Pewnych rzeczy nie należy robić, chociaż i tak nie dam się przekonać żeby nie, zrobię, a dopiero potem będę płakał, że ale jak to. I widzę u siebie pewną konsekwencję w robieniu tych rzeczy, których nie powinienem był robić. Jeszcze ze trzy razy napiszę „robić” i będzie satiacja, więc może przejdźmy do audiobooka.
Nie chodzi mi o trzydniowe imprezy, których większości nie pamiętam, nieuważne kontakty z obcymi kobietami, chujowy kebab o czwartej nad ranem, czy spanie w nocnym, a o powroty do książek, które były dobre gdy miało się piętnaście lat albo piętnaście lat mniej, a teraz to już niekoniecznie.
Domyślałem się, że z Cujo tak właśnie może być, bo przeczytałem go na studiach, spodobał mi się, ale od tamtej pory widziałem mnóstwo lepszej literatury. Ale nie, oczywiście musiałem się przekonać na własnej skórze, czy aby historia stukilogramowego bernardyna, który niby zaraził się wścieklizną, a może tak naprawdę kingowskim Złem, będzie po latach dobra czy daremna, chociaż oczywiście coś podejrzewałem.
fot. Audioteka.pl
Na swoje usprawiedliwienie mam wyłącznie to, że chodzi o audiobooka czytanego przez Krzysztofa Gosztyłę, po książkę teraz bym nie sięgnął.
Cujo po kilkunastu latach broni się świetną interpretacją pana Krzysztofa, jako książka niestety po większości leży. Tak jak po latach nie czyta się Planety Śmierci, cyklu o Stalowym Szczurze, Agenta Dołu (jedna z moich ukochanych książek w późnej podstawówce/ogólniaku) czy Władcy Pierścieni, tak nie sięga się również do niektórych książek swoich ulubionych pisarzy. Raz i wystarczy.
Jak wspomniałem, Cujo wyszedł z tarczą w zakresie kreacji postaci (standard u Kinga), soczystych opisów makabry, oraz na poziomie myśli psa trawionego chorobą, a jedyny plus ponownej lektury (no dobra, odsłuchu) jest taki, że jak to czytałem w 1994, to ni cholery nie wiedziałem kto to jest George Carlin, i dlaczego akurat on pastwi się nad chrupkami. Teraz wszystkie odwołania popkulturowe ogarnąłem bez problemu. Fabularnie nie smakowało, dzieło męczyłem dwa tygodnie i finalnie dostałem niestrawności.
Co do lektora, no to wiadomo. Być może jest jakaś książka, którą pan Gosztyła przeczytał na odpierdol, ale na razie na takową nie trafiłem. Natomiast znowu udało mu się tak, że musiałem na chwilę zatrzymać odsłuch. Enm, tql Phwb mnovwn fmrelsn Onaareznan, v qehtv, tql Qbaan głhpmr orwfobyrz znegjrtb whż cfn[1] Pierwsza scena dosłownie rozdziera serce, druga wyzwala pierwotne, animalne instynkty. Ale takie, że ma człowiek ochotę coś rozwalić, albo za kimś pojechać.
Kto jest dobrym pieskiem? fot. Sunn Classic Pictures, TAFT Entertainment Pictures
Kolejna świetnie zinterpretowana książka, która sama w sobie niezbyt dobrze zniosła upływ czasu.
I w zasadzie zgadzam się z jednym z komentatorów audioteki: najwyższa pora uznać głos pana Gosztyły za dobro narodowe. Chcę być taki jak on gdy dorosnę.
fabuła – duży pies zabija ludzi, dobre wyłącznie za pierwszym razem, 30
realizacja – 90, bo nie ma ewidentnych wpadek
lektor – 100, klasa mistrzowska, wiadomo
cena – 80, nie odstaje w żadną stronę od średniej ceny na audiotece
uczucia towarzyszące – howlin’ at the moon
Cujo, Stephen King
Czas 15:24
Czyta Krzysztof Gosztyła
[1] Ten sprytny manewr nazywa się rotowaniem. Odszyfrować tekst można chociażby tutaj.
Chciałbym powiedzieć, że po zredukowaniu regresji najtrudniejsze w nauce tego, jak szybko czytać za nami, ale nie powiem, bo za nami jest najłatwiejsza część zabawy z szybszym czytaniem. Dlatego od niej zacząłem, żebyśmy się za łatwo nie zniechęcili. I tak się zastanawiam z czym teraz powalczymy, ale chyba z czytaniem pod nosem.
Fonetyzacja to przekleństwo i nawyk wyniesiony z podstawówki, gdzie uczono nas dukać wyrazy niemalże literka po literce. Nie znam się na nowych metodach kształcenia i nie wiem, czy da się dzieci uczyć czytać w inny sposób, ale werbalizowanie wyrazów to coś, co spowalnia nas chyba najbardziej. Widziałem w internecie teksty, że to mit, i że nie spowalnia, ale wierzę logice, język jest wolniejszy od myśli. Ergo – spowalnia i nie da się szybko czytać, jeżeli subwokalizacji nie wyrugujemy.
MM czyta Ulissesa i nie subwokalizuje. Jaka jest twoja wymówka? Fot. Eve Arnold; Marilyn Monroe reading Ulysses.
Tak zupełnie z boku: szkoła nauczyła nas czytać źle. Dlatego mając wdrukowane złe nawyki nie będziemy w stanie polepszyć tempa naszego czytania tylko przez samo czytanie. To tak nie działa. Mnie czytać nauczyli Rodzice, było to na tyle wcześnie, że nie pamiętam jakich metod na mnie użyto. Ale w podstawówce uczyli czytać tak, że najpierw litery, potem składanie słówek, następnie upłynnianie tempa, czytanie słowa po słowie (bo przecież tylko wtedy da się dobrze zrozumieć tekst, to jasne), i czytanie na głos[1]. To ostatnie procentuje u większości czytających tym, że powtarzają widziane słowa. W ciężkim przebiegu odbywa się to przez szeptanie lub, o zgrozo, głośne powtarzanie czytanego tekstu. W lżejszym odtwarza się słowa w myślach.
W obu przypadkach spowalnia to znacznie nasze tempo czytania dramatycznie, bo nie jesteśmy w stanie przeskoczyć szybkości mowy, która u przeciętnego człowieka wynosi około 150 słów na minutę. Prosta zależność – jeżeli nie oduczymy się artykulacji, nie będziemy w stanie znacząco zwiększyć tempa czytania, i zatrzymamy się na 200+250 słowach. To oczywiście sprawa osobnicza, ale wyżej nie podskoczymy.
Dla miłośników schematów sprawa wygląda tak:
czytany tekst -> oczy -> werbalizacja (wew/zewnętrzna) -> słuch -> mózg -> zrozumienie tekstu
A co, gdyby wyciąć kilka etapów pośrednich, i zrobić to krócej:
czytany tekst -> oczy -> mózg -> zrozumienie tekstu
Ale jak to? Nie czytać sobie wyrazów? Co to za dziw diabelski, tak się nie da.
JAKA JEST TWOJA WYMÓWKA? Fot. Alfred Eisenstaedt; Marilyn Monroe reading/writing at home
Jednak spróbujemy.
Jeżeli zrozumiemy jedną rzecz, pójdzie nam łatwiej. W miarę rozwijania procesu czytelniczego, opatrujemy się z wyrazami. Przestajemy je analizować litera po literze, rozpoznajemy je właściwie po kształcie. Do tego mózg potrafi antycypować, i po tym jak przeczytamy ‚porzućcie wszelką’, sami sobie zgadniemy, że ciąg dalszy brzmi ‚nadzieję, wy którzy tu wchodzicie’. W zasadzie po przeczytaniu ‚porzućcie wsz’ możemy przestać zwracać uwagę na duży kawał tekstu, bo sobie go błyskawicznie dopowiemy i polecimy dalej. Jasne, można się przejechać i okaże się, że tekst brzmi ‚porzućcie wszystkie bagaże i ustawcie się w szeregu’, ale przemykając wzrokiem nad resztą frazy, bez problemu ustalimy, czy chodzi o Dantego, czy o rampę kolejową w Treblince.
Znacie te śmieszne obrazki, w których tekst jest spreparowany tak, że zgadzają się tylko pierwsza i ostatnia litera, wewnątrz panuje sieczka. Nasz mózg jest tak fascynującym urządzeniem, że sobie z taką prostą sztuczką radzi bez problemu. A skoro wystarczą mu pierwsza i ostatnia litera oraz wymieszane wszystko, co jest w środku wyrazu, to bez problemu poradzi sobie z rozpoznaniem i zrozumieniem większości wyrazów, które zna z innych okazji i okoliczności.
Oczywiście łatwo powiedzieć, że mózg ma szybko czytać bez udziału świadomości, bo tak sobie rozpracowałem odchodzenie od fonetyzacji, a trochę trudniej to zrobić. Ja olałem sztuczki i po prostu ślizgałem wzrokiem po tekście, nie pozwalając mojemu mózgowi na odczytywanie wyrazów w głowie. I jakoś tak z czasem samo wyszło, że faktycznie zacząłem zauważalnie szybciej czytać. Praktycy metody polecają coś, co nazywa się bardzo mądrze, a jest tak proste, że weź przestań.
Metoda centralnych zakłóceń jest ponoć najskuteczniejsza w walce z fonetyzacją, brzmi mądrze, tłumaczy się jeszcze mądrzej (oddziaływanie na mózgową część analizatora mowy), a polega na waleniu kijem w stół. Dosłownie. W trakcie czytania wybijasz stały, określony rytm (Bolero FTW!). Można palcem, długopisem, w metrze widziałem ziomka, który wystukiwał go linijką o kolano. Chodzi o to, żeby rytm był stały i niezmienny. Nie znam mechanizmów, które stoją za tym patentem, ale to działa.
Dzięki metodzie centralnych zakłóceń Linda nie subwokalizuje nawet w takiej pozycji. JAKA JEST TWOJA WYMÓWKA? Fot. Steven Meisel; Linda Evangelista for Gianfranco Ferre.
Oczywiście najpierw przechodzi się etap początkującego grajka, to znaczy są problemy z poprawnym wystukaniem rytmu, i uwaga rozprasza się tak, że możemy albo stukać, albo czytać, rzadko robić dwie rzeczy naraz. Jeżeli graliście bądź gracie na jakimś instrumencie, będzie wam łatwiej.
Drugi etap jest taki, że bębnimy już galanto, ale tak nas to absorbuje, że nie rozumiemy czytanego tekstu.
Trzeci etap objawia się tym, że stukamy, rozumiemy, ale jak się ktoś nas po skończonej lekturze zapyta kto zabił Abla, nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć jak nazywała się ta kainalia.
No i na koniec etap czwarty, stukamy, czytamy, rozumiemy i pamiętamy.
Jak śpiewał Jacek, szybkie czytanie nie przychodzi łatwo, trzeba się uzbroić w cierpliwość i ćwiczyć. Polecam teksty proste ewentualnie już nam znane.
Są jeszcze dwie metody. Jeżeli ktoś fonetyzuje mamrocząc pod nosem albo czytając na głos, trzeba zblokować język między zębami, zagryźć ołówek, zacisnąć wargi, albo wręcz przeciwnie, otworzyć je szeroko, ewentualnie można żuć gumę.
Druga metoda to zakłócenie mowy i słuchu. Mówimy sobie w trakcie czytania alfabet, liczymy od jednego do dziesięciu, gwiżdżemy, powtarzamy lalalala albo zaiwaniamy z pamięci Odę do młodości, Redutę Ordona, czy jakiego tam tekstu nauczyliśmy się kiedyś na pamięć. Na początku nic z lektury nie rozumiemy, ale ponownie kropla drąży skałę i powoli przestawiamy się na czytanie kanałem oczy->mózg.
W kolejnym odcinku opowiem o szpitalu na peryferiach pola widzenia.
Obraz w nagłówku: Women Reading, Jean-Jacques Henner.
[1] Nasza pani od polskiego (klasy IV-VIII) albo wychowawczyni od wszystkiego (klasy I-III), nie pamiętam która, robiła nam, wystawcież sobie, zawody w szybkości czytania na głos. Nie pamiętam czy wygrałem ja, czy Maciek. Istotne jest to, że ktoś gdzieś doszedł do wniosku, że wbijanie do głowy nawyku czytania na głos jest świetnym pomysłem. Szapo, kurwa, ba.
Czasami, gdy uda mi się ludziom ściemnić, że jestem kimś innym niż jestem w rzeczywistości, zaczynają się mnie pytać o rzeczy. Jak ściema jest dobra, pytają mnie o rzeczy, na których się nie znam, nie wiem, pojęcia nie mam, nie orientuję się, kojarzę pięć faktów na krzyż. Zazwyczaj sprzedaję te pięć faktów a potem to już tylko trawestacja i fristajlowa reinterpretacja, połączona z tym, co mówi do mnie rozmówca.
Uchodzę za inteligentnego typa.
Jest oczywiście sporo tematów, o których wiem więcej niż pięć przypadkowych faktów. To w połączeniu z uchodzeniem za inteligentego powoduje, że ludzie proszą o wyjaśnienie różnych rzeczy. Ostatnio za pośrednictwem M., zostałem poproszony o objaśnienie, jak szybko czytać.
Objaśniam.
Kursy szybkiego czytania, po których jego tempo jest limitowane jedynie szybkością, z jaką potrafimy przewracać kartki książki albo klikać w kindełe, zostały mi odradzone. Bo tak, jak po nauczeniu się bezwzrokowego pisania na klawiaturze, powrót do pisania z patrzeniem na klawisze wymaga ogromnego wysiłku, tak po nauczeniu się szybkiego czytania, powrotu do relaksacyjnego tempa przyswajania lektury podobno nie ma. Nowe wzorce wdrukowują się tak głęboko, że to uniemożliwiają.
Ponieważ bazuję na opinii dwóch osób, które czytają błyskawicznie, a to jak wiemy nie jest próba tylko anecdata, poprawcie mnie jeśli się mylę.
Ja uwierzyłem, bo potrafię pisać bezwzrokowo i dostrzegłem zależność. Dlatego żadnego kursu nie robiłem. Za to pozbyłem się kilku nawyków, nauczyłem się kilku prostych sztuczek, dzięki czemu poprawiłem swoje tempo czytania dość znacznie. Nigdy nie mierzyłem ale myślę, że przyspieszyłem jakoś trzy-czterokrotnie. I dalej mogę smakować frazę a nie wyciągać z książki wyłącznie fakty, ale robię to w dużo bardziej satysfakcjonującym mnie tempie.
Naukę nie tak szybkiego czytania zacząłem oczywiście od kupienia na Koszykach jakiegoś podręcznika (tytułu nie pamiętam, autora też nie) do nauki szybkiego czytania. Nie będę przecież wyważał dawno otwartych drzwi. Przeczytałem i zadziwiłem się, bo nie wiedziałem, że popełniane przeze mnie błędy mają takie fajne nazwy.
Najpopularnieszym błędem jest regresja, czyli „zjawisko polegające na wykonywaniu wstecznych fiksacji do fragmentów tekstu już przeczytanych”. Nawet nie wiedziałem, że mam wsteczne fiksacje, dopóki mi mądrzejsi nie powiedzieli. Regresja to wracanie do już przeczytanych kawałków tekstu nie po to, żeby zachwycić się frazą, paradoksem czy cudną grą słów, tylko dlatego, że nie zrozumieliśmy, co właściwie przeczytaliśmy.
To mówisz, że przy Szekspirze masz wsteczne fiksacje? Fot. Internet
Główne powody to brak koncentracji wynikający z zamyślenia lub ze zmęczenia. Każdy kto dużo czyta zna to doskonale – czytasz to samo zdanie piąty raz i dalej nie wiesz o co w nim chodzi. Olewasz, lecisz dalej, ale okazuje się, że dalej nie polecisz, bo bez poprzedniego zdania jeszcze bardziej nie wiesz o co chodzi w następnym. Wracasz, walczysz, wypieprzasz książkę i walisz w kimono. Najprostsze ćwiczenie redukujące ten nawyk polega na wejściu na drogę samuraja.
Nieważne jak bardzo byśmy tego chcieli, droga samuraja nie wygląda niestety w ten sposób. Fot. Warner Bros.
Droga samuraja wygląda następująco: bierzesz długopis, ołówek, krótki patyk, króliczą łapkę, scyzoryk, wykałaczkę, wyobrażasz sobie, że to mała katanka, ewentualnie jeszcze mniejsze wakizashi, w ostateczności maluteńkie tanto. A potem prowadzisz wskaźnikiem po tekście, nie przejmując się, że coś nie zostało dobrze zrozumiane. Nie ma powrotu do tekstu już raz przeczytanego. Tak musi być. Dlatego najfajniej trenuje się na rzeczach, które już znamy. Nie chcemy tracić radochy płynącej z lektury nowej książki. Inną metodą jest kartka papieru, którą suniemy po stronie, zasłaniając już przeczytany tekst. Oba patenty są spoko, aczkolwiek droga samuraja mniej kłopotliwa.
Regresji nie da się uniknąć w stu procentach, osoby biegłe w sztuce szybkiego czytania wykazują ją na poziomie 0,7-1%. Praktycznie nie do wyeliminowania jest regresja wynikająca z przeskoczenia do nowego wiersza (w sytuacji gdy przeskoczyliśmy o kilka słów za daleko) oraz spowodowana przekroczeniem maksymalnego zakresu widzenia (o tym później, bo to zajebista sztuczka). Z resztą przypadków (wracanie do raz przeczytanego tekstu, bo czegoś nie zrozumieliśmy) możemy walczyć. Musimy tylko wyrobić w sobie przekonanie, że chcemy czytać szybciej, nie bać się niezrozumienia tekstu (mózg jest mądrzejszy niż nam się wydaje, da sobie radę) i na początku ćwiczeń wybierać teksty łatwe albo znane. Osobiście pracowałem na tekstach już mi znanych, bo potraktowałem walkę z regresją jak proces mechaniczny a nie poznawczy. Po prostu walczyłem z nawykiem.
I wygrałem. Do raz przeczytanego tekstu wracam wyłącznie w sytuacji ‚co, kurwa!?’, czyli na przykład przy felietonach redaktora Terlikowskiego.
O innych pułapkach umysłu w kolejnej części.
Obraz w nagłówku: Women Reading, Jean-Jacques Henner.
Dawno temu, zanim to było modne, miałem na blogu cykl Kochamy polskie seriale. Pisałem tam o rzeczach, które oglądam, a było tego mnóstwo. Czasami długi tekst, czasami długa lista z jednozdaniowym komentarzem. Zarzuciłem go, gdy okazało się, że wszyscy dokoła piszą o serialach, my job here is done, ktoś potrzebuje mnie gdzie indziej.
Ostatni, piętnasty odcinek, wrzuciłem 17 maja 2013 roku, i dałem się wyżywać innym. Trzy i pół roku to dość, żeby się powyżywali, pozwolę sobie wrócić do okazjonalnego pisania o serialach.
O większości seriali, które oglądam, opowiedziałem podczas dwóch spotkań z Kają, z których to bardzo długich spotkań są liczne podcasty. Pierwszy leży tutaj, następne sobie nawigujcie z bocznej belki. W sumie nagraliśmy 10 odcinków, raczej fristajlo, dygresje na temat i ogólne wrażenia, mniej konkretów o fabule, staramy się bowiem nie spojlować.
Dzisiaj dwa zdania o serialu, który był na dobrej drodze do wylądowania w mateczniku niskiej oglądalności, gdy nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, twórcy zaciągnęli ręczny i zamiast przypieprzyć w ścianę, ostrym ślizgiem otarli się jedynie o betonową barierę, lekko im zarzuciło tyłem kilka razy, po czym dodali gazu, i prują teraz jasną, długą prostą.
I like fucking silly bitches and I know my penis likes it! Fot. southpark.cc.com
South Park od poprzedniego, dziewiętnastego sezonu, zmienił się. I w końcu mogę go z powrotem oglądać. Parker i Stone doszli chyba do wniosku, że trzeba zamieszać. Nie wiem, jak to się odbyło, bo nie śledzę kulisów telewizji. Być może stacja powiedziała ‚elo ziomki, format się skończył, wymyślcie coś innego, tak już nie możemy ciągnąć’. A być może panowie siedli we dwóch przy piwie, i stwierdzili ‚kurwa, ziom, tłuczemy ten format od osiemnastu lat, powiedzieliśmy wszystko co mieliśmy do powiedzenia, chodź odjebiemy jakąś manianę, niech się ludzie zastanawiają o co chodzi’.
No i odjebali.
Przedostatni sezon odpalili w nowej formule, wszystkie 10 odcinków łączy się w jedną całość, i opowiada konkretną historię. Pojawiają się nowi bohaterowie, w tym mój ulubiony PC Principal, Mr. Garrison chce zbudować mur uniemożliwiający nielegalnym imigrantom wjazd do Stanów, ogłoszenia niszczą internet, jest gentryfikacja, polityczna poprawność, prywatne siły policyjne i spisek. Jak się tak temu człowiek przyjrzy, to można by sądzić, że z tych składników da się upitrasić tylko coś niejadalnego, jednak w mojej opinii twórcy wyszli z tego starcia z tarczą, i dwustuminutowy pełny metraż znalazł sobie ciepłe miejsce w moim sercu.
W sezonie dwudziestym J.J. Abrams rebootuje amerykański hymn, ludzie popełniają cyfrowe samobójstwa znikając z twittera, ubertroll Skankhunt 42 dofotoszopowuje kobietom penisy w ustach, a Cartman zostaje cyfrowo wykluczony i znajduje sobie kobietę. Sezon podejmuje wątki z poprzedniego, wprowadza nowe, i robi to tak, że publiczność siedzi lekko zdziwiona, i zastanawia się ‚dokąd jedzie ten tramwaj’.
W sezonie poprzednim do samego końca nie było wiadomo o co twócom chodzi, nagromadzenie i pomieszanie wątków spowodowało niemały zamęt oraz grubą konfuzję wśród widzów, ale dali radę jakoś to podomykać. Czy dobrze, to nie będę oceniał, ja byłem zadowolony. Tak, jak zadowolony jestem z aktualnego sezonu.
Wykreowanie głównej linii fabularnej, na której opiera się ten i poprzedni sezon, wyszło serialowi na dobre. No bo bądźmy szczerzy, miałem już troszeczkę dość luźnych historyjek i bieżących komentarzy, z których od pewnego momentu nic nie wynikało, bo do obrazoburczości i gniecenia tabu SP nas przyzwyczaił, i kolejny odcinek opowiadający o aktualnym skandalu, którym żyła Ameryka oglądało się kiepsko, bo bez głębszego kontekstu był to jedynie zbiór luźno powiązanych, i mało mnie obchodzących skeczy.
Nie wiem jak długo jeszcze South Park powalczy, i czy osiągnie wiek upoważniający do zakupu alkoholu. Po kilku momentach zwątpienia, Parker i Stone znowu dali radę, i w moim osobistym rankingu serialowym, SP wrócił do pierwszej dziesiątki. Nawet jeżeli położyliście na nim laskę, bo na przykład zniknął Big Gay Al, albo Chef, ewentualnie wkurzyło was, że nabijają się z katolików i scjentologów, ale boją się z muzułmanów, dajcie mu szansę.
Musiałem rano pojechać do Piaseczna. SAMOCHODEM! Wiedziałem, że droga będzie pełna podobnych mi, kiepskich technicznie kierowców w szybkich samochodach, dlatego trzymałem się bezpiecznie środkowego pasa. I do Mysiadła nie wadziliśmy sobie nawzajem na drodze. Tamże, tuż za Karczunkowską, zjechałem na pas lewy, żeby wyprzedzić jakiegoś dostawczaka, i zostałem już na tym pasie, bo droga pusta.
30 sekund, widzę jest, środkowym jedzie nerwowy, jakoś tak dwa razy szybciej niż tam dozwolone. To mu zjeżdżam z lewego, żeby nie musiał mnie wyprzedzać z prawej strony. Źle oceniłem jego szybkość, bo przy mojej lekko nieprzepisowej, ale tak góra 18% górką, gość dmuchał jakieś 130 km/h. To musiałem szybko odbić z powrotem na lewy, bo jemu się nie chciało ani kręcić fajerą, ani zwalniać. W zasadzie do niczego nie doszło.
No i wyprzedzając mnie pokazał mi, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, faka. Miał go już wcześniej przygotowanego i w pełni rozwiniętego, pewnie się wkurzył, że zajechałem mu drogę i być może musiał lekko przyhamować. Tylko, że jak w pewnym momencie zobaczył za kierownicą poobijanej Tojki łysego typa w bluzie z kapturem, to mu ten fak zwiędł gwałtownie, no bo on w pracy może jest i prezesem, i może pomiatać wszystkimi, ale na drodze wszyscy jesteśmy równi, a łyse typy w poobijanych wozach mogą nie poddać się tak łatwo poniewieraniu. Oraz bywają, bo ja wiem? Dresiarzami?
Mnie tam fak nie pierwszyzna, kiedyś pokazała mi go nawet sześćdziesięcioparoletnia pani siedząca na miejscu pasażera, gdy zaprotestowałem przeciwko wymuszaniu na mnie pierwszeństwa. Rowerem byłem, więc wtedy nie mogłem zrobić tego, co zawsze w takiej sytuacji zrobić chciałem, i co zrobiłem tym razem.
Zacząłem mianowicie jechać za panem. Na wysokości szkoły policyjnej chyba się zorientował, bo w skręt przy Decathlonie pomknął w prawo na czerwonym. Odstałem grzecznie swoje i dojechałem go na światłach za torami. I od tamtego miejsca siedziałem mu na zderzaku. On przyspieszał, przyspieszałem i ja, on zwalniał, zwalniałem i ja. Odeskortowałem go pod sam wjazd do garażu, gdy brama się unosiła zatrzymałem się prostopadle do niego i uporczywie się mu przygladałem, jak tak siedzi za kierownicą i nie wie, czy ja za nim do tego garażu nie wjadę.
Więc może takie rady od wieloletniego rowerzysty, który do tej pory nie mógł pojechać za samochodem, bo był za wolny. Jak się nie czujesz na siłach w obliczu ewentualnej konfrontacji fizycznej, nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka. Jeżeli nie potrafisz zgubić świeżo upieczonego kierowcy na światłach, nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka. Jeżeli w życiu jesteś wydygany, a dopiero za kierownicą włącza ci się Aleksander Wielki i Czyngis-chan, powstrzymaj chęć palenia świata i nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka. Jeżeli jesteś sfrustrowanym kierownikiem średniego szczebla, który odreagowuje na drodze, i tak nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka.
I co najważniejsze, jak wieziesz debilu rodzinę, żonę z przodu i przynajmniej jedno dziecko w foteliku z tyłu, nie pokazuj innym użytkownikom drogi faka. Bo nie każdy może być tak wyluzowanym ziutkiem jak ja. I co, chcesz żeby twoja stara miała męża bez zęba?
Poza tym pokazywanie innym faka jest niegrzeczne.
Ze świątecznymi pozdrowieniami adekwatnego przeboja załączam
PS. Tak, wiem. Mógł się zatrzymać i chcieć się ze mną bić. Nie mam z tym najmniejszego problemu, bo większość ludzi tylko chce się bić i ma zajebisty problem z przejściem od słów do czynów.
Pamiętam jak dziś. To był piątek. Zacząłem bez przesadnego entuzjazmu czytać powieść wyciętą z Fantastyki. Bez entuzjazmu, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiałem. Na dodatek wakacje dokoła były, a ja, jak ten głupek, siedzę nad książką, w której nie wiem o co chodzi, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiem.
Taka niepozorna okładka (F 8/89). Fot. Internet
Widzicie, dawno temu w Fantastyce były powieści, które można sobie było wyjąć ze środka, zszyć i oprawić w okładki, kupowane oddzielnie. Nie mam teraz pod ręką kartonu żeby się pochwalić licznymi egzemplarzami, bo po przeprowadzce mam bardzo niewiele kartonów pod ręką, ale sam w ten sposób pozyskałem i przeczytałem całe mnóstwo dobrej prozy. Gdybym miał zrobić jakiś ranking powieści, które pokazały mi, że fantastykę można pisać w inny sposób niż znany mi do tej pory, to pierwsza piątka wyglądałaby pewnie jakoś tak (kolejność losowa, to nie plebiscyt tylko lista).
Bill, bohater Galaktyki, Harry Harrison
Mechaniczna Pomarańcza, Anthony Burgess
Kolor Magii, Terry Pratchett
Formy Chaosu, Colin Kapp
Gra Endera, Orson Scott Card
Dwa śmieszki, dwie space opery, jeden gwóźdź w głowę. Ale jak pisałem, ten gwóźdź nie tak od razu, bo niby po polsku, ale ni grzyba z niej nie rozumiałem.
Mechaniczna, czyli wersja R. Fot. empik.com
Po pierwszym razie szybko przyszła ochota na drugi, bo ni grzyba z niej nie zrozumiałem, a fajnie byłoby skumać czym ekscytuje się cały świat. Po dwóch razach ze słowniczkiem, miałem już niejakie pojęcie o co chodzi z tym Alexem i jego bojkami, po kolejnych dwudziestu skumałem wszystko, następne trzydzieści razy było już dla przyjemności czytania i wygrzebywania smaczków. Gdybym miał lepszą pamięć, znałbym ją na pamięć. Mam słabą pamięć, przez co ledwo pamiętam kultowe cytaty.
Zaczynałem z wersją R, no wiadomo, tylko taka była. Potem przyjechałem na studia do Warszawy i kupiłem sobie Mechaniczną Pomarańczę w oryginale, dzięki czemu odniosłem grejt sakses wygłaszając na angielskim referat o Burgessie, ze szczególnym uwzględnieniem językowej warstwy powieści. Pani lektor przyznała mi się, nieco zawstydzona, że nie dała jej rady.
Potem przyszła wersja A, która nie zachwyciła tak jak R, ale nieźle przewidziała kierunek, w którym będzie ewoluował język młodzieżowy.
Nakręcana, czyli wersja A. Fot. empik.com
Był też film, za który oberwało się Kubrickowi, bo jak on mógł zekranizować powieść, pozbawiając ją ostatniego rozdziału, a tym samym wulgaryzując i spłycając jej wymowę. Taka szalona myśl. A może on bazował na wydaniu amerykańskim, w którym tego rozdziału nie było w ogóle? I nie miał pojęcia o jego istnieniu? Albo usłyszał, jak miał już scenariusz w realizacji? Ale to tylko taka szalona myśl.
To co teraz, ha? Fot. Warner Bros.
Nie wiem kiedy zorientowałem się, że to nie Burgess jest autorem Mechanicznej Pomarańczy, tylko jej polski tłumacz Robert Stiller. To było chyba wtedy, w którym powiedział, że zrobił wersje A i R, a teraz pracuje nad wersją N, czyli zniemczoną Sprężynową Pomarańczą. Szkoda, że się jej nie doczekamy.
Wszyscy wiemy, że 2016 to chujowy rok, który kosi wielkich i znanych jak zboża łan. Skosił też Roberta Stillera, który zmarł po cichu i bez rozgłosu 10 grudnia, nie doczekawszy się należnych mu fanfar i hołdów. Tak, wiem. Podobno był nieznośnym, męczącym, zadufanym w sobie, zarozumiałym na maksa, przemądrzałym typem, który przechwalał się znajomością 30 języków, i wytykał Burgessowi błędy i niechlujstwo w tworzeniu nadsatu (slang z MP). Niektórzy nie darują mu Lolity (nie czytałem, nie wiem co tam zrobił), inni Alicji w Krainie Czarów (Słomczyński, kurwa, a nie jakiś Stiller), a jeszcze inni domniemanej współpracy z bezpieką (ponoć Kryspin, dowodów nie widziałem).
Olewam to. Dla mnie zawsze będzie gościem, który napisał Mechaniczną Pomarańczę po polsku.
Jak wystartował stan wojenny miałem 9 lat, 2 miesiące i 23 dni, więc cokolwiek pamiętam.
Pamiętam mianowicie dziennik w telewizorze, w których miły pan w mundurze opowiadał o tym, jak to mieszkańcy kraju masowo pomagają żołnierzom stojącym przy koksownikach. I przebitka na starą Janinę, która podaje żołnierzom bombonierkę.
Tak się prezentowali prezenterzy dziennika. Nie to co teraz. Fot. Internet
Kto wie, może gdyby mnie lepiej i realistyczniej kuszono, to może bym w tę akcję dokarmiania uwierzył. Ale bombonierka? BOMBOKURWANIERKA? Ja do tej pory bombonierkę widziałem raz w życiu, no może dwa, a tu takie dobro luksusowe ktoś komuś obcemu daje o tak o, za darmo? Tego dnia propaganda zjebała, a ja zacząłem kumać, że z tym światem jest coś nie tak, i że ktoś chyba chce mnie oszukać.
Jak już mogłem wychodzić z domu (bo na początku Rodzice jakoś tak nie za chętnie mnie puszczali luzem na miasto, gdzie wojna, wybuchy i pożoga), poszedłem z Matką Czesławą na spacer i w trakcie doszliśmy na skrzyżowanie Okrzei i Mickiewicza. Tam, niedaleko kościoła, ale nie pod samym kościołem (po co prowokować wystraszoną ale nienerwową ludność) stał sobie przy koksowniku patrol wojaków. Młode to było, płoche, ledwo wąs się im pod nosem puszczał.
Najbardziej zapamiętałem dwie rzeczy. To jak oni się trzęśli z zimna (piździło tego roku okrutnie), i to że mieli sorty mundurowe takie niekompletnie zimowe. Znaczy ja wtedy nie wiedziałem co to jest sort mundurowy, i czy letni od zimowego się jakoś różni, ale patrzyłem na kolesi w krótkich kurtkach, część nie miała rękawiczek, inni znowu nie byli w uchankach ale w zwykłych kaszkietach a’la rogatywka, uszy czerwone, regularnie słychać jak trzeszczą na tym mrozie… Widok tych groźnych wojaków spowodował, że mi się ich szkoda zrobiło. Bo ja okutany w trzy warstwy na ludzika Miszlę, a oni się tak telepią, to jak oni mnie będą bronić przed tymi ludźmi z Solidarności, to to chcą podpalać Polskę?
Popularna metoda radzenia sobie z podpalaczami. Logiczne. Stan wojenny, 3 maja 1982 r. Fot: Krzysztof Pawela
I tak stałem, przyglądałem się ich broni, bo szybko straciłem zainteresowanie czerwonymi uszami, każdy by stracił gdy przed oczami ma broń, gdy podeszła do nich jakaś kobieta i dała im herby w termosie. Wtedy nie rozumiałem za bardzo o co chodzi z tym wojskiem okupującym mój kraj, bo raczej postrzegałem stan wojenny jako możliwość zobaczenia czołgów (nie zobaczyłem), transporterów opancerzonych (nie zobaczyłem) czy armat (nie zobaczyłem). Dlatego widok pani podchodzącej do dzieciaków, z których każdy mógł być jej synem, nie zdziwił mnie przesadnie. Byłem jednak trochę zawiedziony, że przyniosła tylko termos, bez bombonierki, a nuż zaczęliby częstować czekoladkami? Przy okazji okazało się, że dziennik łgał umiarkowanie. Trochę mnie skonfundowało.
Akcja dokarmiania żołnierzy i pojenia ich gorącym może miała drugie dno (ciężej strzelać do kogoś, kto wczoraj przyniósł ci gorącej kawy), ale dla mnie to był wtedy gest pokazujący, że o taki chuj generale złamiesz naszą solidarność i życzliwość dla innych. I że naturalnym gestem w stosunku do żołnierzyka (inaczej ich nie potrafię nazwać, to były dzieciaki) przymarzniętego do podłoża i łapiącego choć odrobinę ciepła od koksownika, jest podanie mu czegoś gorącego.
Żołnierze nie uwierzyli chyba w historie o tym, że Solidarność chce ich wytruć, i przyjmowali te skromne dary z wdzięcznością. Nikomu się nie przelewało, każdy kombinował, organizował, wyszarpywał towar ze sklepu, a potem przy pomocy piętrowych barterów uzyskiwał upragnioną linkę do sprzęgła czy wózek dziecięcy. Ale i tak w tej wszechogarniającej Polskę chujozie, ludzie nie dali złamać w sobie najprostszych odruchów przyzwoitości. Fajne to dla mnie było. Że stoi sobie armia, która ma mnie bronić przed wywrotowcami z Solidarności opłacanymi sowicie pieniędzmi reakcjonistów z Bonn i CIA, a mieszkańcy Krasnegostawu podchodzą do tej armii i pomagają jak mogą.
ZOMO wyglądało tak. Porównajcie sobie z tymi ziomkami, którzy stali 16 grudnia 2016 pod Sejmem. Powinniście zobaczyć różnicę. Fot. Internet
Dlatego mam taką sugestię, żeby w trakcie odbywających się aktualnie protestów, nie krzyczeć na Policję ‚ZOMO’ albo ‚gestapo’ (zwłaszcza, że na razie nie dają powodów do takich epitetów), tylko się spytać, czy mogą przyjąć od nas coś gorącego do picia, albo jakieś jedzenie. My sobie w każdej chwili możemy z takiego protestu wyjść, podskoczyć do knajpy, wypić herbę i wrócić do krzyczenia. Oni takiego luksusu nie mają. To tyle.
A tak wyglądało Gestapo. Ponownie, powinniście zobaczyć różnicę. Fot. Internet
I jeszcze takie post scriptum, dopisane przez życie. W 1994 roku stałem w kolejce społecznej po akcje. Pod bankiem na Placu Inwalidów. Jednego dnia mijająca mnie pani warknęła na mnie ‚do pracy by się pan wziął’. Odparłem, że właśnie pracuję, bo za stanie pobierałem tłuściutką pensję. Następnego dnia pani się już do mnie uśmiechnęła. Kolejnego zaczął padać deszcz, moja kurtka utraciła nieprzemakalność po dwóch godzinach, kwiecień wczesny był dokoła, więc przez pozostałe 6 godzin delirycznie się telepałem, bo nie było się gdzie schować. I ta pani znowu mnie minęła, zatrzymała się i spytała czego bym się napił. Palnąłem, że kawy gorzkiej i zapomniałem o temacie. Pół godziny później zeszła z termosem. Tak byłem zdziwiony, że pierwszy kubek prawie wylałem sobie na nogi. Pogadaliśmy jakieś pół godziny o życiu i inwestycjach w akcje. Następnego dnia znowu padało, i znowu dostałem od niej kawy. A potem brałem już zmiany od 22 do 6, i się przestaliśmy spotykać. Fajnie jest dostać od kogoś coś gorącego w sytuacji, gdy masz początki hipotermii.
1. Z przodu plac. Dalej z przodu plac budowy. Plac zabaw nie zmieścił się w obiektywie. Fot. R.Teklak2. Trochę niewyraźnie, bo z lekkiego wkurwu ręka mi się telepała. Fot. R.Teklak3. Nie sądziłem, że w dobie konsoli, smartfonów i kablówki zobaczę chłopca bawiącego się kałużą. Fot. R.Teklak4. A, taki tam mały bazarek. Fot. R.Teklak5. Tu się sika, potwierdzone info. Fot. R.Teklak6. Dojście od pętli. Fot. R.Teklak
Część się domyśliła, część się nie domyśliła, część wie, bo czyta lokalne niusy, a jeszcze inna część wie, bo się tam przesiada.
Otóż nie jest to Dworzec Stadion sprzed 15 lat. Nie jest to też Dworzec Zachodni. Ani Wschodni.
Jest to bowiem dróżka z pętli Wilanowska aka Dworzec Południowy do metra. Było kiedyś drugie wejście, z nieco bardziej cywilizowanym dojściem, ale deweloper zaczął budowę i sobie teren ogrodził. Ja wiem, że to miasto jest prowadzone pod dyktando deweloperów od dawna, ale taki numer to chyba pierwszy raz, że sobie zablokował inwestor wejście do metra i chuj, zapieprzaj ziomek przez błoto.
Patrzę na to gówno i oczom nie wierzę.
5 kilometrów od centrum stolicy tego kraju. Największy węzeł przesiadkowy w kierunku południowym.
Ja pierdolę.
Legenda.
Zdj 1. Ogrodzony teren budowy odciął jedno wejście do metra.
Zdj 2. Widok z pętli, po prawej Parkuj&Jedź, po lewej budowa, na wprost polski klasyk, czyli błoto po kostki.
Zdj 3. Po lewej Parkuj&Jedź, w tle Dworzec Południowy, po prawej chuj wi co.
4. Samochody handlarzy. Większość na blachach z woj. lubelskiego. Nie ma śladów paniki.
5. Szczalnia. Po prostu.
6. Polski syf. Po prostu.
Od wczoraj dostępny jest w Polsce Amazon Prime Video. Oferta na razie skromna, ale mam wrażenie, że zanim zdążymy obejrzeć to co mają, Amazon zdąży dorzucić więcej rzeczy. Zanim zdążymy obejrzeć te więcej rzeczy, dorzucą jeszcze więcej rzeczy. A zanim obejrzymy te jeszcze więcej rzeczy, zacznie się nowy sezon Gry o Tron, i wszystkie jeszcze więcej rzeczy pójdzie w kąt.
Bodaj pierwszy tydzień za darmo, taki prezent od dilera, następnie 6 miesięcy za oszałamiającą kwotę 2,99 EUR za miesiąc, finalnie 5,99 EUR z możliwością przerwania subskrypcji w dowolnie wybranym przez nas momencie. Z tego co widzę nie wspiera na razie Chromecasta, ale to pewnie kwestia czasu. Dlatego pewnie dobrze będzie się wstrzymać jeszcze na miesiąc, poczekać aż się to poukłada, i wtedy spróbować.
Netflix siedzi u nas chyba od roku, ofertę poszerzył tak, że nie da się tego przerobić na bieżąco, chyba że twój zawód to oglądanie seriali, i jeszcze ci za to płacą. Jeżeli masz taką fuchę, proszę o kontakt na priv z informacją gdzie tak się da. Netflix ma trzy plany taryfowe: 34, 43 i 52 ziko. Różnią się wyłącznie dostępnością HD i Ultra HD oraz liczbą ekranów (to określenie z ich oferty) do jednoczesnego oglądania. Można patrzeć gdzie się chce, a ostatnio dodali możliwość ściągania filmów i oglądania ich później offline, więc jesteśmy zgubieni.
Z HBO GO sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, bo stacja oferuje go tylko jako dodatek do telewizji kablowej albo, i tutaj szansa dla ludzi mających wyjebane na telewizję jako taką, ale lubiących seriale, można go sobie dokupić do abonamentu/pakietu internetowego u wybranych operatorów komórkowych. Z tego co sprawdziłem w Play i Plus, kosztuje to od 20 ziko miesięcznie. Plus koszty abonamentu 45 ziko niech to da nam razem 65 PLN.
To teraz patrzcie na tabelkę, z której jestem dumny.
opracowanie: R.Teklak
Pakiet Cebula oznacza zakładanie co 6 miesięcy nowego konta na amazonie. Pamiętam, że nie przewidzieli polskiego sprytu, który przekształcał kindle w źródło darmowego internetu, więc pewnie tutaj też, przynajmniej na początku, będzie taka możliwość, żeby skakać z konta na konto. 21 ziko za Netflix bierze się ze zrzutki z ziomkiem, pakiet 43 złotych pozwala na HD i oglądanie na 2 ekranach (pewnie chodzi o urządzenia) jednocześnie. Możemy to nawet potanić kupując najtańszą opcję i umawiając się na netflixowe dyżury, ale to już pakiet Cebula Ultra, który będzie kosztował 88 ziko, więc wiadomo co to za kwota, pozdro dla kumatych.
Arya w obliczu zaradności Polaków, fot. HBO
Pakiet HBO (oczywiście chodzi o GO, nie chce mi się przerabiać) to wszędzie 65 złotych, bo nie chce mi się już kombinować. Pozostałe pakiety to nominalne stawki w ramach danej platformy, ale w ostatnim szarpiemy się na najbogatszego pakieta, czyli ULTRA HADE i 4 urządzenia.
To niech mi ktoś jeszcze raz opowie jak to jest w Polsce ciężko i trzeba koniecznie seriale ściągać z internetu na lewiźnie.
Nie jestem wielkim fanem Pottera, głównie dlatego, że mnie ten ziomek wkurwiał. Przez pierwsze trzy części irytował odrobinę, bo młode to, płoche, więc brałem poprawkę. W Czarze Ognia już mocno, a od Zakonu Feniksa do samiuteńkiego końca miałem ochotę nakopać gościowi do dupy. Przyjaciele nie muszą mu pomagać, nauczyciele się nie znają, taki Zoś Samoś, a potem nagle ‚pomocy, pomocy’. Znaczy nie zawoła ‚pomocy’, tylko czeka aż się kumple domyślą. A jak już się domyślą, to ‚a co tak późno’ albo ‚ale ja wcale nie potrzebowałem waszej pomocy’. No irytujący młody człowiek, i ja rozumiem, że on jest w trudnym wieku dojrzewania, ale litości może, co?
Filmy oglądałem bo były, a na ten nowy w ogóle nie miałem zamiaru się wybierać, bo po pierwsze nie wiedziałem, że coś zrobili, a po drugie tytułem mi się skleił z Sekretnym życiem zwierzaków domowych, tylko nie rozumiałem dlaczego zaczęli je znowu grać w czterech opcjach, i w prajm tajmie.
Wyprostowany tytułowo i zachęcony opiniami znajomych poszedłem do kina.
I znowu to samo.
Niech mi ktoś, kto sie na tym zna powie o co chodzi. Płacę za bilet jak za zboże (sprawdzić czy nie biedaśroda), a potem jeb, czterdziestominutowy maraton reklam i trailerów, które już znam na pamięć. I ani się od tego odciąć nijak, ani wyjść po herbatę. Kto wpadł na fantastyczny pomysł, żeby mnie karać (bo jako karę odbieram fakt zmuszania mnie do oglądania reklam) za to, że legalnie konsumuję kulturę? I jeszcze na dodatek sympatyczny głos zapodaje, że to fajnie, że przyszedłeś do kina, wydałeś zarobione pieniądze, i oglądasz film na legalu, dzięki czemu miliony ludzi mają pracę przy powstawaniu takiego filmu. No takie teksty odbieram jako wyjątkową szyderę.
Nie lubię się pakować do sali już po zgaszeniu świateł, bo to niegrzeczne i niewygodne. Dlatego nie jestem w stanie uniknąć bloków reklamowych. Ostatnio mam wrażenie, że reklamiarze się wycwanili, bo lecą reklamy, potem trailery, ty oddychasz z ulgą, że dzisiaj tak krótko, następnie jeb, znowu reklamy, wyciągasz komórkę, żeby poczytać czy cokolwiek, ciach, trailery, wyłaczasz komórkę i znowu reklamy. Włączasz, ale ledwo zdążysz wyklikać, znowu zaczynają się trailery. Przecież to opiździeć można.
Najprostszy patent to się spóźniać na seans, a trailery oglądać na imdb albo jutubie, ale jak pisałem wcześniej, takie rozwiązanie mi nie leży do końca, bo jeszcze nie udało mi się wejść na środek rzędu tak, żeby po ciemku nie podeptać przynajmniej trzech nóg. Chyba naprawdę zostają słuchawki i głośna nuta.
Ewentualnie można piracić filmy, bo to i bez reklam, i w dowolnie wybranym, pasującym czasie, a nie o 22:30, i w domu jesteś na 1:00, gdyż trzeba było widzom wbić w oczy półgodzinny blok, dziękuję, uszanowanko. No wszystko robicie, żebym olał kino. Ale żeby tylko kino, legalna dystrybucja filmów na dvd/blureju to też jakiś dowcip.
Bardzo nietrafnie skierowany komunikat. Fot. Internet
Nieprzewijalne reklamy. Film ostrzegający przed piraceniem. NA PIEPRZONEJ LEGALNEJ KOPII JEST FILM OSTRZEGAJĄCY PRZED PIRACENIEM. Jeszcze więcej reklam. Kilka trailerów. Ostrzeżenia FBI w dziesięciu wersjach językowych. Nieprzewijalne. Nieczytelne menu, w którym na przykład okazuje się, że polską wersję językową możesz obejrzeć tylko w wersji 2.0, co mnie wali, bo ja napisy, ale są tacy, którym nie chce się czytać napisów i wybierają lektora. Ewentualnie możesz z napisami, ale są tak chujowej jakości, że masz ochotę pójść i zwrócić film do sklepu. Właśnie, czy były precedensy, że ludzie zwracali filmy, bo było położone tłumaczenie, zupełnie jak w przypadku polskiej wersji Futuramy, gdzie zabito wszystkie dowcipy i ogólnie cała polska ścieżka dialogowa była zrobiona na odpierdol. Och jakże się cieszyłem, że pierwszy sezon dostałem w prezencie.
Mniej więcej o to mi chodzi. Fot. Internet
I tak to właśnie jest z zachęcaniem do legalnych treści. Ciekawe czy zagranico tak samo się do tego zabierają, czy mają jednak nieco więcej mózgu.
Co do filmu, to jest dobry, bo nie ma w nim Harry’ego Pottera i reszty wkurzających dzieciaków. Zamiast tego poznajemy historię Newta Scamandera (Eddie Redmayne), który przyjeżdża z Londynu do Nowego Jorku z walizką wypchaną magicznymi zwierzakami, żeby ratować inne magiczne zwierzaki przed marnym losem magicznych zwierzaków.
Marny los funduje im na przykład Ron Perlman w swojej życiowej roli. Fot. materiały dystrybutora
Oczywiście Newt jest odrobinę roztargniony i bardzo roztrzepany, więc kilka zwierząt mu ucieknie. Ponadto wplącze w zadymę bogu ducha winnego mugola, pana Kowalskiego, który chciał tylko wziąć kredyt na piekarnię, a za chwilę będzie musiał odpierać amory czegoś na kształt nosorożca; i dwie siostry, pracownice Magicznego Kongresu USA (czy jak ten wynalazek się nazywał), które się nazakochują w naszych niezdarnych bohaterach. Ogólnie przygoda pogania przygodę, jest trochę śmiesznie, bardzo strasznie i mocno kolorowo.
Bawiłem się przednio, trochę jak dziecko, bo to miejscami bajka, częściej jednak jako dorosły, bo większymi miejscami to mroczna historia dla dorosłych. Dlatego odradzam branie na seans młodocianych. Przemocowa, sekciarska matka raczej się im nie spodoba. Niszcząca emanacja czarodziejskiej mocy, demolująca miasto i mordująca ludzi raczej je wystraszy. Sposób wykonania egzekucji? No dla mnie dość makabryczny. Mugol traktowany jakby go w ogóle w trakcie rozmów o nim nie było, no niezbyt to miłe, gdy rozmawiacie gnojki o wymazywaniu pamięci w obecności człowieka, któremu ją będziecie wymazywać. Ogólnie sporo tam makabry, rozważcie czy ośmiolatek będzie się dobrze bawił w sytuacji, w której ma mokre spodenki.
Gdybyście mieli wątpliwości czy oglądać ten film, w sytuacji gdy serii HP nie znacie albo nie pamiętacie, mówię wam oglądać. Będziecie mieli większą radość niż analny fan HP z bólem dupy dotyczącym mało istotnych szczegółów. Ja miałem tyle radości, ile rycerze Okrągłego Stołu po zjedzeniu giermków walecznego Sir Robina.
Aha, ma być tego pięć części, więc nie zdziwcie się, jak niektóre wątki nie zostaną domknięte.
Werdykt: słodkie jabłuszko z powtykanymi kawałkami żyletki, kupa dobrej zabawy.
fot. multikino.pl
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
reż. David Yates
scen. J.K. Rowling w rolach głównych:
Eddie Redmayne
Dan Fogler
Katherine Waterston
Alison Sudol
Colin Farrell
Samantha Morton
Ezra Miller