Ash nazg durbatulûk

Mówią, że z wiekiem człowiek staje się coraz mądrzejszy. Ja pod to konto, tego niby mądrzenia, zapuściłem nawet brodę.

Oraz postanowiłem się oświadczyć.

O moich motywacjach innym razem, dzisiaj  opowiem wam, jak prostą, łatwą, i przyjemną rzeczą jest cały ten proces dla kogoś, kto ma do wszystkiego w życiu podejście analityczne, delikatnie brzydzi się przemocą, improwizacją, i spontanicznością, oraz gdy nie ma wszystkiego zaplanowanego, męczy się jak Hiob na stercie gnoju.

Do załatwienia były dwie rzeczy: pierścień (Jedyny rzecz jasna), oraz dobry termin. Rozważania o terminie odłożyłem na inny termin, i rozpocząłem finezyjne prace zwiadowcze na temat biżuterii.

– E, laska. Mogłabyś powiedzieć jakie pierścionki ci się podobają?

Uznałem, że nie ma sensu bawić się w podchody, bo kupię jakiś ładny krążek z kamieniem szlachetnym, nie spodoba się, i będzie przypał. A tu trzeba maksymalizować swoje szanse na pozytywną odpowiedź, a nie strzelać po stopach, i przynosić na kwadrat jakiś złom nieładny.

– No wiesz kochanie. Podba mi się taki styl, i taki styl, i jeszcze… Może zrobię plik na guglu, i będę wrzucała linki.

– Mam pomysł. Zróbmy z tego plik na guglu, wrzucaj linki, ja sobie popatrzę.

– Dobrze. Ale najbardziej na świecie podoba mi się biżuteria wychodząca spod młota Jakuba Żeligowskiego. Bo wiesz, kiedyś zaszłam do jakiejś galerii, w której były różne rzeczy, i zobaczyłam kolczyki z jego kowadła, i chociaż nie miałam przebitych uszu, to tak mi się spodobały i tyle razy tam wracałam, że prawie dali mi pół etatu w tej galerii. Te kolczyki były bardzo drogie, nie było mnie na nie stać, no i jak mówiłam, nie miałam przebitych uszu. Wiec zaciągnęłam kredyt hipoteczny, przebiłam uszy, i je sobie kupiłam. Tak mi się podoba jego biżuteria. O, popatrz jakie ładne.

– No.

Pierwszy punkt odhaczony – znaleźć Jakuba Żeligowskiego, i grzecznie poprosić go o wykonanie pierścienia.

Niczym Sherlock Holmes drążyłem temat dalej.

– Ej, ale jaki materiał? Złoto, platyna, białe złoto, stal szlachetna?

– Złoto. Białe złoto też ładne.

– No.

Podczas wizyty w galerii Jacka Byczewskiego okazało się, że stal szlachetna też jest spoko. Z tego miejsca chciałem podziękować miłej pani z punktu w Złotych Tarasach, która wyjęła absolutnie wszystkie pierścionki z gablotki. Przepraszam, że niczego nie kupiłem, bo chociaż były śliczne, takie w stylu Gry o Tron, pan Jakub wtedy kuł już Jedyny swoim młotem kowalskim. No a ja stałem przy ladzie, i skwierczałem na wolnym ogniu, bo tu się zmieniają koncepcje, a tam, na Podkarpaciu praca wre tak, że aż się pali w rękach.

Bo wiecie, jakieś dwa tygodnie wcześniej wysłałem artyście metaloplastykowi złoto rodowe, przywiezione 40 lat temu z ZSRR, które przez te wszystkie lata czekało na mnie w charakterze tak zwanego wiana. Tak, moi Rodzice nie tracili nadziei, że przyjdę kiedyś do rozumu, postanowię się ustatkować, znajdę spokojną (hahaha) przystań, po czym się oświadczę. Gdy Matka Czesława usłyszała w telefonie mój głos mówiący ‘Mamo, przygotuj te obrączki’, wzruszyła się do łez. Też bym się wzruszył, gdybym się dowiedział, że syn w końcu podjął Kroki. Biżuterię przejąłem podczas jednej z wizyt w domu. Dobre, nieoszukane radzieckie złoto w końcu znalazło swoje przeznaczenie.

– A kamień to byś wolała brylant, czy jakiś kolorowy?

– No może być jakiś niebieski, na przykład tanzanit.

– (WTF?) O, a jak on wygląda? Aha, ładny, taki niebieski.

– No i jeszcze akwamaryn. A najbardziej na świecie to podoba mi się topaz niebieski.

– No.

kamienie
Tanzanit i inne szkiełka. Najbardziej podoba mi się Cytryn. Z Gumiakiem.

Moja korespondencja z panem Jakubem puchła od tekstu, i rozrastała się o wysyłane załączniki z fotkami pierścionków, kamieni, i odcieni niebieskiego. Ustalenia były coraz bardziej szczegółowe. Aż w końcu stwierdziłem, że chuj, nie będę się mądrzył, i wtrącał artyście w proces, i w kolejnej rozmowie telefonicznej powiedziałem: Panie Jakubie, ja się nie będę mądrzył, i wtrącał się panu w proces, bo to pan się na tym zna, i ja płacę za pana kreatywność, a nie za możliwość kierowania pana dłońmi. Niech pan zrobi tak, żeby kamień nie był przegięty, ale i nie zniknął w tym złocie, tylko się frywolnie mienił. Za kilka dni dam znać jaki jest rozmiar palca, i jedziemy.

Rozmiar palca zdjęliśmy u wspomnianego Byczewskiego. U którego na pewno kiedyś coś kupię, bo robi charakterne rzeczy.

Pojechaliśmy.

