Historia upadków z piramidy

Postanowiłem, że przeciąganie historycznego cyklu moich bojów z teleturniejami nie ma sensu, i wrzucam dzisiaj odcinek drugi.

Spodobało mi się życie teleturniejowe i stwierdziłem, że trzeba wypróbować inne gry i zabawy telewizyjne. Oko moje padło na Polsatową Piramidę, takie coś, w czym grał kiedyś Joey z Przyjaciół. Skojarzenia, w których występujemy w zespołach dwuosobowych, z jednej strony ja, anonimowy łoś z miasta, z drugiej znany aktor, raz Joey Tribbiani, innym razem Paulina Młynarska.

Ale zanim poszedłem na Piramidę, los rzucił mnie na front 1 z 10, i to był taki bardzo śmieszny przypadek, że bok mi się urwał ze śmiechu. Otóż kolega Jacek Wilk (tak, ten Jacek Wilk, studiowałem razem z kandydatem na prezydenta) wystartował rok wcześniej w eliminacjach, podołał i przez ten rok czekał na nagranie. Jak doszło do nagrania, okazało się, że studio zakontraktowane na siedem programów, czyli 70 uczestników, ale bodaj czterech nie dojechało. Postanowili zatem dobrać ludzi z akademika.

fot. Monty Python
To my, ziemi naszej sól. Ludzie z Hermesa. (Fot. Monty Python)

Siedzę w pokoju, lekko tylko zmięty, telefon z hasłem ‘Radek, chcesz być w Jednym z Dziesięciu? Ale jako kto, dopingowicz? Tam przecież nie ma publiczności? Spoko, złaź na dół, wszystko ci powiemy. A ile osób wam potrzeba? No jeszcze jedną. To wezmę Młodego, brata znaczy się. A Brat ciut bardziej ode mnie wymięty, bo dzień wcześniej jakaś radosna okazja była.

Na dół zeszliśmy jak dwa dziady borowe, powyciągane na kolanach dżinsy, rozczłapane buty i czarne swetry do połowy uda. Zgromadzony na parterze tłum, nagrodził nas brawami i gromkim śmiechem a do mnie wtedy dotarło, że chyba jednak będę występował. Rzuciłem się do ucieczki.
Niestety, zaplątałem się w Młodego i nas dopadli. Autokar i do studia. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że żadnej ściemy nie robimy, nie musimy się podkładać, gramy na normalnych prawach uczestnika i jeszcze nam zapłacą 40 ziko brutto rozłąkowego, za sam udział, niezależnie od wyniku osiągniętego na końcu, rozliczenie po programie, akurat żeby piwem spłukać z ust gorzki smak porażki, nie uprzedzając faktów.

Czad, przypadkiem dostałem się do teleturnieju, do którego normalnie nie miałbym cierpliwości, bo czas oczekiwania na nagranie absurdalny a nagroda odcinka (wtedy 1000 złotych plus gadżet od sponsora) dość daremna, jak na ogrom wiedzy, jakim się trzeba było w Jednym z dziesięciu wykazać, by doczołgać się do finału i jeszcze go wygrać.

Stoimy z Młodym na fajku, on, lekko pozieleniały, trzyma się popielniczki, ja trzymam fason, ale obaj wyglądamy jak goście, którzy przed chwilą wygrzebali się z kupy zgnitych liści. Nie wzbudzaliśmy podejrzeń wśród innych graczy, bo nie wyglądaliśmy na kogoś, kto wie jak się nazywa.

Palę powoli i słucham trzech ziomów, którzy stoją obok mnie i ewidentnie zakładają spółdzielnię. Spółdzielnia w teleturnieju polegała na tym, że dogadali się co do jednej rzeczy – przed rundą finałową, nie pytają siebie nawzajem, tylko koszą najsłabsze osobniki w stadzie. A w finale to już wiadomo, może iść na noże. Słucham tej rozmowy z coraz większym rozbawieniem, kiepuję, idę do punktu zbornego, wpuszczają nas do sali nagrań i co widzę.

Ten jebany spółdzielczy kombinat będzie grał ze mną.

Fot. Agencja Gazeta
Ale jak to spółdzielnia? Nagrał pan, jak się umawiali? (Fot. Agencja Gazeta)

Kim jestem? Zwycięzcą? No z tym, że niekoniecznie. Ja pierdolę, całe życie pod górę. I całe życie drugi.

W tym momencie chciałem już tylko jednej rzeczy – odpowiedzieć przynajmniej na jedno pytanie z rundy początkowej, żeby blamaż nie był konkretny. Dla młodzieży przypomnienie: na początku gry ma się trzy szanse, w pierwszej rundzie nikt nikogo nie wyznacza tylko Tadeusz Sznuk zadaje kolejnym graczom pytania. Jak się nie odpowie, traci się jedną szansę. Drugie kółeczko i tutaj zasadzka, bo jak się w pierwszym kółeczku odpowiedziało na pytanie a w tym nie, traci się jedną szansę ale jak w pierwszym kółeczku dałeś dupy i powtórzyłeś to w drugim, to traci się dwie szanse, nad głową nagle mrok i trzeba zrobić trzy kroki do tyłu, bo trud twój już skończon.

Odpowiedziałem na oba i przeszedłem dalej. Postawiłem sobie zatem drugi cel – jeżeli odpadnę, to chcę to zrobić jako przynajmniej piąty gracz. Albo szósty. Najgorzej siódmy, bo to ostatni odpadający przed finałem. Ale niech to będzie w drugiej połowie stawki.

No i się zaczęła bardziej brutalna część rozgrywki, bo ze wskazywaniem tego, kto ma odpowiadać na następne pytanie. Jakiś wątły, smutny ziom się na mnie uparł, ale po kilku razach odpuścił. Niestety, pamiętamy cały czas, że miałem na miejscówce spółdzielców szemranych, którzy jako ludzie dobrej roboty, robili dobrą robotę i kosili innych graczy niczym kosa żeńca plon.

Historia mojego boju była heroiczna ale krótka i tak tragicznie bezcelowa. Bo widzicie, jak się siedzi przed ekranem, to 3 sekundy na odpowiedź trwają wiecznie, odpowiadasz na każde pytanie, na które znasz odpowiedź, bo pamięć nie stawia oporu. Przed okiem kamery, sprawy wyglądały zgoła inaczej.

Jak nazywała się autorka powieści ‘Pożegnanie z Afryką’? Książki nie czytałem ale film widziałem z 5 razy i przecież to wie… Biiiiip, 3 sekundy minęły, Karen Blixen, nożesz kurwa twoja. Oraz to nie były 3 sekundy, nawet nie zdążyłem nabrać oddechu i mrugnąć, proszę sprawdzić zegar, przepraszam, czy obsługa techniczna może sprawdzić sekundnik?!

Jak nazywa się część uprzęży, która coś tam, coś tam? Eeee… popręg? Biiiip, źle, chodziło mi o kantar czy coś takiego. Dziadek zaczął wirować w grobie z prędkością wału w turbinie i złorzeczyć mi z zaświatów, bo przecież za dzieciaka wszystko mi wytłumaczył, a pomyliłem się tylko dlatego, że nerw mnie kąsał i czasu tak mało, wybacz Dziadku Bolesławie.

I wreszcie trzecie pytanie, na którym poległem: Panie Radosławie, co znaczy łacińska sentencja ‘blablabla blabla bla’?
Z uwagi na fakt, że z tak długich maksym i aforyzmów, kojarzyłem tylko jeden, postanowiłem odejść z pierdolnięciem, a nie mamrocząc pod nosem, że nie wiem. WIEM, KURWA, ŻE NIE WIEM, ALE TO NIE POWÓD, ŻEBY WSTYDLIWIE MAMROTAĆ, ŻE NIE WIEM!

Pochyliłem się lekko do przodu, wypiąłem pierś, nabrałem powietrza do płuc, uderzyłem w podniosły ton, i naparłem: to znaczy ‘Jakże słodko i zaszczytnie jest umierać za Ojczyznę’. Syrena zapodała trzecie biiiip, zduszone parsknięcia rozległy się z różnych kątów sali, Sznuk, jako człowiek kulturalny zachował powagę, pochwalił moją znajomość klasycznych maksym Gorkiego, ale nie miał wyjścia i odesłał mnie w smugę cienia.

fot. TVP
Not with a whimper but a bang. Not bad. (fot. TVP)

A chuje spółdzielcze taktykę mieli dobrą, dwóch z trzech weszło do finału.

Trafiłem do programu z przypadku, walczyłem ze spółdzielnią, odpadłem jako szósty gracz, realizacja planu stuprocentowa, nie mam sobie nic do zarzucenia. Zresztą gdybym nawet do finału dotarł, to zostałbym tam pewnie starty w pył, bo nerw mi by przecież nie zszedł. Oraz bądźmy szczerzy, dzień wcześniej w akademiku była impreza i podczas rozgrywki nie znajdowałem się w szczytowej formie intelektualnej. Dlatego uważam, że w tamtych warunkach, wypadłem całkiem dobrze.

I tak oto uzbrojony w doświadczenie z dwóch teleturniejów, poszedłem do Piramidy, do której były eliminacje na Chełmskiej bodajże, i stał tam tłum, ale wytrwałem. Ta Piramida, to były takie Skojarzenia, które leciały za komuny. Ale w Skojarzeniach można było tylko naprowadzać słowami a w Piramidzie było dozwolone również, poza rundą finałową, pokazywanie. Więc jak jedna sympatyczna, starsza pani wylosowała części ciała, to miała łatwiej. Znaczy nie miała, bo zapomniała, że może pokazywać i poległa na pierwszym słowie. Usta to były. Niepojęte.

Ale nie uprzedzajmy. Grało się po dwie osoby plus dwóch celebrytanów, moderował Andrzej Strzelecki (na Huberta Urbańskiego się nie załapałem). Wchodzę na salę ostatni, w środku pozostałych 9 zawodników, rozglądam się po tej ludzkiej trwohydzie, zastanawiam się czy ich też wygrzebali po imprezie z akademików, gdy nagle…

No kurwa, to oczywiste przecież, że jak jest dziewięciu innych graczy, z których ośmiu wygląda tak, jakby ich łączne IQ wynosiło 200, to musi się trafić bystra laska z inteligentnym spojrzeniem. I oczywiście, że to ona będzie ze mną w parze. I to z nią będę się boksował przez dwie rundy, tocząc ciężki bój, a nie ze starszą panią, która zapomniała, że może pokazywać, i poległa na pierwszym słowie, którym, przypominam wszystkim, były usta.

I co? Pomyliłem się? Ani o milimetr się nie pomyliłem, oczywiście że mi dolosowali tę młodą, sprytną i kumającą. Siedliśmy, zaczęliśmy grać, pierwszy finał mój, postanowiłem podpowiadać. Niestety, pan Tomasz Kozłowicz zagubił się w meandrach moich skojarzeń, na wszystko odpowiadał ‚Dalej!’ i skończyłem z trzema setkami na liczniku, chociaż do wzięcia w rundzie finałowej było dwa i pół tysiąca ziko. W 1999 roku to był piniondz.

Fot. NBC
To dość dobrze podsumowuje przebieg mojego finału. (Fot. NBC)

W drugiej rundzie grałem z Pauliną Młynarską i to był (niestety dla mnie) czas gdy ona była młoda i piękna, a ja żywiłem w stosunku do niej gorące uczucia, gdyż trafiała mi w fenotyp. No dość powiedzieć, że nie macie pojęcia jak chujowo się gra w skojarzenia ze wzwodem i myślami o mnie i Paulinie, w romantycznym związku, zupełnie jak w Zakochanym kundlu. A że przy okazji wylosowałem jakieś posrane kategorie (jak opisać wydrę i co to, kurwa, jest karmazyn?), to już detal. Drugi finał dla laski. Też grała z panem Tomkiem, też poległa. W tym bratobójczym (siostrobójczym?) boju nie mogło być wygranych, wygrał tylko Program.

Hajs przyszedł po dwóch miesiącach, na konto dostałem przelew na 270 złotych, bo 10% potrącili. Chyba to wszystko z rozpaczy rozpieprzyłem na książki i alkohol. Po raz kolejny byłem drugi.

W części trzeciej, zarazem ostatniej, opowiem wam, jak walczyłem z najsłabszym ogniwem łańcucha. I które zająłem miejsce.

Małe cyngielki obozu (nieczyt.)

Pozwólcie, że przestawię wam zaplutego karła reakcji.

– żołnierz AK
– uczestnik Powstania Warszawskiego
– wykładowca na Uniwersytecie Oxfordzkim, na którego zajęcia uczęszczali późniejsi członkowie parlamentu brytyjskiego, senatorowie amerykańscy, Viktor Orban czy Bill Clinton
– organizator stypendiów na Oxfordzie dla naukowców i studentów z Europy Środkowej i Wschodniej (w latach głębokiej komuny)
– honorowy członek Collegium Invisibile
– były doradca Komisji Konstytucyjnej Sejmu RP
– były członek Rady Premiera ds. kształcenia urzędników państwowych
– konsultant EWG i OECD ds. programów reformy władz i administracji publicznej
– przewodniczący Stefan Batory Trust w Oxfordzie
– założyciel Fundacji im. Stefana Batorego
– wiceprezes Instytutu Studiów Polsko-Żydowskich, afiliowanego przy Oxford Centre for Hebrew and Jewish Studies
– odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski
– Oficer Orderu Imperium Brytyjskiego

Niestety, profesor Zbigniew Pełczyński miał tego pecha, że w 1994 założył Szkołę dla Młodych Liderów Społecznych i Politycznych, obecnie Fundacja Szkoła Liderów. Założył i nadal nią kieruje. I Wiadomości wrzuciły taką oto infografikę.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak

Infografikę przerobiłem w excelu, bo nie będę promował Wiadomości, no bądźmy poważni. Kilka strzałek pozwoliłem sobie dodać. Te cienkie to moje. Dodałem też w nawiasie prawdziwe nazwisko Sorosa, które powstaje po zmianie kilku liter w jego pseudonimie (Soros). Zwracam też uwagę, że jego pseudonim jest anagramem wspakiem.

Cały materiał Wiadomości jest jednym, wielkim nierzetelnym rzygnięciem na NGOsy. Bo nie czarujmy się, atak na fundacje, w których pracują rodziny polityków, jest atakiem na całe środowisko organizacji pozarządowych. Nie będę wnikał komu one nie pasują, bo robią rzeczy poza kontrolą państwa, to nie mój poziom kompetencji.

Natomiast wystarczyło wejść na stronę każdej z pomówionych organizacji żeby zobaczyć, czym są te ‚rządy obcych państw’ i skąd się bierze kasa na kontach fundacji.

Ale ja nawet nie o tym.

Ja mam takie pytanie do osób wymienionych poniżej, których nazwiska wymienione są w materiale Wiadomości.

Marcin Tulicki.
Aleksandra Ceglarska.
Marcin Lesiuk.
Jakub Czyżewski.

Kim wy, kurwa, w ogóle jesteście, pajace?

Historia upadków

Kiedy nie mogę zasnąć, liczę dupy. Pierwsza była Gosia…

Pardon, nie ta zakładka. Kiedy mi się nic nie chcę, liczę teleturnieje. Pierwszy był Vabank, czyli zemsta kasiarza. A w moim konkretnym przypadku, chemika.

Znaczy oczywiście wcześniej wszyscy w akademiku próbowali się dostać do Koła Fortuny, bo te hasła nam, starym prenumeratorom Rozrywki i Rewii Rozrywki, jakieś daremnie łatwe się wydawały. W eliminacjach do Koła Fortuny rozwiązywało się jakąś krzyżówkę, którą trzeba było odesłać do organizatorów i oni wtedy automagicznie losowali uczestników, bo przecież taką krzyżówkę można było rozpykać grupowo, więc musieli pozwolić sierotce rozkręcić bęben maszyny losującej, i patrzeć na to, co wypada. Albo według ładności nazwisk. Może kryterium płci? Nie wiem jaki był algorytm, wysłałem i bez odzewu. Aczkolwiek kilku ziomów z akademika wystartowało i nawet jakiś hajs przynieśli.

Z uwagi na fakt, że nie chce mi się przerabiać dwóch pierwszych akapitów, tutaj zrobię wtręt. Na bodaj pierwszym roku studiów, byłem jeszcze na eliminacjach do jakiegoś teleturnieju, który prowadził Pijanowski. Nie przypomnę sobie co to było ale tutaj narracja jest krótka. Eliminacje były w bloku F, w gmachu TVP przy Woronicza, przed drzwiami zgromadził się tłum ludzi i tak się pchali, że mianowicie wywalili szybę. Postałem chwilę, wysłuchując zmieniających się szybko informacji (będą kontynuować, nie będą, będą, i tak do usranej) ale jak w tłumie pojawili się ludzi z czapeczkami w dłoniach i z tekstem ‘zrzuta za szybę’ na ustach, postanowiłem uciec, bo co tak będę sobie sam stał, z marną resztką hajsu w kieszonce. Taki był koniec tridamskiego gambitu piona. Koniec wtrętu, wracamy do Fortuny, jakże dla mnie łaskawej.

Po porażce na kole, oko moje spoczęło na Kaczorze, który prowadził taki śmieszny teleturniej, w którym na pytania odpowiadało się pytaniami, czyli mogłem w końcu zrobić to, co doprowadzało Rodziców i nauczycieli do białej gorączki. Czasy były srogie, komórek brak więc dochodziło do takich żenujących sytuacji, że udziału nie zgłaszało się dzwoniąc na 0-700 czy wysyłając smsy za dychę sztuka, tylko wysyłało się zgłoszenie listownie a organizatorzy zapraszali na eliminacje. Kojarzycie, takie coś, gdzie siedzisz na sali, dostajesz zestaw pytań, odpowiadasz na nie bez dostępu do Gogola i wikipedii, tylko na podstawie tego, co masz w głowie. No szok i niedowierzanie, gorzej niż na maturze. Z uwagi na fakt, że byłem wtedy dość oczytany i kumaty, przez eliminacje przeszedłem niczym Conan przez legion przedszkolaków i się załapałem do teleturnieju.

Nagrywali to na Inżynierskiej ale bez lęku zagłębiłem się w trzewia Pragi, zwłaszcza, że ‘dwójka’ dowiozła mnie spod akademika prawie pod drzwi studia, wszedłem, spaliłem się w progach, obserwując wcześniejsze nagrania, spaliłem pół ramki fajek, uspokoiłem się i na nagranie wchodziłem jak zimny chirurg. Współzawodniczyli ze mną: młody chemik i stary zawodowy gracz teleturniejowy (kojarzyłem go z przynajmniej trzech innych rzeczy, taki wannabe Marek Krukowski). Stwierdziłem że ładny gnój – z jednej strony zawodowiec, z drugiej inteligentny, młody człowiek a pośrodku zesrany ze stresu ja. To mam spore szanse, nie? Prawie jak ostatnia porcja lodów czekoladowych na przyjęciu urodzinowym siedmiolatki.

W Vabanku nie było drugich miejsc, hajs brał tylko zwycięzca, musiałem zatem wygrać. Oczom naszym ukazały się kategorie, z których wybieraliśmy pytania za różne kwoty, spojrzałem, czasem słońce, czasem deszcz, 3, 2, 1, start. Najpierw się przedstawiliśmy, kilka słów o sobie, coś mi się pomyliło, powiedziałem, że jestem z Warszawy i miałem przez następną dekadę przesrane po całości u ziomów z Krasnegostawu. A potem się zaczęło. Przede wszystkim zaczęły się cyrki z przyciskami. Widzicie, tam odpowiadał nie ten, który sobie wybierał kategorię, tylko ten, który znał odpowiedź i pierwszy nacisnął takie coś jak fire na dżojstiku. I cisnęliśmy w te czerwone guziki, niczym jakieś pociski miłości.

A, bym zapomniał, nie tak, że sobie od razu naciskasz jak Kaczor czyta pytanie. Nie, wybierałeś kategorię i wartość złotową pytania, prowadzący czytał, chwila ciszy, podczas której czekaliśmy aż zapali się czerwona lampka pod ekranem, na którym wyświetlały się kategorie i pytania, i dopiero wtedy można było żgać w swój przycisk. W wyniku czego, całe te nasze katedry, z którymi staliśmy, telepały się przez cały czas trwania programu, z wyjęciem rundy finałowej, gdzie się nie żgało tylko pisało, ale o tym zaraz opowiem.

No więc wybieramy kategorie, ciśniemy guziki niczym panienka druta na Pigalaku, kasa raz wpada (dobra odpowiedź), raz wypada (zła odpowiedź), jakieś kategorie premiowane, gdzie jest ryzyko podwójnej straty i zachęta podwójnego zysku, no się dzieje.

Skosiłem całą kategorię okręty drugiej wojny światowej i odskoczyłem od typów, dobiłem kilka ziko na jakichś pytaniach z boku, pojebałem sikora z cykorem, do rundy finałowej wszedłem mając 3600 na koncie. Kategoria finałowa – substancje chemiczne pospolicie…

O, tak szedłem przez pierwsze dwie rundy. Jak U.S.S. Wisconsin.

Ja pierdolę, no zabrakło mi tylko w tle takiego dżingla niczym gitarowy efekt wah-wah, bo pamiętacie, że obok mnie stoi chemik? No właśnie.
Ale przecież nie wszystko jeszcze stracone, może nie będzie tak źle i coś zgadnę. Dobra, ile postawić. Zawodowiec ma tysiaka, ignoruję go, nie zagraża mi nijak. Chemik ma 2400, jak zagra za wszystko, to ewentualnie będzie miał 4800 ale coś wspominał, że nie będzie grał za wszystko, bo chciałby w razie czego, coś przynieść na chatę, tak, jasne stary, uwierzyłem ci od razu. Kalkuluję i wychodzi mi, że mam optymalnie, wystarczy dobrze odpowiedzieć. A jak źle odpowiem, to też jest szansa. Stawiam 1300 ziko. I teraz patrzcie.
Chemik trafia – 4800, ja trafiam – 4900, wygrałem. Chemik nie trafia – 0 (zero), ja nie trafiam – 2300, zawodowiec trafia – 2000, wygrałem. Jedyny przejebany dla mnie układ to ten, w którym chemik trafia a ja nie. Walczmy zatem.

Pokazuje się pytanie i czuję, jakbym się wrzątku napił, znacie to na pewno. A potem adrenalinowy strzał w tył głowy i w ustach czuję smak krwi. Znam odpowiedź na pytanie ale jest jeden podstęp, kurwa, nie pomyl się, człowieku nie pomyl się.

Okazało się, że znajomość odpowiedzi, to tylko połowa wygranej. Bo potem trzeba jeszcze to tym elektrycznym piórem napisać na ekranie dotykowym. Jak wcześniej oglądałem wielokrotnie Vabank, to się dziwiłem, co za analfabety tam występują. I dysgraficy na dodatek. Otóż nie, oni po prostu się starali wyrobić w czasie. Bo miałeś pół minuty, żeby naisać tę pieprzoną odpowiedź na tyle wyraźnie, żeby Kaczor rozczytał. No i siedzę, rzeźbie i nagle straciłem kompletnie ciąg w lewym silniku i wpadłem w wirówkę. To ma być jakie wapno? Patrzę na pytanie, piszę wapno, jakie to wapno?

Jeb, gaszone.

Fot. Internet
Pan Kaczor nie jest zadowolony z twojej odpowiedzi Radosławie.

Twoja stara, rzecz jasna, bo prawidłowa odpowiedź, to wapno palone. Zawodowiec się pocieszał, że w zasadzie powinno wystarczyć samo wapno, ale ja się już tylko śmiałem szyderczo pod nosem, bo wiedziałem, że dałem dupy w trzeciej rundzie. Kaczor wytłumaczył dlaczego prawidłowa odpowiedź, to wapno palone, spojrzałem na finałową kwotę chemika i stwierdziłem ‘wystarczyło tylko prawidłowo odpowiedzieć na to cholerne pytanie i byś wygrał’. A tak, to teraz wsiadaj w tramwaj, jedź do akademika i napij się wódki.

Postanowiłem jednak powiercić sobie nożem w ranie i zostać na następnym nagraniu, żeby zobaczyć jak sobie będzie chemik radził.
To była najgorsza rzecz, jaką mogłem zrobić. Zobaczyłem kategorie i zacząłem kląć z bezsiły i wściekłości, bo każda jedna była łatwa. Ale spoko, to, że kategoria jest łatwa nie znaczy, że pytania wewnątrz będą spoko. Pierwsze, drugie, trzecie, łup, łup, łup. To Radek poszedł do klopa i zaczął uderzać głową w drzwi do kabiny. Wracam, patrzę dalej, no jak możecie nie znać odpowiedzi na to pytanie? Nikt, żaden? Bo tam jak się nie znało odpowiedzi, to pytanie przelatywało puste. Stałem i płakałem, bo wyliczyłem sobie, że z samych tylko pytań, na które nikt nie odpowiedział, miałbym ze cztery koła. A potem zobaczyłem pytanie finałowe, zawyłem, rzuciłem kurwą i wyszedłem ze studia razem z drzwiami oraz ze świadomością, że druga pozycja, to żadna pozycja. Hajs się nie zgadza na drugim miejscu.

Jednak nie było do końca tak źle, bo z Vabanku wyhaczyłem telewizor marki Triniton, który do tej pory stoi u mnie w piwnicy, w pełni funkcjonalny, ale tylko zajmuje miejsce, bo go nie używam. Nie mam jednak serca go wyrzucić, bo to w sumie fajna pamiątka.

Tak oto odniosłem fantastyczne zwycięstwo w Vabanku. O moich kolejnych bojach teleturniejowych opowiem, jak skończę zupę. Będzie jeszcze tragiczniej. Albo śmieszniej, zależy jak na to spojrzeć.

Czerwony Smok – Thomas Harris – audio

Jak już się niektórzy zorientowali, wszedłem w patronite. To ten przycisk po prawej stronie, link taki bardziej. Po dwóch dobach mam 24 (jaka ładna liczba!) patronów i prawie pińcet ziko miesięcznie, więc nie mam wyjścia, muszę zacząć się wywiązywać. Dobrze mi to zrobi na dyscyplinę, a regularność będzie dobrą wprawką, jak mam w końcu zacząć pisać własne książki, nie?

Naobiecywałem mnóstwo rzeczy, ale to wiadomo, dla hajsu i żeby wyrwać kobietę, mężczyzna obieca wszystko. Dlatego zaraz sobie zrobię excela, żeby się zorientować, jak to ogarnąć logistycznie. I się wywiązać, bo ja sobie tylko tak gadam, że obiecam wszystko, a zostawię z niczym.

No to jak mamy temat patronite pokrótce omówiony, przejdźmy do innych rzeczy. Będzie retrospekcja, wiem jak lubicie moje retrospekcje.

Od stycznia tego roku zacząłem robić kalistenikę (o której więcej w jednym z kolejnych odcinków). A jak zacząłem kalistenikę, to stwierdziłem, że będę też więcej chodzić, po po wizycie w Stanach chodzenie mi się spodobało, może poza bólem kolana. Chodzenie w rytm muzyki i serwisów informacyjnych jest spoko, ale ile można słuchać radia? Nie wiecie? To wam powiem, że po godzinie jest się na krawędzi obłędu. Radio jest strasznym medium, twierdzę że nawet straszniejszym od telewizji. Stwierdziłem, że spróbuję audiobooków.

Początki były dramatyczne. Jak się próbowałem koncentrować na treści, to mi się krok mylił, i się wywracałem. Gdy zaczynałem zwracać większą uwagę na utrzymanie pionu, gubiłem wątek po 3 minutach. Pierwszego audiobooka wysłuchanego w całości (bo były ze dwa porzucone), praktycznie nie pamiętam, bo chociaż brawurowo zinterpretował go Maciej Stuhr, to dobór był niefortunny. Żniwa zła Roberta Galbraitha to trzeci tom cyklu, więc zacząłem jak najbardziej od dupy strony. Bohaterowie odnoszą niektóre teksty do poprzednich części. Zaspojlowałem sobie kupę rzeczy. Połowy wydarzeń nie rozumiałem. Mój czytnik empetrójek włączał sobie czasami shuffling, więc miałem zgryz, dlaczego nie kojarzę, o czym tym razem Maciej do mnie mówi, i przez kilka pierwszych dni kładłem to na karb swojej głupoty. A to było szuflowanie, hahaha.

Frajdy z takiego przyjmowania książek nie miałem żadnej.

Ale ja jestem w taki mułowaty sposób uparty. Czasami wiem, że padnę, ale idę. Czasami wiem, że coś nie ma sensu, ale robię. Bo się uparłem. I na te audiobooki też się uparłem. I nie odpuszczałem, chociaż na początku radość taka, jak z uderzania młotkiem w penisa, to znaczy wtedy, gdy się nie trafia, a w przypadku audiobooków to ta analogia jest trochę bez sensu, i jakbym już musiał, to chyba chodzi o to, że fajnie że skończyłem już słuchać, i mam pozycję odhaczoną, bo raczej o nic więcej.

Walczyłem do kwietnia, gdy zrobiło się na tyle ciepło, że mogłem do kalisteniki dokładać trochę innego, i zacząłem chodzić na siłownie plenerowe w sąsiedztwie. Nie są to może mistrzowskie sprzęty, ale wbrew złym ludzkim językom, jakieś ćwiczenia da się na nich robić. A do ćwiczeń audiobooki wydawały mi się wypełniaczem idealnym. I faktycznie były, koncentracji potrzeba tyle, żeby dobrze prowadzić ruch podczas ćwiczenia, i nie spaść z przyrządu. I się powoli przyzwyczaiłem, chociaż czasami przeszkadzał mi głuchy łomot krwi w uszach, zwłaszcza podczas trudniejszych ćwiczeń przy zwiększonej liczbie powtórzeń.

A jak przyzwyczaiłem się do słuchania audiobooków w trakcie ćwiczeń i spacerów, przeniesienie ich na czas jazdy rowerem było kwestią kilku dni treningu. I dzisiaj, po 9 miesiącach, słucham audiobooków wszędzie. I właśnie dlatego stwierdziłem, że to taka sama książka, jak ta papierowa, chociaż właściwie to może trochę inna, ale nie za dużo, bo nawet obrazki da się niektóre przeczytać, co mam wrażenie miało miejsce w Parku Jurajskim. I jako taka może podlegać recenzji, nie?

Najpierw może jednak mała garsteczka technikaliów. Wypróbowałem dwa programy do słuchania muzyki. Natywny odtwarzacz z komórki, oraz jakieś coś, czego nazwy nie pamiętam, i pamiętać nie chcę. A, jeszcze google music player and shit, ale to też na potrzeby audiobooków daremność. Lubię się umartwiać, i sobie utrudniać po to, żeby lepiej smakowało, jak już się uda, ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że dłużej nie mogę tak żyć. I ściągnąłem sobie na telefon appkę o nazwie Smart Audiobook Player, która waży nic i jest dość smart. Na tyle, żeby zrealizować moje potrzeby słuchacza na stopro, chociaż oczywiście musicie wiedzieć, że ja się lubię umartwiać, i być może są jakieś lepsze rzeczy. Ta ma jakąś bibliotekę, play, stop, minuta do przodu/tyłu, 10 sekund do przodu/tyłu, poprzedni/następny rozdział, a po wznowieniu słuchania cofa się o 3-4 sekundy, żeby się tak gwałtownie nie zaczynać. Korzystam z wersji próbnej, bo oferuje mi wszystko, czego potrzebuję od playera, ale jest możliwość zapłacenia, i odblokowania różnych przydatnych funkcji, z których nigdy w życiu nie skorzystam.

Mój styl słuchania polega na tym, że przerzucam całego audiobooka na komórkę, żeby uniknąć słuchania online. Bo gdy zabraknie internetu (metro), a książka dobra, to będzie tak, jak wtedy gdy zapomniałem zabrać ze sobą trzeciego tomu Nekroskopa, a mieszkałem jeszcze w Piasecznie. I rzucałem palenie. I jak się zorientowałem, że nie mam książki, było za późno, żeby wrócić. Wyobrażacie sobie? Godzina w jedną stronę w komunikacji bez książki? Straszna była ta wizja. Do tego stopnia, że jak rzucił się na mnie pies wabiący się Orion, to ja się natychmiast rzuciłem na niego, chcąc zrobić z niego pas, a potem na jego właścicieli, i to jest jedna z tych historii, z których nie jestem dumny.

Aktualnie na koncie mam jakieś 20 audiobooków, może więcej, co nie jest takim złym wynikiem, zważywszy na fakt, że czasu na czytanie normalnych książek, ostatnio nie mam praktycznie w ogóle. I teraz tak wiecie, bardziej na zachętę, inaugurując cykl napędzany waszym hajsem, chciałem opowiedzieć o książce, którą pewnie wszyscy czytali, ale w audiobooku nabiera nowej jakości.

fot. Audioteka.pl
fot. Audioteka.pl

Czerwony Smok Thomasa Harrisa przez lata kurzył się na półkach bibliotecznych i księgarnianych. A potem powstał film Milczenie owiec, i tłum runął do księgarni, żeby kupić wszystko sygnowane nazwiskiem Tego Autora od Lectera, zresztą sam chyba byłem jedną z tych osób. Książka owszem, bardzo dobra. Ponadto jestem wielkim fanem pierwszej adaptacji filmowej, Tom Noonan jako Dollarhyde jest straszny. Nie wiem nawet dlaczego, bo ma taką poczciwą twarz, ale jest straszny w opór. Tylko się nie pomylcie, szukacie filmu Manhunter w reżyserii Michaela Manna, a nie Red Dragon Bretta Rattnera. Ten pierwszy był dość straszny, nie że bardzo, ale w opór. Ten drugi mnie trochę zawiódł, ale to pewnie dlatego, że uwielbiam ten pierwszy.

Audiobooka wrzuciłem bardziej na zasadzie ciekawości, no i chęci przypomnienia sobie o co chodzi, bo z książki nie pamiętałem nic, a z filmu tylko finałowe Iron Butterfly z ich In a Gadda Davida, w ogóle cała ta sekwencja mocno daje po głowie, często ją sobie przypominam. Zacząłem słuchać i się absolutnie zakochałem.

Fabułę wszyscy znamy, jest Francis Dollarhyde jako Zębowa wróżka, seryjny morderca. Jest Hannibal Lecktor (taką formę zapisu nazwiska znalazłem dla filmu, książki nie mam w ręku, i nie mogę potwierdzić), jest Willy Graham. Czyli bohaterowie znani i lubiani. To ja tu nie będę pisał, że Will z pomocą Hanniego, szuka Francisa, bo po co. Waszą uwagę kieruję natomiast na coś innego.

Na cholernego lektora.

fot. Audioteka.pl
Bardzo sympatyczny człowiek z twarzy.

Krzysztof Gosztyła grał w filmach, potem grał w serialach, ale jak go usłyszałem w książce, to nie mogłem skojarzyć głosu z twarzą. Taki trochę aktor z twarzy zupełnie niepodobny do głosu. Z tego miejsca chciałbym przeprosić za swoją abnegację, bo może być tak, że pan Krzysztof gra w jakimś teatrze, i tam wymiata. Do teatru rzadko, kiedyś opowiem dlaczego, to się nie znam. Albo jest najbardziej ulubionym bohaterem jakiegoś serialu w telewizji, której nie oglądam od chyba 8 lat. Ewentualnie grał w doskonałych polskich filmach, których nie widziałem, bo rzadko chodzę do kina na polskie filmy. Nie piszę tego, żeby pana Krzysztofa dissować.

Bo Krzysztof Gosztyła to dla mnie najlepszy lektor w kraju, i jak coś czyta, to biorę to w ciemno, nawet jeżeli wszystko na okładce mówi, że to będzie crapfest. Bo wiem, że nawet kiepską książkę, zamieni swoim głosem w arcydzieło. Gdybym nie był zaręczony, wyznałbym mu swoją miłość. Oczywiście takie zapewnienia, to sobie można napisać zawsze, dlatego będzie nudna anegdota.

Czerwonego Smoka słuchałem jakoś w okresie letnio-wakacyjnym. Ciepło, późno się ciemno robi, kupa ludzi na mieście, w ogóle tip top, nic tylko jechać rowerem, wąchać powietrze, i słuchać książki. Któregoś dnia wracałem ze spotkania towarzyskiego jakoś wyraźnie później w nocy, właściwie bliżej północy. Jechałem sobie taką dziwną trasą przez parczek przy kinie Iluzjon, bo noc była piękna, to co mam sobie nie pojechać dokoła. I nagle się zorientowałem, że…

W tym parku nikogo nie ma…

A do ucha, Dollarhyde szepcze mi jakieś rzeczy. I właściwie mam wrażenie, że stoi mi za plecami, i właśnie stamtąd dobiega jego wyjątkowo złowieszczy szept.

Wyjąłem słuchawki z uszu. Wytarłem pot z czoła. Zmieniłem bieliznę. Pozostała część podróży minęła w głuchej ciszy, ale za to już bez większych niespodzianek.

Drugi raz musiałem wyłączyć audiobooka jakieś dwa miesiące później, gdy jeden z głównych bohaterów Kasacji (Remigiusz Mróz) pada ofiarą szantażu. I bardzo zły człowiek każe mu powiedzieć ‚jestem dziwką Gorzyma’. Znowu pan Gosztyła przeczytał to tak, że wstałem z ławki przed blokiem, na która akurat wyszedłem na kawę, wróciłem do domu, i wszedłem pod koc. I właściwie to nie wiem, czy chciałbym mieć taki wokal jak pan Krzysztof, czy może niekoniecznie.

Więc gdybym miał ocenić cztery aspekty audiobooka Czerwony Smok, to byłoby to jakoś tak:
fabuła – 90, bo znana
realizacja – 90, bo nie ma ewidentnych wpadek
lektor – 100, klasa mistrzowska
cena – 80, nie odstaje w żadną stronę od średniej ceny na audiotece
uczucia towarzyszące – można je nazwać wyłącznie po francusku

Co razem daje uczciwe pińcet. Znaczy 90. Szczerze polecam.

Czerwony Smok, Thomas Harris.
Czas 14:46
Czyta Krzysztof Gosztyła

Edyta mówi, że warto dodać linki do miejsca, z którego biorę książki. Audioteka nie płaci mi za reklamowanie ich oferty. Dostarczają natomiast audiobooki tak dobrej jakości (wnioskuję na podstawie tych, których wysłuchałem do tej pory), że śmiało mogę ich polecać.

Przez Stany POPświadomości, czyli na zakupy

Otóż w ramach pokłosia naszego ubiegłorocznego amerykańskiego tripu, zostałem współautorem książki. No tak jakoś wyszło. I do tego takiej (dla niektórych przynajmniej) jedynej prawdziwej, to znaczy PAPIEROWEJ!

Na kształt okładki nie miałem żadnego wpływu, wszelkie uwagi odrzucam jako niezorganizowane, zresztą nie jest taka zła.
Na kształt okładki nie miałem żadnego wpływu, wszelkie uwagi odrzucam jako niezorganizowane, zresztą nie jest taka zła.
Mojej zawartości jest w niej 13,77%, a wiem to, bo rzecz jasna policzyłem. Więc może ten współudział nie jest jakiś wywalony w kosmos, ale po pierwsze jest to samo gęste, po drugie pisane na żywo, bez możliwości rozdmuchania tekstu do 50 stron na miasto, a po trzecie są to emocje niefiltrowane przez otchłanie czasu, wywalane na bieżąco.
No i w związku z tym, że PAPIER!, jest taka zorganizowana akcja, żeby dać piątaka, a od cwaniaka dycha.
 
Oficjalna premiera niby na targach w Krakowie, ale już teraz można kupić sobie sztukę w przedsprzedaży w Empiku.
 
Wiem, że niektórzy mają lekki problem z robieniem zakupów w Empiku, rozumiem to, szanuję. Dla nich też jest propozycja, bo nasza pozycja leży również na Bonito.
I w zasadzie jest tańsza, więc co tam sobie wujenka życzy.
 
Książkę skończyłem czytać w ubiegły piątek. Nie powiem, te kawałki, co to je niby ja napisałem są całkiem spoko. Kuby też są spoko. Zdjęcia naszych masterów migawki też spoko. A na końcu są jeszcze dodatkowo foty robione burakiem, kością dinozaura, kalkulatorem, oraz komórką, ale przez skarpetę. Jakość haniebna, ale też są spoko. Ogólnie, spoko, koleś, nie ma zmartwienia.
 
Odpowiadam tutaj też na pytanie ‚kiedy będzie na kindełe’. Cytat z Agaty Krajewskiej (kreski), która przy mnie robiła w Bostonie mostek, żeby mieć lepsze ujęcie: Fotografowie mówią: nieprędko.
 
Więc bym się chwilowo nie nastawiał, bo trochę szkoda marnować takie foty na ebuka.

W przyszłą sobotę, 29.10 mamy oficjalną premierę na Targach Książki w Krakowie. Godzina bodajże 11:00, stoisko SQN. Będziemy tam grupą, więc jak ktoś ma ochotę posłuchać naszych historyjek spoza planu, to zapraszam. Będzie tam też można kupić naszą książkę. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo bez sensu byłoby zwoływać nas na spotkanie, a potem nie sprzedawać naszej książki, nie? Nieważne zresztą. Zapraszam.

No, a teraz łapcie za sakiewki i na zakupy!

Mieszkanie do wynajęcia – Praga Północ

Jest taka zorganizowana akcja, że być może ktoś z was, waszych znajomych, albo znajomych znajomych, albo z rodziny, albo kolega/koleżanka z pracy, szuka mieszkania. Bo zorganizowanie tej akcji polega na tym, że właśnie mam mieszkanie do wynajęcia.

Znajduje się ono w pięknych okolicznościach przyrody, ci co mają wiedzieć, to wiedzą, pozdro dla kumatych, elo. Wszystkim pozostałym powiem, że kwadrat jest przy 11 Listopada, adres przy Lęborskiej. Dzięki temu, że do Żaby rzut beretem, na Wileniak dwa przystanki tramwajem, a na Wschodni z pięć autobusem, wszędzie stamtąd blisko.

No bo popatrzcie, jaki mam dobry dojazd do pracy, na ten przykład w Barcelonie:

Wychodzę z domu o 7:25, mam 300 metrów do przystanku, to sobie dochodzę do niego w 3 minuty. O 7:30 podjeżdża tramwaj 4. Wsiadam, ale nie rozsiadam się za wygodnie, bo w 8 minut dojeżdżam do Starego Miasta. Jadę schodami na górę, bo to zawsze frajda, idę na przystanek autobusowy, o 7:52 wsiadam w 175, który na Okęciu jest o 8:31. To akurat jestem godzinę przed odlotem, odprawiłem się już wcześniej, przechodzę sobie przez security, po drodze kupuję kawę i bagietę, i o 9:00 stoję przed gejtem.

I jak, nieźle, nie?

Albo o, do Gdańska chcę sobie pojechać. To sobie wychodzę z domu o 7:40, przechodzę na drugą stronę ulicy, wsiadam w 169 o 7:42. O 7:56 jestem na Wschodniej, idę do kasy, kupuję bilet na ten o 8:28, i już o 11 wysiadam w Gdańsku, a o 11:25 moczę nogi w Bałtyku.

Jak już sobie opierdoliliśmy komunikację, może kilka zdań o miejscówce.

Ziomeczki w porządku, żadnych ekscesów, napadów, wpierdolu, dziesiony, krojenia z hajsu, wymuszeń rozbójniczych, czy włamów na kwadrat, przez te wszystkie lata, jak tam mieszkałem, nie doświadczyłem. Sąsiedztwo spokojne i senne, niczym miasta południa Europy w czasie sjesty. Zimą wszyscy siedzą w domach, latem na krawężnikach i murkach. Czasami przy całodobowej Szklanej Pogodzie ktoś zachrypi o szluga albo ziko, którego każdemu i zawsze brakuje do tego pierwszego albo ostatniego browara.

No i jest Wariat, o którym pisałem raz czy dwa, który krąży przy Orlenie, i za dwójaka zawsze opowie, że trochę świruje, ale już nie tak, jak kiedyś.

Jeżeli zdecydujecie się na dojazdy nocnymi (cztery linie, konkret), to pamiętajcie, że jak wysiadacie na Kowieńskiej (dwie linie), oczekuje was prestiż, uznanie, i sukces, bo ludzie dalej wierzą, że na Pradze Północ żyją smoki, które zjadają nocnych wędrowców. I jak ktoś wysiada na Kowieńskiej (dwie linie), to wszyscy żegnają go spojrzeniami pełnymi nabożnego skupienia, i mógłbym przysiąc, zabobonnego lęku. Raz, gdy wychodziłem na Kowieńskiej, krzynkę pijany, powiedziałem ludziom w autobusie ‚Morituri te salutant’. Nawet kierowca bił brawo. Gdy raz, również krzynkę pijany, wysiadłem przez pomyłkę na Szwedzkiej, róg Stalowej, to miły młody człowiek rozepchnął ludzi kłębiących się przy przejściu, i powiedział ‚rozejdźcie się, pan chce wysiąść’. Groza, szok, przerażenie mieszały się na twarzach współpasażerów. Założę się, że połowa z nich następnego dnia odpaliła internety i szukała informacji o tym, że krzynkę pijanego pana zabili na Stalowej. Nikt nawet szluga ode mnie nie chciał wysępić, a co dopiero mówić o zabijaniu.

Bo prawda jest taka, że Stalowa to była groza 15, może 20 lat temu. Teraz to w miarę normalna miejscówka, na której może i jest trochę więcej dresiarzy niż gdzie indziej, ale bez przesady z tym niebezpieczeństwem. A już 11 Listopada, czy ta moja Lęborska, to już w ogóle luz blues, cisza, spokój, i świerszcze grają.

Co tam jeszcze? Aha, kwadrat był bardzo fajną bejownią, miały w nim miejsce dość udane dwudniowe libacje, niezliczone aftery, często przechodzące w bifory, no i ogólnie dobry klimat tam panował, ale potem lokal się ustatkował, i zgrzeczniał. Co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu można tam skręcić sympatyczną, niewielką imprezę.

Miejsca jest sporo, bo 40 metrów, zresztą szczegóły w opisie. Ja wam może jeszcze kilka ciekawostek tylko zapodam, i przestaję ględzić.

– wszyscy w okolicy kibicują Legii, więc nie należy się wyrywać ze swoją miłością do Polonii.
– ten Orlen, o którym pisałem, był tuż przed moją wprowadzką na Pragę, nieczynny. Okazało się, że miała tam miejsce egzekucja mafijna.
– jak się boicie kupować alkohol w nocy na Orlenie, na którym była egzekucja, możecie pójść do Szklanej Pogody, też mają piwo. A jak nie, to jest przy Żabie Statoil czy inny Shell, gdzie też mają alkohol. Impreza nie umrze nigdy.
– przystanek drugiej linii metra jest planowany jakieś 500 metrów od mojego domu. W tym momencie zostanę prawdopodobnie milionerem. Oczywiście na papierze.
– sąsiedztwo mojego mieszkania jest wybitnie zielone. Cmentarz Bródnowski składa się z samych drzew, niedaleko mam duży skwer, kawałek dalej Park Praski i ZOO. Plus uroczy plac Hallera. Jak ktoś lubi, to może sobie sieknąć urbex w coraz bardziej znikającej Pollenie przy Szwedzkiej. No i trainspotting przy torach też jest fajny.
– Tesco, Lidl i Kerf w zasięgu wzroku, tylko Oszą mi brakuje. No i na Pradze uchowały się niedorżnięte przez handel wielkopowierzchniowy, małe sklepiki osiedlowe. Ten jeden, w którym obsługa nie odpowiadała dzień dobry i do widzenia, właśnie z pół roku temu w końcu padł. Reszta hula.
– wiele prób podjęto, by ożywić pusty lokal w bloku niedaleko mnie. Jedna knajpa, druga knajpa. Nie wyszło. W końcu ktoś powiedział ‚a chuj, zobaczmy czy ziomeczkom posmakują tanie hambuksy’, i otworzył Yogi Burgera. Wersja podstawowa kosztuje 11 ziko, z frytkami w zestawie 14, jest to zupełnie jadalne, ziomeczki też kupują, więc w razie jakby głód dopadł, można oczywiście zamówić pizzor, ale można też pójść na krótki spacer (300 metrów góra), i wziąć hamborgira na wynos.
– do Hydro i Składu Butelek jest ode mnie 800 metrów. To nawet jak się człowiek z powrotem czołga, w domu będzie w 20 minut, no, w 22 jak po drodze zahaczy o Szklaną Pogodę, żeby browara na rano kupić.
– w wakacje otworzyło się 50 metrów od wejścia do klatki schodowej, nowe studio tatuażu. Więc jakby ktoś miał ochotę walnąć sobie gustownego trybalda, nie będzie musiał daleko chodzić. No i będzie plus 10 do lansu na dzielni, oraz plus 30 do impaktu w autobusie nocnym. Wiem co mówię, sam mam trybalda na ramieniu.

Więc ogólnie polecam tego allegrowicza, i to mieszkanie, bo jest fajne, i praktycznie nie ma żadnych wad ukrytych. Oraz na ścianie wiszą obrazy znanego artysty metaloplastyka Jarek „Khaal” Kubicki, co podnosi wartość kwadratu dwukrotnie, ale nie jestem chujem, i nie rzucam ceny dwukrotnie wyższej, tylko normalną.

Tu macie linka, puszczajcie wici w świat, niech ta zacna miejscówka znajdzie godnego niej lokatora http://www.olx.pl/oferta/mieszkanie-40m2-bliska-praga-polnoc-leborska-bezposrednio-CID3-IDhMvMZ.html

187

Sroczka kaszkę warzyła.
 
A przy okazji strasznie skrzeczała. Wiecie, jak sroki skrzeczą? Ci co wiedzą, to pozdro dla kumatych, a ci co nie wiedzą, to nie pozdro, tylko wam zazdroszczę ciszy i spokoju, bo te ptaki są bezczelne, nachalne, i hałaśliwe. Do tego kradną golda i lootbagi. Ogólnie całkiem duże, inteligentne, szydercze trolle.
 
Ja to się już przyzwyczaiłem, ale dzielnego kota Milusia, na widok srok, regularnie diabli brali. Jak je słyszał, to się jeżył lekko, i zaczynał cicho gaworzyć. Wiecie, jak to kot z ptakiem. Takie ni to mruczenie, ni to ćwierkanie, ci co wiedzą, to pozdro dla kumatych, a ci co nie wiedzą, to nie pozdro, tylko współczucie, bo kot gadający do ptaka, to widok doskonały, i weźcie kiedyś tego spróbujcie, bo to śmieszne i kojące. A jak nie gaworzył, to patrzył na nie z nienawiścią.
I była wśród srok jedna Sroka, która wkurwiała Milusia najbardziej na świecie, bo z niego szydziła, zazwyczaj ze szczytu drzewa.
 
Trwała ta zimna wojna między Milusiem a Sroką, która kaszkę warzyła, i w chuja leciała. Ta Sroka była dla Milusia niczym Lex Luthor dla Supermana, niczym Joker dla Batmana, jak Babinicz dla Kmicicia, i Tusk dla Kaczyńskiego.
 
Do tego Sroka, jako ptak dość inteligentny, uprawiała trolling. Potrafiła na przykład przylecieć do nas na okno od strony kuchni, usiąść na kracie wysoko, i napierdalać się z kotów na cały głos. A one na dole w amoku (Miluś), albo w życzliwym stresie (Seba).
 
I trwała ta próba nerwów od jakiegoś czasu, aż dzisiaj trafiła Sroka na kamień.
 
-Ty, on coś naprawdę dużego poniósł w pysku.
 
Właśnie się obudziłem, i tak trochę bez kontaktu z życiem, ale jak M. mówi, że poniósł, to pewnie coś poniósł. Odkąd się wprowadziłem, Miluś nie składa już darów na poduszce, tylko niesie je do kuchni, tam zamęcza na śmierć, i się chwali zdobyczą, a my go chwalimy za dużą dzielność. Co do darów, to czasem jest to parówka, czasem na wpół wylizana saszetka z mokrym jedzeniem, najczęściej niestety jest to jednak mysz, albo mały ptaszek. Do dziś.
 
Bo dziś Miluś poszedł na rekord, i przyniósł do kuchni ogłuszoną Srokę. Z tego, co zobaczyłem, i się domyśliłem, to najpierw ją chyba chciał dobić przy miseczkach z ryżem, ale potem albo się rozmyślił, albo ptak się ocknął, i zaczął podfruwać.
Dopadł ją przy oknie, upadła mu na parapet, za kolumienkę głośnikową, odzyskała 10% życia, 5% many, i zaczęła się jazda na dwa baty. Bo ze strony Sroki, była to paniczna ucieczka przez szybę, a ze strony Milusia srogi bój z ptakiem wielkości połowy kota. My krzyczymy, żeby ją zostawił, przesuwamy rzeczy, żeby otworzyć okno, a Miluś bez umiaru lutuję Srokę łapą w dziób bolesny, i nie wygląda, jakby miał zamiar przestać. No bo nie co dzień trafia się taka zdobycz, czy moglibyście Ludzie się ode mnie odwalić, i dać ją zabić?
 
Nie daliśmy, otworzyłem okno, i Sroka sobie poleciała.
 
Miluś obdarzył nas spojrzeniem, które nie pozostawiło złudzeń: gdybym był dwa razy większy, nie dożylibyście śniadania.
 
Godzinę później, Sroka zaczęła przez lekko zmiażdżone gardło, nieśmiało szydzić.
 
Dwie godziny później, Miluś wrócił na kwadrat z piórem w pysku.
 
Od tamtej pory Sroka milczy.
 
Nie wiem, co o tym sądzić.

Ash nazg durbatulûk

Mówią, że z wiekiem człowiek staje się coraz mądrzejszy. Ja pod to konto, tego niby mądrzenia, zapuściłem nawet brodę.

Oraz postanowiłem się oświadczyć.

O moich motywacjach innym razem, dzisiaj  opowiem wam, jak prostą, łatwą, i przyjemną rzeczą jest cały ten proces dla kogoś, kto ma do wszystkiego w życiu podejście analityczne, delikatnie brzydzi się przemocą, improwizacją, i spontanicznością, oraz gdy nie ma wszystkiego zaplanowanego, męczy się jak Hiob na stercie gnoju.

Do załatwienia były dwie rzeczy: pierścień (Jedyny rzecz jasna), oraz dobry termin. Rozważania o terminie odłożyłem na inny termin, i rozpocząłem finezyjne prace zwiadowcze na temat biżuterii.

– E, laska. Mogłabyś powiedzieć jakie pierścionki ci się podobają?

Uznałem, że nie ma sensu bawić się w podchody, bo kupię jakiś ładny krążek z kamieniem szlachetnym, nie spodoba się, i będzie przypał. A tu trzeba maksymalizować swoje szanse na pozytywną odpowiedź, a nie strzelać po stopach, i przynosić na kwadrat jakiś złom nieładny.

– No wiesz kochanie. Podba mi się taki styl, i taki styl, i jeszcze… Może zrobię plik na guglu, i będę wrzucała linki.

– Mam pomysł. Zróbmy z tego plik na guglu, wrzucaj linki, ja sobie popatrzę.

– Dobrze. Ale najbardziej na świecie podoba mi się biżuteria wychodząca spod młota Jakuba Żeligowskiego. Bo wiesz, kiedyś zaszłam do jakiejś galerii, w której były różne rzeczy, i zobaczyłam kolczyki z jego kowadła, i chociaż nie miałam przebitych uszu, to tak mi się spodobały i tyle razy tam wracałam, że prawie dali mi pół etatu w tej galerii. Te kolczyki były bardzo drogie, nie było mnie na nie stać, no i jak mówiłam, nie miałam przebitych uszu. Wiec zaciągnęłam kredyt hipoteczny, przebiłam uszy, i je sobie kupiłam. Tak mi się podoba jego biżuteria. O, popatrz jakie ładne.

– No.

Pierwszy punkt odhaczony – znaleźć Jakuba Żeligowskiego, i grzecznie poprosić go o wykonanie pierścienia.

Niczym Sherlock Holmes drążyłem temat dalej.

– Ej, ale jaki materiał? Złoto, platyna, białe złoto, stal szlachetna?

– Złoto. Białe złoto też ładne.

– No.

Podczas wizyty w galerii Jacka Byczewskiego okazało się, że stal szlachetna też jest spoko. Z tego miejsca chciałem podziękować miłej pani z punktu w Złotych Tarasach, która wyjęła absolutnie wszystkie pierścionki z gablotki. Przepraszam, że niczego nie kupiłem, bo chociaż były śliczne, takie w stylu Gry o Tron, pan Jakub wtedy kuł już Jedyny swoim młotem kowalskim. No a ja stałem przy ladzie, i skwierczałem na wolnym ogniu, bo tu się zmieniają koncepcje, a tam, na Podkarpaciu praca wre tak, że aż się pali w rękach.

Bo wiecie, jakieś dwa tygodnie wcześniej wysłałem artyście metaloplastykowi złoto rodowe, przywiezione 40 lat temu z ZSRR, które przez te wszystkie lata czekało na mnie w charakterze tak zwanego wiana. Tak, moi Rodzice nie tracili nadziei, że przyjdę kiedyś do rozumu, postanowię się ustatkować, znajdę spokojną (hahaha) przystań, po czym się oświadczę. Gdy Matka Czesława usłyszała w telefonie mój głos mówiący ‘Mamo, przygotuj te obrączki’, wzruszyła się do łez. Też bym się wzruszył, gdybym się dowiedział, że syn w końcu podjął Kroki. Biżuterię przejąłem podczas jednej z wizyt w domu. Dobre, nieoszukane radzieckie złoto w końcu znalazło swoje przeznaczenie.

– A kamień to byś wolała brylant, czy jakiś kolorowy?

– No może być jakiś niebieski, na przykład tanzanit.

– (WTF?) O, a jak on wygląda? Aha, ładny, taki niebieski.

– No i jeszcze akwamaryn. A najbardziej na świecie to podoba mi się topaz niebieski.

– No.

kamienie
Tanzanit i inne szkiełka. Najbardziej podoba mi się Cytryn. Z Gumiakiem.

Moja korespondencja z panem Jakubem puchła od tekstu, i rozrastała się o wysyłane załączniki z fotkami pierścionków, kamieni, i odcieni niebieskiego. Ustalenia były coraz bardziej szczegółowe. Aż w końcu stwierdziłem, że chuj, nie będę się mądrzył, i wtrącał artyście w proces, i w kolejnej rozmowie telefonicznej powiedziałem: Panie Jakubie, ja się nie będę mądrzył, i wtrącał się panu w proces, bo to pan się na tym zna, i ja płacę za pana kreatywność, a nie za możliwość kierowania pana dłońmi. Niech pan zrobi tak, żeby kamień nie był przegięty, ale i nie zniknął w tym złocie, tylko się frywolnie mienił. Za kilka dni dam znać jaki jest rozmiar palca, i jedziemy.

Rozmiar palca zdjęliśmy u wspomnianego Byczewskiego. U którego na pewno kiedyś coś kupię, bo robi charakterne rzeczy.

Pojechaliśmy.

Po dwóch tygodniach robota była skończona. Pan Jakub zadzwonił do mnie, powiedział, że pierścień jest gotowy, i spytał się kiedy może wrzucić jego fotkę do albumu ‘Drugie życie złota’. Powiedziałem, że jak bez personaliów, to choćby zaraz. Wróciłem na kwadrat, zobaczyłem zdjęcie w mailu, i aż jęknąłem z zachwytu. Pierścionek wbity w pniak prezentował się tak, że chciałem się oświadczyć sam sobie, i żeby maj preszysss był tylko mój.

fot. J. Żeligowski
fot. J. Żeligowski

Jak mówię. Maj preszysss…

fot. J. Żeligowski
fot. J. Żeligowski

Kilka dni później odebrałem paczkę, i okazało się, że na żywo biżut prezentuje się jeszcze lepiej. Wrzuciłem do portfela, i zacząłem planować okazję.

Okazja nadarzyła się zupełnym przypadkiem tydzień temu. I dobrze, bo zaplanowałbym się na śmierć. A było to tak.

W piątek zadzwoniła do mnie M. i powiedziała, że trochę mi rozwala plan dnia, bo przyjeżdża jej siostra z Francji. A skoro będzie siostra, ściąga też dwóch braci. Trzy godziny później okazało się, że udało się przekonać Rodziców, i właśnie prują z Suwalszczyzny.

O kurwa, to musi się odbyć dzisiaj. Z wrażenia (i z delikatnego udaru, bo to był gorący dzień, a ja przekotłowałem na rowerze ze 30 km w słońcu) straciłem przytomność. A gdy się ocknąłem, okazało się, że…

O kurwa, to dziś.

Z wrażenia (i z delikatnego udaru) zapomniałem zajść do jubilera po jakieś ładne pudełeczko. Z zamroczenia (i z delikatnego udaru) zapomniałem podjechać do kwiaciarni po kwiaty. I w ogóle z tego wszystkiego (i, rzecz jasna, z delikatnego udaru) zapomniałem wielu rzeczy, oprócz jednej.

O kurwa, to dziś.

Gdy dojechałem z Pragi na Mokotów, z podjazdem do Arkadii po prezent urodzinowy…

A, bo zapomniałem wam powiedzieć, że tego dnia mieliśmy jeszcze urodziny koleżanki.

Gdy dojechałem z Pragi na Mokotów, z podjazdem do Arkadii po prezent, zrzuciłem mandżur, i pomknąłem po zakupy spożywcze dla 11 osób. Na kwadrat wróciłem na ostatnich nogach, wypluty, i z jeszcze większym porażeniem słonecznym.

Na urodzinach byliśmy godzinę, za co przepraszam. Paulina, nadrobimy.

Na chacie była już pełna chata, wszyscy siedzą, piją, lulki palą, gwar radosny, pies się plącze między nogami, koty wybrały dumne wygnanie, a ja cały czas rozkminiam kiedy i jak mam to zrobić, co powiedzieć, i w ogóle czy prosić Rodziców o pozwolenie, a potem o rękę, czy jakoś inaczej. Może klęknąć? Czy raczej nowocześnie, na stojąco? A jak zapomnę języka w gębie? Co robić? Odynie, co robić?

Przeładowany danymi, konwenansem, i wrażeniami, postanowiłem w panice zrobić rzecz u mnie niespotykaną.

Postanowiłem mianowicie iść na żywioł. I improwizować. Nawet brzmieniem tego słowa się nieco brzydzę, a co dopiero mówić o działaniu. Ale zdałem sobie sprawę z tego, że jeżeli nie puszczę tego na fristajlo, spalę się w progach, i gówno będzie a nie oświadczyny.

Bogowie głupców, analityków, i ludzi wątpiących byli jednak tego dnia po mojej stronie.

Otóż w pewnym momencie M. postanowiła coś ogłosić. Rodzina się uciszyła, i M. wydała komunikat, że jest szczęśliwa, bo właśnie zmieniła pracę, od września zaczyna robić na kieliszek chleba w szkole, i w ogóle jest tak zajebiście, że ja pierdolę, kurwa, i chuj.

TERAZ. TERAZ STARY JEST TWÓJ MOMENT. OTWIERAJ USTA I NIECHAJ PŁYNIE CZYSTE ZŁOTO.

Zeznania się będą pewnie różnić, bo niewiele pamiętam z tego wszystkiego, ale wyglądało to chyba jakoś tak:

– Eee… nooo… bo… ja też chciałem coś ogłosić, chyba tak jakby. Yyy… mam pytanie (ręka do kieszeni, gdzie w pudełeczku po tych rosyjskich obrączkach leżał pierścień). Czy chciałabyś spędzić ze mną resztę życia?

Następnie zemdlałem na stojąco.

Wszystkie przygotowane przemówienia, wszystkie te ładne słowa, i wypieszczone frazy przeminęły. Jak łzy w deszczu. Włożyłem pierścień na palec, i tak jakby jestem zaręczony.

Do tej pory nie wyszedłem z szoku.

Z tego miejsca chciałem podziękować najmądrzejszej kobiecie pod słońcem. Przed wyjściem na imprezę urodzinową, zadzwoniłem do Matki Czesławy. Zawarłem z nią bowiem dawno temu umowę, że będzie pierwszą osobą, która dowie się o tym, że się zaręczam. Słowa dotrzymałem. Porozmawialiśmy chwilę, dostałem błogosławieństwo, i dwie dobre rady, z których skorzystałem.

Mamo, jesteś najlepsza. Kocham Cię.

I tak oto w ciągu 16 miesięcy moje życie wykonało zwrot o 180 stopni. A nawet o 360. Uszanowanie.

Samojebka
Samojebka

Je suis Hodor

Dużo spojlerów dotyczących serialu Gra o Tron. W zasadzie same spojlery.
 
Wczorajszy odcinek GoTa doprowadził nas do konstatacji, że Starkowie to Polacy, i czego się nie tkną, to spierdolą. Owszem, starają się, jak mogą, walczą z przeciwnościami losu, napinają się ze wszystkich sił, jak trzeba, wygrają z liczniejszym wrogiem, ale efektem, i tak, jest wielka, parująca kupa łajna, gdyż nie myślą perspektywicznie, i działają impulsywnie. 
 
Eddard, który chciał dobrze, a dał się wydymać, zupełnie jak dziecko. I przez tą swoją szlachetność, wysłał pośmiertnie rodzinę na okrutną poniewierkę. A, no przecież jeszcze się przed śmiercią skompromitował, i żeby ratować dupę, nasrał na swoje ideały. Co mu nie pomogło, i trochę cieszyłem się, że go ścięli.
 
Robb, któremu się wydawało, że jak sobie poleci w chuja z Freyem, to tamten powie spoko ziomek, to że mnie ośmieszyłeś nic nie znaczy, i o niczym nie świadczy, wszystko się jakoś ułoży. Jak się ułożyło, widzieliśmy na Krwawym Weselu. Robb zaprzepaścił szanse na walkę o tron, przyczynił się do śmierci matki, żony, i nienarodzonego dziecka. Ma szczęście, że go zabili, bo sam bym mu pieprznął w oko. Tylko wilkora szkoda, to w końcu gatunek rzadki, a więc pewnie chroniony. 
 
Sansa, która jeszcze do przedwczoraj nie ogarniała, jak była rozgrywana na każdym kroku, przez wszystkich, łącznie z chłopcami stajennymi, którzy wiedzieli lepiej. Teraz próbują ją trochę utwardzać, ale mam cichą nadzieję, że zanim narobi gnoju w Winterfell, trafi ją w oko jakaś zabłąkana strzała.
 
Jon, który dał się zasztyletować Olliemu. Olliego nienawidzi cały internet, jeszcze do niedawna nienawidziłem i ja. Ale teraz spadły mi łuski z oczu, i zobaczyłem, że jako jeden z nielicznych się zorientował, że Starków, dla dobra Westeros, należy wydusić niczym pluskwy nie dlatego, że są poważnymi pretendentami do gry o tron, tylko dlatego że są ludzką katastrofą, i nie powinni rządzić nawet oborą, nie mówiąc o całej Północy. Która oczywiście pamięta, ale mam nadzieję, że pamięta wszystko, i kopnie Starków w dupę, uprzednio wyśmiawszy. Liczę na to, że Bolton zrobi porządek z wichrzycielami.
 
Rickon, który pałętał się gdzieś po okolicy, i dał się pojmać wrogom. Liczę na to, że Bolton obedrze go ze skóry kawałek po kawałku.
 
Bran, który był nawet spoko, szlajał się po zimnie, dotykał Drzewa, i wszyscy mieli go w dupie. Niestety, postanowił pogadać z szefem Innych, dał się obrandować (hahaha, jaka zabawna gra słowna, kurwa mać), i jak zombie zaczęli im robić z dupy jesień średniowiecza, najpierw zabił swojego wilkora, a potem zrobił Hodorowi to, co zrobił, łamiąc nam wszystkim serce. Dzisiaj wszyscy jesteśmy Hodorami. 
Z normalnego, zdrowego chłopaka, zrobił głupka tylko dlatego, że musiał sobie, kurwa, dotknąć korzenia, a potem ktoś mu musiał potrzymać drzwi. Na dodatek pojebał linie czasowe, i zwargował Hodora nie tam, gdzie zamierzał, because fuck off. Ciekawe co Bran jeszcze spierdolił w przeszłości, i jakie obecne wydarzenia są tego efektem.
Co za mała, żałosna menda. Mam nadzieję, że zamarznie w pizdu w tym śniegu. A wcześniej niech się udławi chujem.
Dla wszystkich natomiast ostrzeżenie – każdego, kto pomaga Starkom spotyka drobna nieprzyjemność. Śmierć mianowicie. Są jak zaraza.
Jedyna pociecha jest taka, że kto umiera za Murem, nie umiera naprawdę. Liczę więc po cichu, że Hodor dostanie swoją szansę na pomstę. Oby krwawą. Tak krwawą, jak dzisiaj krwawi moje serce. Do tej pory wydawało mi się, że będę w stanie przejąć się wyłącznie ewentualną śmiercią Aryi. Okazało się, że jednak nie tylko. Jestem zdruzgotany.
 
Tylko Arya wie co robi, że chce się odciąć od tej spierdoliny, zwanej rodziną Starków. Mam nadzieję, że jej szkolenie nabierze tempa, Dziewczynka bardzo szybko zapomni, skąd jej ród, i zostanie prawdziwym Człowiekiem Bez Twarzy. Oraz, że już w następnym odcinku, będzie sobie mogła zabić p.o. Cersei.
 
Zdychajcie Starkowie. Niech nie zostanie po was kamień na kamieniu, i kość na kości, a resztki po was niech rozwieje wiatr, i przysypie śnieg. Uwolnijcie Północ od swojej obecności, będzie jej bez was lepiej. 
I jeszcze errata, bo w sumie Theon Greyjoy, to też bardziej Stark niż Greyjoy. I też czego się nie tknął, to spierdolił, że przypomnę tylko jego wizytę po latach w domu rodzinnym, jak chciał wsiadać na okręty, i dowodzić wyprawą łupieżczą, po czym został sprowadzony przez pana ojca, do roli małej dziwki bez szkoły. Epizod z rządzeniem Winterfell, pominę milczeniem, bo to była żałość do entej. Jedyne czego nie spierdolił, to sfingowanie egzekucji Brana i Rickona.
Potem długi epizod z Boltonem, który skorzystał z wyrytych przez pana ojca ścieżek neuronalnych, i uczynił z Theona dziwkę do potęgi entej. Ksywa Fetor śmieszyła mnie przez wszystkie tomy książki, i cały serial. Biedak nie był nawet w stanie drgnąć, gdy Bolton gwałcił mu siostrę. A jak już się zdecydował pomóc Sansie, to ruszyli do ucieczki bez planu, bez żywności, bez koni, bez broni, bez ciepłych ubrań, bez niczego, i bez sensu.
Miał rację, gdy zrejterował, stwierdzając że dupa z niego, a nie pomocnik. Tylko kierunek chujowy wybrał, bo powinien pojechać do Bravos, gdzie mógłby spróbować zostać ninją. Zamiast tego wrócił do domu, żeby pomóc siostrze zostać królową Żelaznych Ludzi. Z jakim skutkiem, widzieliśmy w ostatnim odcinku, dość powiedzieć, że uciekali dość szybko.
Mam nadzieję, że wujek Euron dojedzie go tak, że Theon zatęskni za starym, dobrym Ramsayem.
No, i teraz to naprawdę byłoby na tyle.

Na barykadach walka trwa

Zastanawiam się, kiedy zaczniemy startować do siebie z nożami.

Jadę w dół Dolną. Korek jak zwykle aż do Sobieskiego, dmucham więc sobie z wiatrem we włosach i świstem w uszach, wyprzedzam ostrożnie samochody, regularnie, lewą stroną. Ci z naprzeciwka zachowują się jak ludzie, odbijają lekko w prawo, żebym się zmieścił, ogólnie relaks, uśmiech, i ogólne zrozumienie. Ponieważ znam ten kawałek na pamięć, to wiem, że stojący w korku wypuszczają skręcających z bocznych uliczek. Dlatego zjeżdżam na półhamulcach, obserwuję prawą stronę, czujnie badam, czy nikt się nie wbija.

Jest, jedzie z Piaseczyńskiej kurier UPS, stanąłem na pedałach, widzę, że będzie skręcał w lewo. Hamuję, żeby go przepuścić, staję, zatrzymuję się prawie równo ze zderzakiem osobówki, która też go przepuszcza.

Typ ścina skręt tak, że muszę lekko skręcić koło, żeby mi go nie zwalcował. Robię lekko zawiedzioną minę, gość patrzy się na mnie przez szybkę, i słyszę ‚nauczyć cię kurwa jeździć?’. Minę mam dzieciątka Jezus, bo nie kumam o chuj się kmiot ciśnie, zsiadam z roweru, patrzę czy nikt nie dmucha w górę, ścieżka pusta, stopka, i krzyczę wkurwiony ‚pierdol się’.

Kurier hamuje, czuję to jego wahanie, czy wysiadać, czy może raczej nie narażać się na szarpaninę, i spóźnienie, decyzja.

Odjeżdża.

Do tej pory nie wiem o co mu chodziło.

Jestem wielkim zdziwieniem Radka.

Jadę dalej, z delikatnego wkurwu zaczyna mnie ćmić potylica za prawym uchem. Czerska. Tam standardem jest wymuszanie pierwszeństwa na rowerzystach (po obu stronach poparkowane są samochody, i jest ciasno), więc nawet brew mi nie pyka, przytulam się do zderzaków, skręcam w Gagarina, i przy Nehru wbijam na DDR. Dojeżdżam do Bartyckiej, zwalniam, bo wiem, że tam kierowcy mają zwyczaj wjeżdżania na dróżkę, żeby przepuścić pieszych. Taki zwyczaj. Nie inaczej jest tym razem. Pani skręciła, ale zostawiła mi miejsce. Przyglądam się jej uważnie, zwalniam do 10 km/h, bo widzę, że rozgląda się we wszystkie strony, tylko nie w te, z których mogą nadejść piesi, i nadjechać rowerzyści. Wjeżdżam na przejazd, tnę praktycznie przejściem, bo czuję podskórnie, że będzie akcja.

Jestem na wysokości jej zderzaka, gdy postanawia ruszyć.

Nożesz kurwa w dupę zajebana mać, wybaczcie mój język, jeżeli jesteście ludźmi wierzącymi.

Lekko przyspieszam i bardzo ostro skręcam. Pani hamuje mi 30 cm od nogi. Zsiadam z roweru, patrzę na nią, lekko tylko wkurwiony, i grzecznie się pytam ‚no i co pani robi?’. Pani wpada w panikę, bo widzi przed szybą lekko tylko wkurwionego łysego ziomka w dresie, i zaczyna gestami dawać sygnał, że no po prostu nie bardzo wie, co chciała zrobić, gdyż jest w kompulsji, bo nie wiedziała, czy jej przypadkiem z zachodniej nitki Czerniakowskiej ktoś nie wjedzie w dupę, albowiem ona biedna nie wie, czy jak ona ma prawoskręt, to czy tamci, lecący w stronę Wilanowa, nie mają przypadkiem też taktu dla siebie, takiego w lewo, bo nic to, że wszystkie wschodnie pasy prują ile fabryka dała, ci z zachodniego mogą być może przetunelować, bo kto jej zagwarantuje, że nie.

Nachylam się, lekko tylko wkurwiony, nad szybą, kieruję znak wiktorii w kierunku swoich oczu, potem w kierunku jej, i już wiem, że ona to rozumie źle, że może ja jej chce oczy wyłupić, a nie taki był mój zamysł, bo mogę być lekko tylko wkurwiony, ale nie jest przecież moją intencją straszenie kobiet za kierownicą, bo przecież nie jestem taki, a to, że mam dres, ale nie mam włosów, nie oznacza, że automatycznie jestem zbójem.

Postanawiam więc sprostować, nachylam się jeszcze bardziej nad szybą, lekko tylko wkurwiony, łysy, i w tym dresie, zaczynam mówić spokojnym głosem ‚proszę się następnym razem rozejrzeć’, i widzę, że ona się za tą kierownicą kurczy, i już nie jestem lekko wkurwiony na nią, tylko ostro wkurwiony na siebie, że stoję tutaj, jak ten chuj na weselu, straszę ją, chociaż przecież nie jest to moją intencją, bycie łysym, w dresie, i strasznym, obracam głowę w prawo, spluwam gęstą śliną, bo zaschło mi od tych wrażeń, i przeprowadzam rower przez DDR. Z prawej strony nie ma chętnych na prawoskręt po moim rowerze, i po mnie, łysym, w dresie, i ciężko już wkurwionym na siebie, i może to i dobrze, bo pewnie byłyby rękoczyny, a ja przecież jadę na Pragę, żeby zrobić dobrą rzecz.

Upust swoim emocjom daję 10 metrów dalej, mówiąc może trochę za głośno ‚nożesz kurwa, ja pierdolę’, i ten człowiek, co się zbliżał do DDR-u, żeby przejść na przystanek, odskakuje od dróżki, a ja się czuję jeszcze podlej, bo najpierw wystraszyłem kobietę, tym dresem, tą łysością, tymi gestami wykłuwania oczu, a teraz jakiegoś nobliwego pana, bez sensu przyprawiam o stres.

Pedałuję bez skojarzeń, i widzę, że znowu się za chwilę wkurwię, bo ten Janusz, co wyjeżdża z bocznej ulicy przy sądzie, tam gdzie są księgi wieczyste, Czerniakowska 100 albo 100a, udaje, że mnie nie widzi, i bankowo zajedzie mi drogę, co oczywiście robi, cały czas udając, że mnie nie widzi, w tym dresie, łysego, i wkurwionego. Hamuję, omijam go z tyłu, bo on oczywiście mógł się zatrzymać przed przejściem i przejazdem, ale woli przejechać szybko, bo chociaż i tak się nie włączy do ruchu, bo jadą, to pokazuje mi tym samym, że ma na mnie wyjebane, właśnie mnie tonową puszką blachy zdominował, a poza tym, on przecież cały czas udaje, że mnie nie widział, więc nie wiem, czy to o dominację chodziło, czy po prostu on udawał, bo mu się spieszyło tak bardzo.

Mijam go, i zastanawiam się, czy jak jestem już tak bardzo wkurwiony, to powinienem walnąć mu z płaskiego w dach, czy też może sobie odpuścić, ale odpuszczam, bo jestem w tym dresie, cały łysy, tak wkurwiony, że pewnie bym mu ten dach przebił na wylot, i pociął sobie rękę.

Odpuszczam, a on dalej udając, że nie ma sprawy, włącza się do ruchu. I odjeżdża, a ja się zastanawiam, czy dzisiaj jest ten dzień, że jak akurat postanowiłem zrobić bez sensu coś dobrego, to ktoś mnie porani albo zabije, co pewnie będzie dość szydercze i ironiczne.

Ból za uchem z ciągłego zamienił się w pulsujący, jadę więc, z tymi synkopami napierdalającymi mi w głowę, słońce świeci, jest pięknie, Wisła dołem się toczy, tylko ja, taki wkurwiony, łysy, w tym dresie, nierozumiejący, o co chodzi tym ludziom, i czy to ja daję dupy, czy oni są nieogarnięci.

Przyjeżdżam do domu, siadam na kanapie, i jeszcze bardziej nie wiem, o co chodzi. I może to ja jestem dziwny, że się pcham na rower, zamiast sobie, jak przystało na klasę średnią, kupić paska w gazie, i ciąć po ulicach jak człowiek, a nie po DDR-ach, jak jakiś pedał, weganin, i cyklista.

Następnie przyjeżdża moja przyjaciółka, pakuję cztery wory ubrań, i wieziemy je do noclegowni MONAR-u, na Skaryszewską 19, gdzie dwaj panowie z obsługi są mi bardzo wdzięczni, i dziękują mi tak, że aż czuję się tym zażenowany, bo to są przecież znoszone ubrania. Solidne, ale znoszone, i nagle się zastanawiam, czy ja im przypadkiem jakichś szmat nie daję.

Zaczynam tłumaczyć, że te trzy worki, to są spoko rzeczy, może trochę znoszone, ale spoko, spodnie, dresy, koszulki, bluzy, kurtka, ale w tym dużym, to jest śpiwór, dwie pary butów, może trochę znoszone, ale spoko, oraz bojówki i kurtka M-65, trochę podarte, ale niewiele, do zszycia, ja ich nosić już nie będę, ale solidny materiał, drelich, kurtkę 6 lat nosiłem, nada się jeszcze dla kogoś, tylko pocerować.

I jest mi tak, kurwa, głupio, że sam nie wiem.

W drodze powrotnej mało nie urywamy miski olejowej, bo noclegownię wypchnięto na takie zadupie, żebyśmy nie musieli tych ludzi oglądać. A w uszach ciągle brzmią mi słowa tych dwóch facetów z obsługi, że oni potrzebują każdej rzeczy, i mi dziękują. I jest mi jeszcze głupiej, bo może trzeba to było wyjebać do śmieci, a nie się wstydzić przed samym sobą.

Więc mam taką propozycję, że jak macie jakieś rzeczy, których już nie nosicie, i nie są podarte, jak ta moja emsześćdziesiątka piątka, i te bojówki, to weźcie im to zawieźcie, na tą Skaryszewską 19.

Bo oni tam mają 300 miejsc, i naprawdę, każda pomoc im się przyda. A najbardziej, to tym tam nocującym.