Czerwony Smok – Thomas Harris – audio

Jak już się niektórzy zorientowali, wszedłem w patronite. To ten przycisk po prawej stronie, link taki bardziej. Po dwóch dobach mam 24 (jaka ładna liczba!) patronów i prawie pińcet ziko miesięcznie, więc nie mam wyjścia, muszę zacząć się wywiązywać. Dobrze mi to zrobi na dyscyplinę, a regularność będzie dobrą wprawką, jak mam w końcu zacząć pisać własne książki, nie?

Naobiecywałem mnóstwo rzeczy, ale to wiadomo, dla hajsu i żeby wyrwać kobietę, mężczyzna obieca wszystko. Dlatego zaraz sobie zrobię excela, żeby się zorientować, jak to ogarnąć logistycznie. I się wywiązać, bo ja sobie tylko tak gadam, że obiecam wszystko, a zostawię z niczym.

No to jak mamy temat patronite pokrótce omówiony, przejdźmy do innych rzeczy. Będzie retrospekcja, wiem jak lubicie moje retrospekcje.

Od stycznia tego roku zacząłem robić kalistenikę (o której więcej w jednym z kolejnych odcinków). A jak zacząłem kalistenikę, to stwierdziłem, że będę też więcej chodzić, po po wizycie w Stanach chodzenie mi się spodobało, może poza bólem kolana. Chodzenie w rytm muzyki i serwisów informacyjnych jest spoko, ale ile można słuchać radia? Nie wiecie? To wam powiem, że po godzinie jest się na krawędzi obłędu. Radio jest strasznym medium, twierdzę że nawet straszniejszym od telewizji. Stwierdziłem, że spróbuję audiobooków.

Początki były dramatyczne. Jak się próbowałem koncentrować na treści, to mi się krok mylił, i się wywracałem. Gdy zaczynałem zwracać większą uwagę na utrzymanie pionu, gubiłem wątek po 3 minutach. Pierwszego audiobooka wysłuchanego w całości (bo były ze dwa porzucone), praktycznie nie pamiętam, bo chociaż brawurowo zinterpretował go Maciej Stuhr, to dobór był niefortunny. Żniwa zła Roberta Galbraitha to trzeci tom cyklu, więc zacząłem jak najbardziej od dupy strony. Bohaterowie odnoszą niektóre teksty do poprzednich części. Zaspojlowałem sobie kupę rzeczy. Połowy wydarzeń nie rozumiałem. Mój czytnik empetrójek włączał sobie czasami shuffling, więc miałem zgryz, dlaczego nie kojarzę, o czym tym razem Maciej do mnie mówi, i przez kilka pierwszych dni kładłem to na karb swojej głupoty. A to było szuflowanie, hahaha.

Frajdy z takiego przyjmowania książek nie miałem żadnej.

Ale ja jestem w taki mułowaty sposób uparty. Czasami wiem, że padnę, ale idę. Czasami wiem, że coś nie ma sensu, ale robię. Bo się uparłem. I na te audiobooki też się uparłem. I nie odpuszczałem, chociaż na początku radość taka, jak z uderzania młotkiem w penisa, to znaczy wtedy, gdy się nie trafia, a w przypadku audiobooków to ta analogia jest trochę bez sensu, i jakbym już musiał, to chyba chodzi o to, że fajnie że skończyłem już słuchać, i mam pozycję odhaczoną, bo raczej o nic więcej.

Walczyłem do kwietnia, gdy zrobiło się na tyle ciepło, że mogłem do kalisteniki dokładać trochę innego, i zacząłem chodzić na siłownie plenerowe w sąsiedztwie. Nie są to może mistrzowskie sprzęty, ale wbrew złym ludzkim językom, jakieś ćwiczenia da się na nich robić. A do ćwiczeń audiobooki wydawały mi się wypełniaczem idealnym. I faktycznie były, koncentracji potrzeba tyle, żeby dobrze prowadzić ruch podczas ćwiczenia, i nie spaść z przyrządu. I się powoli przyzwyczaiłem, chociaż czasami przeszkadzał mi głuchy łomot krwi w uszach, zwłaszcza podczas trudniejszych ćwiczeń przy zwiększonej liczbie powtórzeń.

A jak przyzwyczaiłem się do słuchania audiobooków w trakcie ćwiczeń i spacerów, przeniesienie ich na czas jazdy rowerem było kwestią kilku dni treningu. I dzisiaj, po 9 miesiącach, słucham audiobooków wszędzie. I właśnie dlatego stwierdziłem, że to taka sama książka, jak ta papierowa, chociaż właściwie to może trochę inna, ale nie za dużo, bo nawet obrazki da się niektóre przeczytać, co mam wrażenie miało miejsce w Parku Jurajskim. I jako taka może podlegać recenzji, nie?

Najpierw może jednak mała garsteczka technikaliów. Wypróbowałem dwa programy do słuchania muzyki. Natywny odtwarzacz z komórki, oraz jakieś coś, czego nazwy nie pamiętam, i pamiętać nie chcę. A, jeszcze google music player and shit, ale to też na potrzeby audiobooków daremność. Lubię się umartwiać, i sobie utrudniać po to, żeby lepiej smakowało, jak już się uda, ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że dłużej nie mogę tak żyć. I ściągnąłem sobie na telefon appkę o nazwie Smart Audiobook Player, która waży nic i jest dość smart. Na tyle, żeby zrealizować moje potrzeby słuchacza na stopro, chociaż oczywiście musicie wiedzieć, że ja się lubię umartwiać, i być może są jakieś lepsze rzeczy. Ta ma jakąś bibliotekę, play, stop, minuta do przodu/tyłu, 10 sekund do przodu/tyłu, poprzedni/następny rozdział, a po wznowieniu słuchania cofa się o 3-4 sekundy, żeby się tak gwałtownie nie zaczynać. Korzystam z wersji próbnej, bo oferuje mi wszystko, czego potrzebuję od playera, ale jest możliwość zapłacenia, i odblokowania różnych przydatnych funkcji, z których nigdy w życiu nie skorzystam.

Mój styl słuchania polega na tym, że przerzucam całego audiobooka na komórkę, żeby uniknąć słuchania online. Bo gdy zabraknie internetu (metro), a książka dobra, to będzie tak, jak wtedy gdy zapomniałem zabrać ze sobą trzeciego tomu Nekroskopa, a mieszkałem jeszcze w Piasecznie. I rzucałem palenie. I jak się zorientowałem, że nie mam książki, było za późno, żeby wrócić. Wyobrażacie sobie? Godzina w jedną stronę w komunikacji bez książki? Straszna była ta wizja. Do tego stopnia, że jak rzucił się na mnie pies wabiący się Orion, to ja się natychmiast rzuciłem na niego, chcąc zrobić z niego pas, a potem na jego właścicieli, i to jest jedna z tych historii, z których nie jestem dumny.

Aktualnie na koncie mam jakieś 20 audiobooków, może więcej, co nie jest takim złym wynikiem, zważywszy na fakt, że czasu na czytanie normalnych książek, ostatnio nie mam praktycznie w ogóle. I teraz tak wiecie, bardziej na zachętę, inaugurując cykl napędzany waszym hajsem, chciałem opowiedzieć o książce, którą pewnie wszyscy czytali, ale w audiobooku nabiera nowej jakości.

fot. Audioteka.pl
fot. Audioteka.pl

Czerwony Smok Thomasa Harrisa przez lata kurzył się na półkach bibliotecznych i księgarnianych. A potem powstał film Milczenie owiec, i tłum runął do księgarni, żeby kupić wszystko sygnowane nazwiskiem Tego Autora od Lectera, zresztą sam chyba byłem jedną z tych osób. Książka owszem, bardzo dobra. Ponadto jestem wielkim fanem pierwszej adaptacji filmowej, Tom Noonan jako Dollarhyde jest straszny. Nie wiem nawet dlaczego, bo ma taką poczciwą twarz, ale jest straszny w opór. Tylko się nie pomylcie, szukacie filmu Manhunter w reżyserii Michaela Manna, a nie Red Dragon Bretta Rattnera. Ten pierwszy był dość straszny, nie że bardzo, ale w opór. Ten drugi mnie trochę zawiódł, ale to pewnie dlatego, że uwielbiam ten pierwszy.

Audiobooka wrzuciłem bardziej na zasadzie ciekawości, no i chęci przypomnienia sobie o co chodzi, bo z książki nie pamiętałem nic, a z filmu tylko finałowe Iron Butterfly z ich In a Gadda Davida, w ogóle cała ta sekwencja mocno daje po głowie, często ją sobie przypominam. Zacząłem słuchać i się absolutnie zakochałem.