Po dwóch tygodniach robota była skończona. Pan Jakub zadzwonił do mnie, powiedział, że pierścień jest gotowy, i spytał się kiedy może wrzucić jego fotkę do albumu ‘Drugie życie złota’. Powiedziałem, że jak bez personaliów, to choćby zaraz. Wróciłem na kwadrat, zobaczyłem zdjęcie w mailu, i aż jęknąłem z zachwytu. Pierścionek wbity w pniak prezentował się tak, że chciałem się oświadczyć sam sobie, i żeby maj preszysss był tylko mój.

fot. J. Żeligowski
fot. J. Żeligowski

Jak mówię. Maj preszysss…

fot. J. Żeligowski
fot. J. Żeligowski

Kilka dni później odebrałem paczkę, i okazało się, że na żywo biżut prezentuje się jeszcze lepiej. Wrzuciłem do portfela, i zacząłem planować okazję.

Okazja nadarzyła się zupełnym przypadkiem tydzień temu. I dobrze, bo zaplanowałbym się na śmierć. A było to tak.

W piątek zadzwoniła do mnie M. i powiedziała, że trochę mi rozwala plan dnia, bo przyjeżdża jej siostra z Francji. A skoro będzie siostra, ściąga też dwóch braci. Trzy godziny później okazało się, że udało się przekonać Rodziców, i właśnie prują z Suwalszczyzny.

O kurwa, to musi się odbyć dzisiaj. Z wrażenia (i z delikatnego udaru, bo to był gorący dzień, a ja przekotłowałem na rowerze ze 30 km w słońcu) straciłem przytomność. A gdy się ocknąłem, okazało się, że…

O kurwa, to dziś.

Z wrażenia (i z delikatnego udaru) zapomniałem zajść do jubilera po jakieś ładne pudełeczko. Z zamroczenia (i z delikatnego udaru) zapomniałem podjechać do kwiaciarni po kwiaty. I w ogóle z tego wszystkiego (i, rzecz jasna, z delikatnego udaru) zapomniałem wielu rzeczy, oprócz jednej.

O kurwa, to dziś.

Gdy dojechałem z Pragi na Mokotów, z podjazdem do Arkadii po prezent urodzinowy…

A, bo zapomniałem wam powiedzieć, że tego dnia mieliśmy jeszcze urodziny koleżanki.

Gdy dojechałem z Pragi na Mokotów, z podjazdem do Arkadii po prezent, zrzuciłem mandżur, i pomknąłem po zakupy spożywcze dla 11 osób. Na kwadrat wróciłem na ostatnich nogach, wypluty, i z jeszcze większym porażeniem słonecznym.

Na urodzinach byliśmy godzinę, za co przepraszam. Paulina, nadrobimy.

Na chacie była już pełna chata, wszyscy siedzą, piją, lulki palą, gwar radosny, pies się plącze między nogami, koty wybrały dumne wygnanie, a ja cały czas rozkminiam kiedy i jak mam to zrobić, co powiedzieć, i w ogóle czy prosić Rodziców o pozwolenie, a potem o rękę, czy jakoś inaczej. Może klęknąć? Czy raczej nowocześnie, na stojąco? A jak zapomnę języka w gębie? Co robić? Odynie, co robić?

Przeładowany danymi, konwenansem, i wrażeniami, postanowiłem w panice zrobić rzecz u mnie niespotykaną.

Postanowiłem mianowicie iść na żywioł. I improwizować. Nawet brzmieniem tego słowa się nieco brzydzę, a co dopiero mówić o działaniu. Ale zdałem sobie sprawę z tego, że jeżeli nie puszczę tego na fristajlo, spalę się w progach, i gówno będzie a nie oświadczyny.

Bogowie głupców, analityków, i ludzi wątpiących byli jednak tego dnia po mojej stronie.

Otóż w pewnym momencie M. postanowiła coś ogłosić. Rodzina się uciszyła, i M. wydała komunikat, że jest szczęśliwa, bo właśnie zmieniła pracę, od września zaczyna robić na kieliszek chleba w szkole, i w ogóle jest tak zajebiście, że ja pierdolę, kurwa, i chuj.

TERAZ. TERAZ STARY JEST TWÓJ MOMENT. OTWIERAJ USTA I NIECHAJ PŁYNIE CZYSTE ZŁOTO.

Zeznania się będą pewnie różnić, bo niewiele pamiętam z tego wszystkiego, ale wyglądało to chyba jakoś tak:

– Eee… nooo… bo… ja też chciałem coś ogłosić, chyba tak jakby. Yyy… mam pytanie (ręka do kieszeni, gdzie w pudełeczku po tych rosyjskich obrączkach leżał pierścień). Czy chciałabyś spędzić ze mną resztę życia?

Następnie zemdlałem na stojąco.

Wszystkie przygotowane przemówienia, wszystkie te ładne słowa, i wypieszczone frazy przeminęły. Jak łzy w deszczu. Włożyłem pierścień na palec, i tak jakby jestem zaręczony.

Do tej pory nie wyszedłem z szoku.

Z tego miejsca chciałem podziękować najmądrzejszej kobiecie pod słońcem. Przed wyjściem na imprezę urodzinową, zadzwoniłem do Matki Czesławy. Zawarłem z nią bowiem dawno temu umowę, że będzie pierwszą osobą, która dowie się o tym, że się zaręczam. Słowa dotrzymałem. Porozmawialiśmy chwilę, dostałem błogosławieństwo, i dwie dobre rady, z których skorzystałem.

Mamo, jesteś najlepsza. Kocham Cię.

I tak oto w ciągu 16 miesięcy moje życie wykonało zwrot o 180 stopni. A nawet o 360. Uszanowanie.

Samojebka
Samojebka