Niebo nad Berlinem

Miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał. W trasie mieliśmy jeszcze trochę słońca, ale na miejscu szaro, buro, mrok, ziąb, chujnia i adekwatnie do ogólnego klimatu, jaki miałem w głowie jadąc do Berlina.

Kulturalnie i bez patologii

Jak pisałem w poprzedniej części, Berlin nie oczekiwał niczego ode mnie, ja nie oczekiwałem niczego od Berlina. Chciałem się spotkać ze znajomymi i dobrze się bawić, przy czym dobra zabawa mogła oznaczać zarówno zamulanie w domu przy książce, grę planszową, wypad na obiad, jak i epicki melanż na mieście, jakąś alkokalipsę makabryczną, i powrót na kwadrat po dwóch dniach. Oprócz żeglowania po morzu alkoholu, które przestało mnie jakiś czas temu bawić tak bardzo jak kiedyś, załapałem się na wszystkie wymienione formy zamuły, plus kilka galerii i muzeów. I brydż, nie zapominajmy o tym, że po 20 latach znowu zagrałem w brydża. Weekend idealny.

Dastaprimiecziatielnosti garada

Nie będę tłukł wam o tym, co zobaczyłem w Berlinie, bo to macie w każdym przewodniku. Chcę tylko powiedzieć, że Alexanderplatz to koszmar architektoniczny, ze stojącym na nim wielkim kutasem. I my ze swoim placem Defilad i Pekinem totalnie nie mamy się czego wstydzić, bo nasze jakoś wygląda, a berlińskie to rzeź na urbanistyce i na moich uczuciach estetycznych. Trawniki na Kreuzbergu, na których topniejący śnieg obnażał sterty śmieci, starych mebli, artykułów agd oraz gówien. To wszystko oblane brunatną cieczą, która nie spływała nigdzie, bo chyba mają chujowy drenaż. A, no i Dworzec ZOO też życióweczka. To trzy doznania estetyczne porównywalne z wyrżnięciem deską kantówką w skroń.

Berlin
Klauni. Wszędzie, kurwa, klauni. Fot. R.Teklak

Reszta natomiast bez uwag. No dobra, mam jedną – muzeum Helmuta Newtona powinno mieć dziesięć pięter, bo po wyjściu miałem wielki niedosyt, że to już. Sama wystawa prac jego, i jego żony to cymes. Bo nawet jak ktoś ma wywalone na tego giganta fotografii, to są zdjęcia gołych bab.

Berlin
Zwierzęta, które mają wyjebane i chmura liżąca słońce. Luz leje się z tej wrzuty. Fot. R.Teklak
Egipt w Berlinie

Lubię tyrać muzea. Zrobiłem sobie listę miejsc do wyboru, ale tak naprawdę bardzo chciałem zobaczyć tylko jeden obiekt, a właściwie to nawet tylko jeden eksponat. Kocham się w tej pani od nastolęctwa, więc wyskoczyłem z hajsów, wszedłem do Neues Museum i zacząłem podchody. Nie będę przynudzał, powiem wam tylko, że Nefretete jest jeszcze bardziej zachwycająca niż na zdjęciach, stałem tam tak długo, pieszcząc ją wzrokiem (i dłońmi, bo w rogu sali stoi wersja dla niewidomych), że strażnicy zaczęli się dyskretnie gromadzić dokoła mnie. W sumie się nie dziwię, bo wariatów nie brak, uśmiechnąłem się do nich i opuściłem salę. 10 minut później byłem z powrotem, tym razem zaszedłem ich z drugiej strony. Postałem kolejne 5 minut i sobie poszedłem definitywnie. Jest piękna, w sklepie na dole fundnąłem sobie magnes.

Berlin
Nefretete nie wolno fotografować, więc strzeliłem z partyzanta fotkę temu typowi. To Hor-Sa-Tutu, dowódca wojsk w Dolnym Egipcie, jakieś 150 lat BC. Wygląda na wkurwionego, że wszyscy lecą oglądać Nefretete, a na niego nikt nie zwraca uwagi. Fot. R.Teklak

Oczywiście byłbym nieuczciwy stwierdzając, że Neues Museum to tylko Nefretete. Oferta jest bardziej niż bogata i zobaczyłem całą ekspozycję, chociaż przyznam się wam, że przez kawałki interesujące mnie mniej przemknąłem szybkim krokiem. Zresztą snuła się za mną jakaś obsesyjna laska, która była natarczywie męcząca, więc stosowałem nieustający manewr unikowy.

Pałętając się po mieście, zahaczyliśmy o Muzeum Rzeczy (Museum Der Dinge). Byłoby mi tam milej, gdyby nie to, że część tych przedmiotów rozpoznałem z czasów swojego dzieciństwa. I tak trochę dziwnie się robi, gdy człowiek orientuje się, że coś czego używał za dzieciaka, ma swoje miejsce w muzeum. I robi tam za pieprzony eksponat.

Berlin
Nie, to nie są rzeczy, których używałem jako dziecko. Fot. R.Teklak
Berlin
To w dalszym ciągu nie są rzeczy, których używałem jako dziecko. Mą uwagę zwróciły ust korale, nic więcej. Fot. R.Teklak
Bo ja zagranico czuje się praktycznie jak w domu

Ale ja nie o tym. Dzisiaj chciałem wam opowiedzieć o najlepszej metodzie zwiedzania miasta, z jaką zetknąłem się podczas moich wizyt zagranico. W NYC śmigaliśmy trochę metrem, bo okazało się, że odległości na mapie należy skonfrontować ze skalą tej mapy, a nie się cieszyć, że o rany, jak wszędzie blisko. Po sforsowaniu kilkunastu przecznic okazało się bowiem, że spacery są zajebiste, ale niektóre miejsca osiągnęlibyśmy szybciej wsiadając w wagonik. A tu wąż w kieszeni, bo zdecydowaliśmy się na Metro Card a nie na tygodniówkę, i za kurs leciało zbyt dużo dolarów. To się chodziło i traciło czas. Chociaż zyskiwaliśmy wrażenia. Ale gdybyśmy jeździli, wrażenia byłyby bardziej… Dobra, nie wiem co chcę tu powiedzieć, oprócz tego, że NYC fajnie, bo sprawnie zwiedza się metrem i autobusem.

W Paryżu, do metra i komunikacji naziemnej, dołożyliśmy rowery miejskie. Jakość niektórych z nich była dyskusyjna, przez co do dzisiaj mam dwie dziury w łydce. Ale jak się trafiło na sprawny sprzęt, kilometry na koła nawijało się sympatycznie i skakaliśmy z miejsca na miejsce dużo szybciej i sprawniej, niżbyśmy robili to metrem czy na nogach.

Samochód to burżuazyjny przeżytek

W Berlinie komunikacja na i podziemna jest zorganizowana dobrze. Na 3,5 miliona mieszkańców mają 5500 km ulic, 1000 km dróg dla rowerów, 15 kolejowych linii tranzytowych, 10 linii metra, 24 linie tramwajowe oraz 149 linii autobusowych. Dodajmy do tego dwa systemy wypożyczalni rowerów i mamy pełny obraz bogactwa i przepychu. No, prawie pełny.

W Berlinie funkcjonuje również osiem (słownie: 8) systemów car-sharingu. Otóż okazuje się, że tylko starym dziadom w dupie Europy imponuje posiadanie samochodu na własność, młodzi z dużych miast miewają na to wyjebane, bo po co komu samochód na własność, jak można go sobie zgarnąć z ulicy, poużywać ile tam czasu potrzebujemy, i porzucić w dowolnie wybranym miejscu.

Berlińczycy nie są głupi. Narobili im w mieście lewackich wynalazków typu ZAKAZY PARKOWANIA GDZIE SIĘ CHCE albo STREFA KURWA TEMPO 30, piekło kierowców trwa, co robić? Ludzie zaczęli rezygnować z samochodów prywatnych, bo okazuje się, że naprawdę taniej jest wziąć go sobie z ulicy. Koncepcja nowatorska i trudna do przetrawienia dla przeciętnego Polaka.

324 samochody

Obecnie w Berlinie tylko 31% podróży odbywa się samochodem. Dla porównania w Barcelonie 26%, w Londynie 37%, w Rzymie 68%. Berlin ma nędzne 324 samochody na 1000 mieszkańców. W porównaniu z innymi dużymi miastami to jakaś wiocha normalnie. Ludzie, jak jakie dzikusy, chodzą na piechotę, jeżdżą rowerami, korzystają z komunikacji miejskiej albo korzystają z wypożyczalni, które nie są wypożyczalniami. Patent jest doskonały i dość tani.

Drive Naow!

Wybierasz, z którego systemu car-sharingu będziesz korzystał, ściągasz na komórkę apkę, logujesz się, podpinasz kredytówkę, sprawdzasz gdzie najbliżej ciebie stoi wolny samochód, czynisz spacer, otwierasz drzwi aplikacją, siadasz, logujesz się do systemu, oceniasz stan zewnętrzny i wewnętrzny samochodu, palisz stacyjkę i jedziesz.

Te systemy, z których korzystaliśmy (pamiętam tylko jedną nazwę: Drive Now, reszta do swobodnego wyguglania[1]), obsługiwane są przez producentów samochodów, dzięki czemu można sobie za grosze jeździć takimi daremnymi markami jak BMW, Mercedes, Smart czy Mini, ostro wchodzą też Francuzi. Operatorzy mają w ofercie również samochody elektryczne, dzięki czemu poczujemy się pro i eco. Oraz jakie te maszynki mają przyspieszenie, czad!

Uroki tego sposobu jazdy eksploatowaliśmy bez umiaru, najdłuższy dystans jaki musieliśmy pokonać z buta, żeby znaleźć samochód wynosił bodaj 9 minut spaceru. A potem pyk do środka, fotelik dziecięcy do bagażnika, logowanie, ocena usterek, obcierek i stanu czystości samochodu, i w drogę.

Parkuj gdzie chcesz!

W ramach systemu operatorzy przedpłacają płatne strefy parkingu, więc nie trzeba szukać parkometru (czy w Berlinie mają parkometry?), samochód stawiamy praktycznie gdzie chcemy, trzaskamy drzwiami, zamykamy aplikacją i idziemy zwiedzać. Jeżeli jesteśmy ludźmi oszczędnymi i sprytnymi, możemy skorzystać z dodatkowych bonusów wynikających choćby z faktu, że go zatankujemy. Za paliwo nie płacimy na miejscu, koszt wachy nie obciąża również naszej kredytówki, bo operatorzy mają umowę ze stacjami benzynowymi i wszystko leci bezgotówkowo. Jedynym kosztem, jaki ponosimy jest nasz czas. I właśnie za to dostajemy bonusowe minuty. Są całe grupy ziomeczków, którzy wybierają samochody, w których świeci się rezerwa, podjeżdżają na stację, sprawnie tankują, odbierają gratisowe minuty i jeżdżą po mieście praktycznie bezkosztowo. Niemalże darmowa jazda po mieście brykami z wyższej półki. Jeżeli to nie jest definicja zajebistości, to nie wiem co jest.

Najdoskonalsza w tym systemie jest oszczędność czasu, bo o ile w poszukiwaniu wolnego samochodu musimy odbyć najczęściej spacer, to już na miejscu parkujemy go pod drzwiami muzeum, galerii, domu czy restauracji.

Smacznego

A, no właśnie. Restauracji. Moja krótka relacyjka z pobytu byłaby niepełna, gdybym nie wspomniał o tym, jakie jedzenie oferuje Berlin. Można tu zjeść pysznie i tanio. Nie trzeba nawet robić przesadnie długiego riserczu, żeby znaleźć sobie dwajścia miejsc, w których dostaniemy zajebiste rzeczy za maks 10 euro, i nie będzie to smętny kebsik. Co jest ceną skandaliczną, zwłaszcza gdy na stole ląduje ci zupa, która smakuje jak niebo.

Zasaniczo polecam, ten Berlin jest fajniejszy niż myślałem.

[1] Drive Now, Cambio, Multicity, Car2Go – to tak na szybko.