująco:
sierpień – 2 586 000
wrzesień – 3 456 000
październik – 3 716 000
listopad – 4 041 000
grudzień – 3 783 000
styczeń ’16 – 3 703 000

I jeszcze styczeń ’15 – 4 112 000

I już wiadomo o co chodzi. Spadek o 411 tysięcy dotyczy zmiany styczeń do stycznia. Zestawianie danych miesięcznych w odstępie rocznych, ma według mnie taki sens, jak porównywanie długości z objętością.

Ostatni akapit z natemat brzmi następująco:
Przypomnijmy, że od 11 stycznia, redakcją „Wiadomości” kieruje Marzena Paczuska, która zastąpiła Piotra Kraśko. Od tamtej pory, na antenie można dostrzec manipulacje, a także pominięcia ważnych, choć niewygodnych dla nowej władzy tematów.

Jaki idzie przekaz? Patrzcie, te nieudaczniki rządzą od 11 stycznia, i w niecałe trzy tygodnie doprowadzili do katastrofy, a na dodatek manipulują, i cenzurują niewygodne prawdy.

Niezależnie od moich sympatii politycznych, takie akcje mnie osłabiają swoim prymitywizmem. Można manipulować danymi zręcznie, ze swadą, w sposób na pierwszy i drugi rzut oka niezauważalny, no jakoś  tak elegancko. A nie jakby cepem walił. Nie, nawet nie cepem, bo cepem też trzeba umieć. O, wiem. Jakby chujem zboże młócił.

No ale nikogo to nie obchodzi, bo kto zagląda do danych źródłowych.

Szybki deser czekoladowy moelleux

Witamy w kolejnej odsłonie kuchni confusion.

Miała być notka o charakterze społeczno-ekonomicznym, ale jak już siadłem do pisania notki o charakterze społeczno-ekonomicznym, okazało się, że jest potrzeba zjedzenia czegoś słodkiego. Zdjęliśmy z półki 8 książek kucharskich, i zaczęliśmy szukać czegoś, co można zrobić z niczego. Do zrobienia pysznego deseru z niczego będziemy potrzebować składników, które pewnie są w każdym domu, oraz dwóch ramekinów.

Bawiąc, uczy!

Ramekin lub kokilka to ceramiczne lub szklane naczynie, w którym można zarówno zamrozić, jak i upiec danie. Charakteryzuje się dużą odpornością na szok termiczny, co oznacza, że można je włożyć bezpośrednio z lodówki do nagrzanego piekarnika, i nie pieprznie w drzazgi. Na allegrze taka kokilka kosztuje od 6 do 15 ziko, i myślę, że jakieś 2 sztuki można sobie sprawić, żeby nie było, że w naszym mieszkaniu jest tylko mały garnek, patelnia, dziesięć kubków, cztery talerze, miseczka z Ikei, sztućce, i kielony do wódki.

Zresztą na bank się taka miseczka przyda, bo w ramekinie robi się bardzo dużo bajeranckich potraw. Wykorzystamy go do creme brulee, zapiekanych jajek, jabłek, sufletów, puddingów, musów, tymbalików (rozkosznie piękna nazwa), czy wreszcie moelleux, które dzisiaj właśnie zrobiłem.

Widzicie, skorzystaliśmy z francuskiej książki z przepisami, i deser nazywa się moelleux au coeur coulant, co przy pomocy translatora gugla przetłumaczyłem sobie jako Łagodność z serca płynąca. Jak ktoś zna francuski, może zaproponować wersję bardziej zbliżoną do prawdy.

Do przygotowania dwóch porcji tej krainy łagodności potrzebujemy:

1 jajko
25 gramów cukru pudru
15 gramów mąki
50 gramów masła
50 gramów gorzkiej czekolady (ja zapodałem Wedla)
2 kostki białej czekolady (totalnie opcjonalnie)

Ponieważ przygotowanie całości zajmuje maks 10 minut, możemy zacząć rozgrzewać piekarnik do temperatury 200 stopni.

Całe jajko, czyli żółtko i białko, wbijamy do miski, dosypujemy cukier puder i ubijamy tak, żeby lekko zbielało. Nie na żadną sztywną pianę, konsystencja bardziej luźnego kogla-mogla (kogela-mogela?).
Tutaj taka zabawna historia, zaćmiło mi mózg, wybiłem jajko do szerokiej, dość płaskiej miski, dodałem cukier puder, a potem, od tego zaćmienia mózgu, zmieniłem koncepcję, i zamiast ubijać ręcznie, wyjąłem mikser. Śmiechom i żartom nie było końca, większość plam z jajka udało się ze ściany, sufitu i szafek, usunąć bez śladu. Pamiętajcie – nie mieszamy różnych systemów walutowych. Jak ręcznie, to w płaskiej misce, jak mikserem, to w wysokim pojemniku.

Do ubitego jajka, dodajemy mąkę, mieszamy łyżką tak, żeby równo rozprowadzić mąkę i porozbijać ewentualne grudki.

Masło i czekoladę wrzucamy do garnka, i na małym gazie, rozpuszczamy. Kiedyś rozpuszczałem czekoladę z masłem na dużym gazie. Podwójnym, bo byłem krzynkę pijany. Jakości dymu jaki wytworzyłem, zazdrościły mi wszystkie stołeczne dyskoteki. Więc mały gaz, ciągle mieszamy, wszystko się ładnie rozpuszcza, pachnie obłędnie, zwalczamy chęć, żeby zawartość garnka wypić, zestawiamy go z gazu, i wlewamy do niego to jajko z cukrem i mąką. Mieszamy dokładnie, masa lekko zgęstnieje…

CZEŚĆ GRUBY, CO DZISIAJ ROBISZ? JAKOŚ DZIWNIE PACHNIE, WCALE NIE SUROWYM MIĘSEM, CO TO BRĄZOWE. KOCIEZUSIE, JAK ŚMIERDZI, IDĘ UPOLOWAĆ WRÓBLA, CZEŚĆ GRUBY, NIE ZALEŻY MI NA TWOIM ŚMIERDZĄCYM JEDZENIU. (uciekł tak szybko, że nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia, dzisiaj bez kotów)

Wyciągamy dwa ramekiny, natłuszczamy dno i brzegi odrobiną masła, i rozlewamy do nich zawartość garnka. Po równo. Na wierzch kładziemy po kostce białej czekolady, ale jak nie położycie, to nie będzie tragedii. Naczynia zapodajecie do nagrzanego piekarnika na 10 minut. Od dziesiątej minuty robicie to, co ja na poniższym zdjęciu.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Jak to mówił prowokator w King Sajzie, ty ziomek masz inne zadanie, ty tu siedź i knuj. Obserwacja jest po to, żeby zauważyć ten moment, w którym deser na górze popęka, a bokiem zacznie delikatnie odchodzić od naczynia. Wtedy wyciągamy szybko, bo chodzi o to, żeby deser był w środku płynny.

Po wyciągnięciu nasza kraina łagodności ma wyglądać mniej więcej tak

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

W pęknięciach na wierzchu deseru, w bliższej kokilce coś błyszczy. To płynna czekolada. W dalszej nie błyszczy, bo jak widzicie, wlałem trochę nierówno, i mniejsza porcja upiekła się cała, a w większej się lało, tak jak powinno.

Zrobienie całości trwa niecałe 20 minut. Znaczy u mnie, z powodu wybuchu jajka, trwało nieco dłużej, ale normalny, ogarnięty początkujący adept kuchni confusion, poradzi sobie na luzie w 18 minut. Smacznego.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Uwagi końcowe:

Nie dałem kostki białej czekolady na wierzch, bo nie mieliśmy. A o tej, którą mieliśmy, zapomniałem.

Dałem trochę więcej (60 g) czekolady, bo tyle akurat zostało po tym, jak na święta robiliśmy ciasteczka. Jednocześnie dałem trochę mniej cukru pudru (niecałe 20 gramów), bo tak wyszło. Nic się nie stało, deser był dalej pyszny.

W deserze nie ma się właściwie co piec. Dlatego myślę, że gdyby wyciągnąć go z piekarnika po dokładnie 10 minutach, byłby jeszcze lepszy, gdyż byłoby więcej płynnego.

Jadłem go w towarzystwie lekko mokrych, suszonych śliwek z Hali Mirowskiej. No nie mam pytań.

Tu ten twój hamborgir

Kontynuujemy temat z przedwczoraj. Mamy bułki, teraz trzeba je czymś wypełnić. Najlepiej miłością.

Do wypełniania bułek miłością, najlepiej nadaje się wołowina. Wbrew obiegowym opiniom, polska wołowina jest bardzo dobra, i nieprawdą jest jakoby większość ludzi na świecie była w stanie odróżnić ją po smaku od wołowiny argentyńskiej czy Kobe. Otóż nie jest, więc nie ma sensu przepłacać. O wołowinie więcej opowiem kiedy indziej, na razie wystarczy nam informacja o tym, że polska jest dobra.

Można iść do specjalistycznego sklepu, kupić kawałek wymasowanej i wychuchanej polędwicy po 189 ziko, po czym samemu go mielić z uczuciem. Albo można być takim abnegatem jak ja, i zadowolić się mieloną wołowiną z Simply. To nie jest odmiana krowy, tylko taki sklep. Wołowina była ładna, czerwona, 12% zawartości tłuszczu, trochę mało, ale sobie poradziłem.

Do zrobienia hamborgirów potrzebne jest:

500 gramów wołowiny
100 ml wody
sól do smaku
pieprz do smaku

Jak wam będę opowiadał o wołowinie kiedy indziej, dam bardziej fancy przepis na hambuksa, dzisiaj jedziemy na minimalu.

Zapamiętajcie jedno. Gdy ktoś wam mówi, że do hambiego trzeba dodać jajka, albo, o zgrozo, bułki tartej, to tego kogoś można bez skrupułów pobić żelazną dziewiątką do golfa, i każdy sąd was uniewinni. Z jajkiem czy bułką tartą, to mielony jest zwykły.

Wrzucacie wołowinę do miski stalowej, solicie, pieprzycie, dolewacie wodę i wyrabiacie. O bracie, o siostro, wyrabiacie tak, jakby od tego miał zależeć wasz dobrostan. Ja lubię mięsić mięso gołymi rękami, ci bardziej obrzydzeni obywatele mogą użyć rękawiczek jednorazowych z lateksu, czy z czego tam. Tylko sprawdźcie, czy nie są opylone proszkiem, dzięki któremu łatwiej je wkładać na rękę. Bo ten proszek jest chujowy w smaku, niby puder, taki niewinny i neutralny, a psuje, wiem co mówię.

Wyrabiacie mięso przez minutę, dwie…

GRUBY, GRUBYYY!!! GDZIE MÓJ KAWAŁEK MIĘSA TEGO PYSZNEGO, DAJ DAJ DAJ TROCHĘ, NIE BĄDŹ TAKI, ILE MOGĘ JEŚĆ WRONY CZY MYSZY CHUDE OD ZIMY I BIAŁEGO PYŁU PROSZKU. DAWAJ SZYBKO, GRUBY, MIĘSO.

for. M.Cywińska
for. M.Cywińska

Wyrabiacie mięso przez 5-6 minut. Po tym czasie moje zaczęło się powoli lepić do rąk, i samo do siebie. Z tego co pamiętam, chodzi o to, że podczas intensywnego wyrabiania, rozbijamy włókna kolagenowe. I to właśnie one zlepiają nam wołowinę do kupy, bez użycia jajka, czy, o zgrozo, bułki…

GRUBY! GRUBYYY!!! DAJ TEN KOLAGEN, BĘDĘ GŁADKI I PRZYSTOJNY, NIE TAK JAK TY, DAJ DAJ DAJ KOLAGEN, I TROCHĘ TEGO CZERWONEGO MIĘSA, DAWAJ PRĘDKO, NO GRUBY, NIE BĄDŹ TAKI!

…tartej, nawet jeżeli jest to bułka tarta z Charlotty. Gdy mięso się już prawie trzyma w całości razem, rozpoczynamy ten kawałek przygotowań, który lubię najbardziej.

ZACZYNACIE NAPIERDALAĆ TYM MIĘSEM O MISKĘ Z ZAMACHU ZZA GŁOWY.

Poważnie, zaczynacie je niszczyć, wdeptywać w ziemię, anihilować. Można bić pięścią, ale wtedy fruwa na boki, i tylko koty są zadowolone. Można próbować dusić, ale przeciska się przez palce. Dlatego najlepiej jest dwoma szybkimi ruchami zebrać mięso do kupy, wziąć rękę, i jebnąć nim o miskę. I jeszcze raz. I znowu. Optymalnie byłoby tłuc nim tak długo, aż poszarzeje. Ja nie miałem tyle czasu, i zaprzestałem w momencie, w którym całe pół kilograma mięsa mogłem uformować w jedną kulę, która trzymała się w całości, i nic z niej nie odpadało.

Sugestię mam taką, żeby nie łomotać mięsem w dno miski, bo trochę strzępy lecą na bok. Należy celować w styk dna i ścianki. I tłuc, aż do omdlenia prawicy (u leworęcznych – lewicy). No i zszarzenia mięsa.

Jeszcze w kwestii tłuszczu. Jak wspomniałem, w mojej paczce zawartość tłuszczu wynosiła 12%. Optymalna proporcja to 20%. Można dodać albo mięsa tłustego, albo łoju. Przy czym musimy mieć pewność, że łój pochodzi z młodego wołu, ten ze starego może popsuć całą potrawę. Mniej ortodoksyjni kucharze mówią, że można dać boczku lub wędzonej słoniny. Ja nie miałem czym wzmocnić, więc zostałem przy chudszej wersji, była całkiem spoko.

Skatowaliśmy mięso, teraz trzeba je jakoś podzielić. Z pół kilograma mięsa wyjdą nam idealnie cztery, tadam, ćwierćfunciaki. Nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego ćwierćfunciak jest najlepszym hamborgirem świata. Ważymy sobie zatem ćwierćfunciaki (u mnie wyszły po 137 gramów), formujemy płaskie kotlety nieco większe od bułek (mięso się nam podczas smażenia skurczy), rozgrzewamy na patelni dwie łyżki oleju, ale tak fest rozgrzewamy, pilnując jednocześnie, żeby go nie przypalić, i lu, kotleciwo w olej.

Ile smażyć? Jeden rabin powie, że z jednej strony 4 minuty, z drugiej 4 minuty. Ja powiem: obserwuj bok kotleta. Po minucie zauważysz, że stopień wysmażenia widać na nim idealnie.

mad paint skillz
mad paint skillz

Mam niedobór kolorów w paincie, więc dla uproszczenia przyjmijmy, że na patelnię rzucaliśmy mięso czerwone. Najwyższy hamborgir jest dość nieźle well done, i jego smażyliśmy po 4 minuty na stronę. Środkowy, to takie medium, ale nie, że łącznik między światem żywych i umarłych, tylko średnio wysmażony, i jego smażyliśmy 3 minuty na stronę. Najniżej jest blue, i jego smażyliśmy 1-2 minuty.

Po zakończeniu smażenia, dajemy hamborgirowi chwilę odpocząć. Nie szturchać, nie klepać, niech was ręka broni przed nakłuwaniem czy krojeniem kawałka, tylko żeby sprawdzić, czy dobrze smakuje. Dobrze smakuje. A jak odpocznie, będzie smakował jeszcze lepiej. Można dać mu odpocząć na desce, można położyć go na ręczniku papierowym, wtedy zgubi trochę oleju.

Oczywiście jak ktoś ma życzenie i patelnię grillową, to może go sobie usmażyć na niej. Wtedy hambuks będzie miał ten charakterystyczny ślad rusztu, oraz lekkie przypalenia we wgłębieniach. Pamiętajmy, że przed smażeniem, patelnię grillową smarujemy delikatnie olejem.

Hambi odpoczywa, my walczymy dalej. Kroimy bułkę na pół. Jeden rabin powie lekko przypiec oba kawałki po stronie wewnętrznej, drugi rabin powie, no chyba was pojebało. Co kto lubi, ja uważam, że skoro przed chwilą upiekliśmy fantastyczne bułki, i one są prawie jeszcze ciepłe, to przypiekanie nie ma sensu.

Dół bułki smarujemy sosem…

Kurwa, zapomnieliśmy sosu. Do zrobienia doskonałego sosu do hamborgira, potrzebne nam będą następujące składniki:

3 łyżki majonezu, Kielecki albo Napoleoński, bo są najlepsze, nie?
1 łyżeczka musztardy
1 mały ogórek konserwowy
1 mała cebula, naprawdę mała
1 ząbek czosnku, można użyć czosnku w proszku, wtedy ze dwie szczypty, czyli tyle, ile się mieści między palcem wskazującym a kciukiem
pół łyżeczki słodkiej papryki
szczypta ostrej papryki – opcjonalnie, jak ktoś lubi ostrzej
pół łyżeczki soku z cytryny, można dać zamiast tego octu winnego
pół łyżeczki cukru

Cebulę posiekać na drobno, a najlepiej zetrzeć na drobnej tarce (taka z małymi dziurkami), albo wręcz zmielić blenderem. Jest jej mało, więc blender musi być kozak, żeby sięgnął na dno pojemnika, i zebrał cebulę w ostrza. Dlatego lepiej pojechać ją na tarce. To samo z czosnkiem. I z korniszonem. Pamiętajmy, że korniszon jest w occie, a kiszony nie jest w occie. Chociaż z kiszonym pewnie też by dało radę. Przeciery wrzucamy do majonezu, dodajemy resztę składników, i dokładnie mieszamy. Otrzymujemy ładny, czerwony, lekko ostry sos. Jak jest za ostry, możemy go rozcieńczyć małą ilością majonezu. Jak za bardzo majonezowy, docieramy trochę ogórka, cebuli. Trzeba popróbować, żeby uzyskać smak środka, nie za ostry, nie z przewagą majonezu, cebuli czy czosnku. Do poeksperymentowania.

I takim sosiwem smarujemy dół bułki. Ale na bogatości, niech cieknie, i niech wszyscy wiedzą, że nas stać. Na to hamborgir. Następnie sałata. Potem cebula, ja nie dawałem, bo jest już w sosie, i na dodatek rypie w wątrobę. Sugestia taka – jak dajecie cebulę, to nie róbcie tego, jak na poniższym obrazku.

B. Linke 'Kanibalizm'
B. Linke ‚Kanibalizm’

Niech z cebuli młyńskie koła nie przygniotą nas do kromki. Zamiast tego wykorzystajmy tylko zewnętrzne krążki, są delikatniejsze. Wyżej pomidor. Jeszcze wyżej korniszony pokrojone w podłużne plastry (wzdłuż a nie w poprzek). To jest mój żelazny zestaw, jeżeli chcecie nawalić do środka rukoli, szpinaku, twarogu czy brukselki – wolna wola, jeżeli będzie wam smakować, ryzykujcie. Według mnie sałata, odrobina cebuli, pomidor i korniszon w zupełności wystarczają. Misterną konstrukcję wieńczy góra bułki, też posmarowana sosiwem na bogatości.

Układamy na talerzu, przebijamy długą wykałaczką, żeby nam się w drodze do stołu nie rozpadł (u nas niestety zabrakło, ale od kuchni do stołu jest pół metra, więc dałem radę), siadamy i jemy ze smakiem.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Na koniec kilka spostrzeżeń i uwag.

Jeżeli chcecie mieć czisburgera, kroicie plasterek nie za gruby sera żółtego, i jak przewrócicie kotlet na drugą stronę, to kładziecie ten ser na wierzchu. Dość ładnie się stopi, nawet jeżeli smażycie mięso dość krótko. Nie wiem, co się dzieje na patelni grillowej, może kiedyś sprawdzę.

Pod nieobecność sosu (brak składników, nie chce mi się, chce mi się, ale zimno i daleko do sklepu), można wymieszać majonez z odrobiną musztardy, albo keczupu. Albo dać tylko keczup. Naprawdę, nie startujemy u Ramseya, to ma nam po prostu smakować.

Słyszałem o dodawaniu do mięsa sosu sojowego, sosu Worcestershire i innych rzeczy. Nie próbowałem, nie wypowiem się, proponuję na początek samo mięso, bez sosów w środku.

Długa wykałaczka nie jest niezbędna, ale jak chcemy zjeść hamborgir wykwintnie, czyli przy pomocy noża i widelca, może być przydatna.

Postarajcie się przekroić bułki na pół tak, żeby ich powierzchnie były równoległe do powierzchni talerza. Nie ma nic bardziej wkurzającego od hambiego zjeżdżającego z krzywo przekrojonej bułki na fali z sosu.

Bułki stygną dosyć szybko. Można wykorzystać rozgrzany piekarnik do upieczenia frytek, i w tym samym czasie robić hamborgir. Logistykę i rozpisanie linii czasowej pozostawiam wam.

Smacznego.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

GRUBY! GRUBYYY! DLACZEGO POPSUŁEŚ DOBRE SUROWE MIĘSO! PO CO DAWAŁEŚ JE DO TEGO GORĄCEGO, GRUBY, NO PO CO! TERAZ BĘDĘ MUSIAŁ JEŚĆ ZNOWU GOŁĘBIE I CHUDE MYSZY, DZIĘKI STARY, NO SERIO DZIĘKI.

Dej mie ten hamborgir

Tak, tytuł zerżnąłem z fejsowego fąpaża. Lubię brzmienie słowa hamborgir.

Mój ostatni poważniejszy kontakt z kuchnią miał miejsce na studiach. Przez pierwsze dwa lata jadłem obiady na stołówce, potem trzeba było zacząć kucharzyć. I nawet wtedy dobrze mi szło. Pełen wykwint, parówki (nie gotujemy, zalewamy wrzątkiem), odsmażane pierogi (tego się nie da spieprzyć), leczo ze słoika od Matki Czesławy (do wygodnego podgrzania na patelni), czy zupa ogonowa z torebki (nie było jeszcze gorących kubków ani vifonów). W pierwszej pracy jeszcze walczyłem, najczęściej był to kurczak smażony z warzywami z mieszanki hortexowej plus ryż, od października 1998 roku, wziąłem całkowity rozbrat z gotowaniem. Pojedyncze epizody w roku 2002, 2004 i 2006 nie powinny być traktowane poważnie, bo potrawy z reguły opierałem na sosach na winie, przez co pod koniec gotowania byłem prawie zawsze pijany.

Balistyczna kuchnia confusion to dobra nazwa na to, co do tej pory robię przy garach.

Nie mam zamiaru prowadzić bloga kulinarnego, bo ich jak okiem sięgnąć wszędzie pełno. Poopowiadam wam jak się dobrze w kuchni bawić. Słowami zrozumiałymi dla ludzi mi podobnych, którzy przy blacie nie czują się zbyt pewnie. Jak coś będzie za skomplikowane, opierdalajcie mnie w komentarzach. Profesjonaliści (czyli ci, którzy potrafią na przykład samodzielnie ugotować zupę z kości) niech się nie śmieją, ja się uczę.

Przyznam się wam ze wstydem, że frunąc na skrzydłach zmiany, wykorzystałem urodzinowy wołczer na zajęcia kulinarne, i nieironicznie poszedłem na wołowinę dla początkujących. Dlatego dzisiaj będzie hamborgir.

Robienie hamborgira zaczynamy od upieczenia bułek, bo te kupne z Kerfa mi nie smakowały, a kajzerka się niezbyt nadaje, co przetestowałem kilkukrotnie, bo przecież nie wierzyłem.

Do upieczenia bułek potrzebujemy przede wszystkim wagi. Jeżeli potraficie odważyć bez wagi 245 gramów, to spoko, a jak nie, to potrzebujemy wagi. Waga kuchenna kosztuje w Kerfie dwajścia ziko. Do tego sitko, ale nie takie do herbaty (wiem co piszę, próbowałem), tylko większe, na przykład takie do cedzenia makaronu nitki. Piekarnik, blacha i papier do wyłożenia tej blachy. Przyda się pędzelek do posmarowania bułek jajkiem. Jak nie mamy pędzla, możemy zrobić to palcem. Gdy zbierzemy drużynę, możemy zacząć szarpać questy.

Czas przygotowania bułek to 2 godziny, z czego godzinę czterdzieści będziecie się przyglądać, jak ciasto wyrasta. Składniki na 12 bułek, jak tyle nie potrzebujecie, to sobie podzielcie. Ale możecie zrobić 12, bo one się nadają nie tylko do hambuksów, można je szamać na śniadanie, znajomi świadkami. Wytrzymują do 4 dni, szybko czerstwieją, ale wystarczy skropić je lekko wodą i wstawić na 3 minuty do piekarnika (150 stopni), żeby były takie, że o rany jak chrupią.

Składniki:
680 gramów mąki
7 gramów drożdży suchych (lub 14 gramów świeżych, które trzeba pokruszyć, dlatego wolę suche, bo się sypie i ma się spokój, a nie jakieś kruszenie, a potem ręka śmierdzi grzybem)
2 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
2 łyżki roztopionego masła
200 mililitrów mleka (albo 200 gramów, abstrahujemy tutaj od gęstości płynu)
200 mililitrów wody (albo 200 gramów)
Do późniejszych czynności:
1 jajko
2 łyżeczki sezamu

Weźcie dużą miskę, i przez sito o średnio grubych oczkach przesiejcie do niej mąkę. Potem dodajcie resztę składników, oprócz jajka i sezamu, bo te są do czegoś innego.

Mieszamy łyżką dopóty, dopóki możemy, jak zaczyna ciężko iść, wykładamy ciasto na czysty stół (jesteśmy początkujący, czegoś takiego jak stolnica nie mamy w domu), i wyrabiamy. Wyrabianie jest podobne do tego, jak w marnych filmach porno faceci międlą kobiece piersi – oburącz od środka, lekko do góry, ucisk, na zewnątrz, czynność powtórzyć. Gnieciemy jakieś 4-5 minut, bawiąc się przy tym przednio. Ciasto ma być sprężyste, składniki równo połączone, jak uczciwie przepracowaliście ostatnie 4-5 minut, nie może się nie udać.
Jak się wam za bardzo lepi do stołu, może to oznaczać, że macie
a)stół z wikliny, bambusa, ratatanu etc., i one się nie nadają do robienia ciasta
b)coś pomyliłem w składnikach, i wtedy możecie podsypać na blat trochę mąki.
Ale generalnie przy tych proporcjach, ciasto lepić się powinno leciutko. Plastelina a nie glina.

Po wyrobieniu towarzyskim, odkładamy je do miski, okrywamy ściereczką, żeby nie schło (można użyć ręcznika), i odstawiamy w ciepłe miejsce, na przykład gdzieś pod kaloryfer.

Odpalamy sobie serial, bo ciasto ma rosnąć 1 godzinę. Po godzinie wyjmujemy je z miski, znowu przez jakieś 45 sekund wyrabiamy, następnie ważymy. To co wyszło dzielimy na 12, bo nie chcemy, żeby każda bułka była z innej parafii (no i po coś tę wagę kupiliśmy, nie?).
Mi wyszło na ten przykład 98 gramów na bułkę. Ważymy zatem 12 kawałków, każdy po 98 gramów, nie przejmujcie się, że ostatni będzie miał inna masę, to jakiś fenomen fizyczny, albo błąd pomiaru.

Wyjmujemy blachę, wykładamy papierem do pieczenia, polecam taki, który ma gotowe arkusze, można go dostać na ten przykład w Rossmannie. Bierzemy te równe kawałki ciasta, i czynimy z nich bułeczki. Najlepiej robić to, jak robi się gałki śniegowe, znaczy utoczyć w dłoniach. Po kilku próbach znajdziecie metodę, wystarczy że będzie to przypominać bułkę. Kładziemy je na blachę, lekko spłaszczamy. Nie przejmujcie się, że wyglądają jak jakieś placki. One jeszcze będą rosnąć.

Blachę przykrywamy ściereczką, i odstawiamy w ciepłe miejsce do ponownego wyrośnięcia. Bułek mamy mieć 12, potrzebujemy dwóch blach. Jak mamy jedną, to pierwszy rzut bułek układamy na blaszce, drugi na papierze rozłożonym na tacy albo desce do krojenia, potem sobie szybko przełożymy cały papier.

Bułki wyrastają przez 40 minut, przy czym po 20 minutach można zacząć rozgrzewać piekarnik do temperatury 200 stopni. I rozbić jajko, ale nie na stojącą sztywno pianę, tylko tak rozbełtać.

Gdy bułki postoją dłużej niż 40 minut, wyrosną trochę za bardzo, i nie sprawdzałem, czy się będą nadawać do hamborgir, ale podejrzewam, że mogą być na przykład za bardzo pulchne, albo co. Zresztą szkoda czasu, mówią że 40 minut, to się nie ma co czaić i przeciągać.

Bierzemy blachę, każdą bułeczkę lekko spłaszczamy. Przez te 40 minut one trochę obsychają z zewnątrz, więc przy spłaszczaniu, lekko pękną. Tak ma być. Pędzelkiem albo palcem pomaczanym w jajku (zdecydowanie polecam pędzelek), smarujemy bułki z wierzchu i lekko po boku, sypiemy sezamem, ile kto lubi, i wkładamy do piekarnika na 15 minut. Odradzam jechania na dwie blachy na raz, bo ja tak raz zrobiłem, piekło się nierównomiernie, i musiałem tymi pieprzonymi blachami żonglować niczym jakiś kuglarz podwórkowy. Oczywiście, że się poparzyłem.

Po kwadransie ładujemy następną blachę. Bułki z tej pierwszej najlepiej przełożyć na kratkę z piekarnika, żeby sobie ładnie ostygły i przeschły. W efekcie naszych działań powinniśmy z grubsza otrzymać coś takiego

fot. Maria Cywińska
fot. Maria Cywińska

Gdy bułki nam przestygną, możemy zacząć robić hamborgir, o czym opowiem przy następnej okazji, bo ten wpis się zrobił długi i bez sensu.

Życie, życie jest makrelą

W lutym ubiegłego roku wyszedłem od koleżanki, zakręciłem do spożywczego, i zupełnie bez powodu kupiłem sobie wędzoną makrelę.

Nienawidzę ryb. Śledzie kocham. Śledź to nie ryba.

Siedziałem nad talerzem, skubałem to mięso, i zastanawiałem się, co właściwie zaszło. Myślałem nad tym, kiedy zacznę chodzić na co dzień w marynarce, odwiedzać operę i balet, palić e-fajka, pić oczyszczające koktajle z jarmużu, topinambura i fenkułu, prowadzić higieniczny tryb życia, taki co to wiecie, przed północą do łóżka, elo papierosy, impreza raz na kwartał, długie spacery, pierwszy półmaraton. I cały ten szajs.

W połowie makreli (mdła jak nieszczęście, bo nawet cytryny w domu nie miałem), i po dwóch fajkach doszedłem do wniosku, że wszystko się aligancko składa w logiczną całość.

Jest taki zabobon, według którego co siedem lat następuje pełna wymiana atomów naszego ciała. Nawet jak to bzdura, to za ładnie mi się składa, żebym się kwestią prawdziwości tegoż zabobonu przejmował. W lutym ubiegłego roku miałem 42 lata, to sobie podzielcie na siedem, bez reszty jest wynik, czyli akurat wymieniły mi się wszystkie atomy, i jestem innym człowiekiem. Ha!

Wbrew pozorom nie był to całkowity bezsens, bo w drugim tygodniu stycznia 2015 rozpocząłem akcję odchudzania, więc zmiana jakby się czaiła za winklem. W lutym ta ryba. W marcu chwila zadumy, w kwietniu pierwsze rozmowy o projekcie Stany i zakończenie procesu leczenia ręki, na przełomie maja i czerwca życiowa stabilizacja, potem wiadomo, wakacje i niezdrowy Woodstock, sierpniowa życiowa destabilizacja, wrzesień -projekt Stany, który zmienił mi optykę tak, jak niewiele rzeczy do tej pory. W październiku odpocząłem i przerzuciłem się z czekolady na owoce, i z nadmiaru mięsa na trochę więcej warzyw. Listopad jakiś taki, w grudniu rzuciłem palenie, i zanim się zorientowałem, życie zatoczyło pełny krąg i przyjebało mi z partyzanta w potylicę.

Schudłem 20 kilogramów, nie palę, i chyba jakoś niedługo będę się hajtał.

Więc ja bym z tego miejsca chciał tutaj trochę poopowiadać o tym, jak sobie radzić z faktem, że pewnego dnia kupujesz wędzoną makrelę.

%d blogerów lubi to: