What a PITy

A już miałem ściągać program do rozliczania pitów.

Kiedyś wam opowiem, jak się rozliczałem ze skarbówką przez internet, dość powiedzieć, że od tamtej pory niechętnie podchodzę do tego typu nowinek, i idę ostro w papier.

W tym roku miało być tak samo, ściągam program, wpisuję dane, nie uwzględniam składek na coś tam i coś tam, wyrzuca mi trzy tysie do dopłaty, schodzę na serce, idę na spacer, ściągam inny program, robię w nim pita, drukuję, okazuje się, że to program dedykowany i już mi wstawił KRS konkretnej organizacji, a ja przecież mam swoją od lat, drukuję czysty formularz, przepisuję, bo przecież każdy program do pitów ma zaszyty jakiś KRS domyślnie i na stałe, wkładam w kopertę, jadę na pocztę, koniecznie Główną, bo tam dzień przed terminem ostatecznym jest co prawda tak samo pusto, jak na każdej innej poczcie, ale lubię patrzeć w twarze pań i panów z okienek, którzy już wiedzą, że jutro armagiedon, i będą mieli przesrane, więc mają takie zabawne, puste spojrzenia i szklane oczy lalek, wysyłam, i mam spokój na kolejny rok.

No więc miałem właśnie zrobić wszystko co powyższe, nie dlatego, że jestem cyfrowo wykluczonym głąbem, tylko dlatego, że się przez lata przyzwyczaiłem, i nawet te ordalia polubiłem, gdy dostałem priva, że no weź, co ty robisz, jest taka strona, na której dzieje się magia.

I faktycznie, stały się czary (link otworzy się w nowym oknie, zbądźcie się więc strachu).

MinFin stanęło otworem do klienta, i robi pity za nas. Kojarzycie? Działanie ułatwiające w wykonaniu Administracji Państwowej. Na dodatek, w odróżnieniu od epuapu, o którym może też wam kiedyś opowiem, temat jest prosty, zaś samo przeklikiwanie przez gotową deklaracje znajduję miłym, łatwym, i przyjemnym.

Potrzebujecie mieć pod ręką następujące dane: imię, nazwisko, PESEL albo NIP, oraz łączną kwotę przychodu za rok 2015, a potem, przy wysyłaniu wypełnionej deklaracji, przychód za rok 2014.

W kolejnych krokach jesteśmy prowadzeni za rękę, program automatycznie uzupełnia wszystkie dane, do nas należy tylko sprawdzenie ich poprawności. Na końcu podajemy numer KRS tej organizacji, której chcemy oddać 1%, wysyłamy kwity, potwierdzając je przychodami z 2014 roku, i czekamy na Urzędowe Potwierdzenie Odbioru, które dostałem minutę po wysłaniu dokumentu.

UPO stanowi dowód i potwierdza termin złożenia zeznania PIT-37 lub PIT-38, więc możecie spać spokojnie dopiero wtedy, gdy je dostaniecie.

Dokładne wymagania dotyczące obsługiwanych wersji przeglądarek możecie sobie obejrzeć w instrukcji na stronie 11. Tak w ogóle, to polecam przeczytanie instrukcji, jest pisana takim fajnym językiem, i ma w sobie tyle skrótów, że sama radość.

Udanych rozliczeń.

Kup se koszulkę!

Jak kto chce, to może sobie kupić koszulkę. Jak ktoś nie chce, nie musi sobie kupować koszulki. Zachęcam do dzielenia się opiniami w komentarzach. Zachęcam do niesienia dobrego słowa w świat. Zachęcam do szerowania, linkowania, pokazywania znajomym i krewnym. No wiecie, do robienia tych wszystkich rzeczy, które robicie z materiałami z netu.

Poniższy wzorek jest efektem następującej kooperacji:

Kaja Mikoszewska dała reakcyjne hasło.
Marcin Lycan Smolarek dał oprawę graficzną.
Radek Teklak dał tekturkę, patyk i twarz na manifestacji.

Wszystko powyżej to linki z fejsa, więc jak ktoś nie ma tam konta, może nie klikać.

W wyniku współpracy możecie kupić sobie wzorek z wieszakiem http://koszulkowo.com/produkt/no-bez-przesady-wieszak

fot. koszulkowo.com
fot. koszulkowo.com

Dla mniej (albo bardziej, nie zrozumiałem o co chodzi) reakcyjnych klientów, jest samo hasło https://nerdkya.cupsell.pl/pr…/2094801-no-bez-przesady-.html

fot. nerdkya.cupsell.pl
fot. nerdkya.cupsell.pl

W ogóle u Kai warto pogmerać, bo ma więcej protest songów, i innych haseł bardziej nieżenujących.

Jak ja bardzo nie potrafię reklamować rzeczy, do których stworzenia przyłożyłem rękę, to nawet nie wiecie.

Bawiąc, uczy 2

Gdy tak sobie patrzę na to, co się dzieje w kraju, tracę swój zwyczajowy dar wymowy. Żeby nie było, że słów w gębie mi brakuje tylko teraz. Przez ostatnie 25 lat mojego w miarę przytomnego życia, niejednokrotnie nie wiedziałem co powiedzieć. W miarę upływu czasu, coraz rzadziej się wyrywałem z radykalnymi opiniami, za to coraz częściej milczałem. Dzięki temu, jak się w końcu wyjaśniło co i jak, i okazało, że było jednak inaczej niż się na początku zdawało, mogłem robić za mędrca, który przemyślał problem do głębi, i wyraził na jego temat opinię, z którą trudno polemizować.

Fakt, że robiłem to dopiero wtedy, gdy wiedzieliśmy już na tyle dużo, że opinię potrafiło sformułować nawet dziecko, szczęśliwie umykał moim rozmówcom.

Dzięki temu dzisiaj, po wielu latach ciężkiej pracy, ludzie mają mnie za mądrego człowieka, którego opinii warto słuchać. Co? Pytacie się dlaczego to niby ciężka praca? A próbowaliście się kiedyś powstrzymać przed natychmiastowym, celnym, inteligentnym, i przenikliwym skomentowaniem jakiegoś newsa? No właśnie. A ja to robię prawie przez cały czas.

Dlatego nie usłyszycie ode mnie wnikliwej analizy projektu nowej ustawy antyterrorystycznej, bo przecież mamy w kraju pewnie ze trzy miliony fachowców, którzy mnie w tej materii wyręczą. Mi przeszkadza tylko odbieranie nam kolejnego kawałka wolności, w imię walki z opozycją. Czy też z terroryzmem. Bo wiecie, z tego co mówili, to może się okazać, że te rzeczy się od siebie wcale nie różnią.

No dobra, to po co tutaj się zgromadziliśmy? Oprócz oczywiście chęci zobaczenia nowego zdjęcia klauna, bo dla tych, którzy nie wiedzą, ten cykl trwa z przerwami wyłącznie po to, żebym mógł sobie wkleić kolejną klaunią fotkę bez wzbudzania podejrzeń.

Dopóki zgromadzenia są jeszcze legalne, zebraliśmy się tutaj, żeby poznać nowe słowo. Słowo stojące w zupełnej opozycji do tego, co robię ja (nabieranie wody w usta), jest przy okazji bardzo ładne, gdyż nie zaniedbujemy nauki o pięknie.

Logorea (gr. lógos ‘słowo, mowa’ + rhoá ‘rzeka, upływ’) oznacza zaburzenie w komunikacji objawiające się bezładną, szybką mową. Słowotok.

Jak donosi wikipedia, logorea jest czasami klasyfikowana jako choroba psychiczna, objawiająca się bezładną, niespójną gadatliwością. Występuje w afazji, maniach czy schizofrenii katatonicznej.

W przypadkach słowotoku występuje ciągłe mówienie, bądź bełkotanie, do kogoś, lub częściej do samego siebie. Osoba może powtarzać pojedyncze słowa lub wyrażenia, często bez sensu. Przyczyny słowotoku pozostają słabo poznane, jednak ich większość dobrze reaguje na leki.

Po trzygodzinnym seansie nienawiści po zamachach w Brukseli, jaki wykonali zaproszeni do TVP Info goście, mam wrażenie, że tym ludziom żadne leki nie pomogą. Sprzątałem, oglądałem, powstrzymywałem wymioty, po czym doszedłem do wniosku, że nie ma się co przejmować tymi ludzikami. Lepiej włączyć TVP Rozrywka, gdzie lecą polskie kabarety. Co jest śmieszne.

A właśnie, wiecie co jeszcze jest śmieszne?

KLAUNI, KLAUNI SĄ ŚMIESZNI.

fot. Gary Cobb lic. CC BY-NC-ND 2.0
fot. Gary Cobb

Seks, kłamstwa, kalambury, i filmy porno, czyli tarta cytrynowa

Antyimpreza walentynkowa z kalamburami (Penis Rozrabiaka), na których pokazywaliśmy tytuły filmów porno (Wymię Róży), była wielkim wygrywem (Robin Wzwód), i to dosłownym, bo nasza drużyna wygrała (Wakacje z Dupami). W międzyczasie gospodarze postanowili podnieść skalę zajebistości imprezy (Edward Penisoręki), wnieśli tartę, i była taka dobra, że straciłem czucie w nogach (Zaporożec w tunelu).

Korzystając z okazji, że odwiedził nas gość, odbyło się wielkie rodzinne gotowanie, i postanowiłem spróbować odtworzyć ten smak, oczywiście na podstawie przepisu, bo to jeszcze nie ten etap, żeby coś robić na fristajlo.

Najpierw zaczyniłem ciasto, przy czym zrobiłem inne niż w oryginale, niech mi autorka wybaczy. Do bardzo dobrego, kruchego, słodkiego ciasta potrzebujemy następujących składników:

200 g mąki tortowej
50 g cukru
140 g zimnego masła
1 jajko
szczypta soli

Wrzucacie do miski mąkę, cukier, szczyptę soli, i pokrojone na kawałki, zimne masło. Jeden rabin powie, żeby to wyrobić robotem kuchennym, inny powie, jebać robota, jestem człowiekiem, soylent green to inni, i wymiętoli ciasto ręką odzianą w rękawiczkę. Jak ja. W trakcie wyrabiania ręką, dodajemy białko. Masło staramy się rozcierać i łączyć z proszkiem, jak zacznie się wiązać w większe frakcje, dodajemy żółtko. Gnieciemy do momentu, gdy otrzymamy miękkie, plastyczne ciasto. Nie takie farfocle, tylko wiecie, zwarta, plastyczna bryła.

Owijamy to w folię aluminiową, i na pół godziny do lodówki.

Jako, że ciasto jest plastyczne, i ma konsystencję plastelinowatą… Kurwa, czy ja przypadkiem nie zrobiłem plastiku?

No więc z powodu konsystencji, nie trzeba go wałkować, tylko wystarczy rozgnieść ręką, i wylepić nim całą formę do tarty. Wystarcza na formę trzydziestocentymetrową (słownie: 30 cm). Przed wylepieniem formy, wysmarowałem ją lekko masłem, ale powiem wam, zrobiłem to z rozpędu, i nie mam pojęcia, czy było to do czegokolwiek potrzebne, ciasto i tak było trudno odspawać od ścianek formy.

Wylepiamy równo, pamiętając że przy ściankach ciasto ma tendencję do spiętrzania się, więc trzeba je poupychać i podociskać, żeby nie było bez sensu za grubo. W górę ciasto zarzucacie na całą wysokość ścianki.

Spojrzałem na swoje dzieło, stwierdziłem że jest mądre, dobre, i piękne, po czym podziurkowałem dno raz przy razie widelcem. Powoduję to, że podczas pieczenia ciasto się nie odkształca. Niektórzy mówią, że po takim traktamencie, trzeba formę wstawić na pół godziny do lodówki, ale to wypróbuję dopiero następnym razem.

Podziurkowane ciasto wrzuciłem do piekarnika, na 200 stopni (słownie: dwieście stopni), na jakieś 10-12 minut. Raczej dziesięć, bo chodzi o to, żeby lekko stwardniało. Masa do tarty wylana na ciasto niezapieczone mogłaby je rozmiękczyć, i zrobiłby się jakiś daremny zakalec.

W czasie, gdy kruchy, pyszny spód się piecze, robimy ciasto, które nie jest ciastem, tylko takim trochę nie wiadomo czym. Mnie zmyliło. Bo patrzcie, co się dzieje:

skórka starta z 3 cytryn
150 ml
soku z cytryn, trzeba wycisnąć jakieś 3-4 sztuki
100 g cukru
150 ml śmietanki kremówki
3 duże jajka
3 duże żółtka (3 białka zostają na potem, można spróbować zrobić bezy)

Słowo o tarciu skórki z cytryn. Co się naszarpałem poprzednim razem, to tylko ja sam wiem. Przede wszystkim cytryny przed tarciem skórki trzeba wyszorować w gorącej wodzie. Szczoteczką raczej, niż gąbką, którą myjemy naczynia. Następnie cytryny dokładnie osuszamy. Bierzemy tarkę o drobnych oczkach. I bardzo delikatnie pocieramy, nie dopuszczając do:

a) starcia białego, bo jest gorzkie jak sam skurwesyn
b) przebicia osłabionej tarciem skórki, bo jak pójdzie sok, to tarka zaczyna nam się ślizgać po skórce, i zamiast tartej cytryny, będzie półpłynne, farfoclowate gówno.

Starliśmy. Wrzucamy to do miski, dolewamy sok z cytryny, sypiemy cukier, i bełczemy trzepaczką, aż się ten cukier rozpuści. Dodajemy stopniowo śmietankę, bełczemy. Dodajemy pierwsze jajko, bełczemy dokładnie. Drugie, bełczemy dokładnie. Trzecie, bełczemy dokładnie. Pierwsze żółtko, bełczemy dokładnie. Drugie żółtko, bełczemy dokładnie. Trzecie żółtko, bełczemy dokładnie.

Zauważyliście, że po tylu powtórzeniach, słowo bełczemy traci swój sens, i przestaje znaczyć cokolwiek? Jest to zjawisko nazywane satiacją semantyczną. To tak, w ramach bawiąc, uczy.

Po dokładnym wybełtaniu tej masy, wpadamy w naszej kuchni confusion w ciężką rozkminę, no bo przecież to powinno być bardziej ciasto, niż ciecz.

Tak musi być. Nie przejmując się, wlewamy to wszystko na nasze kruche ciasto, i wstawiamy na 30 minut do piekarnika ustawionego na 190 stopni. Koleżanka, od której dostałem ten przepis mówi, że można piec krócej, i od piętnastej minuty zacząć kontrolować. Masa powinna być już ścięta, może się lekko trząść, nie ma problemu, dotężeje w lodówce.

Ja zapodałem pełny program, 35 minut, trochę się mi spiekło na górze, ale raczej posmakowało, bo dowiedziałem się, że mogę się wprowadzić, a ktoś się chciał tej tarcie oświadczać. No ogólnie miało miejsce niebo w gębie, i wielkie kulinarne zwycięstwo.

To czarne na powierzchni nie powinno być czarne, ale smakowało zupełnie tak samo, jak żółte. Czarne na obwodzie to góra ciasta kruchego ze spodu, nie powinna być tak czarna, za długo je wypiekałem, no bo weźcie 12 minut samo, a potem 35 zalane masą, to razem będzie jakieś…
No mniejsza, prawie godzina będzie. Każdy by ściemniał po godzinie w piecu chlebowym.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Aha, zaraz po wyjęciu z piekarnika, możecie posypać tartę cukrem pudrem, ale nie jest to konieczne, bo ona ma tak pięknie zachowany bilans między słodkim a kwaśnym, że według mnie nie trzeba niczego poprawiać.

Smacznego.

Oraz im dłużej nad tym myślę, tym bardziej stwierdzam, że ta zeberka fajnie wygląda.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Przepis na ciasto kruche wziąłem z tego bloga. Ogólnie polecam lekturę, bo www.pieceofcake.pl ma taką przyjemną właściwość, że można tam znaleźć wszystko. Minimalistyczna forma oferuje maksymalistyczną ofertę.

Z kolei przepis na tartę pochodzi z bloga rozkosze-stolu.blogspot.com. Również polecam.

Hamborgir gościnny

Spraszał Bratanek, to pojechałem. Przyjęcie okazało się być sukcesem, poszliśmy po linii najmniejszego oporu, i zapodaliśmy hamborgiry. Od opisanych przeze mnie poprzednio różniły się dwiema rzeczami: boczkiem (no bo kurwa, ile można jeść bekon), oraz sosem. Badajcie sos.

Sos z czerwonej cebuli
4 duże cebule czerwone (koniecznie czerwone, nie ma zastosowania zasada better dead than red)
1 łyżka oliwy
1 puszka pomidorów (bo musi być sok)
1 łyżka cukru (albo dwie, jak ktoś lubi słodziej)
2 łyżki octu balsamicznego

Cebulę kroimy w półtalarki, czyli najpierw po osi pionowej, od końca z zieleniną, do tego smętnego pędzelka, następnie kładziemy płaskim do deski, i jedziemy w poprzek krążków. Są blogi, na których możecie się dowiedzieć, jak kroić cebulę w różne fikuśne historie, typu talarki, krążki, piórka i inne rzeczy. Guglajcie.