Fabułę wszyscy znamy, jest Francis Dollarhyde jako Zębowa wróżka, seryjny morderca. Jest Hannibal Lecktor (taką formę zapisu nazwiska znalazłem dla filmu, książki nie mam w ręku, i nie mogę potwierdzić), jest Willy Graham. Czyli bohaterowie znani i lubiani. To ja tu nie będę pisał, że Will z pomocą Hanniego, szuka Francisa, bo po co. Waszą uwagę kieruję natomiast na coś innego.

Na cholernego lektora.

fot. Audioteka.pl
Bardzo sympatyczny człowiek z twarzy.

Krzysztof Gosztyła grał w filmach, potem grał w serialach, ale jak go usłyszałem w książce, to nie mogłem skojarzyć głosu z twarzą. Taki trochę aktor z twarzy zupełnie niepodobny do głosu. Z tego miejsca chciałbym przeprosić za swoją abnegację, bo może być tak, że pan Krzysztof gra w jakimś teatrze, i tam wymiata. Do teatru rzadko, kiedyś opowiem dlaczego, to się nie znam. Albo jest najbardziej ulubionym bohaterem jakiegoś serialu w telewizji, której nie oglądam od chyba 8 lat. Ewentualnie grał w doskonałych polskich filmach, których nie widziałem, bo rzadko chodzę do kina na polskie filmy. Nie piszę tego, żeby pana Krzysztofa dissować.

Bo Krzysztof Gosztyła to dla mnie najlepszy lektor w kraju, i jak coś czyta, to biorę to w ciemno, nawet jeżeli wszystko na okładce mówi, że to będzie crapfest. Bo wiem, że nawet kiepską książkę, zamieni swoim głosem w arcydzieło. Gdybym nie był zaręczony, wyznałbym mu swoją miłość. Oczywiście takie zapewnienia, to sobie można napisać zawsze, dlatego będzie nudna anegdota.

Czerwonego Smoka słuchałem jakoś w okresie letnio-wakacyjnym. Ciepło, późno się ciemno robi, kupa ludzi na mieście, w ogóle tip top, nic tylko jechać rowerem, wąchać powietrze, i słuchać książki. Któregoś dnia wracałem ze spotkania towarzyskiego jakoś wyraźnie później w nocy, właściwie bliżej północy. Jechałem sobie taką dziwną trasą przez parczek przy kinie Iluzjon, bo noc była piękna, to co mam sobie nie pojechać dokoła. I nagle się zorientowałem, że…

W tym parku nikogo nie ma…

A do ucha, Dollarhyde szepcze mi jakieś rzeczy. I właściwie mam wrażenie, że stoi mi za plecami, i właśnie stamtąd dobiega jego wyjątkowo złowieszczy szept.

Wyjąłem słuchawki z uszu. Wytarłem pot z czoła. Zmieniłem bieliznę. Pozostała część podróży minęła w głuchej ciszy, ale za to już bez większych niespodzianek.

Drugi raz musiałem wyłączyć audiobooka jakieś dwa miesiące później, gdy jeden z głównych bohaterów Kasacji (Remigiusz Mróz) pada ofiarą szantażu. I bardzo zły człowiek każe mu powiedzieć ‚jestem dziwką Gorzyma’. Znowu pan Gosztyła przeczytał to tak, że wstałem z ławki przed blokiem, na która akurat wyszedłem na kawę, wróciłem do domu, i wszedłem pod koc. I właściwie to nie wiem, czy chciałbym mieć taki wokal jak pan Krzysztof, czy może niekoniecznie.

Więc gdybym miał ocenić cztery aspekty audiobooka Czerwony Smok, to byłoby to jakoś tak:
fabuła – 90, bo znana
realizacja – 90, bo nie ma ewidentnych wpadek
lektor – 100, klasa mistrzowska
cena – 80, nie odstaje w żadną stronę od średniej ceny na audiotece
uczucia towarzyszące – można je nazwać wyłącznie po francusku

Co razem daje uczciwe pińcet. Znaczy 90. Szczerze polecam.

Czerwony Smok, Thomas Harris.
Czas 14:46
Czyta Krzysztof Gosztyła

Edyta mówi, że warto dodać linki do miejsca, z którego biorę książki. Audioteka nie płaci mi za reklamowanie ich oferty. Dostarczają natomiast audiobooki tak dobrej jakości (wnioskuję na podstawie tych, których wysłuchałem do tej pory), że śmiało mogę ich polecać.

Przez Stany POPświadomości, czyli na zakupy

Otóż w ramach pokłosia naszego ubiegłorocznego amerykańskiego tripu, zostałem współautorem książki. No tak jakoś wyszło. I do tego takiej (dla niektórych przynajmniej) jedynej prawdziwej, to znaczy PAPIEROWEJ!

Na kształt okładki nie miałem żadnego wpływu, wszelkie uwagi odrzucam jako niezorganizowane, zresztą nie jest taka zła.
Na kształt okładki nie miałem żadnego wpływu, wszelkie uwagi odrzucam jako niezorganizowane, zresztą nie jest taka zła.
Mojej zawartości jest w niej 13,77%, a wiem to, bo rzecz jasna policzyłem. Więc może ten współudział nie jest jakiś wywalony w kosmos, ale po pierwsze jest to samo gęste, po drugie pisane na żywo, bez możliwości rozdmuchania tekstu do 50 stron na miasto, a po trzecie są to emocje niefiltrowane przez otchłanie czasu, wywalane na bieżąco.
No i w związku z tym, że PAPIER!, jest taka zorganizowana akcja, żeby dać piątaka, a od cwaniaka dycha.
 
Oficjalna premiera niby na targach w Krakowie, ale już teraz można kupić sobie sztukę w przedsprzedaży w Empiku.
 
Wiem, że niektórzy mają lekki problem z robieniem zakupów w Empiku, rozumiem to, szanuję. Dla nich też jest propozycja, bo nasza pozycja leży również na Bonito.
I w zasadzie jest tańsza, więc co tam sobie wujenka życzy.
 
Książkę skończyłem czytać w ubiegły piątek. Nie powiem, te kawałki, co to je niby ja napisałem są całkiem spoko. Kuby też są spoko. Zdjęcia naszych masterów migawki też spoko. A na końcu są jeszcze dodatkowo foty robione burakiem, kością dinozaura, kalkulatorem, oraz komórką, ale przez skarpetę. Jakość haniebna, ale też są spoko. Ogólnie, spoko, koleś, nie ma zmartwienia.
 
Odpowiadam tutaj też na pytanie ‚kiedy będzie na kindełe’. Cytat z Agaty Krajewskiej (kreski), która przy mnie robiła w Bostonie mostek, żeby mieć lepsze ujęcie: Fotografowie mówią: nieprędko.
 
Więc bym się chwilowo nie nastawiał, bo trochę szkoda marnować takie foty na ebuka.

W przyszłą sobotę, 29.10 mamy oficjalną premierę na Targach Książki w Krakowie. Godzina bodajże 11:00, stoisko SQN. Będziemy tam grupą, więc jak ktoś ma ochotę posłuchać naszych historyjek spoza planu, to zapraszam. Będzie tam też można kupić naszą książkę. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo bez sensu byłoby zwoływać nas na spotkanie, a potem nie sprzedawać naszej książki, nie? Nieważne zresztą. Zapraszam.

No, a teraz łapcie za sakiewki i na zakupy!

Mieszkanie do wynajęcia – Praga Północ

Jest taka zorganizowana akcja, że być może ktoś z was, waszych znajomych, albo znajomych znajomych, albo z rodziny, albo kolega/koleżanka z pracy, szuka mieszkania. Bo zorganizowanie tej akcji polega na tym, że właśnie mam mieszkanie do wynajęcia.

Znajduje się ono w pięknych okolicznościach przyrody, ci co mają wiedzieć, to wiedzą, pozdro dla kumatych, elo. Wszystkim pozostałym powiem, że kwadrat jest przy 11 Listopada, adres przy Lęborskiej. Dzięki temu, że do Żaby rzut beretem, na Wileniak dwa przystanki tramwajem, a na Wschodni z pięć autobusem, wszędzie stamtąd blisko.

No bo popatrzcie, jaki mam dobry dojazd do pracy, na ten przykład w Barcelonie:

Wychodzę z domu o 7:25, mam 300 metrów do przystanku, to sobie dochodzę do niego w 3 minuty. O 7:30 podjeżdża tramwaj 4. Wsiadam, ale nie rozsiadam się za wygodnie, bo w 8 minut dojeżdżam do Starego Miasta. Jadę schodami na górę, bo to zawsze frajda, idę na przystanek autobusowy, o 7:52 wsiadam w 175, który na Okęciu jest o 8:31. To akurat jestem godzinę przed odlotem, odprawiłem się już wcześniej, przechodzę sobie przez security, po drodze kupuję kawę i bagietę, i o 9:00 stoję przed gejtem.

I jak, nieźle, nie?

Albo o, do Gdańska chcę sobie pojechać. To sobie wychodzę z domu o 7:40, przechodzę na drugą stronę ulicy, wsiadam w 169 o 7:42. O 7:56 jestem na Wschodniej, idę do kasy, kupuję bilet na ten o 8:28, i już o 11 wysiadam w Gdańsku, a o 11:25 moczę nogi w Bałtyku.

Jak już sobie opierdoliliśmy komunikację, może kilka zdań o miejscówce.

Ziomeczki w porządku, żadnych ekscesów, napadów, wpierdolu, dziesiony, krojenia z hajsu, wymuszeń rozbójniczych, czy włamów na kwadrat, przez te wszystkie lata, jak tam mieszkałem, nie doświadczyłem. Sąsiedztwo spokojne i senne, niczym miasta południa Europy w czasie sjesty. Zimą wszyscy siedzą w domach, latem na krawężnikach i murkach. Czasami przy całodobowej Szklanej Pogodzie ktoś zachrypi o szluga albo ziko, którego każdemu i zawsze brakuje do tego pierwszego albo ostatniego browara.

No i jest Wariat, o którym pisałem raz czy dwa, który krąży przy Orlenie, i za dwójaka zawsze opowie, że trochę świruje, ale już nie tak, jak kiedyś.

Jeżeli zdecydujecie się na dojazdy nocnymi (cztery linie, konkret), to pamiętajcie, że jak wysiadacie na Kowieńskiej (dwie linie), oczekuje was prestiż, uznanie, i sukces, bo ludzie dalej wierzą, że na Pradze Północ żyją smoki, które zjadają nocnych wędrowców. I jak ktoś wysiada na Kowieńskiej (dwie linie), to wszyscy żegnają go spojrzeniami pełnymi nabożnego skupienia, i mógłbym przysiąc, zabobonnego lęku. Raz, gdy wychodziłem na Kowieńskiej, krzynkę pijany, powiedziałem ludziom w autobusie ‚Morituri te salutant’. Nawet kierowca bił brawo. Gdy raz, również krzynkę pijany, wysiadłem przez pomyłkę na Szwedzkiej, róg Stalowej, to miły młody człowiek rozepchnął ludzi kłębiących się przy przejściu, i powiedział ‚rozejdźcie się, pan chce wysiąść’. Groza, szok, przerażenie mieszały się na twarzach współpasażerów. Założę się, że połowa z nich następnego dnia odpaliła internety i szukała informacji o tym, że krzynkę pijanego pana zabili na Stalowej. Nikt nawet szluga ode mnie nie chciał wysępić, a co dopiero mówić o zabijaniu.

Bo prawda jest taka, że Stalowa to była groza 15, może 20 lat temu. Teraz to w miarę normalna miejscówka, na której może i jest trochę więcej dresiarzy niż gdzie indziej, ale bez przesady z tym niebezpieczeństwem. A już 11 Listopada, czy ta moja Lęborska, to już w ogóle luz blues, cisza, spokój, i świerszcze grają.

Co tam jeszcze? Aha, kwadrat był bardzo fajną bejownią, miały w nim miejsce dość udane dwudniowe libacje, niezliczone aftery, często przechodzące w bifory, no i ogólnie dobry klimat tam panował, ale potem lokal się ustatkował, i zgrzeczniał. Co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu można tam skręcić sympatyczną, niewielką imprezę.

Miejsca jest sporo, bo 40 metrów, zresztą szczegóły w opisie. Ja wam może jeszcze kilka ciekawostek tylko zapodam, i przestaję ględzić.

– wszyscy w okolicy kibicują Legii, więc nie należy się wyrywać ze swoją miłością do Polonii.
– ten Orlen, o którym pisałem, był tuż przed moją wprowadzką na Pragę, nieczynny. Okazało się, że miała tam miejsce egzekucja mafijna.
– jak się boicie kupować alkohol w nocy na Orlenie, na którym była egzekucja, możecie pójść do Szklanej Pogody, też mają piwo. A jak nie, to jest przy Żabie Statoil czy inny Shell, gdzie też mają alkohol. Impreza nie umrze nigdy.
– przystanek drugiej linii metra jest planowany jakieś 500 metrów od mojego domu. W tym momencie zostanę prawdopodobnie milionerem. Oczywiście na papierze.
– sąsiedztwo mojego mieszkania jest wybitnie zielone. Cmentarz Bródnowski składa się z samych drzew, niedaleko mam duży skwer, kawałek dalej Park Praski i ZOO. Plus uroczy plac Hallera. Jak ktoś lubi, to może sobie sieknąć urbex w coraz bardziej znikającej Pollenie przy Szwedzkiej. No i trainspotting przy torach też jest fajny.
– Tesco, Lidl i Kerf w zasięgu wzroku, tylko Oszą mi brakuje. No i na Pradze uchowały się niedorżnięte przez handel wielkopowierzchniowy, małe sklepiki osiedlowe. Ten jeden, w którym obsługa nie odpowiadała dzień dobry i do widzenia, właśnie z pół roku temu w końcu padł. Reszta hula.
– wiele prób podjęto, by ożywić pusty lokal w bloku niedaleko mnie. Jedna knajpa, druga knajpa. Nie wyszło. W końcu ktoś powiedział ‚a chuj, zobaczmy czy ziomeczkom posmakują tanie hambuksy’, i otworzył Yogi Burgera. Wersja podstawowa kosztuje 11 ziko, z frytkami w zestawie 14, jest to zupełnie jadalne, ziomeczki też kupują, więc w razie jakby głód dopadł, można oczywiście zamówić pizzor, ale można też pójść na krótki spacer (300 metrów góra), i wziąć hamborgira na wynos.
– do Hydro i Składu Butelek jest ode mnie 800 metrów. To nawet jak się człowiek z powrotem czołga, w domu będzie w 20 minut, no, w 22 jak po drodze zahaczy o Szklaną Pogodę, żeby browara na rano kupić.
– w wakacje otworzyło się 50 metrów od wejścia do klatki schodowej, nowe studio tatuażu. Więc jakby ktoś miał ochotę walnąć sobie gustownego trybalda, nie będzie musiał daleko chodzić. No i będzie plus 10 do lansu na dzielni, oraz plus 30 do impaktu w autobusie nocnym. Wiem co mówię, sam mam trybalda na ramieniu.

Więc ogólnie polecam tego allegrowicza, i to mieszkanie, bo jest fajne, i praktycznie nie ma żadnych wad ukrytych. Oraz na ścianie wiszą obrazy znanego artysty metaloplastyka Jarek „Khaal” Kubicki, co podnosi wartość kwadratu dwukrotnie, ale nie jestem chujem, i nie rzucam ceny dwukrotnie wyższej, tylko normalną.

Tu macie linka, puszczajcie wici w świat, niech ta zacna miejscówka znajdzie godnego niej lokatora http://www.olx.pl/oferta/mieszkanie-40m2-bliska-praga-polnoc-leborska-bezposrednio-CID3-IDhMvMZ.html

187

Sroczka kaszkę warzyła.
 
A przy okazji strasznie skrzeczała. Wiecie, jak sroki skrzeczą? Ci co wiedzą, to pozdro dla kumatych, a ci co nie wiedzą, to nie pozdro, tylko wam zazdroszczę ciszy i spokoju, bo te ptaki są bezczelne, nachalne, i hałaśliwe. Do tego kradną golda i lootbagi. Ogólnie całkiem duże, inteligentne, szydercze trolle.
 
Ja to się już przyzwyczaiłem, ale dzielnego kota Milusia, na widok srok, regularnie diabli brali. Jak je słyszał, to się jeżył lekko, i zaczynał cicho gaworzyć. Wiecie, jak to kot z ptakiem. Takie ni to mruczenie, ni to ćwierkanie, ci co wiedzą, to pozdro dla kumatych, a ci co nie wiedzą, to nie pozdro, tylko współczucie, bo kot gadający do ptaka, to widok doskonały, i weźcie kiedyś tego spróbujcie, bo to śmieszne i kojące. A jak nie gaworzył, to patrzył na nie z nienawiścią.
I była wśród srok jedna Sroka, która wkurwiała Milusia najbardziej na świecie, bo z niego szydziła, zazwyczaj ze szczytu drzewa.
 
Trwała ta zimna wojna między Milusiem a Sroką, która kaszkę warzyła, i w chuja leciała. Ta Sroka była dla Milusia niczym Lex Luthor dla Supermana, niczym Joker dla Batmana, jak Babinicz dla Kmicicia, i Tusk dla Kaczyńskiego.
 
Do tego Sroka, jako ptak dość inteligentny, uprawiała trolling. Potrafiła na przykład przylecieć do nas na okno od strony kuchni, usiąść na kracie wysoko, i napierdalać się z kotów na cały głos. A one na dole w amoku (Miluś), albo w życzliwym stresie (Seba).
 
I trwała ta próba nerwów od jakiegoś czasu, aż dzisiaj trafiła Sroka na kamień.
 
-Ty, on coś naprawdę dużego poniósł w pysku.
 
Właśnie się obudziłem, i tak trochę bez kontaktu z życiem, ale jak M. mówi, że poniósł, to pewnie coś poniósł. Odkąd się wprowadziłem, Miluś nie składa już darów na poduszce, tylko niesie je do kuchni, tam zamęcza na śmierć, i się chwali zdobyczą, a my go chwalimy za dużą dzielność. Co do darów, to czasem jest to parówka, czasem na wpół wylizana saszetka z mokrym jedzeniem, najczęściej niestety jest to jednak mysz, albo mały ptaszek. Do dziś.
 
Bo dziś Miluś poszedł na rekord, i przyniósł do kuchni ogłuszoną Srokę. Z tego, co zobaczyłem, i się domyśliłem, to najpierw ją chyba chciał dobić przy miseczkach z ryżem, ale potem albo się rozmyślił, albo ptak się ocknął, i zaczął podfruwać.
Dopadł ją przy oknie, upadła mu na parapet, za kolumienkę głośnikową, odzyskała 10% życia, 5% many, i zaczęła się jazda na dwa baty. Bo ze strony Sroki, była to paniczna ucieczka przez szybę, a ze strony Milusia srogi bój z ptakiem wielkości połowy kota. My krzyczymy, żeby ją zostawił, przesuwamy rzeczy, żeby otworzyć okno, a Miluś bez umiaru lutuję Srokę łapą w dziób bolesny, i nie wygląda, jakby miał zamiar przestać. No bo nie co dzień trafia się taka zdobycz, czy moglibyście Ludzie się ode mnie odwalić, i dać ją zabić?
 
Nie daliśmy, otworzyłem okno, i Sroka sobie poleciała.
 
Miluś obdarzył nas spojrzeniem, które nie pozostawiło złudzeń: gdybym był dwa razy większy, nie dożylibyście śniadania.
 
Godzinę później, Sroka zaczęła przez lekko zmiażdżone gardło, nieśmiało szydzić.
 
Dwie godziny później, Miluś wrócił na kwadrat z piórem w pysku.
 
Od tamtej pory Sroka milczy.
 
Nie wiem, co o tym sądzić.

Ash nazg durbatulûk

Mówią, że z wiekiem człowiek staje się coraz mądrzejszy. Ja pod to konto, tego niby mądrzenia, zapuściłem nawet brodę.

Oraz postanowiłem się oświadczyć.

O moich motywacjach innym razem, dzisiaj  opowiem wam, jak prostą, łatwą, i przyjemną rzeczą jest cały ten proces dla kogoś, kto ma do wszystkiego w życiu podejście analityczne, delikatnie brzydzi się przemocą, improwizacją, i spontanicznością, oraz gdy nie ma wszystkiego zaplanowanego, męczy się jak Hiob na stercie gnoju.

Do załatwienia były dwie rzeczy: pierścień (Jedyny rzecz jasna), oraz dobry termin. Rozważania o terminie odłożyłem na inny termin, i rozpocząłem finezyjne prace zwiadowcze na temat biżuterii.

– E, laska. Mogłabyś powiedzieć jakie pierścionki ci się podobają?

Uznałem, że nie ma sensu bawić się w podchody, bo kupię jakiś ładny krążek z kamieniem szlachetnym, nie spodoba się, i będzie przypał. A tu trzeba maksymalizować swoje szanse na pozytywną odpowiedź, a nie strzelać po stopach, i przynosić na kwadrat jakiś złom nieładny.

– No wiesz kochanie. Podba mi się taki styl, i taki styl, i jeszcze… Może zrobię plik na guglu, i będę wrzucała linki.

– Mam pomysł. Zróbmy z tego plik na guglu, wrzucaj linki, ja sobie popatrzę.

– Dobrze. Ale najbardziej na świecie podoba mi się biżuteria wychodząca spod młota Jakuba Żeligowskiego. Bo wiesz, kiedyś zaszłam do jakiejś galerii, w której były różne rzeczy, i zobaczyłam kolczyki z jego kowadła, i chociaż nie miałam przebitych uszu, to tak mi się spodobały i tyle razy tam wracałam, że prawie dali mi pół etatu w tej galerii. Te kolczyki były bardzo drogie, nie było mnie na nie stać, no i jak mówiłam, nie miałam przebitych uszu. Wiec zaciągnęłam kredyt hipoteczny, przebiłam uszy, i je sobie kupiłam. Tak mi się podoba jego biżuteria. O, popatrz jakie ładne.

– No.

Pierwszy punkt odhaczony – znaleźć Jakuba Żeligowskiego, i grzecznie poprosić go o wykonanie pierścienia.

Niczym Sherlock Holmes drążyłem temat dalej.

– Ej, ale jaki materiał? Złoto, platyna, białe złoto, stal szlachetna?

– Złoto. Białe złoto też ładne.

– No.

Podczas wizyty w galerii Jacka Byczewskiego okazało się, że stal szlachetna też jest spoko. Z tego miejsca chciałem podziękować miłej pani z punktu w Złotych Tarasach, która wyjęła absolutnie wszystkie pierścionki z gablotki. Przepraszam, że niczego nie kupiłem, bo chociaż były śliczne, takie w stylu Gry o Tron, pan Jakub wtedy kuł już Jedyny swoim młotem kowalskim. No a ja stałem przy ladzie, i skwierczałem na wolnym ogniu, bo tu się zmieniają koncepcje, a tam, na Podkarpaciu praca wre tak, że aż się pali w rękach.

Bo wiecie, jakieś dwa tygodnie wcześniej wysłałem artyście metaloplastykowi złoto rodowe, przywiezione 40 lat temu z ZSRR, które przez te wszystkie lata czekało na mnie w charakterze tak zwanego wiana. Tak, moi Rodzice nie tracili nadziei, że przyjdę kiedyś do rozumu, postanowię się ustatkować, znajdę spokojną (hahaha) przystań, po czym się oświadczę. Gdy Matka Czesława usłyszała w telefonie mój głos mówiący ‘Mamo, przygotuj te obrączki’, wzruszyła się do łez. Też bym się wzruszył, gdybym się dowiedział, że syn w końcu podjął Kroki. Biżuterię przejąłem podczas jednej z wizyt w domu. Dobre, nieoszukane radzieckie złoto w końcu znalazło swoje przeznaczenie.

– A kamień to byś wolała brylant, czy jakiś kolorowy?

– No może być jakiś niebieski, na przykład tanzanit.

– (WTF?) O, a jak on wygląda? Aha, ładny, taki niebieski.

– No i jeszcze akwamaryn. A najbardziej na świecie to podoba mi się topaz niebieski.

– No.

kamienie
Tanzanit i inne szkiełka. Najbardziej podoba mi się Cytryn. Z Gumiakiem.

Moja korespondencja z panem Jakubem puchła od tekstu, i rozrastała się o wysyłane załączniki z fotkami pierścionków, kamieni, i odcieni niebieskiego. Ustalenia były coraz bardziej szczegółowe. Aż w końcu stwierdziłem, że chuj, nie będę się mądrzył, i wtrącał artyście w proces, i w kolejnej rozmowie telefonicznej powiedziałem: Panie Jakubie, ja się nie będę mądrzył, i wtrącał się panu w proces, bo to pan się na tym zna, i ja płacę za pana kreatywność, a nie za możliwość kierowania pana dłońmi. Niech pan zrobi tak, żeby kamień nie był przegięty, ale i nie zniknął w tym złocie, tylko się frywolnie mienił. Za kilka dni dam znać jaki jest rozmiar palca, i jedziemy.

Rozmiar palca zdjęliśmy u wspomnianego Byczewskiego. U którego na pewno kiedyś coś kupię, bo robi charakterne rzeczy.

Pojechaliśmy.

Po dwóch tygodniach robota była skończona. Pan Jakub zadzwonił do mnie, powiedział, że pierścień jest gotowy, i spytał się kiedy może wrzucić jego fotkę do albumu ‘Drugie życie złota’. Powiedziałem, że jak bez personaliów, to choćby zaraz. Wróciłem na kwadrat, zobaczyłem zdjęcie w mailu, i aż jęknąłem z zachwytu. Pierścionek wbity w pniak prezentował się tak, że chciałem się oświadczyć sam sobie, i żeby maj preszysss był tylko mój.

fot. J. Żeligowski
fot. J. Żeligowski

Jak mówię. Maj preszysss…

fot. J. Żeligowski
fot. J. Żeligowski

Kilka dni później odebrałem paczkę, i okazało się, że na żywo biżut prezentuje się jeszcze lepiej. Wrzuciłem do portfela, i zacząłem planować okazję.

Okazja nadarzyła się zupełnym przypadkiem tydzień temu. I dobrze, bo zaplanowałbym się na śmierć. A było to tak.

W piątek zadzwoniła do mnie M. i powiedziała, że trochę mi rozwala plan dnia, bo przyjeżdża jej siostra z Francji. A skoro będzie siostra, ściąga też dwóch braci. Trzy godziny później okazało się, że udało się przekonać Rodziców, i właśnie prują z Suwalszczyzny.

O kurwa, to musi się odbyć dzisiaj. Z wrażenia (i z delikatnego udaru, bo to był gorący dzień, a ja przekotłowałem na rowerze ze 30 km w słońcu) straciłem przytomność. A gdy się ocknąłem, okazało się, że…

O kurwa, to dziś.

Z wrażenia (i z delikatnego udaru) zapomniałem zajść do jubilera po jakieś ładne pudełeczko. Z zamroczenia (i z delikatnego udaru) zapomniałem podjechać do kwiaciarni po kwiaty. I w ogóle z tego wszystkiego (i, rzecz jasna, z delikatnego udaru) zapomniałem wielu rzeczy, oprócz jednej.

O kurwa, to dziś.

Gdy dojechałem z Pragi na Mokotów, z podjazdem do Arkadii po prezent urodzinowy…

A, bo zapomniałem wam powiedzieć, że tego dnia mieliśmy jeszcze urodziny koleżanki.

Gdy dojechałem z Pragi na Mokotów, z podjazdem do Arkadii po prezent, zrzuciłem mandżur, i pomknąłem po zakupy spożywcze dla 11 osób. Na kwadrat wróciłem na ostatnich nogach, wypluty, i z jeszcze większym porażeniem słonecznym.

Na urodzinach byliśmy godzinę, za co przepraszam. Paulina, nadrobimy.

Na chacie była już pełna chata, wszyscy siedzą, piją, lulki palą, gwar radosny, pies się plącze między nogami, koty wybrały dumne wygnanie, a ja cały czas rozkminiam kiedy i jak mam to zrobić, co powiedzieć, i w ogóle czy prosić Rodziców o pozwolenie, a potem o rękę, czy jakoś inaczej. Może klęknąć? Czy raczej nowocześnie, na stojąco? A jak zapomnę języka w gębie? Co robić? Odynie, co robić?

Przeładowany danymi, konwenansem, i wrażeniami, postanowiłem w panice zrobić rzecz u mnie niespotykaną.

Postanowiłem mianowicie iść na żywioł. I improwizować. Nawet brzmieniem tego słowa się nieco brzydzę, a co dopiero mówić o działaniu. Ale zdałem sobie sprawę z tego, że jeżeli nie puszczę tego na fristajlo, spalę się w progach, i gówno będzie a nie oświadczyny.

Bogowie głupców, analityków, i ludzi wątpiących byli jednak tego dnia po mojej stronie.

Otóż w pewnym momencie M. postanowiła coś ogłosić. Rodzina się uciszyła, i M. wydała komunikat, że jest szczęśliwa, bo właśnie zmieniła pracę, od września zaczyna robić na kieliszek chleba w szkole, i w ogóle jest tak zajebiście, że ja pierdolę, kurwa, i chuj.

TERAZ. TERAZ STARY JEST TWÓJ MOMENT. OTWIERAJ USTA I NIECHAJ PŁYNIE CZYSTE ZŁOTO.

Zeznania się będą pewnie różnić, bo niewiele pamiętam z tego wszystkiego, ale wyglądało to chyba jakoś tak:

– Eee… nooo… bo… ja też chciałem coś ogłosić, chyba tak jakby. Yyy… mam pytanie (ręka do kieszeni, gdzie w pudełeczku po tych rosyjskich obrączkach leżał pierścień). Czy chciałabyś spędzić ze mną resztę życia?

Następnie zemdlałem na stojąco.

Wszystkie przygotowane przemówienia, wszystkie te ładne słowa, i wypieszczone frazy przeminęły. Jak łzy w deszczu. Włożyłem pierścień na palec, i tak jakby jestem zaręczony.

Do tej pory nie wyszedłem z szoku.

Z tego miejsca chciałem podziękować najmądrzejszej kobiecie pod słońcem. Przed wyjściem na imprezę urodzinową, zadzwoniłem do Matki Czesławy. Zawarłem z nią bowiem dawno temu umowę, że będzie pierwszą osobą, która dowie się o tym, że się zaręczam. Słowa dotrzymałem. Porozmawialiśmy chwilę, dostałem błogosławieństwo, i dwie dobre rady, z których skorzystałem.

Mamo, jesteś najlepsza. Kocham Cię.

I tak oto w ciągu 16 miesięcy moje życie wykonało zwrot o 180 stopni. A nawet o 360. Uszanowanie.

Samojebka
Samojebka

Je suis Hodor

Dużo spojlerów dotyczących serialu Gra o Tron. W zasadzie same spojlery.
 
Wczorajszy odcinek GoTa doprowadził nas do konstatacji, że Starkowie to Polacy, i czego się nie tkną, to spierdolą. Owszem, starają się, jak mogą, walczą z przeciwnościami losu, napinają się ze wszystkich sił, jak trzeba, wygrają z liczniejszym wrogiem, ale efektem, i tak, jest wielka, parująca kupa łajna, gdyż nie myślą perspektywicznie, i działają impulsywnie. 
 
Eddard, który chciał dobrze, a dał się wydymać, zupełnie jak dziecko. I przez tą swoją szlachetność, wysłał pośmiertnie rodzinę na okrutną poniewierkę. A, no przecież jeszcze się przed śmiercią skompromitował, i żeby ratować dupę, nasrał na swoje ideały. Co mu nie pomogło, i trochę cieszyłem się, że go ścięli.
 
Robb, któremu się wydawało, że jak sobie poleci w chuja z Freyem, to tamten powie spoko ziomek, to że mnie ośmieszyłeś nic nie znaczy, i o niczym nie świadczy, wszystko się jakoś ułoży. Jak się ułożyło, widzieliśmy na Krwawym Weselu. Robb zaprzepaścił szanse na walkę o tron, przyczynił się do śmierci matki, żony, i nienarodzonego dziecka. Ma szczęście, że go zabili, bo sam bym mu pieprznął w oko. Tylko wilkora szkoda, to w końcu gatunek rzadki, a więc pewnie chroniony. 
 
Sansa, która jeszcze do przedwczoraj nie ogarniała, jak była rozgrywana na każdym kroku, przez wszystkich, łącznie z chłopcami stajennymi, którzy wiedzieli lepiej. Teraz próbują ją trochę utwardzać, ale mam cichą nadzieję, że zanim narobi gnoju w Winterfell, trafi ją w oko jakaś zabłąkana strzała.
 
Jon, który dał się zasztyletować Olliemu. Olliego nienawidzi cały internet, jeszcze do niedawna nienawidziłem i ja. Ale teraz spadły mi łuski z oczu, i zobaczyłem, że jako jeden z nielicznych się zorientował, że Starków, dla dobra Westeros, należy wydusić niczym pluskwy nie dlatego, że są poważnymi pretendentami do gry o tron, tylko dlatego że są ludzką katastrofą, i nie powinni rządzić nawet oborą, nie mówiąc o całej Północy. Która oczywiście pamięta, ale mam nadzieję, że pamięta wszystko, i kopnie Starków w dupę, uprzednio wyśmiawszy. Liczę na to, że Bolton zrobi porządek z wichrzycielami.
 
Rickon, który pałętał się gdzieś po okolicy, i dał się pojmać wrogom. Liczę na to, że Bolton obedrze go ze skóry kawałek po kawałku.
 
Bran, który był nawet spoko, szlajał się po zimnie, dotykał Drzewa, i wszyscy mieli go w dupie. Niestety, postanowił pogadać z szefem Innych, dał się obrandować (hahaha, jaka zabawna gra słowna, kurwa mać), i jak zombie zaczęli im robić z dupy jesień średniowiecza, najpierw zabił swojego wilkora, a potem zrobił Hodorowi to, co zrobił, łamiąc nam wszystkim serce. Dzisiaj wszyscy jesteśmy Hodorami. 
Z normalnego, zdrowego chłopaka, zrobił głupka tylko dlatego, że musiał sobie, kurwa, dotknąć korzenia, a potem ktoś mu musiał potrzymać drzwi. Na dodatek pojebał linie czasowe, i zwargował Hodora nie tam, gdzie zamierzał, because fuck off. Ciekawe co Bran jeszcze spierdolił w przeszłości, i jakie obecne wydarzenia są tego efektem.
Co za mała, żałosna menda. Mam nadzieję, że zamarznie w pizdu w tym śniegu. A wcześniej niech się udławi chujem.
Dla wszystkich natomiast ostrzeżenie – każdego, kto pomaga Starkom spotyka drobna nieprzyjemność. Śmierć mianowicie. Są jak zaraza.
Jedyna pociecha jest taka, że kto umiera za Murem, nie umiera naprawdę. Liczę więc po cichu, że Hodor dostanie swoją szansę na pomstę. Oby krwawą. Tak krwawą, jak dzisiaj krwawi moje serce. Do tej pory wydawało mi się, że będę w stanie przejąć się wyłącznie ewentualną śmiercią Aryi. Okazało się, że jednak nie tylko. Jestem zdruzgotany.
 
Tylko Arya wie co robi, że chce się odciąć od tej spierdoliny, zwanej rodziną Starków. Mam nadzieję, że jej szkolenie nabierze tempa, Dziewczynka bardzo szybko zapomni, skąd jej ród, i zostanie prawdziwym Człowiekiem Bez Twarzy. Oraz, że już w następnym odcinku, będzie sobie mogła zabić p.o. Cersei.
 
Zdychajcie Starkowie. Niech nie zostanie po was kamień na kamieniu, i kość na kości, a resztki po was niech rozwieje wiatr, i przysypie śnieg. Uwolnijcie Północ od swojej obecności, będzie jej bez was lepiej. 
I jeszcze errata, bo w sumie Theon Greyjoy, to też bardziej Stark niż Greyjoy. I też czego się nie tknął, to spierdolił, że przypomnę tylko jego wizytę po latach w domu rodzinnym, jak chciał wsiadać na okręty, i dowodzić wyprawą łupieżczą, po czym został sprowadzony przez pana ojca, do roli małej dziwki bez szkoły. Epizod z rządzeniem Winterfell, pominę milczeniem, bo to była żałość do entej. Jedyne czego nie spierdolił, to sfingowanie egzekucji Brana i Rickona.
Potem długi epizod z Boltonem, który skorzystał z wyrytych przez pana ojca ścieżek neuronalnych, i uczynił z Theona dziwkę do potęgi entej. Ksywa Fetor śmieszyła mnie przez wszystkie tomy książki, i cały serial. Biedak nie był nawet w stanie drgnąć, gdy Bolton gwałcił mu siostrę. A jak już się zdecydował pomóc Sansie, to ruszyli do ucieczki bez planu, bez żywności, bez koni, bez broni, bez ciepłych ubrań, bez niczego, i bez sensu.
Miał rację, gdy zrejterował, stwierdzając że dupa z niego, a nie pomocnik. Tylko kierunek chujowy wybrał, bo powinien pojechać do Bravos, gdzie mógłby spróbować zostać ninją. Zamiast tego wrócił do domu, żeby pomóc siostrze zostać królową Żelaznych Ludzi. Z jakim skutkiem, widzieliśmy w ostatnim odcinku, dość powiedzieć, że uciekali dość szybko.
Mam nadzieję, że wujek Euron dojedzie go tak, że Theon zatęskni za starym, dobrym Ramsayem.
No, i teraz to naprawdę byłoby na tyle.

Na barykadach walka trwa

Zastanawiam się, kiedy zaczniemy startować do siebie z nożami.

Jadę w dół Dolną. Korek jak zwykle aż do Sobieskiego, dmucham więc sobie z wiatrem we włosach i świstem w uszach, wyprzedzam ostrożnie samochody, regularnie, lewą stroną. Ci z naprzeciwka zachowują się jak ludzie, odbijają lekko w prawo, żebym się zmieścił, ogólnie relaks, uśmiech, i ogólne zrozumienie. Ponieważ znam ten kawałek na pamięć, to wiem, że stojący w korku wypuszczają skręcających z bocznych uliczek. Dlatego zjeżdżam na półhamulcach, obserwuję prawą stronę, czujnie badam, czy nikt się nie wbija.

Jest, jedzie z Piaseczyńskiej kurier UPS, stanąłem na pedałach, widzę, że będzie skręcał w lewo. Hamuję, żeby go przepuścić, staję, zatrzymuję się prawie równo ze zderzakiem osobówki, która też go przepuszcza.

Typ ścina skręt tak, że muszę lekko skręcić koło, żeby mi go nie zwalcował. Robię lekko zawiedzioną minę, gość patrzy się na mnie przez szybkę, i słyszę ‚nauczyć cię kurwa jeździć?’. Minę mam dzieciątka Jezus, bo nie kumam o chuj się kmiot ciśnie, zsiadam z roweru, patrzę czy nikt nie dmucha w górę, ścieżka pusta, stopka, i krzyczę wkurwiony ‚pierdol się’.

Kurier hamuje, czuję to jego wahanie, czy wysiadać, czy może raczej nie narażać się na szarpaninę, i spóźnienie, decyzja.

Odjeżdża.

Do tej pory nie wiem o co mu chodziło.

Jestem wielkim zdziwieniem Radka.

Jadę dalej, z delikatnego wkurwu zaczyna mnie ćmić potylica za prawym uchem. Czerska. Tam standardem jest wymuszanie pierwszeństwa na rowerzystach (po obu stronach poparkowane są samochody, i jest ciasno), więc nawet brew mi nie pyka, przytulam się do zderzaków, skręcam w Gagarina, i przy Nehru wbijam na DDR. Dojeżdżam do Bartyckiej, zwalniam, bo wiem, że tam kierowcy mają zwyczaj wjeżdżania na dróżkę, żeby przepuścić pieszych. Taki zwyczaj. Nie inaczej jest tym razem. Pani skręciła, ale zostawiła mi miejsce. Przyglądam się jej uważnie, zwalniam do 10 km/h, bo widzę, że rozgląda się we wszystkie strony, tylko nie w te, z których mogą nadejść piesi, i nadjechać rowerzyści. Wjeżdżam na przejazd, tnę praktycznie przejściem, bo czuję podskórnie, że będzie akcja.

Jestem na wysokości jej zderzaka, gdy postanawia ruszyć.

Nożesz kurwa w dupę zajebana mać, wybaczcie mój język, jeżeli jesteście ludźmi wierzącymi.

Lekko przyspieszam i bardzo ostro skręcam. Pani hamuje mi 30 cm od nogi. Zsiadam z roweru, patrzę na nią, lekko tylko wkurwiony, i grzecznie się pytam ‚no i co pani robi?’. Pani wpada w panikę, bo widzi przed szybą lekko tylko wkurwionego łysego ziomka w dresie, i zaczyna gestami dawać sygnał, że no po prostu nie bardzo wie, co chciała zrobić, gdyż jest w kompulsji, bo nie wiedziała, czy jej przypadkiem z zachodniej nitki Czerniakowskiej ktoś nie wjedzie w dupę, albowiem ona biedna nie wie, czy jak ona ma prawoskręt, to czy tamci, lecący w stronę Wilanowa, nie mają przypadkiem też taktu dla siebie, takiego w lewo, bo nic to, że wszystkie wschodnie pasy prują ile fabryka dała, ci z zachodniego mogą być może przetunelować, bo kto jej zagwarantuje, że nie.

Nachylam się, lekko tylko wkurwiony, nad szybą, kieruję znak wiktorii w kierunku swoich oczu, potem w kierunku jej, i już wiem, że ona to rozumie źle, że może ja jej chce oczy wyłupić, a nie taki był mój zamysł, bo mogę być lekko tylko wkurwiony, ale nie jest przecież moją intencją straszenie kobiet za kierownicą, bo przecież nie jestem taki, a to, że mam dres, ale nie mam włosów, nie oznacza, że automatycznie jestem zbójem.

Postanawiam więc sprostować, nachylam się jeszcze bardziej nad szybą, lekko tylko wkurwiony, łysy, i w tym dresie, zaczynam mówić spokojnym głosem ‚proszę się następnym razem rozejrzeć’, i widzę, że ona się za tą kierownicą kurczy, i już nie jestem lekko wkurwiony na nią, tylko ostro wkurwiony na siebie, że stoję tutaj, jak ten chuj na weselu, straszę ją, chociaż przecież nie jest to moją intencją, bycie łysym, w dresie, i strasznym, obracam głowę w prawo, spluwam gęstą śliną, bo zaschło mi od tych wrażeń, i przeprowadzam rower przez DDR. Z prawej strony nie ma chętnych na prawoskręt po moim rowerze, i po mnie, łysym, w dresie, i ciężko już wkurwionym na siebie, i może to i dobrze, bo pewnie byłyby rękoczyny, a ja przecież jadę na Pragę, żeby zrobić dobrą rzecz.

Upust swoim emocjom daję 10 metrów dalej, mówiąc może trochę za głośno ‚nożesz kurwa, ja pierdolę’, i ten człowiek, co się zbliżał do DDR-u, żeby przejść na przystanek, odskakuje od dróżki, a ja się czuję jeszcze podlej, bo najpierw wystraszyłem kobietę, tym dresem, tą łysością, tymi gestami wykłuwania oczu, a teraz jakiegoś nobliwego pana, bez sensu przyprawiam o stres.

Pedałuję bez skojarzeń, i widzę, że znowu się za chwilę wkurwię, bo ten Janusz, co wyjeżdża z bocznej ulicy przy sądzie, tam gdzie są księgi wieczyste, Czerniakowska 100 albo 100a, udaje, że mnie nie widzi, i bankowo zajedzie mi drogę, co oczywiście robi, cały czas udając, że mnie nie widzi, w tym dresie, łysego, i wkurwionego. Hamuję, omijam go z tyłu, bo on oczywiście mógł się zatrzymać przed przejściem i przejazdem, ale woli przejechać szybko, bo chociaż i tak się nie włączy do ruchu, bo jadą, to pokazuje mi tym samym, że ma na mnie wyjebane, właśnie mnie tonową puszką blachy zdominował, a poza tym, on przecież cały czas udaje, że mnie nie widział, więc nie wiem, czy to o dominację chodziło, czy po prostu on udawał, bo mu się spieszyło tak bardzo.

Mijam go, i zastanawiam się, czy jak jestem już tak bardzo wkurwiony, to powinienem walnąć mu z płaskiego w dach, czy też może sobie odpuścić, ale odpuszczam, bo jestem w tym dresie, cały łysy, tak wkurwiony, że pewnie bym mu ten dach przebił na wylot, i pociął sobie rękę.

Odpuszczam, a on dalej udając, że nie ma sprawy, włącza się do ruchu. I odjeżdża, a ja się zastanawiam, czy dzisiaj jest ten dzień, że jak akurat postanowiłem zrobić bez sensu coś dobrego, to ktoś mnie porani albo zabije, co pewnie będzie dość szydercze i ironiczne.

Ból za uchem z ciągłego zamienił się w pulsujący, jadę więc, z tymi synkopami napierdalającymi mi w głowę, słońce świeci, jest pięknie, Wisła dołem się toczy, tylko ja, taki wkurwiony, łysy, w tym dresie, nierozumiejący, o co chodzi tym ludziom, i czy to ja daję dupy, czy oni są nieogarnięci.

Przyjeżdżam do domu, siadam na kanapie, i jeszcze bardziej nie wiem, o co chodzi. I może to ja jestem dziwny, że się pcham na rower, zamiast sobie, jak przystało na klasę średnią, kupić paska w gazie, i ciąć po ulicach jak człowiek, a nie po DDR-ach, jak jakiś pedał, weganin, i cyklista.

Następnie przyjeżdża moja przyjaciółka, pakuję cztery wory ubrań, i wieziemy je do noclegowni MONAR-u, na Skaryszewską 19, gdzie dwaj panowie z obsługi są mi bardzo wdzięczni, i dziękują mi tak, że aż czuję się tym zażenowany, bo to są przecież znoszone ubrania. Solidne, ale znoszone, i nagle się zastanawiam, czy ja im przypadkiem jakichś szmat nie daję.

Zaczynam tłumaczyć, że te trzy worki, to są spoko rzeczy, może trochę znoszone, ale spoko, spodnie, dresy, koszulki, bluzy, kurtka, ale w tym dużym, to jest śpiwór, dwie pary butów, może trochę znoszone, ale spoko, oraz bojówki i kurtka M-65, trochę podarte, ale niewiele, do zszycia, ja ich nosić już nie będę, ale solidny materiał, drelich, kurtkę 6 lat nosiłem, nada się jeszcze dla kogoś, tylko pocerować.

I jest mi tak, kurwa, głupio, że sam nie wiem.

W drodze powrotnej mało nie urywamy miski olejowej, bo noclegownię wypchnięto na takie zadupie, żebyśmy nie musieli tych ludzi oglądać. A w uszach ciągle brzmią mi słowa tych dwóch facetów z obsługi, że oni potrzebują każdej rzeczy, i mi dziękują. I jest mi jeszcze głupiej, bo może trzeba to było wyjebać do śmieci, a nie się wstydzić przed samym sobą.

Więc mam taką propozycję, że jak macie jakieś rzeczy, których już nie nosicie, i nie są podarte, jak ta moja emsześćdziesiątka piątka, i te bojówki, to weźcie im to zawieźcie, na tą Skaryszewską 19.

Bo oni tam mają 300 miejsc, i naprawdę, każda pomoc im się przyda. A najbardziej, to tym tam nocującym.

Tarta bułka z Doliny Charlotty

A. wróciła z USA, gdzie spędziła miesiąc, odwiedzając najciekawsze miejsca, i najlepsze lokale, restauracje, bary, i jadłodajnie Zachodniego Wybrzeża. Pomyśleliśmy, że fajnie byłoby zjeść z nią brunch na mieście. I przy okazji poczuć się tak wiecie, bardziej światowo. Dlatego najpierw zjedliśmy śniadanie w domu, a potem poszliśmy na śniadanie do Charlotte na Placu Grzybowskim. Okazało się, że pomimo mikroskopijnych porcji, następne półtorej godziny było warte każdych pieniędzy.

Od razu mówię – nie najedliśmy się. Ale tych hormonów, które się wytwarzają od śmiechu, to wylało się każdemu do mózgu po litrze.

Chronologicznie nie podejmuję się tego opisać, bo od hiperwentylacyjnego nadmiaru tlenu, traciłem co chwilę przytomność, a jak ją odzyskiwałem, znowu zaczynałem się śmiać, i wątek mam porwany okrutnie. Dlatego polecę tematami.

Lokalizacja – centrum miasta. Blisko metra. Dokoła kilka fajnych lokali, więc gdyby w Szarlot miejsca nie było, jest się gdzie odbić.

Wolne miejsca – w środku i przed lokalem brak. Tłum ludzi, gwar rozmów, tajemnicza, dziwna woń w powietrzu, i celebryci. Znaczy jeden, Nergal. Prestiż wisiał w powietrzu, ale nie dla nas on, bo dla nas wstydliwe stoliki z boku lokalu, tak w kąciku, w rożku, na zapiecku. Na szczęście wyszło słońce, to nie marzliśmy.

Menu – krótkie jak lont u człowieka gwałtownego. Pięć rodzajów śniadań, trzy kanapki na ciepło, trzy na zimno, dwa bajgle, jedna chała. Do picia zestaw obowiązkowy, czyli pięć kaw, lemoniada, woda, soki, i wino z szampanem. Nawet miałem ochotę na ten ostatni, ale stwierdziłem, że szampana do śniadania to się pije na studiach, a nie na starość.

Porcje – tamy puściły i przestaliśmy wyrabiać. A. zobaczyła swoje jajko w kształcie USA bez Florydy, zrobiła Minę, a ja spojrzałem na Minę A., i nie byłem już w stanie zrobić absolutnie niczego, dlatego nie ma zdjęcia z tego zdarzenia. Bardzo mi przykro.

fot. A.Połajewska
fot. A.Połajewska. Oraz to jajko przypomina również majtki. Brudne.

Następnie A., soląc i pieprząc jajko, stwierdziła ‚zwiększam gramaturę dania’, i nie było już ratunku dla nikogo.

Gdy odzyskałem zdolność oddychania, napocząłem bajgla. W tym czasie A. skończyła jajko, i tak się najadła, że zostawiła nieruszonego pomidora.

fot. R.Teklak
fot. R.Teklak. Bajgiel, to brzmi dumnie.

Idea śniadań w Charlotte polega głównie na pieczywie i konfiturach, dlatego M. dzielnie wbijała w krzyże cztery rodzaje chleba i croisanta. Smarowidło o smaku czekolady jest bez sensu, biała czekolada smakuje wyłącznie cukrem, konfitura pomarańczowa dobra, acz minimalnie za gorzka, truskawka w porzo, acz minimalnie za słodka, malina zaś to prawdziwa malyna, chciałem jumać słoik, ale panie mi nie pozwoliły.

Na sam koniec M., jak zwykle, poprosiła o szklankę wrzątku z cytryną. Kubek od latte pełen wrzątku z cytryną wygląda następująco.

fot. M.Cywińska.
fot. M.Cywińska. Kubek był też nieco przybrudzony na krawędzi, i w środku.

Obsługa – była najlepsza. Tak naprawdę, to nie porcje, ale te przesympatyczne dziewczyny (obsługiwały nas dwie) wprawiły nas w stan nieustającej radości.

– Przepraszam, jakie konfitury podać do śniadania, bo do jednego przysługują dwa rodzaje. Pani da wszystkie. Ale nie mogę, bo tylko dwa. No ale śniadania będą trzy, to może pani dać wszystkie pięć. Aha, no, faktycznie, już podaję.

-Przepraszam, ale o tym soczku to ja zapomniałam. Jaki on miał być? (Tak jakoś po pół godzinie od momentu, gdy pozostali dostali już napoje)

– Przepraszam, że pani tak długo na tę kawę czekała, ale przynajmniej jest ciepła.

– Przepraszam, że takie drewniane nożyki i łyżki, ale normalne się nam skończyły.

– Przepraszam, czy mogę zabrać naczynia? (Himalaje pustych talerzy zakryły nam już cały stół)

– … (gdy zobaczyła, że M. trzyma kartę w ręku, a ona nie wzięła terminala, chociaż po niego poszła)

– Kawa czarna, tak? Tak, białą proszę. Z mlekiem ciepłym, tak? Tak, z zimnym. (15 minut później). You had one job…

– Przepraszam, ale ten wrzątek z cytryną będzie w kubku do latte, bo skończyły się nam czajniczki.

– Przepraszam, że tak przez ścierkę, ale tu nie ma uszka, a wrzątek jest gorący. Proszę sobie zostawić, bo się pani poparzy. Jeszcze raz przepraszam.

– Tutaj proszę państwa rachunek, a tę trzecią kawkę to ja zaraz przyniosę. (nie udało się)

– Nie możemy paniom podać śniadania, bo skończyło się nam pieczywo. Nie, nie mamy już pieczywa. Rostbefu też panie nie dostaną, bo nam się skończył. (do klientek ze stolika obok, darowały sobie posiłek)

– Ojej, dziękuję. (po tym, jak powiedzieliśmy kelnerce, że sprawiła nam niesamowitą radość, i zostawiliśmy wysoce za wysoki napiwek)

Rekapitulując. Chcecie się dobrze bawić – idźcie do Charlotte na Grzybowskim. Natomiast nie szukajcie tam dobrego jedzenia ani zadowolenia płynącego z poczucia sytości. Ambiwalencja motzno.

Potoki ludzkie

Ile aniołów zmieści się na główce szpilki?
 
A ilu manifestantów na metrze kwadratowym?
 
Metodologie liczenia uczestników wczorajszego marszu muszą być jakoś drastycznie różne, bo Policji wyszło 30 tysięcy (potem sprostowali, że to byli tylko ludzie zgromadzeni na Rozdrożu), telewizji, tfu, publicznej 45 200 osób (imponuje mi dokładność obliczeń).
 
Z kolei jakiś ziomek użył filmu gazety peel, i jemu wyszło 50-55 tysięcy osób.
 
Ludzie Giertycha liczyli z balkonu i podali 185 tysięcy. Stali na balkonie na Nowym Świecie, i mieli niezłe miejsce do rachunków, bo tam chodniki i ulica dobrze kanalizują uczestników. 
 
Zaś Ratusz, nie dając faka, podał 240 tysięcy.
 
Od wczoraj wszyscy się ze wszystkimi pałują, kto miał dłuższy marsz, i jedni mówią, że był skurczony, mały, i zagubiony, a inni, że długi, prężny, i europejski na pełnej kurwie.
 
A mi się przypomina stary Woodstock, który nieprzychylne mu kręgi obliczały na 20-40 tysięcy, podczas gdy według raportów policyjnych i kolejarskich, przyjeżdżało wtedy na imprezę ponad 100 tysięcy osób.
 
Więc ja bym z tą prowokacją to był ostrożny.
 
Oraz zbliżają się międzynarodowe dni młodzieży. Mam na nie centralnie wyjebane, ale bardzo bym nie chciał, żeby zdarzyło się tam jakieś nieszczęście tylko dlatego, że komuś wyliczenia popieprzyły się o rząd wielkości.

What a PITy

A już miałem ściągać program do rozliczania pitów.

Kiedyś wam opowiem, jak się rozliczałem ze skarbówką przez internet, dość powiedzieć, że od tamtej pory niechętnie podchodzę do tego typu nowinek, i idę ostro w papier.

W tym roku miało być tak samo, ściągam program, wpisuję dane, nie uwzględniam składek na coś tam i coś tam, wyrzuca mi trzy tysie do dopłaty, schodzę na serce, idę na spacer, ściągam inny program, robię w nim pita, drukuję, okazuje się, że to program dedykowany i już mi wstawił KRS konkretnej organizacji, a ja przecież mam swoją od lat, drukuję czysty formularz, przepisuję, bo przecież każdy program do pitów ma zaszyty jakiś KRS domyślnie i na stałe, wkładam w kopertę, jadę na pocztę, koniecznie Główną, bo tam dzień przed terminem ostatecznym jest co prawda tak samo pusto, jak na każdej innej poczcie, ale lubię patrzeć w twarze pań i panów z okienek, którzy już wiedzą, że jutro armagiedon, i będą mieli przesrane, więc mają takie zabawne, puste spojrzenia i szklane oczy lalek, wysyłam, i mam spokój na kolejny rok.

No więc miałem właśnie zrobić wszystko co powyższe, nie dlatego, że jestem cyfrowo wykluczonym głąbem, tylko dlatego, że się przez lata przyzwyczaiłem, i nawet te ordalia polubiłem, gdy dostałem priva, że no weź, co ty robisz, jest taka strona, na której dzieje się magia.

I faktycznie, stały się czary (link otworzy się w nowym oknie, zbądźcie się więc strachu).

MinFin stanęło otworem do klienta, i robi pity za nas. Kojarzycie? Działanie ułatwiające w wykonaniu Administracji Państwowej. Na dodatek, w odróżnieniu od epuapu, o którym może też wam kiedyś opowiem, temat jest prosty, zaś samo przeklikiwanie przez gotową deklaracje znajduję miłym, łatwym, i przyjemnym.

Potrzebujecie mieć pod ręką następujące dane: imię, nazwisko, PESEL albo NIP, oraz łączną kwotę przychodu za rok 2015, a potem, przy wysyłaniu wypełnionej deklaracji, przychód za rok 2014.

W kolejnych krokach jesteśmy prowadzeni za rękę, program automatycznie uzupełnia wszystkie dane, do nas należy tylko sprawdzenie ich poprawności. Na końcu podajemy numer KRS tej organizacji, której chcemy oddać 1%, wysyłamy kwity, potwierdzając je przychodami z 2014 roku, i czekamy na Urzędowe Potwierdzenie Odbioru, które dostałem minutę po wysłaniu dokumentu.

UPO stanowi dowód i potwierdza termin złożenia zeznania PIT-37 lub PIT-38, więc możecie spać spokojnie dopiero wtedy, gdy je dostaniecie.

Dokładne wymagania dotyczące obsługiwanych wersji przeglądarek możecie sobie obejrzeć w instrukcji na stronie 11. Tak w ogóle, to polecam przeczytanie instrukcji, jest pisana takim fajnym językiem, i ma w sobie tyle skrótów, że sama radość.

Udanych rozliczeń.

%d blogerów lubi to: