Mokotów – tu trwa piekło psów

Mokotów, kurwa.

Już życie tutaj jako człowiek jest nieznośne. Zanim zaczniecie się oburzać, pozwólcie że wytłumaczę. Gdzieś przeczytałem, że Mokotów to hipsterska dzielnica. I taka fajna. Wszędzie knajpki, restauracyjki, kafejki, przytulne miejsca, żeby przysiąść w biegu, a jedzenie, no po prostu palce lizać. No, jasne. Kawiarnie jak z jednej formy, odlane na chińskiej wtryskarce pod Mińskiem Mazowieckim. Poważnie, wolę pójść do Green Cafe Nero przy dawnej Moskwie, niż do jednego z tych miejsc, gdzie czuję się jak idiota, bo nie wiem, co barista do mnie mówi. Luwak? Kawa, którą wysrał lis? Czy ciebie, mój dobry człowieku, z przeproszeniem, pojebało do reszty? Mam pić zaparzone gówno lisa? I na dodatek przyczyniać się do cierpienia tych miłych zwierząt? Bo było rzeczą oczywistą, że jak banan jest skłonny zapłacić 50 ziko za filiżankę kawy luwak, to jakiś przedsiębiorczy, rzutki biznesmen szybko wpadnie na pomysł, żeby najebać tych lisów do klatek, karmić je WYŁĄCZNIE kawą i kazać srać na komendę. Na takiej diecie czują się tak, jak my czulibyśmy się, wypijając codziennie 100 filiżanek kawy.

Niech wam ten luwak w gardle stanie.

Drip? To taki sos do czipsów. Aeropress? Prasa ręczna, na której Gutenberg drukował Biblię. Chemex? To pergamin, na którym pisze się słowo Emet, i wkłada do ust golema, żeby go ożywić.

Nie, jednak to nie to? A co? Nowe metody parzenia kawy, żeby uwypuklić jej naturalną słodycz i lekko zminimalizować gorycz? To sobie nasyp cukru i przestań udawać, że smakuje ci kawa. A jak poczytałem, ile jest przy tym pierdolenia, to przestałem się dziwić, że kubek takiej laboratoryjnie przygotowanej kawy kosztuje 18 złotych.

Ja tu z trudem znajduję zwykłą kawę z ekspresu, a jak już znajdę, to ten pieprzony luwak i chemex powodują, że taka kawa kosztuje piętnastaka, i cześć, i chuj. O cenach jedzenia w lokalach nawet nie zacznę mówić, żeby się nie denerwować.

I na dodatek jest tu śmiertelnie nudno.

A co ma powiedzieć pies. Ten to dopiero ma przejebane. Nikt na Mokotowie nie boi się psów, bo współczynnik zapsienia tej dzielni jest zatrważająco wysoki. Psy mają wszyscy. Kolega z Kętrzyna powiedział mi kiedyś dowcip prawdziwy: jak w Kętrzynie rzucisz kamień, to trafisz albo w kurwę, albo w złodzieja. To na Mokotowie na pewno trafisz w psiarza.

Fot. M.Cywińska

I teraz patrzcie, idziemy z Filipem po ulicy, dzieci zamiast uciekać z krzykiem, pchają się z rączkami, bo Filip się prawie cały czas uśmiecha. Jacyś ludzie mnie zagadują i opowiadają o swoich kundełe. Znam wszystkich trzech dresiarzy z okolicy, wiem jakie mają psy (bokserka, labradorka, trzeci nie ma), do Filipa wołają „cześć wariat”. Starsi ludzie opowiadają mi o chorobach swoich psów i swoich własnych. Dużo jest też rozmów o śmierci, odchodzeniu i przemijaniu. Starsze osoby, którym zmarł pies nie biorą zazwyczaj nowego, bo wiedzą, że im zostało mniej lat życia, niż taki pies ma przed sobą. Więc pozostały im tylko wspomnienia.

Są też sympatyczne dziewczyny, ale o tym nie będziemy rozmawiać.

Przez trzy miesiące posiadania psa na Mokotowie, poznałem więcej osób niż przez kilka lat mieszkania w Piasecznie. Na Pradze Północ zresztą też nie byłem specjalnie towarzyski i kojarzyłem tylko znajomych. A tutaj nie dość, że mnie zaczepiają i pytają o psa, to jeszcze po jakimś czasie mnie rozpoznają i zagadują co u Filipa słychać. A w tym czasie psy się wąchają po jajcach i nieszczęście gotowe, bo w trzy sekundy potrafią splątać smycze w dobierany kłos, takie są sprytne.

Fot. M.Cywińska

Filip lubi poznawać psich ziomków i ziomalki, ale ma okres skupienia złotej rybki i szybko się nudzi. A jak się nudzi, to zaczyna olewać drugiego psa. Jak go zaczyna olewać, to przestaje go zauważać. Jak przestaje go zauważać, to bardzo się dziwi i wkurwia, że coś mu skacze przy oku. I nieszczęście gotowe, bo wkurwiony Filip nie jest agresywny, ale za to robi się skoczny. Takiego splotu, jaki udaje mu się osiągnąć po 4 sekundach skakania dokoła irytującego go psa, nie jest w stanie odtworzyć najwytrawniejszy nawet mistrz sznurkarstwa. Sznurkowstwa? No bosman nie jest w stanie.

Nic więc dziwnego, że pewnego dnia Filip wybrał wolność.

Wyrwał mi się ze smyczy i poszedł w miasto. Była 1:30 w noc, zakładam więc, że nie wkurwił go kolejny skaczący mały piesek, tylko zobaczył kotka (och, jak on lubi biegać za kotami). Ewentualnie jeża, bo jeszcze nie pozwoliłem mu się nauczyć, że jeża przelecieć się nie da. Nie mam czasu ani hajsu na wyciąganie mu z nosa igieł.

Fot. M.Cywińska

Tak czy inaczej, pies udał się na „giganta”. Najpierw stałem w tym miejscu, z którego mi spierdolił i wzywałem go czule. Po 10 minutach stwierdziłem, że to chyba nie ten przypadek, pognałem do domu, od progu warknąłem „ten debil mi spierdolił”, wsiadłem na rower i zacząłem jeździć po Mokotowie. Oczywiście M. i Z. poderwali się również i rozpoczęliśmy poszukiwania promieniste. Znaczy oni promieniste, a ja niczym elektron krążący wokół jądra, którym wyjątkowo nie był Zbyszek Boniek tylko nasz dom.

Tego dnia zdarzyły się rzeczy śmieszne. M. spotkała panów opróżniających kosze na śmieci. Jechali sobie na żółtych bombach i dobrze się bawili. Na pytanie „czy nie widzieli panowie tutaj takiego dużego psa w uprzęży”, typy popadły w srogą rozkminę, zupełnie jakby przez ostatnią godzinę mijały ich watahy psów i trzeba pokojarzyć, czy był tam jakiś w uprzęży. Po 60 sekundach wytężonego wysiłku, padła odpowiedź: „nie było żadnego psa”.

Chwilę potem M. wpadła na patrol interwencyjny, którego członek właśnie przechodził przez ogrodzenie pobliskiej szkoły, bo miał jakąś interwencję. M. nie uzyskała odpowiedzi na pytanie o psa, bo panowie byli tu nowi i wbili przed chwilą. Wypracowaliśmy później taką teorię, że nie ma opcji, żeby firmy ochroniarskie miały klucze do wszystkich ochranianych obiektów, dlatego patrolowiec przetarabaniał się przez siatkę.

W pewnym momencie M. zakrążyła pod metro. Powitało ją lekko zbulwersowane miauknięcie. To wpieniony na tego idiotę Filipa, protestował Miluś. On się czasami wypuszcza zastanawiająco daleko, zdarzało mu się wielokrotnie witać nas przy metrze i odprowadzać bezpiecznie do domu. Ten kot jest co prawda chujem i mordercą, ale czasami bywa tak wzruszający, że mam łzy w oczach. Od zadrapania oczywiście.

Tym razem Miluś nie odprowadzał M. do domu, tylko pomagał jej szukać psa. Poważnie, chodził i wkurzonym tonem wymiaukiwał jakieś wezwanie. On może nie przepada za Filipem (czyt. chce go usunąć z domu), ale stado jest stado, i jak się jakiś jego członek zgubi, trzeba pomóc szukać. Tego się po tym kocie nie spodziewałem. Przeszedł nawet na drugą stronę Kazimierzowskiej, czego normalnie nie robi, bo nie jest samobójcą.

Fot. M.Cywińska

W pewnym momencie M. i Z. wymiękli i wrócili na kwadrat, i ja im się nie dziwię. Ciemno, zimno, do domu daleko, na dodatek wargi opuchłe a gardło zdarte od krzyków i gwizdania. Ja nie ustawałem i w sumie jeździłem sobie po Mokotowie jakieś 2 godziny. Zajrzałem pod każdy krzak, obejrzałem każdy paśnik, karmnik i sralnik, jakie odwiedzaliśmy przez ten czas, jak Filip u nas mieszka. Podniosłem każdy kamień i każde ziarnko w miseczce z ryżem, ale tam znalazłem tylko paru czarnuchów od Wallace’a, tośmy się tylko przeprosili i pożegnali. Wykręciłem jakiś miljord kilometrów w mrozie i zawiei.

I kogo znalazłem?

Nie, Filipa nie znalazłem. To nie jest moje przeznaczenie. Ja jestem skazany na ratowanie ludzi. A konkretnie śpiących, nawalonych ziomków. Ten leżał u zbiegu Kazimierzowskiej i Drużynowej, i powiem wam, że chujowa to drużyna, która zostawia faulowanego zawodnika na pastwę aury.

Typ był rozkoszny, dresik na górze rozpięty, pod spodem goła klata. Policzek miał lekko zaśliniony. I leżał z jedną ręką pod głową, w pozie gościa, który właśnie wyciągnął się na leżaku na Bahamach. Albo Karaibach. Po anielsko rozpromienionej minie rozpoznałem, że jemu się wydaje, że śpi w domu na tapczanie, a te Karaiby mu się śnią. Z bólem serca zsiadłem z roweru i obudziłem typa. „Ty, ziom, pewnie ci się wydaje, że śpisz u siebie na kwadracie, ale niestety, zdrzemnąłeś się na ulicy, zaraz przyjedzie psiarnia i będzie żłobek”. Potoczył nieprzytomnym wzrokiem dokoła, wstał, wystękał „kurwa, ale przypał” i poszedł w kierunku domu. Spytałem go jeszcze, czy wszystko w porządku i czy się dobrze czuje, ale dostał takiego dziarskiego kroku, że nie miałem szans go dogonić nawet na rowerze.

Pojeździłem jeszcze trochę, żłopiąc kolejne energetyki, bo oczy mi się same zamykały. Około 3:00 stwierdziłem, że czas na chwilę przerwy, wypicie czegoś gorącego, przywdzianie koszulki termicznej i powrót na trasę. Zajeżdżam ja ci pod klatkę a tam ten pchlarz kudłaty siedzi z czymś w pysku. Patrzę, kijek ma. „O ty chuju, ja tu mało z nerwów nie umarłem, a ty mi kijek przynosisz? Dam ja ci kijek, czekaj tylko.”

To nie był kijek.

Była to albowiem przywleczona z chuj wie skąd ryba suszona. Ususzona na twardo do tego stopnia, że nie mógł jej nawet ugryźć. Wyrwałem mu ją i natychmiast skaziłem sobie rękawiczki. Wyrzuciłem ją daleko i jak je zdejmowałem, ten kutafon znowu mi się wyrwał i pobiegł po tę smrodliwą rybę. Dogoniłem go, bluźniąc plugawie, znowu wyrwałem mu tę rybę z pyska, wrzuciłem pod zaparkowany nieopodal samochód i zagoniłem Filipa do domu. Tam dostał pierwszą reprymendę. Potem jeszcze kilka razy go tyrałem.

Mam nadzieję, że typ, któremu wrzuciłem tego syfiastego sztokfisza pod samochód, odjechał rano w miarę wcześnie. Bo jak nie, to pewnie do tej pory się zastanawia, co mu w samochodzie tak jebie.

Fot. M.Cywińska

Filip zaś? No cóż. Najpierw srał rzadko na biało, jak ptak. Potem srał na biało, cementem. Potem coś jakby twardym piachem. Potem już normalnie. A cały czas karmiłem go jak zwykle. Wczoraj natomiast dostał biegunki i zaczął wyglądać jak siedem psich nieszczęść. Poważnie, smutny Cujo w ostatniej fazie przemiany w złego pieska. Szybka wizyta u weterynarza i już wszystko w porządku. Aczkolwiek trwa właśnie druga doba przymusowej, leczniczej głodówki. Jutro ostatnie zastrzyki, zapowiedziałem psu, że te dostanie w oko i nos. Jakoś zmarkotniał.

Chyba mu jednak kupię ten cholerny kaganiec.