Pokrojoną cebulę wrzucamy na olej i nie smażymy, tylko dusimy na małym ogniu pod przykryciem. Jak cebula zmięknie, dodajemy cukier, i dalej dusimy. Jak się zrobi taka wiecie, witkowata, dorzucamy pomidory, które uprzednio blendujemy na miazgę. Trochę dusimy pod przykryciem, a potem rozpoczynamy redukcję. Czyli odparowujemy to całe sosiwo, w którym nam się cebula tapla, gdyż nie chcemy, żeby to wszystko nam się wylewało spomiędzy bułki a hamborgira, nie?

fot. R.Teklak

W rezultacie otrzymujemy sos, który się nie leje. Pomysłowe, co? Zostawiamy go w spokoju na bardzo małym ogniu, i w czasie, gdy redukuje się do postaci kostki rosołowej… Ma nie cieknąć. W czasie gdy nie cieknie, my robimy bułki według przepisu, który już znamy. Kilka fotek, celem wypełnienia wpisu.

Tutaj chyba udało mi się wepchnąć palec w obiektyw. Mad foto skillz lvl pro.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Oczywiście bułki najlepiej zacząć robić wcześniej, ale pamiętamy, że gościnny hamborgir jest dumnym reprezentantem kuchni confusion, i dlatego bułki zaczęliśmy robić tuż pod koniec redukowania sosu. Bez sensu, ale nigdzie się nam nie paliło.

W misce rozkłócone jajko. Bardzo podoba mi się słowo ‚rozkłócone’, takie polskie.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Bułki spoczywają na silikonowej macie. Dobry patent, sama się nie pali, blacha zostaje czysta, nie trzeba szorować, wygryw kuchenny.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Minęło mnóstwo strzałów znikąd, sos się zredukował, bułki wystygły, przystąpiliśmy do smażenia hamborgirów. Wtręt organizacyjny.

Po krytycznych głosach dotyczących męczenia mięsa, zrobiłem eksperyment. Jednego kotleta stłukłem tak, że zaczął się pocić kolagenem, i osadzać tłuszcz na ściankach miski, drugiego zmiętosiłem delikatnie, tak żeby się trzymał kupy, ale nic więcej. Usmażyłem do identycznego stanu. Przygotowałem dwa identyczne hamborgiry. Spróbowałem obu.

Ja zdecydowanie wolę te ze zmęczonego mięsa, wy zróbcie sobie sami eksperyment, i odpowiedzcie sobie na to zajebiście ważne pytanie.

I dlatego też zasugerowałem Bratankowi, żeby wymęczył mięso, (ja wiem, jak to brzmi), bardzo aligancko mu wyszło.

Oczywiście należy pamiętać, że jak chce się mieć czizborgira, należy po przewróceniu kotleta na drugą stronę, położyć na pierwszej ser żółty i przycisnąć do mięsa. A potem pozwólcie działać siłom fizyki.

Poniżej siły fizyki w działaniu.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

A potem to już z góry. Bułka na pół, sos z cebuli, kotlet, boczek…

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

No właśnie, przecież wcześniej trzeba boczek jeszcze zrobić. Do piekarnika nagrzanego wrzucamy kilka plastrów na kilka minut, żeby się przypiekły, a że piekarnik mamy już rozgrzany po bułkach, to kolejny wygryw kuchenny na koncie. Po wyjęciu, odstawiamy tackę na bok, żeby boczek stwardniał, bo on jest taki trochę miękkawy, jak się go wyjmie.

Na boczek ogórek konserwowy, na górną bułkę majonez, do kupy, długa wykałaczka, parasolka do drinków i smacznego.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Natychmiast po wyjęciu kija, hamborgir mi się rozjebał na kawałki, ale że to była męska impreza, nikt się nie przejmował tym, że z wąsów kapał nam majonez.

Smacznego.

Zdjęcia robione szpikiem kostnym, przez fotografa, który nie umie. I ja wiem, że na tych fotach jedzenie wygląda tylko trochę mniej apetycznie od ofiary utonięcia, leżącej na stole sekcyjnym. Ale to się zmieni, gdy znajdę i naładuję swojego BenQ, który może nie ma odstrzelonej optyki, ale przynajmniej dobrze odwzorowuje kolory, nawet w kiepskim oświetleniu. Będzie lepiej.

Bawiąc, uczy

Bawiąc, uczy.

Jakiś czas temu wymyśliłem sobie, żeby co czwartek na fejsie wrzucać nowe, trudne słowo, i coś tam sobie o nim pisać. A przy okazji dać fotkę klauna, bo to zawsze zabawne. No i chyba będę reanimować pomysł.

W dzisiejszym słowie tygodnia, zapoznamy się ze słowem ogólnie znanym, ale tak mi pasuję do tego, o czym przed chwilą przeczytałem, a na dodatek bardzo mi się podoba jego brzmienie.

Konsternacja, fr. consternation, z łac. consternatio. Jest to zakłopotanie, zmieszanie, wywołane zwykle zaskakującym wydarzeniem.

Takim zaskakującym wydarzeniem jest dla mnie informacja, że projekt dużej ustawy medialnej zakłada, że każdy z nas będzie płacił miesięcznie 15 ziko w rachunkach energetycznych, na wielką telewizję narodową. Nieważne, masz telewizor, czy nie masz, zapłacisz. Czyli de facto, dobra zmiana ugaszcza nas nowym podatkiem, którego nie unikniemy, bo jak nie uiścimy z rachunkiem, energetyka będzie zobowiązana podpieprzyć nas do urzędu skarbowego.

Co jest bardzo śmieszne. Wiecie co jeszcze jest śmieszne?

KLAUNI, KLAUNI SĄ ŚMIESZNI.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

 

HaraKiri

 

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Imię: Hara
Nazwisko: nieznane
Rodzice: nieznani
Rodzeństwo: Kiri
Pseudonimy: Miluś, Macie Tu Ptaszka, Dlaczego Miski Są Puste, GRUBY DAJ MIĘSA
Płeć: samiec, kastrowany
Wiek: pięć i pół roku
Rasa: kot bury

Miluś, bo tak na niego mówię, żeby robić sobie z niego bekę, to miniaturowy ekwiwalent kota Greebo. Ponieważ został wykastrowany, i nie może zgwałcić całego świata zewnętrznego, postanowił go albo wykorzystać, albo zabić. Wykorzystuje sąsiadkę z pierwszego piętra, do której wdrapuje się po drzewie, skacze na gzyms, po czym otwiera sobie balkon, i już jest w środku. Gdy balkon jest zamknięty, na przykład w niedzielę o 10 rano, awanturę słyszy cały blok. Czasami przynosi nam od sąsiadki kawałek kiełbasy, albo szynkę.
Sąsiadkę i nas toleruje, gości nie atakuje, wszystko co za oknem, jest jego ostrygą.
Jest kochanym kotem. Gdy widzi, że sobie nie radzimy w życiu, dokarmia nas wróblami, sikorkami i myszami. Gdy straci czujność, co następuje prawie wyłącznie gdy śpi, daje się pogłaskać. Kotem do rany przyłóż jest przy miskach, tam daje robić z sobą wszystko. Do momentu, gdy dostanie karmę. Wtedy kończą się żarty, bo nigdy nie należy wkraczać między Milusia a jego łup, w tym wypadku suche jedzenie. Oczywiście udaje, bo bardzo lubi, gdy ludzie go kochają. Ale gra twardego. Więc kochanie go bywa trudne, bo ucieka.
Samiec Alfa w chuj. Bardziej się nie da. Niezły wyczyn, jak na ziomka bez jajec. Boi się wyłącznie spryskiwacza. Spryskiwacz to jego arcywróg. Kiedyś mu pokaże. Ale to dopiero kiedyś. Chwilowo nie.
Zawsze towarzyszy mi w kuchni, najbardziej kocha mnie, gdy robię drób. I to w kuchni najczęściej ze sobą rozmawiamy. Fragmenty jego monologów możecie przeczytać w moich notkach. Wszystko co napisałem, to jego słowa.
Ktoś kiedyś zasugerował, że on jest bezwzględny, że tak morduje te pliszki i kosy, i należy mu w związku z tym zawiązać dzwoneczek na szyi. Gdybym spróbował zawiązać mu dzwoneczek na szyi, podgryzłby mi gardło. Odczekałby do momentu aż zasnę, i rozprułby mi tętnicę. Nie robi się jaj z Milusia, bo gdy zrobisz sobie jaja z Milusia, będzie to twoje ostatnie robienie jaj z Milusia, i ostatnią rzeczą, jaką zobaczysz przed śmiercią, będzie jego pyszczek wysmarowany twoją krwią. Czuj się ostrzeżony.
Gdy da dupy, i coś mu nie wyjdzie, a ktoś to widział, udaje że to nie on, tylko jakiś inny kot. Miluś nie daje dupy, i nie popełnia błędów.
Pomimo twardości i bycia bezwzględnym mordercą, garnie się do ludzi, i raz dziennie mówi KOCHAJ MNIE CZŁOWIEKU, NA CO CZEKASZ, GRUBY, NO CHOCIAŻ TY, KOCHAJ MNIE PRĘDKO.
Pomimo swojej pozy Brudnego Harry’ego, jak już wspomniałem, jest kotem do rany przyłóż. Oczywiście do rany, którą sam zrobił.

 

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Imię: Kiri
Nazwisko: nieznane
Rodzice: nieznani
Rodzeństwo: Hara
Pseudonimy: Seba, Sebiks, Sebcio, Sebon, Dlaczego Nie Ma Niczego w Miskach, Jestem Olgierd, GRUBY UMARŁEM Z GŁODU PATRZ NIE MAM SIŁY CHODZIĆ
Płeć: samiec, kastrowany
Wiek: pięć i pół roku
Rasa: kot bury

Seba to kot, z którego próbuję cały czas zrobić praskiego dresiarza. Tak, żeby był w stanie dać odpór światu, ale przede wszystkim bratu, gdyż brat nim ogólnie poniewiera. Odkąd trenuję go na dresa, nauczył się, że bratu można oddać. Zdarza mu się też jeść z pierwszej miseczki, do której nasypię karmy, ale tylko wtedy, gdy w pobliżu nie ma brata. Gdy jest, Seba ustawia się karnie do miseczki numer dwa.
Seba nie jest samcem Beta. Nie jest nawet samcem Gamma czy Delta. Obstawiam, że najbliżej mu do samca Omega. Dzięki czemu przeżyje wszystko, gdyż będzie pierwszy do michy, i ostatni do walki.
Garnie się do ludzi, ale nie wie, czego tak naprawdę chce (oprócz jedzenia).
Garnięcie odbywa się w ten sposób, że podchodzi, stuka głową w to, co akurat człowiekowi wystaje, i oczekuje… No właśnie, nikt jeszcze nie odkrył, czego Seba oczekuje od człowieka. Trochę się daje wygłaskać, trochę wyczochrać, ale nie uwali się na mojej klatce piersiowej, jakby był u siebie, tylko będzie leżał z jedną łapką na niej, a jak się gwałtowniej poruszę, to ucieknie.
Uwielbia siedzieć w pudełku, ale się w nim nie położy. Więc siedzi, i wystaje nad krawędź pudła tak, jak Olgierd wystawał ponad krawędź włazu w Rudym 102. Seba wie, że nie ma sensu się kłaść, bo i tak zaraz przyjdzie brat, i go z tego pudełka wygoni, nawet jeżeli obok leży pudełko zupełnie puste. A że Seba nie jest konfrontacyjny, da się wygonić.
Jedyne miejsce gdzie się awanturuje, to miska. Wtedy mówi do mnie mnóstwo ciekawych rzeczy, głównie uskarżając się na słabość i halucynacje z niedożywienia.
Trochę dupa wołowa, ale kocham i wychowuję jak swojego.
Gdyby zobaczył w domu ptaka albo myszkę, umarłby na serce. W ramach polowania, zadowala się gonieniem brokuła (to razem z bratem), albo kawałka suchej karmy z miseczki. Wtedy ma poczucie bycia myśliwym. Kochamy tę jego nieporadność, i próby bycia fajnym, luźnym kotem.
Ostatnio nauczył się, że jak brata nie ma w pobliżu, można mu bezkarnie wyjeść jedzenie z miski. Seba rośnie w siłę, Miluś niknie w oczach. Może to sposób Seby do zdominowania brata?
Wiem natomiast, że jakby w nocy przyszły do naszej sypialni demony i duchy, Seba by nas bronił. Prawdopodobnie odciągając je od nas przy pomocy sprytnego manewru ucieczkowego.

W księżycową jasną noc

Srać mi się chciało.

Jako stary harcerz, załatwiłem temat liściem łopianu, ale cały wieczór, noc, i poranek bez papieru były zbyt straszną perspektywą, by traktować ją poważnie. Szybka rozkmina, i Rossmann na ratunek.

Zrobiliśmy zakupy, noc młoda i piękna, zróbmy, rzekła, koło, gdyż spacer jest dobry na wszystko. Uszliśmy wszystkiego ze sto metrów. No słownie 100, więcej nie było, gdy na drodze stanął nam barczysty antykwariat Gryf, którego nigdy wcześniej nie widziałem, bo najdalej na Dąbrowskiego, to ja dochodziłem do sklepu z kocim żwirem.

-Ty, patrz jakie dobre i piękne książki. Kurde, obczaj, Ceramy, mam kilka w domu. O, takie samo wydanie Paragrafu 22, tylko moje już rozwalone, to bym sobie kupił, ciekawe ile kosztuje, ale chyba drogo, bo jakiś wielki ten antykwariat, patrz jak się długo ciągnie. Pewnie więc niezbyt będzie tanio, nie?
-O, a tutaj Dali z Arkad. Ładnie wydają te albumy w Arkadach.
-Znam kogoś z Arkad.
-Spoko, nie ma zmartwienia, mam kartę zniżkową na ich książki, ale tutaj chyba nie będzie obowiązywać, nie?
-A jak patrzyłeś u mnie, to widziałeś, czy ja mam to Narrenturm całe, czy nie?
-Nie wiem, ja nawet nie wiem, czy ja u siebie mam wszystkie, czy tylko pierwszy, a potem to już tylko pożyczałem.
-O, a to, i jeszcze to, oraz tamto. Ewentualnie też mogłabym mieć owamto.

Ochom i achom nie było końca, bo faktycznie, na witrynie samo grube, ślady wyrysowane naszymi nosami na szybach zaczęły przypominać symulacje komputerowe wyników zderzenia cząstek w LHC, o jak bardzo muszę tutaj przyjść jutro, i zobaczyć co się wewnątrz kotłuje, o jak bardzo…

-O, widzę, że Państwo, podobnie jak ja, lubią się przyglądać dobrym książkom. I co? Ten sam problem co u mnie? Kiedyś pieniądze miałem, ale kupić cokolwiek było trudno. Teraz wszystko w zasięgu ręki, ale pieniędzy na wszystko brakuje.

Ki chuj, pomyślałem, przyzwyczajony do tego, że jak ktoś do mnie zagaduje u mnie na dzielni, to albo chce blachę na browara, bo go suszy, czasem sępi fajka, pyta się, czy mam jakiś problem, ewentualnie, ale to już bardzo rzadko, proponuje mi odrobinkę zapomnienia słowami ‚chono kutasiarzu, to ci najebe’. A tutaj niespodzianka, sympatyczny, szpakowaty pan, żaden tam nur, fajeczka z ładnie pachnącym tytoniem, spoko ubrany, bez ostentacji, tak akurat na wieczorny spacer w połowie rozchwianego pogodowo lutego, no inteligent przed emeryturą, taki z lekko wyższej cenowo półki.

Otwarcie miał solidne, więc nastąpiło krótkie rozpoznanie bojem, a potem już normalnie, jak to u moli książkowych, zaczęło się prężenie erudycyjnych muskułów. To znam, to czytałem, to widziałem, a to mam nawet w domu, pozdro dla kumatych. Na szczęście krótko, bo gość okazał się być człowiekiem wysokiej kultury osobistej, do tego faktycznie inteligentny, wszystkie słowa na swoich miejscach. Pianista, ale jak sam stwierdził, z felerem, bo technika dobra, ale pamięciowo nie wyrabia. Wielki miłośnik Chopina, i wszystkiego co z nim związane.
Gdy doszło do rozmowy o strojeniu pianina, którego wytwórcy nie potrafiliśmy sobie przypomnieć, chociaż stoi w salonie, pan Krzysztof wymienił chyba z osiem nazw, i żadna z nich nie była Calisią ani Steinwayem, więc on chyba faktycznie kojarzy. Oraz okazało się, że zna chyba wszystkich stroicieli w mieście. Zna również ojca M. No i na dokładkę jest autorem dwóch książek.

Autentyczny erudyta. Ale taki, że z zazdrości aż się wkurwiłem, bo od imponowania M. to ja tu jestem, a nie jakiś szpakowaty cwaniaczek, literat, cholerny artysta metaloplastyk.

Na szczęście, jak to czasami bywa z ludźmi, na których wpadam na ulicy, był również złodziejem.

Ale wiecie, taki inteligencki złodziej, więc w życiu zajumał dwie książki, których mu bardzo brakowało do kolekcji, i jeszcze w stanie wojennym podpieprzył 300 litrów paliwa, tylko że z tym paliwem było tak, że on chciał zapłacić, ale ziomek zamiast przyjąć pieniądz, najpierw kazał mu spierdalać, następnie oddał na niego mocz, a na koniec kazał mu spierdalać, albo go zajebie. W tej sytuacji przy płaceniu upierałby się wyłącznie święty męczennik.

Jako nieufni i wrodzy sobie nawzajem Polacy, pogadaliśmy krótko, niecałą godzinę, M. wręczyła mu wizytówkę, i pożegnaliśmy się, obiecując sobie ponowne spotkanie, które mam nadzieję, że dojdzie do skutku, bo mądrego to naprawdę miło posłuchać. Zresztą, jak znam życie, to pewnie lada chwila wpadniemy na siebie w tym antykwariacie. W końcu muszę się za Sprężynową Pomarańczą rozejrzeć, pozdro dla kumatych.

Powiem wam, że ten Mokotów, w porównaniu z Pragą Północ to jednak dzicz i barbaria.

Gdzie jest ser?

Witam w kolejnej odsłonie kuchni confusion, i muszę powiedzieć, że tym razem konfuzja była faktycznie wielka. Dostałem link do sernika dietetycznego, w wydaniu fit, fat free, bez sera, i bez kalorii. Porcja stugramowa (słownie: 100 gramów) zawiera 72 kcal, co jak na ciasto jest wynikiem wręcz śmiesznym. Śmieszny jest też brak sera w serniku. A najśmieszniejszy jest stopień trudności prac kuchennych, gdyż taki sernik bez kalorii może zrobić każdy.

Najbardziej skomplikowanym produktem, jakiego będziemy potrzebować są otręby, reszta pewnie jest w każdym domu.

Składniki są przewidziane na tortownicę o średnicy 21 centymetrów. O tym, jak odmierzyć 21 centymetrów nie będę mówił, bo jak powiedziałem o tym w innym miejscu, to się do tej pory rumienię. Państwo sobie radzą sami.

Spód
6 łyżek otrębów owsianych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 żółtka
1 łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego, można też walnąć 10 kropli zaprawy w płynie. Nie wiem czy to adekwatna ilość, lałem na oko.
4 łyżki mleka

Masa
2 duże jogurty naturalne (po 400g)
4 białka
1/2 szklanki brązowego cukru
2 budynie śmietankowe w proszku
szczypta soli

Co do masy, to mam uwagę. W oryginale przepis był na sernik w wydaniu dietetycznym. Od razu wam mówię, że sernik w wersji dietetycznej jest taki sobie. Znaczy spód spoko, sama konsystencja ciasta jak w ptasim mleczku, i w ogóle jest nieźle optycznie. Ale smak jakiś taki nijaki. Dlatego, po zebraniu opinii zwrotnych od piątki testerów, sugeruję zwiększenie ilości zapodanego cukru do co najmniej jednej szklanki. Bo kalorie kaloriami, ale smak też jest ważny. Ja na przykład w następnej iteracji, mam zamiar dosłodzić masę miodem, oraz dodać soku z cytryny.

A teraz robimy.

Tortownicę o średnicy 21 centymetrów, które sobie odmierzcie we własnym zakresie, trzeba wyłożyć papierem do pieczenia. Oczywiście rozdarłem przy upychaniu. Nie rozdzierać, bo się potem rozlewa i brudzi blachę.
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Temperaturę sprawdzamy na wyświetlaczu, a nie ręką.
Wszystkie składniki spodu wrzucić do miski, wymieszać dokładnie łyżką, wylać na ten niepodarty papier, piec przez 10 minut.

W czasie gdy spód nam się piecze, przygotujemy masę zasadniczą. Bierzemy większą miskę, mikser, i ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywno. Na sztywno oznacza, że nie wypadają nam z miski, ale nie odwracajcie jej koniecznie do góry nogami, bo to bez sensu, i jak nie jest do końca na sztywno, to trzeba zbierać białko z blatu. Nie należy też młócić za długo, bo jak się białko ubija za długo, to ono potrafi rozbić się na frakcje, i otrzymujemy jakieś białe, mętne coś, i lejącą się pianę, która nie nadaje się do niczego. Udało nam się tak kiedyś zrobić, jak biliśmy białka na bezy. Ale to było za komuny, więc może teraz jajka są lepsze.

Gdy ubijemy pianę na sztywno, dodajemy powoli cukier. Piana wyraźnie zbrązowieje, bo cukier brązowy. Następnie powolutku sypiemy budyń. Piana lekko zgęstnieje. Na koniec dodajemy jogurty. Piana zrzednie. Nie dajemy faka, tak ma być.

Nasz spód powinien akurat się upiec. Wyjmujemy tortownicę z piekarnika, uważamy na lewy palec wskazujący, bo oparzenia fatalnie się goją, staramy się też, żeby papier nie dotykał ścianek albo góry piekarnika, bo zjarany pergamin śmierdzi. W zasadzie przed pieczeniem spodu, najlepiej go przystrzyc, żeby nie sterczał na boki i wzwyż.

Jak już ogarniemy trudne sprawy, wlewamy masę na upieczony spód, wrzucamy do piekarnika na 50 minut, i czekamy na sukces.

GRUBY! GRUBY! CO DZISIAJ ROBISZ BEZ SENSU Z TEGO GĘSTEGO MLEKA? BEZ MIĘSA? TYLKO GĘSTE MLEKO? PIECZONE GĘSTE MLEKO? JESTEŚ GŁUPSZY NIŻ CHUDE GOŁĘBIE Z DRZEWA, POCZEKAJ, PRZYNIOSĘ CI COŚ Z DWORU, BO UMRZESZ Z GŁODU SZYBKO, GRUBY NIE UMIERAJ, BO KTO MI BĘDZIE DAWAŁ TO PYSZNE Z BIAŁEGO WIADRA, GRUBY NO WEŹ NIE GIŃ!

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Przyniósł martwego wróbla. Zdjęć nie zrobiliśmy, zbyt drastyczne widoki.

Po pięćdziesięciu minutach wyłączamy piekarnik, otwieramy i o ja pierdolę, jak to wyrosło, że aż wyszło z tortownicy. Nie znam się, więc zacząłem kląć głośno, a potem kombinować, że trzeba będzie wyciąć kawałek ze środka. Kuchnia confusion w pełnej krasie.

Uczcie się na moich frustracjach, nie panikujemy, wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki, i zostawiamy tortownicę wewnątrz. Po kilku minutach ciasto opadnie. Niech sobie stygnie, my w tym czasie zrobimy improwizowaną polewę czekoladową, która mi nie wyszła (pewnie czekolada się zwarzyła), i dlatego mój sernik wygląda, jakby był oblany gównem z makiem.

fot. M.Cywińska

Polewę zrobiłem z połowy kostki czekolady gorzkiej Wedla, niecałej łyżki masła, i mleka, bo śmietanki nie miałem. Roztopiłem to wszystko na małym gazie, zrobił się jakiś farfocel, rozmazałem to po szczycie ciasta, które było gładkie, czekolada nie chciała się przylepiać, do tego miała konsystencję kawioru, no i efekt jest taki, jak na zdjęciu. Jak ja sobie wymyśliłem, że pół kostki czekolady wystarczy również na boki sernika, nie wie nikt.

Polewę fachową robi się w sposób następujący. Bierzemy duży garnek, nalewamy do niego gorącej wody, gotujemy. Wkładamy do środka trochę mniejszy garnek, uzyskujemy w ten sposób kąpiel wodną, dzięki czemu nie spalimy niczego. Wrzucamy do mniejszego garnka 200 gramów czekolady, 50 gramów masła, oraz 50 gramów śmietany kremówki, rozpuszczamy to wszystko, po czym wylewamy na ciasto. Powinno ładnie rozlać się na szczycie, i aligancko spłynąć na boki. Obiecuję, że następny wypiek nie będzie improwizacją na stopro, i że zrobię go zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki.

Gratulacje. Właśnie zrobiliście swój pierwszy sernik bez sera.

GRUBY, WYRZUĆ TO GĘSTE MLEKO I ZJEDZ WRÓBLA CHUDEGO.

fot. M.Cywińska
fot. M.Cywińska

Mam bóle współczulne

Z zawodu jestem dyrektorem, więc nie mogę przejść obojętnie obok jeziora w otoczeniu zieleni, w miejscu którego mógłby stać spółdzielczy punktowiec.

Serwis natemat, w alarmistycznym tonie napisał, że ‚Wiadomości’ straciły w styczniu aż 410 tysięcy widzów. Gewałt, Kurski to funkcjonariusz partyjny a nie menadżer, czystka, program nie przypomina tego sprzed kilku tygodni, wszystko jak w stanie wojennym, aż dziw że nie noszą jeszcze mundurów.

I od razu widać efekty. Polacy nie chcą oglądać programu przygotowanego przez nowych reporterów, sprzedawczyków, którzy powinni się wstydzić patrzeć w lustro, wszystko się wali, telewizja tfu publiczna na skraju bankructwa. Czerwony świt się z nocy budzi, larum grajmy.

Nie jestem w stanie ocenić zawartości nowego dziennika, bo w telewizji oglądam czasami sport, oraz Grę o Tron, ale GoTa to w innej, bardziej zagranicznej. Dlatego nie wiem jaka jest jakość zmian, i zamiast gadania o wrażeniach, skoncentruję się na cyfrach.

Natemat powołuje się w tekście na dane z serwisu wirtualnemedia. Znam wirtualnemedia, i znam ich podejście do sposobu prezentowania danych, który czasami jest, delikatnie mówiąc, lekko ekscentryczny. Byłem dziwnie spokojny, że autor nie zada sobie trudu, żeby przyjrzeć się dokładnie liczbom, tylko przeklei informacje z wirtualnych, doda chwytny tytuł, i już kliki lecą. Ewentualnie się przyjrzy, ale stwierdzi, że nawet jeżeli nie mają sensu, to nie możemy pozwolić na to, żeby jakieś głupie dane stanęły na drodze sensacyjnego artykułu.

Obadajmy na spokojnie wykres.

oglądalność
fot. wirtualnemedia.pl

Dokładne wyniki Wiadomości w ostatnim półroczu wyglądają następująco:
sierpień – 2 586 000
wrzesień – 3 456 000
październik – 3 716 000
listopad – 4 041 000
grudzień – 3 783 000
styczeń ’16 – 3 703 000

I jeszcze styczeń ’15 – 4 112 000

I już wiadomo o co chodzi. Spadek o 411 tysięcy dotyczy zmiany styczeń do stycznia. Zestawianie danych miesięcznych w odstępie rocznych, ma według mnie taki sens, jak porównywanie długości z objętością.

Ostatni akapit z natemat brzmi następująco:
Przypomnijmy, że od 11 stycznia, redakcją „Wiadomości” kieruje Marzena Paczuska, która zastąpiła Piotra Kraśko. Od tamtej pory, na antenie można dostrzec manipulacje, a także pominięcia ważnych, choć niewygodnych dla nowej władzy tematów.

Jaki idzie przekaz? Patrzcie, te nieudaczniki rządzą od 11 stycznia, i w niecałe trzy tygodnie doprowadzili do katastrofy, a na dodatek manipulują, i cenzurują niewygodne prawdy.

Niezależnie od moich sympatii politycznych, takie akcje mnie osłabiają swoim prymitywizmem. Można manipulować danymi zręcznie, ze swadą, w sposób na pierwszy i drugi rzut oka niezauważalny, no jakoś  tak elegancko. A nie jakby cepem walił. Nie, nawet nie cepem, bo cepem też trzeba umieć. O, wiem. Jakby chujem zboże młócił.

No ale nikogo to nie obchodzi, bo kto zagląda do danych źródłowych.